Bitwa Warszawska w świetle faktów – cz. 6 (zakończenie i podsumowanie)

FotoB-matka-boza-laskawa-a-cud-nad-wisla_8457Historyczny spór o zasługi w bitwie warszawskiej – c.d.

W tym miejscu trzeba napisać przynajmniej kilka zdań o przyczynach i okolicznościach narodzenia się legendy gen. Weyganda jako rzekomo głównego autora polskiego zwycięstwa w bitwie warszawskiej. Jak już po części sygnalizowałem w poprzedniej części tych rozważań, legenda ta ma bodaj swe główne źródło w dość specyficznym pojmowaniu przez Francuzów, podobnie jak i zresztą przez inne zachodnioeuropejskie narody o silnych tradycjach kolonialnych, określenia – doradca. Dodatkową pożywką dla jej powstania i szerokiego rozpowszechnia się było z pewnością również całkiem oczywiste poczucie wyższości u francuskich elit wojskowych względem kadry dowódczej dopiero co odradzającego się Wojska Polskiego. Podsumowuje to bardzo zwięźle, a przy tym niezwykle trafnie i celnie przywoływany już tyle razy Jędrzej Giertych: „(…)Jest dzisiaj szeroko rozpowszechnionym poglądem na zachodzie – we Francji przyjętym niemal powszechnie – że istotnym zwycięzcą w Bitwie Warszawskiej i w całej wojnie polsko-bolszewickiej był generał Weygand: przyjechał, udzielał dobrych rad, rady te były skrupulatnie wykonywane i wojna została wygrana. Przeciętny francuski historyk, wojskowy czy dziennikarz w ogóle sobie dziś nie wyobraża, by sytuacja mogła wyglądać inaczej. A ci, co badają sprawę głębiej – napotykają przeciwstawienie „legendzie Weyganda” – „legendy Piłsudskiego”. A „legenda Piłsudskiego” jest w sposób tak oczywisty nieprawdziwa, że bezstronny historyk, który ją bada, odrzucić ją musi. Jest więc umocniony w przekonaniu o słuszności legendy Weyganda. Weygand nieraz zaprzeczał temu, że rzeczywiście kierował Bitwą Warszawską. Ale historycy i wojskowi francuscy uważają, że te zaprzeczenia są tylko aktem grzeczności: niech Polacy mają uczucie, że osiągnęli zwycięstwo sami…”.[1]

Tak się paradoksalnie składa, że do wykształcenia się tej legendy przyczyniła się w niemałym stopniu także i postawa oraz działania licznych Polaków, także z kręgów endeckich. Przejawiło się to choćby w zorganizowaniu odjeżdżającemu z Polski francuskiemu generałowi niezwykle gorącego pożegnania, w czasie którego fetowano go otwarcie jako rzekomo głównego ojca zwycięstwa i „zbawcę Ojczyzny”. Miało to, rzecz jasna, ścisły związek z chęcią pomniejszenia zasług Piłsudskiego, przy jednoczesnym braku głębszej orientacji o rzeczywistym przebiegu wypadków wojennych, wynikającym przede wszystkim z zatajenia faktu jego dymisji przez premiera Witosa. Ponadto sam gen. Rozwadowski nigdy nie pozostawał w zbyt dobrych stosunkach z endecją, z łatwych do zrozumienia powodów. Przede wszystkim wywodził się z przeciwstawnej orientacji geopolitycznej – był prawie aż do końca I wojny światowej zdeklarowanym i gorącym zwolennikiem oparcia sprawy polskiej o Austro-Węgry, którą to postawę należy zresztą uznać w przypadku – było, nie było – austriackiego generała za najzupełniej zrozumiałą i naturalną, zwłaszcza z typowo przyziemnego punktu widzenia. Ten wyraźny polityczny rozdźwięk został potem jeszcze dodatkowo spotęgowany poważnymi konfliktami Rozwadowskiego jako dowódcy obrony Lwowa ze zdominowanym właśnie przez endeków lwowskim Tymczasowym Komitetem Rządzącym. W tej sytuacji nie mógł on więc liczyć na należne mu uznanie i poparcie żadnego z liczących się polskich obozów politycznych: nie było tuż po bitwie nikogo naprawdę znaczącego politycznie i dysponującego zarazem odpowiednim wpływem propagandowym wpływowego, kto by z miejsca należycie docenił i wyeksponował jego zasługi. A tymczasem w Paryżu nikt nie miał zamiaru wdawać się w jakieś głębsze dociekania, jak faktycznie rzeczy się miały. Przyjęto więc powszechnie za praktycznie pewnik scenariusz niejako samorzutnie się narzucający i dla Francji najbardziej wygodny. Powitano zatem tam Weyganda z wielką pompą należną „pogromcy bolszewików” i człowiekowi, który uratował Polskę przed niemalże nieuchronną zgubą z ich ręki.

