Piast Polski - Rzetelne źródło informacji i opinii.
O co tak naprawdę chodziło w tej rozgrywce?

Wielka wrzawa rozpętana wokół wydarzeń związanych z niedawnym wyborem, a właściwie to utrzymaniem Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej nie tylko nie cichnie, ale zdaje się osiągać właśnie swoje apogeum. W medialnym dyskursie zderzają się ze sobą dwie przeciwstawne – przynajmniej w sferze czysto werbalnej – propagandowe narracje. Pierwsza z nich jest forsowana przez szeroko pojętą opozycję o zabarwieniu jednoznacznie demoliberalnym i otwarcie euroentuzjastycznym, czyli głównie PO, Nowoczesną i PSL, druga przez partię rządzącą i różnego rodzaju jej przybudówki. Ta pierwsza zgodnie maluje obraz wielkiej, porażającej swymi rozmiarami klęski, wprost katastrofy dyplomatycznej – co skądinąd, obiektywnie biorąc, odpowiada akurat  rzeczywistości – i w konsekwencji, co było od zawsze największym zmartwieniem i zarazem głównym orężem propagandowym najbardziej pryncypalnych polskojęzycznych „Europejczyków” – pogłębiającej się marginalizacji i izolacji III RP w strukturach unijnych, wliczając w to widmo znalezienia się w samym „ogonie Europy”, z którym to pojęciem utożsamia się uporczywie eurokołchoz. Śpiewkę tego rodzaju, odwołującą się do swoistego psychologicznego szantażu („Jak nie Unia, to Białoruś”), słyszymy w różnorakich wariantach i zabarwieniach już od kilkunastu lat z ust ludzi niejako programowo wyrzekających się niepodległości – i nie ma tu specjalnej potrzeby tego roztrząsać. Skupmy się zatem na drugiej narracji.



Czytaj dalej

Mitelleuropa w „patriotycznym” opakowaniu

Niedawna (7 lutego 2017 r.) wizyta kanclerz Angeli Merkel w Warszawie stała się przyczyną kolejnego intensywnego prania polskich mózgów, zwłaszcza tych lokujących swe sympatie, nadzieje i upodobania po tzw. prawej części sceny politycznej. Oczywiście w wymiarze polityki czysto praktycznej wizyta ta nie oznaczała bynajmniej żadnego autentycznego przełomu w relacjach na linii Warszawa-Berlin, nie stanowiła też wcale jakiegoś wielkiego wydarzenia politycznego, któremu – jak to starano się wmawiać z różnych stron Polakom – miała rzekomo przyglądać się z zapartym tchem prawie że cała Europa. Przyjazd p. Merkel do Warszawy oraz zgotowana jej nader okazała i huczna gościna przyniosły natomiast ze sobą istotny przełom propagandowy, obnażając jaskrawo to, co było skądinąd już uprzednio oczywiste dla osób nieco głębiej i poważniej interesujących się tematem, a mianowicie, że obecna partia rządząca, podobnie jak i cała reszta polskojęzycznego establishmentu, trzyma się w praktyce nadzwyczaj ściśle granic tzw. głównego europejskiego, tzn. unijnego nurtu, zaś deklarowany przez nią jeszcze od czasu do czasu „eurosceptycyzm” spełnia w rzeczywistości rolę li tylko typowej zasłony dymnej.



Czytaj dalej

Prezydentura Trumpa a sprawa polska – (cd. tekstu z 17 grudnia 2016 r.)

Wszystko to można by jeszcze jakoś – z wielką biedą – wytrzymać, ale już niektóre zachowania i „popisy” min. Waszczykowskiego zdecydowanie, skrajnie ostentacyjnie wykraczają poza wszelkie – pisane i niepisane – reguły i normy panujące w świecie dyplomacji.  Chodzi tu zwłaszcza o jego pośrednie przyznanie się – w dodatku już po fakcie, czyli już po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA (sic!) – iż on sam, kierowany przez niego resort, i w ogóle cała obecna ekipa rządząca w zasadzie całkowicie bagatelizowały, a nawet w pewnym sensie bojkotowały kandydaturę Donalda Trumpa na fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jakże bowiem inaczej można zinterpretować odpowiedź na postawione mu w trakcie jednego z telewizyjnych wywiadów (przez B. Rymanowskiego) pytanie, czy „Polska ma swojego człowieka w ekipie Trumpa”?



Czytaj dalej

Prezydentura Trumpa a sprawa polska

Niezależnie od jej rzeczywistych, całościowo wziętych kulis i głębszego podłoża, już dzisiaj można z całą pewnością stwierdzić, że elekcja Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta USA istotnie zmienia cały obraz polityki amerykańskiej i co za tym nieuchronnie idzie także i globalnej. Szkopuł jednak w tym, że tego prostego wniosku nie chce za nic w świecie przyjąć do wiadomości praktycznie cały establishment pewnego europejskiego kraju nad Wisłą, zachowujący się – oficjalnie przynajmniej – tak, jakby – wprost przeciwnie – wszytko pozostało i miało dalej pozostać dokładnie po staremu.

W szczególności tyczy się to znanej powszechnie ze skrajnego filoamerykanizmu partii rządzącej, która w pierwszym odruchu na wyborczy werdykt obywateli Stanów Zjednoczonych na pewien czas jakby wprost zaniemówiła, jakby wstrzymała oddech z zaskoczenia i niedowierzania, a następnie skupiła całą swoją energię na deklarowaniu i przekonywaniu wszem i wobec, że także i przy Trumpie relacje polsko-amerykańskie pozostaną w istocie kropka w kropkę takie same, jakie były dotąd. Tego rodzaju przekaz kierowany jest przede wszystkim na „rynek wewnętrzny”, do własnego partyjnego zaplecza i elektoratu, jak i w ogóle do całej opinii publicznej.



Czytaj dalej