Wrażenia po lekturze raportu min. Millera

Nie podejmuję się, z braku wystarczających kwalifikacji, kompleksowej oceny i analizy ogłoszonego w dniu 29 lipca br. (piątek) raportu komisji min. Jerzego Millera odnośnie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Jednakowoż kilka wniosków wydaje mi się całkiem oczywistych.

1.Wykazane w tym raporcie błędy i zaniedbania, popełnione w zakresie organizacji lotu i w trakcie samego jego przebiegu, szczególnie zaś w ostatniej jego fazie, przez obydwie strony: polską i rosyjską, wystarczyłyby spokojnie do spowodowania kilku katastrof lotniczych, a nie tylko jednej. Jest ich tak wielka liczba, że zupełnie zbędne było zastosowanie przez Rosjan „wielkiego magnesu”, bomb próżniowych, helu, itp. Zatem z tych wszystkich, forsowanych w swoim czasie atrybutów spiskowo-zamachowych pozostaje w grze jeszcze co najwyżej „sztuczna mgła” (bo zgodzą się chyba wszyscy, że do katastrofy smoleńskiej nie doszłoby, gdyby nie tak wielkie zamglenie), w jej istnienie zwątpili już jednak chyba sami wynalazcy owej fantastycznej teorii, skoro już od dawna o tym cisza, jak makiem zasiał. Oczywiście, nie jest to bynajmniej takie oczywiste dla zagorzałych „smoleńsczyków”, którzy, nie mam tu najmniejszych wątpliwości, dalej będą uparcie powtarzać swoje. Np. p. Beata Gosiewska (wdowa po Przemysławie Gosiewskim) nadal nie może zrozumieć, co mogło spowodować aż tak ogromne spustoszenie wraku samolotu. Te wątpliwości skłoniły ją do zadania w trakcie towarzyszącej prezentacji raportu konferencji prasowej samemu min. Millerowi następującego pytania: „czy przyczyną tego mogła być bomba ciśnieniowa?”. Pytanie to zostało, rzecz jasna, zignorowane. Warto jednak wspomnieć, że wątpliwości, a raczej podejrzenia p. Gosiewskiej mają zapewne ścisły związek z najnowszą spiskową teorią, jaka urodziła się w parlamentarnym zespole Antoniego Macierewicza. Otóż, p. Antoni i jego towarzysze dalej nie mogą uwierzyć, że samo zderzenie z brzozą mogło aż w tak wielkim stopniu zmienić trajektorię lotu i odwrócić samolot do góry nogami. Twierdzą zatem, że w czasie tych kilku sekund, jakie upłynęły od momentu zahaczenia samolotu o brzozę do jego rozbicia się, wystąpiły dwa wyraźne wstrząsy, które mogły być skutkiem nie czego innego, jak tylko najpewniej detonacji takich bomb. Dodajmy jeszcze, że tego sensacyjnego odkrycia dokonał niejaki p. prof. Kazimierz Nowaczyk, fizyk z Uniwersytetu Maryland. Już więc niejako tradycyjnie p. Macierewicz korzysta w swych detektywistycznych dociekaniach z amerykańskiego wsparcia i środków, aczkolwiek w tym wypadku umiejętnie umajonych i autoryzowanych pięknym polskim nazwiskiem – czy to nie wielce znamienne? Warto również dopowiedź, że p. Gosiewska zamierza ubiegać się, zdaje się, o poselski mandat. W tym też kontekście trzeba umieścić jej poczynania – w twardym elektoracie PiS teorie zamachowe są dalej w cenie.