Trzeba zresztą przyznać gen. Weygandowi, że jakkolwiek głównym autorem polskiej wiktorii absolutnie nie był, to jednak wniósł w nią swój bardzo poważny wkład. Przede wszystkim więc to właśnie on bardzo istotnie wpłynął na decyzję o znaczącym wzmocnieniu 5 armii gen. Sikorskiego w przededniu decydującej rozprawy – udzielił w tym zakresie pełnego poparcia Rozwadowskiemu i tym samym praktycznie przesądził o przeforsowaniu tej jakże słusznej, wręcz zbawiennej, decyzji wbrew oporom Piłsudskiego. Po wtóre, oparł się kategorycznie wszelkim naciskom i sugestiom tak polityków zachodnich, jak i tegoż Piłsudskiego, którzy próbowali go tuż przed bitwą wsadzić na siłę na miejsce Rozwadowskiego, słusznie rozumując i argumentując, że może to jedynie doprowadzić dalszej dezorganizacji dowodzenia i w konsekwencji klęski, choć zapewne grała tu też pewną rolę i obawa przed wzięciem na siebie odpowiedzialności za bardzo możliwą przegraną. Należy poczytać Weygandowi za wielką zasługę również i to, że mimo tak zasadniczego odrzucenia jego strategicznych koncepcji przez Rozwadowskiego nie kierował się ani przez chwilę jakąś urażoną osobistą dumą czy ambicją, ale po prostu przyjął jego plan do wiadomości i dopomagał potem z całych sił do jak najbardziej dokładnego i skrupulatnego wcielenia go w życie. Nie można też w żaden sposób kwestionować jego fachowych kwalifikacji, z których Polacy bezsprzecznie wydatnie skorzystali – miał on szczególnie wielki wkład zwłaszcza w umiejętne ufortyfikowanie przedmościa warszawskiego, a to dzięki doświadczeniom zdobytym w trakcie długoletniej wojny pozycyjnej w okopach wielkiej wojny. Nadto wielokrotnie i przy tym skutecznie interweniował u swych politycznych mocodawców na Zachodzie na rzecz zwiększenia i przyspieszenia dostaw broni i amunicji do Polski. Byłoby zatem z polskiej strony skrajną niewdzięcznością rolę odegraną w bitwie warszawskiej przez gen. Weyganda w jakikolwiek sposób lekceważyć czy pomniejszać. Przeciwnie, jesteśmy mu winni głęboką wdzięczność, wszelako z zachowaniem odpowiednich proporcji.

Ta nasza wdzięczność powinna kierować się bowiem przede wszystkim ku osobie gen. Tadeusza Jordana Rozwadowskiego. Jego wkład w zwycięstwo pod Warszawą i w całą wygraną wojnę z bolszewikami, a zarazem wyjątkowy talent dowódczy, połączony z rzadko spotykanymi przymiotami charakteru, uprawniają do zaliczenia go w poczet najwybitniejszych polskich wodzów na przestrzeni całych naszych dziejów. Oddajmy w tym miejscu raz jeszcze głos Witosowi: „(…) Cokolwiek będzie się pisać i mówić, kogo się będzie chciało ubierać w laury i wawrzyny, to rok 1920, „Cud nad Wisłą” i zwycięstwo nad bolszewikami odniesione, pozostać muszą z nazwiskiem gen. Rozwadowskiego związane…”.

