Zdradliwa Pułapka JOW

„(…) Dlaczego to tak działa, dlaczego wyborcy miotają się tak beznadziejnie od jednej partii do drugiej i dlaczego jedynym środkiem samoobrony przed tym wspaniałym dwupartyjnym systemem jest „ukaranie” jednej z tych dwóch partii, a nie zmiana kursu politycznego i gospodarczego? Ponieważ ludzie nie mają wyboru. Po prostu nie ma innej alternatywy. Główne założenia programowe obu tych partii w zasadzie się od siebie nie różnią – jedna jest centrolewicowa, a druga centroprawicowa. Obojętne kto jest przy władzy, nic się nie zmienia, ani polityka zagraniczna, ani polityka gospodarcza, ani polityka emigracyjna, ani polityka socjalna. (…) Czy zachodzą jakieś istotne różnice w programach politycznych pomiędzy partią Demokratyczną, a Republikańską w Stanach Zjednoczonych? Mówię tu o założeniach programowych wprowadzanych w życie, a nie jedynie o założeniach programowych wygłaszanych podczas kampanii wyborczych. Różnica jest chyba tylko taka, że Demokraci zbombardowali Serbię, a Republikanie Irak…”.

„Ojciec Chrzestny” JOW w Polsce

Na stronie naszawitryna.pl przeczytać można artykuł Stanisława Krajskiego pt. „Niemoralny autorytet”, opublikowany pierwotnie w „Naszym Dzienniku” z dn. 04.09.2002 r. Czytamy w nim o laureatach nagrody „Złote Berło”, ustanowionej przez Bank Millennium (ówczesny BIG Bank Gdański) i Fundację Kultury Polskiej (która nie dorobiła się hasła w Wikipedii i stronę własną ma „w budowie”), a przyznawanej za „najpełniej rozumianą twórczość intelektualną” osobom działającym indywidualnie albo w ramach grup twórczych, organizacji i instytucji. „Nagroda – pisał Krajski – wynosi 100 tys. zł, dodatkową kwotę – 10 tys. zł fundator, czyli BIG Bank Gdański SA, przeznacza dla osoby lub instytucji wskazanej przez laureata. Przypomnijmy, że Złote Berło przyznawane jest od 1999 roku. Pierwszym laureatem nagrody był Jerzy Giedroyc, który dodatkową kwotę 10 tys. zł przekazał Krzysztofowi Czyżewskiemu – dyrektorowi Ośrodka Pogranicze w Sejnach. To właśnie Wydawnictwo Pogranicze wydało w 2000 r. antypolski paszkwil – „„Sąsiadów”” Jana Tomasza Grossa.”