2. Raport wykazał, że notoryczne łamanie obowiązujących procedur w 36 specpułku trwało od długich lat. Raport nie pozostawia w tym miejscu najmniejszych wątpliwości: „Gdyby respektowano przepisy, samolot nie mógłby wystartować” (z braku formalnych uprawnień pilotów i z tego powodu, że już w tym momencie warunki pogodowe nad lotniskiem Smoleńsk-Siewiernyj nie spełniały minimalnych kryteriów). Pokrywa się to całkowicie z wcześniejszymi doniesieniami polskiego akredytowanego przy MAK, płka Edmunda Klicha, który został natychmiast po tym odsądzony od czci i wiary, oraz oskarżony o wysługiwanie się Moskwie m.in. przez „ND”. Wyszkolenie pilotów prezydenckiego Tupolewa okazało się być fatalne, wbrew temu co usilnie lansowała wymieniona gazeta i inne hurapatriotyczne, a raczej pseudopatriotyczne media. Werdykt komisji w tym zakresie jest miażdżący: „Poziom wyszkolenia pilotów zagrażał bezpieczeństwu lotów”. Nie tylko tego nieszczęsnego lotu z 10 kwietnia, ale również tego z 7 kwietnia i tych wcześniejszych. Jeśli nie doszło więc do takiej tragedii już wcześniej, to głównie dzięki tamu, że nigdy nie wystąpiły tak ekstremalne warunki pogodowe i nie doszło do zbiegu tylu nieszczęśliwych okoliczności i kardynalnych wprost błędów naraz, jak to miało miejsce w Smoleńsku. Dość powiedzieć, że tylko jeden z członków czteroosobowej załogi (technik pokładowy) miał ważne uprawnienia do lotów na Tu 154 M. Jak zatem w takiej sytuacji możliwe było w ogóle wykonanie lotu? Tą niedogodność omijano bardzo prostym sposobem: „kiedy pojawiały się problemy z utrzymaniem ciągłości lotów ze względu na brak uprawnień, naginano warunki” (tzn. wpisywano lepsze od rzeczywiście występujących). Piloci 36 specpułku nie byli w szczególności przygotowani do zachowania się w sytuacjach ekstremalnych, takich, jak wystąpiły w Smoleńsku. Był to m.in. efekt zawieszenia szkolenia na symulatorach, do czego doszło za rządów PiS, a ściślej min. Szczygły, z przyczyn nie tylko finansowych, ale przede wszystkim politycznych – jak tu wysyłać pilotów na takie szkolenia do Rosji, bo tylko ona dysponowała odpowiednimi symulatorami, w sytuacji cichej wojny polsko-rosyjskiej, którą, notabene, tenże PiS głównie rozniecił! Na szkoleniu pilotów oszczędzano zresztą od dawna. Spośród całej załogi tylko dowódca, mjr Arkadiusz Protasiuk znał język rosyjski, co przyniosło niezmiernie negatywne, wprost zabójcze konsekwencje: nie mógł on w tej sytuacji skupić się wyłącznie na realizacji zadań przynależnych dowódcy statku powietrznego i głównego pilota, musiała jednocześnie spełniać też rolę nawigatora, a w pewnym stopniu całej załogi. Tym samym jego możliwości podejmowania właściwych decyzji i następnie ich praktycznej realizacji były bardzo ograniczone. Współpraca wewnątrz załogi ewidentnie szwankowała. Miało to bezpośredni związek z tym, że załogi w 36 specpułku od dawna nie latały w stałych składach, lecz były każdorazowo klecone ad hoc, doraźnie, z pilotów którzy akurat byli pod ręką – owych pilotów było po prostu za mało, a tych dostatecznie wyszkolonych nie było praktycznie wcale. W konsekwencji załoga prezydenckiego Tupolewa składała się z młodych, niedoświadczonych pilotów, z małym nalotem, którzy powinni jeszcze spokojnie się szkolić, a nie wozić najważniejszych V-pów. Ale ponieważ pułk nie dysponował lepszymi – musieli latać. I nie ma w tym ich najmniejszej winy. Przeciwnie, to oni stali się ofiarami chorego systemu. Wina za ten stan rzeczy spoczywa wyłącznie na MON-ie, na dowództwie lotnictwa, i w ogóle politykach, szczędzących od lat pieniędzy nie tylko na zakup nowych samolotów, ale i na najbardziej niezbędne szkolenie pilotów. I ta konkluzja pokrywa się dokładnie z wcześniejszymi doniesieniami płka Roberta Latkowskiego, b. dowódcy 36 specpułku, którego również, podobnie jak E. Klicha, próbowano zdyskredytować jako rzekomego „rosyjskiego agenta wpływu” (ujawnienie dziadostwa panującego od lat w polskim lotnictwie wojskowym ma być rzekomo objawem „braku patriotyzmu”). W tej sytuacji kto tylko mógł uciekał z tej wielce nieprzyjemnej, mało tego, niebezpiecznej pracy, przechodził do rezerwy i szedł pracować do cywilnych linii lotniczych. Potwierdziły się również przypuszczenia, że to dowództwo 36 specpułku (pytanie z czyjej inspiracji, względnie na czyje życzenie – czy przypadkiem nie Kancelarii Prezydenta?) zrezygnowało z rosyjskiego lidera, co dodatkowo pogorszyło sytuację, a nawet stało się – można powiedzieć – przysłowiowym „gwoździem do trumny”. Komisja stwierdziła, że Rosjanie nie powinni byli tego zaakceptować, tzn. w praktyce odmówić zgody na wykonanie przelotu bez ich człowieka na pokładzie. Proszę sobie jednak wyobrazić wrzawę, jak by wybuchła z tego tytułu w PiS-ie i okolicach. Spójrzmy na sprawę zdroworozsądkowo i praktycznie – jak nie chcenie naszego nawigatora, to lećcie sobie sami!