A tymczasem naga, brutalna rzeczywistość wygląda tak, że ogromne zasługi tego wielkiego a jednocześnie osobiście bardzo skromnego człowieka zostały na długie dziesięciolecia prawie że całkowicie zapomniane, bądź też były powszechnie, na różne sposoby i przy pomocy różnych, nieraz bardzo podłych i niecnych, chwytów, pomniejszane i bagatelizowane – właściwie dopiero ostatnie lata przyniosły pewien wyłom w tym zakresie. Postać generała Rozwadowskiego była – i dalej jest po dzień dzisiejszy – usilnie spychana w cień przede wszystkim przez bezkrytycznych gloryfikatorów i chwalców Marszałka (pisane obowiązkowo z dużej litery). Powody i motywy leżące u podłoża tego zjawiska są całkiem oczywiste. Gen. Rozwadowski był już od pierwszych dni procesu odbudowy polskiej państwowości, a nawet jeszcze wcześniej, ponad wszelką wątpliwość głównym rywalem Piłsudskiego do odgrywania dominującej roli na niwie wojskowej, a tym samym oczywistą i bardzo poważną przeszkodą w jego ambicjach i planach zdobycia pełnej władzy nad Polską. Piłsudski, w sytuacji braku dostatecznie silnego zaplecza politycznego, będącego w stanie wygrywać na drodze parlamentarnej, a także ze względu na realia ustrojowe, mógł perspektywicznie myśleć, a choćby nawet tylko marzyć o osiągnięciu takiej władzy tylko pod warunkiem uzyskania dominującego, najlepiej zaś niepodzielnego wpływu na polską armię i wykorzystania jej następnie do przeprowadzenia zbrojnego zamachu stanu w dogodnym dla siebie momencie. Już z tej samej przyczyny miał wielki osobisty interes w eksponowaniu własnych – rzeczywistych i wydumanych – zasług w wojnie polsko-bolszewickiej, co musiało, rzecz jasna, odbywać się kosztem pomniejszania zasług i wkładu gen. Rozwadowskiego. W tych małostkowych osobistych ambicjach marszałka można upatrywać rzeczywistego powodu pozbycia się Rozwadowskiego już 1 kwietnia 1921 r. z funkcji szefa Sztabu Generalnego i zastąpienia go gen. Sikorskim. Rozwadowski został wówczas przesunięty na funkcję Generalnego Inspektora Jazdy, którą sprawował aż do zamachu majowego. W tej roli przyczynił się bardzo istotnie do unowocześnienia i rozwoju polskiej kawalerii. W 1925 r. kierował też osobiście wielkimi manewrami WP na Wołyniu, które to manewry wywarły wielkie wrażenie na obserwatorach zagranicznych, odbijając się szerokim echem w całej Europie. Równocześnie narastał coraz bardziej jego konflikt z Piłsudskim i całym jego obozem politycznym, któremu zarzucał celowe upolitycznianie i dzielenie armii. Podczas zamachu majowego Rozwadowski dowodził wojskami rządowymi w stolicy. Po zwycięstwie puczystów został najpierw internowany, a następnie, wraz z generałami: Zagórskim, Jaźwińskim i Malczewskim, osadzony w więzieniu na Antokolu w Wilnie pod pretekstem popełnienia bliżej niesprecyzowanych nadużyć. Jednak wobec braku jakichkolwiek dowodów, które uzasadniałyby ten zarzut, termin jego procesu był ciągle przesuwany. W końcu, w październiku 1926 r., sąd wojskowy wydał orzeczenie, iż należy go w tej sytuacji zwolnić. Jednakowoż na podstawie decyzji prokuratury wojskowej, za którą stał sam dyktator, trzymano go dalej w wiezieniu z powodu „interesu wojska pierwszej wagi”. Wreszcie, w październiku 1927 r., wypuszczono go w końcu pod naciskiem opinii publicznej z na wolność. Miał odpowiadać w szykowanym dalej procesie sadowym z wolnej stopy. Jednakowoż nie doczekał ani tegoż procesu, ani oficjalnego oczyszczenia z zarzutów. Ciężkie warunki więziennej egzystencji spowodowały, że bardzo podupadł na zdrowiu. Nasilały się ataki ciężkiej choroby, której charakteru nie udało się dokładnie zdiagnozować żadnemu lekarzowi. Istnieją bardzo poważne przesłanki skłaniające do przypuszczenia, że u jej podłoża leżało po prostu otrucie.

Gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski zmarł 18 października 1928 r. w Warszawie, zaś jego pogrzeb, z udziałem wielkich tłumów, odbył się 22 października we Lwowie. Zgodnie ze swoim ostatnim życzeniem spoczął na słynnym Cmentarzu Orląt, wśród swoich żołnierzy.

