W oparach wieloznaczności, insynuacji i absurdu

Kilka dni temu (29 czerwca) zaprezentowano publicznie tzw. „Białą księgę tragedii smoleńskiej”, stanowiącą pierwszą część raportu na ten temat przygotowywanego przez parlamentarny zespół ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. W tej prezentacji, obok jego przewodniczącego, posła A. Macierewicza, wziął także udział sam Jarosław Kaczyński. Nie dowiedzieliśmy się jednak w zasadzie niczego nowego – powtórzono tylko raz jeszcze tezy stawiane od dłuższego czasu przez PiS i jego medialno-intelektualno zaplecze. Jedynym swego rodzaju novum było dość wyraźne zdystansowanie się od hipotez spiskowo-zamachowych, a przynajmniej odsunięcie ich na dalszy plan. Nie wspomniano zatem tym razem nawet słowem o jakichś sztucznych mgłach, bombach próżniowych, wielkich magnesach itp.

P. Macierewicz zdawał się wręcz wykluczać ewentualność dokonania przez Rosjan celowego zamachu, choć zastrzegł się wyraźnie: „Co nie znaczy, że nie winnych. Odpowiedzialność za tę tragedię, za to, co działo się przedtem i potem, spoczywa na stronie rosyjskiej”. W tym samym tonie utrzymana była wypowiedź Kaczyńskiego: „Główna część winy za to, co się stało, spoczywa na Rosjanach, chociaż są także i polskie winy (w domyśle: wyłącznie obozu Tuska i Komorowskiego)”. Na pytanie dziennikarza z sali, czy była to wina zamierzona, Kaczyński odrzekł: „To jest zbyt daleko idące, przedstawimy szereg dalszych dowodów, dokumentów, analiz i wtedy może będzie łatwiej, teraz zawieśmy to pytanie, bo jest różnica miedzy winą a winą intencjonalną, wina jest z całą pewnością, co do intencji będziemy rozmawiać”. A więc, pada teoretycznie odpowiedź w zasadzie przecząca, jednak postawione pytanie pozostaje dalej „w zawieszeniu”, nie stawia się przysłowiowej „kropki nad i”. A przecież zachodzi ogromna różnica pomiędzy niezamierzonym spowodowaniem katastrofy, choćby skutkiem błędu, zaniedbania czy też jakiegoś niedopatrzenia, a celowym, rozmyślnym doprowadzeniem do niej. Skoro brak jakichkolwiek twardych dowodów, ani nawet przesłanek potwierdzających tą drugą opcję, to, chcąc uniknąć bezpodstawnego posądzania kogoś o sprawstwo tak ohydnego czynu, prezes PiS powinien był raczej wyrazić się np. następującymi słowy: „Na razie brak po temu dostatecznych dowodów, jeśli się pojawią w przyszłości, to wtedy postawimy taki zarzut”. Zamiast tego dobiera jednak słowa w ten sposób, by nie użyć samego słowa: „zamach”, i nie narazić się tym samym na ewentualne kłopoty prawne, który jednak takiej możliwości wcale nie wyklucza, a nawet ją sugeruje. Niejeden słuchacz może po ich wysłuchaniu dojść do następującego wniosku: „coś chyba jest jednak na rzeczy, jednak nie wypada mu, czy też nie może wprost o tym mówić”. Trzeba nazwać tego rodzaju zachowanie po imieniu, czy to się komuś spodoba, czy też nie – jest to postawa głęboko sprzeczna z katolicką etyką i także zasadami cywilizacji łacińskiej.

Na wspomnianej konferencji stwierdzono, że prezentacja wspomnianej „Białej księgi” jest reakcją na raport MAK, który jest „nieprawdziwy, szkaluje Polaków i Polskę, wprowadza w błąd międzynarodową opinię publiczną (Kaczyński)”. Jest sprawą bezdyskusyjną, że raport ten jest dla nas nie do zaakceptowania jako wyraźnie stronniczy i niepełny. Powstrzymałbym się jednak, przynajmniej na razie, od określania go „nieprawdziwym”, Nie czuję się też przezeń wcale oszkalowanym, choć jestem jak najbardziej Polakiem; inna rzecz, że nie utożsamiającym się z p. Kaczyńskim i jego obozem. Nie kieruję się bowiem klasyczną etyką Kalego i nie uważam z góry, że wszystko co polskie, jest założenia dobre, a co obce, w tym przypadku rosyjskie, jest założenia złe i podejrzane. W ogóle zresztą, niech p. Kaczyński zaprzestanie wreszcie wypowiadania się w imieniu i za wszystkich polskich patriotów, bo nie ma do tego żadnego prawa – jest to przejaw zwykłej niedopuszczalnej uzurpacji, biorąc zwłaszcza pod uwagę jego całą dotychczasową polityczną postawę.