3.Lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj w ogóle nie nadawało się do przyjęcia takiego samolotu, jak Tu-154 M: „Lotnisko nie zapewniało bezpieczeństwa sprowadzania samolotów, zwłaszcza przy złej pogodzie”. Komisja stwierdziła, że w momencie lądowania nie działało 30% oświetlenia, poza tym wysokie drzewa i linia wysokiego napięcia powodowały, że praca radiolatarni, wskazujących drogę załodze, była niestabilna. Można mieć faktycznie pretensje do Rosjan za bałagan, niedbalstwo i brak staranności w przygotowaniu lotniskowej infrastruktury, nie miałbym jednak do nich specjalnych pretensji o to, że nie wycięli drzew, a tym bardziej że nie przestawiali linii wysokiego napięcia, ani nawet nie sprowadzali ILS-u specjalnie na ten jeden, dwa loty, na zamknięte już w zasadzie lotnisko. To nie Rosjanie narzucili lądowanie na tym lotnisku, ale strona polska zażyczyła sobie na nim lądować – powinna więc wcześniej sprawdzić, w jakim jest ono faktycznym stanie. Rosjanie powinni co najwyżej odmówić udostępnienia tego lotniska z przyczyn technicznych i zasugerować lądowanie np. w Moskwie. Osobiście podejrzewam jednak, że rosyjscy przywódcy nie mieli ochoty stykać się twarzą w twarz z śp. prezydentem Kaczyńskim i vice versa, czego byłoby trudno uniknąć w przypadku lądowania w rosyjskiej stolicy z przyczyn dyplomatycznych, stąd m.in. wybór właśnie Smoleńska, mimo tak ogromnych mankamentów.

4. Raport komisji Millera, tak jak uciął, a przynajmniej sprowadził do minimum prawdopodobieństwa wszelkie teorie zamachowe, tak też obalił lansowane z wielkim rozgłosem przez MAK tezy, jakoby A)głównym powodem katastrofy była chęć załogi samolotu lądowania za wszelką cenę; B)znajdowała się ona pod bezpośrednią presją znajdujących się na pokładzie samolotu notabli, szczególnie zaś gen. Błasika. Przeciwnie, ad. A):dowódca samolotu – mjr Protasiuk podjął decyzję o zejściu na tzw. minimalną wysokość decyzji, a gdy nie widział nadal pasa lotniska, zamierzał odejść na tzw. drugi krąg i ewentualnie odlecieć na inne lotnisko. Wedle komisji sama procedura i tok podejmowanych decyzji był zatem prawidłowy, tyle że nie udało się ich poprawnie i szczęśliwie zrealizować z powodu niedostatecznych umiejętności załogi i popełnionych błędów. O katastrofie przesądziło w szczególności ze strony załogi całkowite ignorowanie systemu ostrzegania TAWS (wydawanych przez niego sygnałów: PULL UP) i skupienie się na wskazaniach radiowysokościomierza, który wskazuje odległość samolotu od ziemi w danej chwili, a nie wysokościomierza ciśnieniowego (barycznego) z ustawionym ciśnieniem na progu lotniska. Wysokościomierz radiowy jest zaś tylko urządzeniem pomocniczym, wielce przydatnym załodze, jednak nie może w żadnym wypadku służyć za główny instrument operacji lądowania, tym bardziej jeśli teren jest nierówny, jak to miało miejsce w tym wypadku. Ponieważ przed lotniskiem znajdował się głęboki jar, w rezultacie teren, który się początkowo obniżał, nagle zaczął się wznosić. W konsekwencji w momencie podejmowania decyzji o odchodzeniu na drugi krąg, samolot znajdował się realnie na wysokości nie 100 a 39 m nad ziemią. Na domiar złego mjr Protasiuk usiłował wykonać manewr odejścia na „automacie”, czyli automatycznym pilocie, co jest niemożliwe do wykonania na lotnisku nie wyposażonym w ILS (okazało się jednak, że załoga nie była tego świadoma, z powodu wspomnianych braków wyszkolenia). Komisja ustaliła to niezbicie podczas prób wykonywanych na bliźniaczym Tupolewie. W tej sytuacji naciśnięcie przycisku: „uchod” nic nie dało, okazało się, że trzeba ręcznie zerwać automat ciągu, co powoduje podniesienie samolotu. Mjr Protasiuk wykonał tą czynność, jednak zabrakło kilka sekund… Pozostaje wszelako sprawą głęboko dyskusyjną, czy był w ogóle sens podchodzenia do lotniska w tak dramatycznie trudnych warunkach atmosferycznych. Piloci próbowali najprawdopodobniej nie tyle lądować za wszelką cenę, co wykazać maksimum dobrej woli wobec prezydenta i całej, towarzyszącej mu świty, by móc potem powiedzieć coś w rodzaju: „robiliśmy wszystko, co tylko było w naszej mocy, ale w tych warunkach nie było możliwości lądowania”. Jak stwierdziła sam komisja: „Piloci byli pod presją czasu i okoliczności”. Byli też zdani na samych siebie przy podejmowaniu decyzji, gdyż prezydent, poinformowany o trudnych warunkach pogodowych, nie podjął we własnym zakresie decyzji o odejściu n lotnisko zapasowe – cała odpowiedzialność spadła więc na załogę. Ad. B: Jeśli chodzi o rolę gen. Błasika, to nieprawdą okazały się twierdzenia MAK-u, jakoby wywierał on bezpośrednią presję na załogę, nie mówiąc już o sensacjach części rosyjskiej prasy, która rozpisywała się, że siedział wręcz w fotelu pilota. Niemniej, zaszła z jego strony tzw. presja nieformalna – był on obecny w kabinie, zatem przyglądał się czynnościom załogi, tym samym w jakiejś mierze jej autoryzując, także popełniane kardynalne błędy!

5.Rosyjski bezpośredni wkład w katastrofę to: A) kilkakrotne wprowadzanie w błąd załogi, że jest „na ścieżce i kursie”, podczas gdy np. 6 km od progu pasa samolot był 120 m za wysoko i 125 m nieprawidłowo wychylony w lewo w stosunku do prawidłowego korytarza schodzenia do lądowania; B) zdecydowanie zbyt późne wydanie komendy „horyzont”, nakazującej podniesienie samolotu i odejście na drugi krąg. Kontrolerzy lotów powinni byli bezwzględnie ostrzec załogę, że podchodzi do lądowania niewłaściwym kursem – nie zrobili jednak tego. Przeciwnie, zapewniali ją, że wszystko jest w porządku, usypiając w konsekwencji jej czujność. Jaka była tego przyczyna? Czy widzieli owo odchylenie na ekranie radaru, a zatem z całą premedytacją okłamywali pilotów? Czy też ów radar był nie dość precyzyjny, by śledzić dokładnie lot samolotu w tak gęstej mgle, zatem mieliśmy tu do czynienia przede wszystkim z ogromną nieodpowiedzialnością? Nie sposób tego ustalić, gdyż oficjalnie zepsuł się rejestrator tegoż radaru. Nie ma większych wątpliwości, że „zepsuł się”, bo takie było polityczne zapotrzebowanie. I to, moim zdaniem, najbardziej obciąża stronę rosyjską. Tego wspomnianego rejestratora nie da się już uzyskać, prokuratura wojskowa powinna jednak przyprzeć Rosjan do muru i przesłuchać w tej sprawie bardzo wnikliwie (zapewne już to uczyniła) wszystkich rosyjskich kontrolerów obecnych na wieży, a także zasięgnąć specjalistycznej opinii ekspertów z tej dziedziny. Osobiście podejrzewam, podkreślam: osobiście podejrzewam (mogę się mylić!), że takie a nie inne zachowanie rosyjskich kontrolerów miało ścisły związek z decyzją podjętą przez ich przełożonych: „doprowadzamy do 100 m i koniec”. Skrupulatnego wykonania tego nakazu dopilnował osobiście obecny na wieży płk Nikołaj Krasnokutski, który notabene nie miał formalnego prawa tam przebywać. Nie czepiałbym się jednak specjalnie Rosjan, że nie wydali kategorycznego zakazu lądowania na Smoleńsk-Siewiernyj. Koniec końców, ostrzegli wyraźnie, że nie ma tu warunków do lądowania i zasugerowali odejście na lotniska zapasowe. Jeśli nie wydali takiego zakazu – to z przyczyn typowo politycznych, z obawy przed wielkim skandalem dyplomatycznym – łatwo się tego domyśleć. W tym zakresie stopień ich odpowiedzialności jest taki sam, jak odpowiedzialność zarówno załogi, jak i znajdujących się na pokładzie Tu-154 M decydentów za samą decyzję, względnie jej brak, schodzenia w tak ekstremalnych warunkach pogodowych do 100 m. Rozmiary odpowiedzialności rosyjskiej wieży kontrolnej zmniejsza też ta okoliczność, że – jak zauważa np. znany ekspert lotniczy, mjr Michał Fiszer – pilot (mjr Protasiuk) i tak nie słuchał kontrolerów i robił swoje – komunikacja załogi samolotu z wieżą kontrolną szwankowała od samego początku, skutkiem czego Tupolew zaczął zniżanie 2 km za późno. Nie ma też wystarczających logicznych podstaw do oskarżenia kontrolerów o celowe doprowadzenie do rozbicia samolotu. Po pierwsze, taki zamiar pozostaje w oczywistej sprzeczności najpierw z przesłanym załodze Tupolewa ostrzeżeniem o trudnych warunkach panujących na lotnisku, a potem z usiłowaniami uzyskania od przełożonych formalnego zakazu lądowania. Po drugie – co chyba najistotniejsze w tej kwestii – gdyby załoga nie popełniła własnych, tak rażących błędów, a w szczególności nie opierała się na wskazaniach wysokościomierza radiowego, ale – wedle wszelkich reguł sztuki – barycznego, to mimo fałszywych zapewnień kontrolerów, sama, we własnym zakresie zorientowałaby się, że schodzi zbyt nisko. W konsekwencji rozpoczęłaby odejście odpowiednio wcześniej i do katastrofy najprawdopodobniej by nie doszło. W ogóle zresztą, skąd kontrolerzy mogli wiedzieć, że popełni ona takie, a inne błędy?

6. Jak było to przewidzenia PiS-owscy wodzowie, komentując zawartość raportu, wystąpili już tradycyjnie w szatkach najgorętszych patriotów, obrońców polskiego honoru, etc. Nieoceniony p. Macierewicz stwierdził np.: „Miała być wina Polaków, to pół roku temu zapowiedział pan minister Miller i teraz też zrzucił winę na Polaków”. Do ci dopiero znalazł się rasowy Polak i obrońca polskich interesów narodowych rodem z KOR-u. Co prawda, trudno zrozumieć, o jakich tu konkretnie Polakach p. Macierewicz myśli – bo niełatwo znaleźć dziś takowych w sferach decyzyjnych – nie mam jednak najmniejszej wątpliwości co do przewodniej idei „patriotyzmu” w wydaniu jego i jemu podobnych. Jest nią – „bić Ruska”. Nie mam również najmniejszych złudzeń także co do wyznawanej przez to grono specyficznej etyki „narodowej”, wywodzącej się jako żywo w prostej linii z sytuacyjnej etyki Kalego: „zły uczynek to, jeśli ktoś Kalemu ukraść krowę; dobry to jeśli Kali komuś krowę ukraść”.