Wypada jeszcze w tym miejscu podkreślić, że gen. Rozwadowski nie tylko ogromnie przysłużył się Polsce w krytycznych momentach1920 r., ale posiadał też wybitne osobiste cechy i zalety ku temu, by stać się centralną postacią odrodzonego polskiego wojska i pchnąć jego rozwój na właściwe, nowoczesne tory. Wbrew twierdzeniom niektórych krytyków, nie był on bynajmniej więźniem archaicznych zasad i przyzwyczajeń wyniesionych z CKA. Przeciwnie, wyprzedzał swoim wynalazczym umysłem praktycznie całą ówczesną polską generalicję w przewidywaniu dalszego rozwoju sztuki wojennej i poszukiwaniu nowatorskich rozwiązań. M.in. jako Generalny Inspektor Jazdy zaproponował wzmocnienie każdej polskiej brygady kawalerii batalionami strzelców zmotoryzowanych i pociągami pancernymi. Jednocześnie już wtenczas postulował utworzenie 10 pułków pancernych, co zostało oczywiście zignorowane. Jeszcze w ostatnich miesiącach życia, gdy zmagał się z ponawiającymi się problemami zdrowotnymi, napisał znane studium pt. „Problem dzisiejszej obrony państwa”, nazwane później „Testamentem wojskowym generała Rozwadowskiego”. Przewidując nieuchronny i szybki konflikt z Niemcami i sowiecką Rosją, postulował w nim m.in. utworzenie specjalnej „armii wysokiego pogotowia”, złożonej z silnego lotnictwa, kawalerii oraz oddziałów zmotoryzowanych i pancernych. Niestety, studium to, jakże trafne i prorocze w swej treści, wylądowało w szufladzie. Domorośli sanacyjni stratedzy nie mieli bowiem najmniejszej ochoty szukać natchnień w przemyśleniach generała, który nie tylko stał poza ich obozem, ale który był wręcz przez nich znienawidzony. Konsekwencją tego była klęska wrześniowa 1939 r.

Należy w tym miejscu wspomnieć w choćby paru słowach również i o zasługach innych polskich dowódców. Nasuwają się tu przede wszystkim nazwiska generałów: Władysława Sikorskiego, Józefa Hallera i Kazimierza Sosnkowskiego. O roli odegranej przez gen. Sikorskiego napisałem już dosyć obszernie. Podsumuję więc ją teraz tylko jednym zdaniem – gdyby nie jego sprawne dowodzenie 5 armią, uwieńczone pokonaniem znacznie liczniejszych sił bolszewickich, polskie zwycięstwo byłoby absolutnie niemożliwe. Z kolei zasługi gen. Hallera wyrażają się w jego wzorowej, jako dowódcy Frontu Północnego, współpracy i z samym gen. Rozwadowskim, i z gen. Sikorskim oraz w umiejętnej koordynacji działań poszczególnych związków taktycznych wchodzących w jego skład. Ponadto odegrał on ogromną rolę moralno-psychologiczną poprzez fakt swojej prawie ciągłej obecności na pierwszej linii frontu i nieustannego zagrzewania żołnierzy do walki, a równocześnie skutecznego mobilizowania ludności stolicy do wspierania na wszelkie możliwe sposoby bohatersko walczącego wojska. Wreszcie, gen. Sosnkowski, jako minister spraw wojskowych, wzorowo zabezpieczył polskie tyły i, dzięki wielkiej energii a także i twardości, zapewnił porządek na zapleczu frontu, a zwłaszcza niezbędne zaopatrzenie dla walczących oddziałów.

Wyróżniając wspomniane osoby, nie wolno jednak ani na chwilę zapominać o tym, że dramatyczne zmagania z bolszewicką Rosją miały też całe rzesze innych, znacznie mniej znanych, a często zupełnie dzisiaj bezimiennych bohaterów. Ta wojna została bowiem w ostatecznym rozrachunku wygrana ogromnym, wprost heroicznym wysiłkiem całego narodu.

