Pierwsze wrażenia po raporcie MAK

Ogłoszona wczoraj treść raportu końcowego MAK ogólnie rzecz biorąc wcale mnie zaskoczyła, jakkolwiek spodziewałem się w głębi duszy, że strona rosyjska przyzna się jednak też i do przynajmniej kilku własnych, chociażby drobnych uchybień czy błędów.

Jedyną przykrą, a nawet bolesną niespodzianką stanowiło dla mnie tak mocne wyeksponowanie faktu obecności alkoholu we krwi gen. Błasika. I to bynajmniej nie dlatego, bym sądził, że ta sprawa  jest jakoś naciągana albo bym skłaniał się do forsowanych przez niektórych opinii, że owe 0,6 promila mogło wytworzyć się w organizmie generała wyniku czysto fizjologicznych reakcji czy to jeszcze za życia, czy już po śmierci. Reakcja ze strony zarówno polskiego rządu, jak i zwłaszcza szefów PiS każe bowiem przypuszczać, że Rosjanie mają na to faktycznie twarde dowody, które trzymali długo w ukryciu jako swojego głównego asa w rękawie.

MAK mógł sobie jednak odpuścić ujawnienie tego wielce nieprzyjemnego tak dla samej rodziny gen Błasika, jak i dla, myślę, ogółu Polaków faktu; faktu, który może mieć bardzo negatywny wpływ na wizerunek Polski w świecie, z tego prostego powodu. Mianowicie takiego, że nie miał on większego lub zgoła żadnego wpływu na katastrofę. Ujawnienie go dolało tylko, przynajmniej w wymiarze atmosfery panującej dzisiaj w Polsce, przysłowiowej oliwy do i tak buchającego coraz to szerszymi płomieniami ognia.

To zdumienie jednak natychmiast nas opuści, gdy spojrzymy na ów raport nie na jako pewną, że tak powiem, administracyjno-formalną procedurę, ale przede wszystkim jako na bardzo istotny element zmasowanej wojny informacyjnej, jaka się toczy od dłuższego czasu pomiędzy obydwoma stronami. Z tej perspektywy była to z pewnością zagrywka z kategorii tzw. czarnego pijaru, mająca przykuć uwagę międzynarodowej opinii publicznej, i przysłonić takie czy inne braki całego raportu. I wydaje się, że ten manewr działającym z zaskoczenia Rosjanom jak najbardziej się powiódł.

Niezależnie od świadomości tego faktu, nie podzielam bynajmniej histerycznych i gwałtownych reakcji kierowników PiS i skupionego wokół nich szerszego obozu politycznego, usiłujących wmówić Polakom, że raport MAK jest z gruntu nieprawdziwy i fałszywy. W tej akurat sprawie wolę opierać się na opiniach specjalistów z branży lotniczej, a nie polityków, nie mających  większego pojęcia w tych sprawach, za to takie czy inne swoje interesy polityczne do obronienia względnie do wygrania. Nie natknąłem się zaś dotąd na jakąkolwiek opinię żadnego z powszechnie znanych ekspertów lotniczych, która by potwierdzała tego rodzaju tezę (a staram się je śledzić bacznie). Wprost przeciwnie, eksperci ci, na czele z pp. Hypkim i Fiszerem, zgodnie przyznają, że skala polskich zaniedbań i błędów, popełnionych w zakresie przygotowania lotu i bezpośrednio przez załogę prezydenckiego Tupolewa, jest niezwykle obszerna.

W tym stanie rzeczy można mieć, przynajmniej moim zdaniem, zastrzeżenia nie do tego, co raport MAK-u zawiera, ale głównie do tego, czego w nim nie ma; co zostało w nim starannie pominięte. Wszyscy interesujący się choć trochę tematem doskonale wiedzą, że chodzi tu konkretnie o rolę odegraną przez rosyjskich kontrolerów lotów i kwestię ich współodpowiedzialności za doprowadzenie do katastrofy. Nasuwa mi się wyraźnie kilka hipotez odnośnie przyczyn właśnie takiego potraktowania tej kwestii przez MAK, ale na razie zachowam je dla siebie. Podzielę się nimi z czytelnikiem, gdy trochę opadną emocje.

Niezależnie od tego wszystkiego, czy to się komuś spodoba czy nie, podzielam zasadniczo pogląd, iż główną przyczyną katastrofy była, niezależnie od takich czy innych błędów rosyjskich kontrolerów, próba lądowania w skrajnie niekorzystnych warunkach pogodowych, i że co najmniej 90 % winy leży, niestety, po naszej stronie. Stwierdzam to z przykrością, ale taką właśnie ocenę dyktują mi ujawnione dotychczas fakty. Jeśli ktoś nie podziela tego poglądu albo nie jest w stanie przyjąć go do wiadomości, np. z pobudek swoiście pojmowanego patriotyzmu, to jego sprawa. Ja nie zamierzam się stosować, nawet w tej tak bardzo drażliwej i delikatnej kwestii, do moralności Kalego, i ślepo trzymać się konwencji: dobrzy Polacy, źli Rosjanie. Nie uważam też, jak to sugeruje wielu, że próba przerzucenia za wszelką cenę, wbrew tym nagim a brutalnym faktom, głównego ciężaru odpowiedzialności na Rosjan jest nakazem patriotyzmu i wymogiem „polskiej racji stanu”. Zbyt dużo win i zaniedbań jest po naszej stronie, byśmy mieli to tego jakikolwiek nie tylko polityczny, ale i moralny tytuł. W moim odczuciu najważniejszym wymogiem polskiej racji stanu jest na dzień dzisiejszy właśnie nie uciekanie od prawdy, choćby była ona dla nas bardzo bolesna i przykra. To, że druga strona z tą prawdą również w pewnym stopniu się rozmija, wcale nas do tego rodzaju działań nie upoważnia, i ich nie usprawiedliwia. To tyle na dzisiaj. Bardziej szczegółowy komentarz zamieścimy wkrótce.

Andrzej Turek