7.Trudno jednak zaprzeczyć, że również druga strona – PO, gra cały czas po prostu nieuczciwie. Niezależnie od tego, że sam raport robi wrażenie rzetelnego, uczciwego, wyważonego, itd., to czas jego upublicznienia został wybrany bardzo zręcznie, w środku wakacji, gdy dużą część Polaków relaksuje się na wczasach, rolnicy zaś myślą z niepokojem raczej o niepewnych zbiorach, a nie o Smoleńsku. Tym samym atmosfera w tym momencie jest znacznie mniej napięta, niż miałoby to miejsce wcześniej, i zapewne później, w miarę zbliżania się daty wyborów. Stworzono też odpowiednią otoczkę medialną wokół ogłoszenia raportu, żeby Tusk i spółka nie stracili z tej okazji zbyt wielu punktów. W szczególności dotyczy to dymisji głównego winnego – szefa MON, Bogdana Klicha. Tenże złożył, co prawda, zresztą podobno z wielkim ociąganiem się i w obliczu zdecydowanej presji i nacisków nie tylko ze strony PiS i SLD, ale i własnych kompanów z PO w końcu swą dymisję, wszelako bynajmniej wcale nie dlatego, by poczuwał się do jakiejkolwiek osobistej winy, ale wyłącznie dlatego, iż: „nie chciał być obciążeniem we wdrażaniu procesu naprawczego”. Także i Tusk nie omieszkał wystawić mu odpowiedniego alibi: „Nie mówię i nie powiem nigdy, że min. Klich jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską”. Wtórowali mu inni luminarze PO. Np. poseł Sławomir Rybicki (brat śp. Arkadiusza): „Odejście Klicha z resortu jest decyzją honorową i świadczy o tym, że Polska jest dojrzałą demokracją (sic!)”. Kropkę nad „i” postawił zaś niezawodny Ireneusz Raś: „Mam nadzieję, że będzie to sygnał dla wyborców, że dochowujemy pewnych standardów”. Jeśli nie jest winny B. Klich, to kto jest tu w ogóle winny? O jakich standardach w ogóle tu mowa? Co to za hucpiarstwo! Gdyby Polska (III RP) była faktycznie „dojrzałą demokracją”, to B. Klich podałby się dymisji zaraz po katastrofie, a nie dopiero teraz! Jeśli zaś ma odrobiną honoru, to powinien strzelić sobie najzwyczajniej w świecie w łeb, albo przynajmniej zaszyć się w głuszy i zniknąć ludziom z oczu, a nie dalej próbować pchać się do Senatu! Jego tłumaczenia, że nie wiedział, co się dzieje w 36 pułku, i dlatego nie reagował, to prostu dziecinada! Po co więc i od czego był tak naprawdę ministrem? Ten żałosny przykład najlepiej pokazuje, jakie praktyczne skutki rodzi powierzanie cywilnym dyletantom kierowania armią! Rzuca się jednak w oczy, że i szefostwo PiS wyraźnie Klicha oszczędza, choć powinno siąść na niego jak pies na kota. Wolą skoncentrować się jednak na gadkach-szmatkach o „polskim honorze” i na waleniu w „ruskich”. Przyczyna tego jest prosta do odgadnięcia – niemniej, a może jeszcze w większym stopniu winną – niż Klich – osobą za ten iście patologiczny stan 36 specpułku, jest nie kto inny, jak śp. gen. Błasik, jako jego bezpośredni przełożony i dowódca całego lotnictwa wojskowego, którego próbowano już wykreować wręcz na bohatera narodowego. PO posiada tym samym poważnego haka na PiS i obie partie najprawdopodobniej już wcześniej zakulisowo ustaliły, do jakich granic mogą się posunąć we wzajemnej krytyce. Ot, normalna, typowa, codzienna rzeczywistość polityczna III RP…

Andrzej Turek