„Cud nad Wisłą” – mit czy rzeczywistość

Samo pojęcie „Cudu nad Wisłą” zostało ukute i rozpropagowane w pierwszym rzędzie przez ówczesną prasę endecką, a szczególnie przez redaktora naczelnego ówczesnej „Rzeczpospolitej” Stanisława Strońskiego. Nie można zaprzeczyć, że miało ono on początku wyraźny wydźwięk propagandowy – Strońskiemu i innym jego propagatorom chodziło w sposób oczywisty – podobnie jak w przypadku eksponowania zasług gen. Weyganda – o pomniejszenie tym dość prostym zabiegiem domniemanych zasług Piłsudskiego. Potem jednak pojęcie to na trwałe weszło do polskiej tradycji narodowej z wielu innych powodów. Przede wszystkim, z tego zupełnie podstawowego powodu, że przełomowy pod wieloma względami dla losów bitwy dzień 15 sierpnia 1920 r. był równocześnie dniem kościelnego święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Z tej to przyczyny zapanowało i do dzisiaj szeroko utrzymuje się wśród Polaków przekonanie, że zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki pomocy nadprzyrodzonej. Jednakże pogląd ten ma i wielu zdecydowanych przeciwników, szczególnie w kręgach, nazwijmy je, laickich, którzy argumentują, że w istocie Polacy odnieśli pod Warszawą zwycięstwo czysto ludzkimi siłami, niezależnie od wszelkich kontrowersji dotyczących dowodzenia.

Wydaje mi się wszelako, że jedno wcale nie wyklucza drugiego. Oczywiście żaden poważny historyk nie określi zwycięstwa w bitwie warszawskiej cudownym wydarzeniem w takim ujęciu, iż Polacy nie dysponowali żadnymi, realnymi możliwościami obrony i walki z nieprzyjacielem i że stali z góry na tak straconej pozycji, iż tylko jakaś nadzwyczajna, bezpośrednia interwencja sił nadprzyrodzonych uratowała ich od klęski. Z drugiej jednak strony wynik jakiejkolwiek bitwy nie jest z góry do końca pewny; tym bardziej takiej, do której przystępują strony dysponujące mniej więcej wyrównanymi siłami, zaś sama bitwa jest z kategorii tych decydujących o wszystkim, decydujących w istocie o być albo nie być. Ponadto nie sposób zaprzeczyć, że na końcowy rezultat tejże bitwy, niezależnie od bardzo umiejętnego rozegrania jej przed polskie dowództwo i ogromnego męstwa wykazanego przez polskich żołnierzy, wpłynęło też cały szereg czynników, które można określić rozmaicie. Można je mianowicie określić mianem szczęścia bitewnego czy pomyślnego daru losu, a można też, patrząc na wszystko zwłaszcza z perspektywy człowieka wierzącego, uznać je za zrządzenie i pomoc Bożej Opatrzności. Bo czyż nie wprost opatrznościowe było samo mianowanie gen. Rozwadowskiego na funkcję szefa polskiego SG? Przecież, z wielu powodów, mogło równie dobrze do tego nie dojść, ba – wydawało się to prawie do końca niemożliwe. I trzeba było dopiero całego splotu bardzo sprzyjających okoliczności, by stało się to koniec końców faktem. A przecież bez tegoż Rozwadowskiego, i to w samym centrum tych wydarzeń, nie byłoby i polskiego zwycięstwa – to wydaje się mniej więcej oczywiste. A czyż, choć zabrzmi to mocno paradoksalnie, nie wprost opatrznościowy był dla strony polskiej ten upór Stalina, by za wszelką cenę zdobywać Lwów, a nie karnie maszerować na północ i czynnie wesprzeć Tuchaczewskiego? Przecież gdyby wykonał on posłusznie i bezzwłocznie przysłane mu z centrali rozkazy i dyrektywy, zmieniłoby to bardzo znacząco ogólną sytuację strategiczną – w kierunku dla nas wysoce niekorzystnym.

