Kontrowersje wokół raportu MAK

Treść i sam sposób raportu MAK była zaskoczeniem dla wielu. Odniosłem takie wrażenie, że jedną z najbardziej zaskoczonych osób był Donald Tusk, szlusujący sobie akurat beztrosko na nartach. Do takiej opinii skłania mnie najpierw jego długie milczenie, a potem dosyć nerwowa reakcja na raport. Prawdopodobnie i on sam, i jego najbliższe otoczenie, oczekiwało, że Rosjanie przyjmą choćby część winy za katastrofę na siebie.

Tak się jednak nie stało. MAK zaprezentował raport wskazujący tylko i wyłącznie na polską odpowiedzialność za doprowadzenie do niej. A to równa się bezpośredniemu uderzeniu w szefa MON, B. Klicha, któremu podlega 36 specpułk, i który ponosi odpowiedzialność, przynajmniej polityczną, za wszystkie braki i nieprawidłowości w zakresie szkolenia, za tolerowanie notorycznego łamania obowiązujących procedur, i za fatalne, wespół z min. Arabskim, przygotowanie owego tragicznego lotu do Smoleńska. A jeśli treść raportu uderza w min. Klicha, to uderza też rykoszetem w jego politycznego protektora – w premiera. To zupełnie oczywiste. Tak to rzekoma przyjaźń czy też nawet „zmowa” Tuska z Putinem prysła jak bańka mydlana.

Dlaczego rosyjscy kontrolerzy nie wydali załodze prezydenckiego Tu-154 M jednoznacznego, kategorycznego zakazu lądowania i dlaczego teraz MAK pokrywa tą kwestię całkowitym milczeniem? Jest bardzo wiele tego powodów.

O dawna już można było przypuszczać, że głównym motywem takiego a nie innego zachowania załogi wieży kontroli lotów lotniska Siewiernyj była obawa przed wywołaniem międzynarodowego skandalu. Mówiąc wprost, obawiano się, iż w razie wydania takiego zakazu L. Kaczyński może oskarżyć Rosję o celowe uniemożliwienie mu złożenia hołdu ofiarom Katynia pod pretekstem wyimaginowanej sztucznej mgły. To mogło potencjalnie wywołać bardzo poważne reperkusje, tak na arenie międzynarodowej, jak i wpłynąć na niekorzystny z punktu widzenia Moskwy rozwój sytuacji politycznej w Polsce.

Dlaczego jednak strona rosyjska boi się czy też nie chce powiedzieć tego wprost. Trudno mi wchodzić w jej skórę, ale główne powody tego stanu rzeczy upatruję w następujących przesłankach. Ujawnione przez polską komisją min. Millera zapisy rozmów rosyjskich kontrolerów lotów między sobą i z przełożonymi tworzą wrażenie raczej nieciekawe. Wyłania się z nich obraz wielkiego chaosu, bałaganu i zamętu, dodatku okraszonego całym potokiem, delikatnie mówiąc, nieparlamentarnych zwrotów pod adresem nadlatującej polskiej delegacji. Ale i to polska opinia publiczna pewnie by przełknęła i jakoś rozgrzeszyła, gdyby tylko obydwie strony zmierzały od samego początku i miały na uwadze tylko i wyłącznie ustalenie prawdy, jaką by ona nie była. Rzecz jednak w tym, że sprawa była od początku zbyt upolityczniona, by zaistniały ku temu odpowiednie warunki.

Już w ciągu najbliższych godzin po katastrofie rozpoczęła się zaciekła wojna propagandowa z obydwu stron. I tak niektóre rosyjskie gazety, uprzedzając nawet ustalenie faktów przez MAK , pisały, że jej przyczyną były przede wszystkim naciski L. Kaczyńskiego i jego świty na załogę samolotu. Z kolei po stronie polskiej niemal codziennie objawiali się w mediach, w niektórych gazetach, a zwłaszcza na forach internetowych, różni samozwańczy „eksperci” i detektywi, którzy wymyślali coraz to nowe teorie spiskowo-zamachowe odnośnie Smoleńska – a to jakiś meaconing, a to zastosowanie jakiejś tajnej broni elektromagnetycznej, a to sztuczna mgła, a to, w końcu, przede wszystkim celowe, błędne naprowadzanie samolotu przez rosyjskich kontrolerów. Jedna ze znanych gazet napisała o nich wprost – zadali kurs na śmierć. Wszystko to rozlewało się po Polsce niczym szalejący pożar. Trochę ucichło w czasie finalnego etapu kampanii prezydenckiej, kiedy to J. Kaczyński postanowił z przyczyn czysto socjotechnicznych wystąpić z orędziem do „Przyjaciół-Moskali”, ale potem wybuchło z jeszcze większą siłą.