Również i owa „Biała księga” nie jest bynajmniej taką obiektywną, za jaką chce uchodzić. Jej autorzy odwołują się do faktów, jakie rzeczywiście miały miejsce, jednak interpretują je bardzo dowolnie, pod swoje kopyto, bądź też stosują różne zręczne niedomówienia. I tak, p. Macierewicz twierdzi, iż kluczowym elementem, który przesadził o katastrofie, była podjęta przez wieżę kontrolną na lotnisku Siewiernyj decyzja o sprowadzeniu samolotu do lądowania „na rozkaz z centrali”. Nie czas tu i nie miejsce na roztrząsanie tej kwestii. Nawet jednak dziecko zrozumie, że rosyjscy kontrolerzy nie mieli pełni władzy na prezydenckim samolotem, będącym przecież polską własnością, tym bardziej nie mieli możliwości siłą sprowadzić go na ziemię, wbrew jego załodze i pasażerom. Zatem gdyby odpowiednio szybko zapadła decyzja, z udziałem m.in. prezydenta Kaczyńskiego, o rezygnacji z lądowania w tak fatalnych warunkach meteorologicznych i o powrocie do Warszawy albo odejściu na lotnisko zapasowe, do katastrofy według wszelkiego prawdopodobieństwa by nie doszło (należy tu podkreślić, że załoga była dostatecznie wcześnie ostrzegana przez kontrolerów o niebezpieczeństwie związanym z lądowaniem w takich warunkach).

P. Macierewicz stara się też dowodzić, że kpt. Protasiuk wcale nie lądował w Smoleńsku, tylko „usiłował się wyrwać ze śmiertelnej pułapki” (zatem nie było „zamachu”, była jednakże „śmiertelna pułapka” – prawdziwe mistrzostwo świata w kategorii siania dwuznaczności). Także i w tym wypadku pomija całkowicie niewygodne dla siebie fakty, m.in. niezbity fakt zejścia samolotu poniżej tzw. minimalną dopuszczalną wysokość decyzji. Stawia też cały szereg innych zarzutów pod adresem Rosjan. Nie będę się w tej chwili do nich odnosił. Przyjdzie na to czas po publikacji raportu komisji Millera i konfrontacji zawartości obydwu raportów. Zapewne również wtedy wypowiedzą się wyczerpująco kompetentni w sprawie eksperci lotniczy. Nie ulega dla mnie na dzień dzisiejszy wątpliwości, że część odpowiedzialności faktycznie spoczywa na stronie rosyjskiej – pytanie tylko: jaka część? Na pewno nie jest to cała odpowiedzialność, bardzo dyskusyjne byłoby też stwierdzenie, że można jej na dzień dzisiejszy przypisać większość tej odpowiedzialności. Ale pp. Macierewicz i Kaczyński, rozgrywając swój raport ewidentnie politycznie, nawet słowem nie wspominają o przyczynach katastrofy leżących po stronie polskiej, takich jak choćby: notoryczne łamanie obowiązujących procedur w specpułku, niedostateczne wyszkolenie pilotów, błędy popełnione przez nich w zakresie pilotażu, presja związana z tym feralnym lotem.

Co najgorsze i najśmieszniejsze zarazem, p. Antoni sam wikła się w rozliczne sprzeczności w postaci np. następujących twierdzeń:

1) że kontrolerzy „byli zaskoczeni i zszokowani” faktem pojawienia się tak gęstej mgły, ale zaraz potem dodaje, że była ona „elementem straszliwej gry”.
2) że świadomie sprowadzali samolot i polskich pilotów „na śmierć” i wciągali ich w „śmiertelną pułapkę”, z drugiej zaś strony, że „do ostatniej chwili błagali centralę w Moskwie, by wyznaczyła lotnisko zapasowe” ( twierdzenie skądinąd nieprawdziwe, a przynajmniej nieprecyzyjne, będące zresztą klasycznym przejawem instrumentalnej żonglerki faktami w wykonaniu Macierewicza i spółki – lotniska zapasowe były już znane i wyznaczone, chodziło raczej o wydanie kategorycznego zakazu lądowania i polecenie lądowania w Moskwie bądź na dwóch lotniskach znajdujących się na terenie Białorusi).

Niech się więc w końcu p. Macierewicz ostatecznie zdecyduje i ustali: czy ci źli rosyjscy kontrolerzy faktycznie chcieli zabić polskiego prezydenta i jego świtę, czy też nie? Dopiero wtenczas będziemy mogli przystąpić do rzeczowej, racjonalnej dyskusji w tym temacie.

Jan Matusiewicz