Rozważając tą kwestię, warto również podkreślić, że czas poprzedzający walne starcie obydwu armii był dla całego narodu polskiego czasem nie tylko wytężonego wysiłku wojskowego i organizacyjnego, ale też czasem wytężonej modlitwy. Już pod koniec lipca 1920 r. Episkopat, zebrany na Jasnej Górze pod przewodnictwem kardynałów Aleksandra Kakowskiego i Edmunda Dalbora, poświęcił Polskę Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i ponowił wybór Matki Bożej na Królową Polski. Biskupi skierowali też do wiernych w całym kraju specjalny list pasterski, wzywając do ufności MB Królowej Polski i zarazem wzywając ich do zaangażowania się z całych sił w obronę zagrożonej Ojczyzny. Na początku zaś sierpnia rozpoczęto na Jasnej Górze specjalną nowennę błagalno-pokutną, która trwała aż do osiągnięcia zwycięstwa. Tysiące pielgrzymów leżało krzyżem na placu przed jasnogórskim sanktuarium, błagając o ratunek dla Polski. Taka sama atmosfera wielkiej modlitwy panowała w samej Warszawie. Stołeczne kościoły wprost pękały w szwach, a na warszawskie ulice wyszły liczne procesje z Najświętszym Sakramentem oraz relikwiami błogosławionych Andrzeja Boboli (było to jeszcze przed jego kanonizacją) i Władysława z Gielniowa. Gen. Weygand, patrząc na to, miał nawet stwierdzić, że nigdy w swoim życiu nie widział tylu modlących się ludzi. Tuż przed rozpoczęciem decydujących zmagań do żołnierskich okopów pod Radzyminem przybyli także kard. Kakowski i nuncjusz apostolski w Polsce, Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI, by duchowo wesprzeć żołnierzy. Można zatem, bez żadnej przesady, stwierdzić, że w tych najbardziej krytycznych chwilach cała Polska albo walczyła, albo się modliła.

Inne kontrowersje wokół bitwy warszawskiej

Pomijając omówiony już wyżej spór o ojcostwo polskiego zwycięstwa, pewne kontrowersje może budzić np. zagadnienie ewentualnych skutków polskiej porażki pod Warszawą dla całej Europy. W polskiej literaturze historycznej spotyka się powszechnie pogląd, że równałoby się to gigantycznej ekspansji komunistycznej rewolucji na zachód i południe naszego kontynentu. W tym ujęciu uratowało więc ono cały ten ogromny obszar od zalania przez bolszewizm. Czy jest to pogląd rzeczywiście słuszny, a przede wszystkim oparty na uzasadnionych przesłankach? Otóż, moim skromnym zdaniem taki właśnie scenariusz był wysoce prawdopodobny, jednak bynajmniej nie do końca przesądzony.

Pozostaje poza wszelką dyskusją, że klęska Polski pociągnęłaby za sobą natychmiastowy upadek i zajęcie przez bolszewików wszystkich trzech państw bałtyckich, włącznie z ich chwilowym sojusznikiem – Litwą. Bardzo poważne niebezpieczeństwo zagroziłoby również krajom położonym na południowy wschód od Polski, czyli Rumunii, Węgrom, a nawet Bułgarii. Nie sposób natomiast dokładnie dziś powiedzieć, jaki obrót wzięłyby – w takim wypadku – wydarzenia w Niemczech: tzn. czy w obliczu zajęcia całej Polski przez Armię Czerwoną wzięłyby tam ostatecznie górę miejscowe siły komunistyczne lub komunizujące, wtedy jeszcze stosunkowo słabe, czy też prądy nacjonalistyczne, dyskretnie wspierane również i przez sprawującą podówczas władzę w Republice Weimarskiej, a także i faktyczny rząd dusz nad masami niemieckich robotników i, w odróżnieniu od swych mutacji w innych krajach, zawsze respektującą zasadnicze wymogi racji stanu niemiecką socjaldemokrację. Warto w tym miejscu przypomnieć, że akurat kilka miesięcy wcześniej wybuchły w Niemczech bardzo poważne zamieszki inspirowane właśnie przez tamtejszych komunistów. Zdołali oni nawet utworzyć własną „Czerwoną Armię” w Zagłębiu Ruhry, jednak ta próba przejęcia przez nich władzy na drodze siłowej została krwawo stłumiona właśnie przez ów zdominowany przez socjaldemokratów rząd, który nie zawahał się wysłać przeciwko zrewoltowanym robotnikom regularnych oddziałów Reichswehry. Nadto, trzeba też wziąć pod uwagę także i ten fakt, że Niemcy nie były w tamtym czasie wcale aż tak bezbronne, tak słabe militarnie, jakby się to mogło pozornie wydawać. Posiadały one, co prawda, skutkiem ograniczeń narzuconych im przez Traktat Wersalski, zaledwie stutysięczną armię. Była ona jednak doskonale wyszkolona i stosunkowo dobrze uzbrojona, przynajmniej w porównaniu z siłami bolszewickimi. Ponadto swoistym substytutem i w pewnej mierze zamiennikiem rozwiązywanych właśnie regularnych jednostek wojskowych stały się tzw. Freikorpsy i różnego rodzaju organizacje paramilitarne, skupiające w swych szeregach łącznie co najmniej kilkaset tysięcy byłych niemieckich żołnierzy.