Co do mnie, to już w krótkim czasie po katastrofie, w artykułach publikowanych w nr 1-2-3 i 4-5-6 Nowego Przeglądu Wszechpolskiego poddałem w wielką wątpliwość wersję celowego zamachu ze strony Rosjan, nie mogąc się doszukać żadnych racjonalnych motywów, dla których mieliby oni posunąć się do tak drastycznego kroku. Proszę nie brać mi tego za zarozumiałość, ale żeby przyjąć tą linię rozumowania do wiadomości, trzeba posiadać dość szeroką wiedzę w zakresie stosunków polsko-rosyjskich na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat i podchodzić z do sprawy z odpowiednim dystansem. Wysuwane przeze mnie argumenty nie miały i nie mają do teraz dostatecznej siły przebicia, w sytuacji, gdy znaczna część, jeśli nie większość Polaków kieruje się w swym stosunku do Rosji emocjami, i mającymi swe główne źródło w historii stereotypami. Oczywiście, nie winię za to ich samych, tylko nakręcające bez przerwy tą antyrosyjską histerię media. By zostać zrozumiałym, podaję też raz jeszcze, oczywiście w bardzo wielkim skrócie, użyte wtedy argumenty.

Otóż, moim niezachwianym zdaniem rosyjskie czynniki rządzące nie miały racjonalnych powodów do robienia celowego zamachu i fizycznej likwidacji L. Kaczyńskiego i jego otoczenia. Nie stanowił on już dla nich żadnego realnego zagrożenia. Prowadził od dawna jawnie antyrosyjską polityką i na pewno był uważany na Kremlu za zadeklarowanego wroga Rosji w jej obecnym kształcie. Ale ta polityka już dużo wcześniej zbankrutowała, a ostateczny cios zadało jej przejęcie steru władzy przez Janukowycza na Ukrainie. Kaczyński nie miał już dla niej żadnego istotnego poparcia na Zachodzie. Nawet USA demonstracyjnie się od niego odwróciły i pozostało mu jedynie zakulisowe wsparcie ze strony tamtejszych neokonserwatystów. Także i rola, odegrana przez niego w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej, została wyolbrzymiona i zmitologizowana przez jego obóz polityczny. Tak naprawdę to nie jego płomienne wystąpienie w Tbilisi powstrzymało rosyjskie czołgi, ale przede wszystkim mediacja francuskiego prezydenta Sarkozy’ego. Także i na arenie krajowej kiepsko mu się wiodło, a jego notowania były raczej niskie. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia należało spokojnie poczekać jeszcze pół roku, aż w sposób naturalny pożegna się z fotelem głowy państwa, a nie bestialsko go mordować, i robić tym samym z niego męczennika. Jeśli ktoś nie zgadza się z tym poglądem albo ma jakieś wątpliwości w tym względzie, zachęcam go gorąco do zapoznania się z treścią wspomnianych artykułów.

Powróćmy jednak do przerwanego tematu. Dlaczego Rosjanie nie spełnili oczekiwań Tuska? Już na początku grudnia, w czasie wizyty Miedwiediewa w Polsce, stało się jasne, że w gwałtownie ocieplonych stosunkach polsko-rosyjskich występują coraz większe zgrzyty. Niedługo potem Tusk, taki dotąd pobłażliwy i tolerancyjny w zakresie łamania czy też przynajmniej naginania przepisów konwencji chicagowskiej przez MAK, nagle się przebudził i ostro oświadczył, iż szykowany przez ten organ raport jest nie do przyjęcia dla Polski. Była to reakcja nie tylko kompletnie spóźniona ( jeśli były jakiejś zastrzeżenia w tym względzie, np. w zakresie odmowy realizacji wysuwanych przez polską stronę wniosków, to należało reagować natychmiast, bezzwłocznie), ale przede wszystkim wielce niedyplomatyczna. MAK jest oficjalnie instytucją niezależną od władz rosyjskich i nie polski premier powinien kierować do niego uwagi, ale jego polskie odpowiedniki, czyli np. minister Miller czy E. Klich. Wytknęła to później skwapliwie i celnie Tuskowi p. Anodina.  Jeśli nawet chciał on przycisnąć mocniej Rosjan, to od tego są odpowiednie kanały dyplomatyczne, a nie publiczne konferencje prasowe. Także i teraz polscy oficjele nie powinni bezpośrednio kierować swych pretensji pod adresem Miedwiediewa i Putina, bo to stawia ich w bardzo niezręcznej sytuacji. Sugeruje, że MAK jest tylko marionetką w ich ręku. Rachuby, że zmusi się w ten sposób stronę rosyjską do wzięcia na siebie części winy, są wielką pomyłką. To raczej tylko usztywni jej stanowisko.