Jerzy Giedroyć (1906-2000) był dla niektórych środowisk, mieszkających czy wywodzących się z Polski, tak dużym autorytetem, że ustanowiły one w rok po jego śmierci i nazwały jego imieniem nagrodę dziennika „Rzeczpospolita” przyznawaną „za działalność w imię polskiej racji stanu”. Jak czytamy na stronie Kanadyjskiej Fundacji Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego w Montrealu, w skład kapituły tej nagrody wchodzili w 2001 r. (informacje w nawiasie za Wikipedią): Władysław Bartoszewski, Czesław Bielecki (czł. „Solidarności”, doradca prezydenta Wałęsy i premiera Olszewskiego, poseł z listy AWS, niedoszły prezydent Warszawy z ramienia PiS) , ks. Adam Boniecki (b. generał zakonu marianów, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”), Zbigniew Brzeziński, Henryk Giedroyc (najmłodszy brat Jerzego), Zofia Hertz z d. Neuding (współpracownica J. Giedroycia), Ryszard Kaczorowski ( członek nieuznawanych władz II RP na Uchodźstwie, ostatni prezydent RP na Uchodźctwie, od 1996 r. dożywotni pensjonariusz III RP), Marek Krawczyk (pracownik „Tygodnika Solidarność”, współpracownik J. Giedroycia, przewodniczący Rady Programowej TVP z ramienia PO), Irena Lasota vel Irene Hirszowicz („komandoska” w marcu 1968, potem emigrantka w USA, organizatorka zachodniego wsparcia dla „Solidarności”), Maciej Łukasiewicz (opozycyjny publicysta i wydawca, decyzją premiera Mazowieckiego został pierwszym zastępcą redaktora „Rzeczpospolitej”, a później był jej redaktorem naczelnym), Olga Krzyżanowska (czł. „Solidarności”, poseł KO, UD, UW, czł. Rady Fundacji Batorego), Krzysztof Michalski (uczeń L. Kołakowskiego, profesor Boston University, czł. Rady Fundacji Batorego), Czesław Miłosz (emigrant we Francji i USA, laureat literackiej nagrody Nobla, „często piętnował polski nacjonalizm, krytykował tradycyjny polski katolicyzm – określając go ciemnogrodem”), Krzysztof Piesiewicz (czł. Amerykańskiej Akademii Filmowej, obrońca sądowy działaczy „Solidarności” i płk. Kuklińskiego, senator z ramienia PC, potem z listy AWS, a następnie dwukrotnie z ramienia PO), Zbigniew Romaszewski (kierownik Biura Interwencji KSS KOR, czł. „Solidarności”, wielokrotny senator m.in. z ramienia KO, ROP, PiS, czł. Rady Stow. „Solidarni 2010”, której prezesuje Ewa Stankiewicz), Aleksander Smolar (czł. PZPR, pomarcowy emigrant we Włoszech, Francji i Wielkiej Brytanii, rzecznik KOR/KSS KOR na Zachodzie, doradca premierów Mazowieckiego i Suchockiej, czł. władz UD/UW, prezes Zarządu Fundacji Batorego), Andrzej Wajda (peerelowski reżyser, stronnik KOR-owskiej opozycji i „Solidarności”, senator z ramienia KO, wspierał UD/UW, PO i elekcję B. Komorowskiego), Edmund Wnuk-Lipiński (doradca „Solidarności” i OKP, uczestnik tzw. okrągłego stołu, założyciel i pierwszy dyrektor, a obecnie przewodniczący Rady Naukowej głośnego ostatnio Instytutu Studiów Politycznych PAN) oraz abp Józef Życiński (profesor teologii, wykładowca amerykańskich i angielskich szkół wyższych: University of California w Berkeley, Catholic University of America w Waszyngtonie, University of Oxford, a także Australian Catholic University w Sydney, publicysta „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej” – „człowiek roku” 2007 „GW”).