W tym stanie rzeczy Niemcy miałyby wszelkie możliwości odtworzenia, w razie zaistnienia takiej potrzeby, w krótkim czasie stosunkowo silnej armii, dostatecznie mocnej, aby odeprzeć bolszewicki atak, oczywiście w wypadku klasycznej wojny obu państw, pod warunkiem zapewnienia lojalności lub siłowego utrzymania w ryzach niemieckiej klasy robotniczej. Także i zagrożone mocarstwa zachodnie wcale by im w tym nie przeszkadzały. Wprost przeciwnie, można postawić śmiałą hipotezę, że Niemcy nie omieszkałyby wykorzystać upadku Polski do zwrócenia się z prośbą do Francji i Anglii o choćby częściowe anulowanie nałożonych na nie restrykcji. Oraz, że zapewne taką zgodę by otrzymały. Wspomniane mocarstwa poszłyby wobec nich nawet na daleko posunięte ustępstwa, byle tylko oddalić od siebie widmo grożącej im samym rewolucji. Istniała też możliwość jakiegoś rodzaju porozumienia się Republiki Weimarskiej i bolszewickiej Rosji jako państw, można tak powiedzieć, zdegradowanych ze swojej dotychczasowej, mocarstwowej pozycji w Wersalu, właśnie na gruncie sprzeciwu wobec tegoż. W każdym bądź razie robiono ku temu pewne przymiarki, o czym może świadczyć choćby fakt nawiązania kontaktów wojskowych pomiędzy dowództwem obu armii w czasie zbliżania się bolszewików do Warszawy, a nawet bolszewicka obietnica przekazania Niemcom Pomorza gdańskiego. Pisze o tym chociażby tak poważny i bynajmniej nie polonofilski autor jak Richard Pipes. Zresztą już sam fakt odmówienia Polsce przez władze Republiki Weimarskiej 25 lipca 1920 r. możliwości tranzytu jakichkolwiek materiałów wojskowych przez niemieckie terytorium świadczy aż nadto dobitnie, że nie obawiały się one aż tak bardzo bolszewickiej inwazji i związanej z nią komunistycznej rewolty wewnętrznej. Wyraźnym priorytetem dla nich pozostawało dalej zniszczenie Polski, choćby sowieckimi rękami.

Identycznie zachowali się zresztą i Czesi. Widocznie i jedni i drudzy liczyli na to, że tak czy owak jakoś się z bolszewicką Rosją dogadają. Czy były to rachuby rozsądne, czy też tylko złudzenia, nie sposób dziś na to pytanie rzeczowo odpowiedzieć. Tylko Węgrzy, który poznali na własnej skórze skutki komunistycznej rewolty w wydaniu Beli Kuhna, chcieli pośpieszyć Polsce z pomocą, by tym samym nie dopuścić do jej recydywy u siebie. Jednak bezskutecznie – Czechosłowacja odmówiła bowiem przepuszczenia przez własne terytorium posiłkowego korpusu węgierskiej kawalerii. Trzeba też w tego rodzaju rachubach wziąć pod uwagę i ten czynnik, że nawet w razie zwycięstwa siły Tuchaczewskiego, mocno wykrwawione w zażartych walkach na terenie Polski, byłaby zwyczajnie zbyt słabe do podjęcia natychmiastowej, szybkiej ofensywy dalej na zachód Europy. Potrzebowałby on sporo czasu na podciągnięcie posiłków i całkowite spacyfikowanie polskiego oporu. Niezależnie jednak od tych wszystkich zastrzeżeń, kilka wniosków wydaje się być zupełnie oczywistych. Po pierwsze więc, że kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju wydarzeń miałaby postawa mas społecznych w całej Europie. Po drugie, że w razie polskiej klęski kształt Europy byłby zupełnie inny, niż ten, który się ustalił po polskim zwycięstwie. Po trzecie wreszcie, że w takim wypadku porządek wersalski zostałby zapewne obalony i przekreślony.