Poza tym nie wykluczałbym, że na ostateczny kształt raportu mogła mieć wpływ także i wysoce dwuznaczna, powiem więcej, jakby schizofreniczna postawa Tuska i jego dworu. Z jednej strony wyciągano rękę do Rosji w geście pojednania i zgody, dawano jej prawie całkowicie wolną rękę w śledztwie, a z drugiej nie robiono nic, by powstrzymać nasilającą się „spiskową” falę, tak że nawet w pierwszym kanale państwowej telewizji cały czas grasowali zawodowi rusofobi i „spiskolodzy”, którzy mogli sobie używać do woli na „wrogu nr 1 Polski” pod zasłoną wolności mediów, obowiązującą w demokratycznym ustroju państwa. Rosjanie nie są aż tak głupi, by tej gry nie przejrzeli. Oni nie reagowali może od razu, ale w odpowiednim momencie odpłacili „pięknym za nadobne”. Nie chcę brać  posady ich adwokata, tylko stawiam tezę, że mogło to wpłynąć, i to dość istotnie, na kształt raportu MAK-u. Bo proszę zważyć, gdyby nawet podał on cała prawdę o tym, co faktycznie działo się na wieży smoleńskiego lotniska, któż by mu teraz uwierzył, gdy niemal do każdego polskiego domu dotarły już pogłoski o rzekomym dobijaniu rannych i sztucznej mgle. Jedno jest szczególnie oczywiste. Mianowicie to, że gdyby nawet podano wszystko z detalami, jak na spowiedzi, to reakcja obozu J. Kaczyńskiego byłaby zapewne dokładnie taka sama, tak samo gwałtowna i negatywna – winni, winni, winni… Powiedziano by, że to tylko nikczemne rosyjskie wykręty. A publiczne wyjawienie tych kwestii przez MAK tylko podgrzewało by tą atmosferę i jeszcze bardziej skomplikowało dodatkowo Rosjanom sytuację.

Obecnie bowiem gorliwi propagandziści na usługach Kaczyńskiego i spółki nie próbują już nawet szukać dowodów rosyjskiej winy. Oni wpadli na dużo lepszy pomysł. Zaczęli żądać od Rosjan, by ci sami udowodnili swoją niewinność, by udowodnili np. że smoleńska mgła nie była sztuczna, ale stuprocentowo naturalna…„Teraz oni muszą udowodnić, że tego nie zrobili” pisze wielkimi literami w „Gazecie Polskiej” z 19 stycznia br. jej naczelny p. Sakiewicz i rozwija twórczo temat: „…Jeśli Rosjanie mają jeszcze potrzebę walki o własny wizerunek, muszą udowodnić, że nie zabili prezydenta i 95 towarzyszących mu osób…”. Jeśli dobrze pamiętam, to kiedyś podobna zasada obowiązywała w sowieckim systemie prawnym. Dziś paradoksalnie próbują wskrzesić i przywrócić ją do życia ludzie, którzy oficjalnie ten system tak mocno piętnują, a zwłaszcza wskazują na jego różne jego przejawy i pozostałości w życiu dzisiejszej Rosji. Trudno znaleźć przejaw większej hipokryzji. Jak można tak zajadle krytykować rosyjską, a w domyśle cały czas sowiecką jeszcze rzeczywistość, gdy samemu tkwi się w niej po uszy. Przecież takie żądania to żądania w gruncie rzeczy z gatunku tego – udowodnij, że nie jesteś wielbłądem. Czy tu rzeczywiście chodzi jedynie o prawdę?

Warto też zastanowić się dobrze nad jeszcze jedną rzeczą w zakresie medialnego odbioru raportu MAK. Otóż, czy nie może zastanawiać fakt, że niemieckie media w swojej ojczyźnie niemal powszechnie pozytywnie skomentowały raport MAK-u (no może wytknęły drobne niedociągnięcia), a u nas w Polsce największy pod względem nakładu dziennik a właściwie brukowiec „Fakt”, będący w rękach potężnego niemieckiego koncernu medialnego Axel Springer AG, nie tylko odniósł się do niego dużo bardziej krytycznie, ale regularnie pisze o różnych wersjach „smoleńskiego zamachu” i „spisku”. Dodajmy przy tym, że gazeta ta słynie również z wyjątkowej nierzetelności, licznych pomówień i, opierających się często na niesprawdzonych lub na wprost sfingowanych plotkach, spekulacji. Czy to czysty przypadek, czy też zamierzone działanie? Zastanówmy się dobrze nad tą kwestią. C.d.n. wkrótce.

Jan Matusiewicz