Kontrowersjami i sporami odnośnie przyczyn porażki w wojnie z Polską, jakie wybuchły po stronie bolszewickiej, nie będziemy się tu zajmować. Natomiast pozwolę sobie na sam koniec wysnuć z opisanych wyżej wydarzeń jeszcze jeden istotny wniosek, jakkolwiek zabrzmi on dla polskiego ucha dosyć nieprzyjemnie. Otóż wielkie zwycięstwo 1920 r., jakkolwiek miało ogromny wpływ na kondycję duchowo-moralną, a nawet na wzrost u ogółu Polaków poczucia własnej wartości jako zwartego, spójnego, potrafiącego wspiąć się na wyżyny poświęcenia i bohaterstwa narodu; miało też jednocześnie niestety, z perspektywy późniejszych wypadków, mocno niekorzystny wpływ na dalszy rozwój i ewolucję polskiej doktryny wojennej. Zwycięska wojna z bolszewikami dała naszym przodkom wielki zastrzyk optymizmu i wiary we własne siły.

Jednak wiara ta przybrała momentami postać przesadną. Mało kto zważał na to, że wojna ta, choć zakończona tak olśniewającym sukcesem, była w rzeczywistości wojną dwóch naprędce improwizowanych armii; wojną toczoną na ewidentnie nienowoczesnym poziomie, z udziałem sił i środków zupełnie niewspółmiernych w stosunku do tych użytych choćby przez państwa i strony wojujące w I wojnie światowej, no i że w końcu wygraliśmy to starcie jeśli nie wprost cudem, to prawie cudem, głównie zaś dzięki geniuszowi jednego człowieka. Niedocenianie tych oczywistych faktów przyczyniło się istotnie do wytworzenia się nieuzasadnionego przekonania o wielkiej sile wojskowej Polski i w konsekwencji złudnego poczucia bezpieczeństwa, podczas gdy potencjały i możliwości obydwu potężnych sąsiadów były nieporównywalnie większe. W tej sytuacji tylko niezwykle rozumna, umiejętna polityka zagraniczna i niezwłoczne wejście, jak tego chciał gen. Rozwadowski, polskiej myśli wojskowej i polskiej armii na tory postępu, dawały szansę na utrzymanie się w dłuższej perspektywie niepodległego państwa polskiego w tak nieprzyjaznym mu otoczeniu. Niestety, szczególnie po maju 1925 r., zabrakło i jednego i drugiego, dlatego, że ci, co w 1920 r. tak naprawdę statystowali, po zwycięstwie swego obozu upajali się tamtym, w gruncie rzeczy nie swoim triumfem i patrzyli na przyszłość zanadto przez jego perspektywę.

W szczególności przebieg działań wojennych i charakter wojny z bolszewikami skłonił znaczną większość polskiej generalicji do powzięcia przekonania o bardzo istotnej, jeśli nie wprost wiodącej roli kawalerii na współczesnym polu walki, zwłaszcza że w 1920 r. jej niedostatek zauważył na wielu polskich klęskach. To przekonanie znakomicie korespondowało zresztą z polskimi tradycjami historycznymi, a także z typowo rolniczych charakterem kraju i jego słabym uprzemysłowieniem. Jednakowoż rosyjska wojna domowa i wojna polsko-bolszewicka były ostatnimi wojnami, można powiedzieć, kawaleryjskimi. W niedługim czasie, to nie kawaleria, ale samoloty, czołgi i formacje zmotoryzowane miały rozstrzygać o wynikach bitew i całych wojen. Oczywiście, ze względu na wspomniane słabe uprzemysłowienie kraju, Polska była niejako zmuszona utrzymywać dalej stosunkowo liczną kawalerię jako podstawowy rodzaj wojsk szybkich, jednak niezależnie od tego należało dołożyć wszelkich wysiłków w zakresie tworzenia i rozbudowy właśnie tych nowych, najbardziej perspektywicznych rodzajów broni. Rozumiał to doskonale gen. Rozwadowski. Podobnie zresztą i gen. Sikorski. Niestety, to nie oni decydowali o polskiej polityce i strategii wojskowej po 1926 r.

[1] J.Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, t.III, Poznań 1997, s.80-81.

Andrzej Turek

*Na załączonym zdjęciu okładka książki autorstwa ks. dr. Józefa M. Bartnika i Ewy J. P. Storożyńskiej pt. „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą”.