W ostatnich latach jurorami rzeczonej Kapituły zostali: Zygmunt Berdychowski (laureat 2009, czł. „Solidarność” Rolników Indywidualnych, poseł PL, AWS, czł. SKL, PO, współzałożyciel Fundacji Instytut Studiów Wschodnich – opracowującej tzw. Raporty z Transformacji w Europie Wschodniej i Rosji, brat Bogumiły Berdychowskiej-Szostakowskiej, współpracownicy Fundacji Batorego i Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego), Krzysztof Czyżewski (laureat 2008, wspomniany już inicjator i prezes finansowanej m.in. przez organizacje G. Sorosa i Fundację Forda Fundacji Pogranicze – w Radzie której zasiada mieszkająca w USA b. żona Jana Tomasza Grossa, Irena Grudzińska-Gross – także redaktor naczelny „integralnej części Fundacji Pogranicze”, czyli Wydawnictwa Pogranicze, szczycącego się m.in. wydaniem J. T. Grossa i Szewacha Weissa, oraz dyrektor powołanego przez wojewodę i finansowanego przez państwo polskie Ośrodka „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” z siedzibą w Sejnach), Jolanta Darczewska (b. dyrektor państwowego Ośrodka Studiów Wschodnich, czł. rady redakcyjnej dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia” – wyd. Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego), Grzegorz Gauden (czł. „Solidarności”, emigrant w Szwecji, prezes Presspublica, redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”, czł. drugiego konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”), Zbigniew Gluza (laureat 2002, założyciel i redaktor kwartalnika „Karta”, prezes współdziałającej z Fundacją Batorego Fundacji Ośrodka KARTA), Natalia Gorbaniewska (laureatka 2005, sowiecka dysydentka, emigrantka we Francji i Polsce, współpracownica finansowanego przez Kongres USA Radia Swoboda, ang. Radio Free Europe/Radio Liberty, czł. redakcji miesięcznika dla inteligencji rosyjskiej pt. „Nowaja Polsza”, wydawanego przez państwowy Instytut Książki – dyr. G. Gauden, a założonego z inspiracji J. Giedroycia przez jego tłumacza J. Pomianowskiego, laureata 2006), Paweł Lisicki (członek-założyciel drugiego NZS, redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita” i tygodników „Uważam Rze” i „Do Rzeczy”), Bohdan Osadczuk (laureat 2007, Ukrainiec urodzony na terytorium II RP, od 1941 studiował w hitlerowskich Niemczech na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie, profesor Wolnego Uniwersytetu Ukraińskiego w Monachium i Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, współpracownik J. Giedroycia, „w czasie [II] wojny członek OUN-Melnyka, hołubiony przez Michnika i państwo polskie niczym polski bohater” – red. J. Engelgard), Tomasz Pietrasiewicz (laureat 2011, współpracownik KO „Solidarność”, działacz kulturalny, kierownik programowy lubelskiego Centrum Spotkania Kultur w budowie), Wojciech Sikora (współpracownik KOR i Studenckiego Komitetu Solidarności, współzałożyciel pierwszego NZS i komórek „Solidarności”, emigrant we Francji, bliski współpracownik J. Giedroycia i tzw. paryskiego komitetu „Solidarności” S. Blumsztajna, po śmierci Henryka Giedrojcia kierownik wydawnictwa Instytut Literacki w Paryżu), Radosław Sikorski (syn bydgoskich działaczy „Solidarności”, emigrant w Wielkiej Brytanii, który przyjął obywatelstwo brytyjskie, wiceminister obrony narodowej w proamerykańskim i prounijnym rządzie PC-ZChN J. Olszewskiego, zwolennik wstąpienia Polski do NATO, czł. prezydium RS AWS i wiceminister spraw zagranicznych w rządzie AWS-UW J. Buzka, w l. 2002-2005 czł. rzeczywisty „zdominowanego – zdaniem prof. J. Bartyzela – przez tzw. neokonserwatystów” Amerykańskiego Instytutu Przedsiębiorczości AEI – The American Enterprise Institute for Public Policy Research z siedzibą w Waszyngtonie – ponadto „dyrektor wykonawczy” tzw. Nowej Inicjatywy Atlantyckiej przy AEI – według Sikorskiego NIA „powstała w 1996 r. na Zamku Królewskim w Pradze pod patronatem prezydenta Vaclava Havla” i „była dość skuteczna w przekonaniu elit amerykańskich do rozszerzenia NATO, a za tym poszło rozszerzenie Unii Europejskiej” – a następnie senator z ramienia PiS, minister obrony narodowej w rządach PiS K. Marcinkiewicza i J. Kaczyńskiego, dwukrotny poseł z listy PO, minister spraw zagranicznych w rządach D. Tuska, wiceprzewodniczący PO), Tomasz Wróblewski (syn wieloletniego dziennikarza komunistycznej „Polityki” Andrzeja K. Wróblewskiego, emigrant w USA, absolwent Wydziału Nauk Politycznych University of Houston, amerykański korespondent finansowanego przez Kongres USA Radia Wolna Europa, redaktor naczelny tygodnika „Newsweek Polska”, „Dziennika Gazeta Prawna” i dziennika „Rzeczpospolita”).

Kapituła ta, której charakterystyczny skład zasługuje na uważne przestudiowanie, przyznaje corocznie nagrodę „osobom lub instytucjom, które w swojej działalności publicznej kierują się zasadami wytyczonymi przez Giedroycia”, a byli to, oprócz laureatów już wyżej wymienionych, m.in. historyk Jerzy Kłoczowski (2001), znany też za sprawą demaskatorskiej publicystyki St. Michalkiewicza z ubiegłej dekady, dalej Agnieszka Romaszewska-Guzy (2010), beneficjentka stypendium doktoranckiego w USA, stażystka w gazetach amerykańskich „The Washington Times”, „The Washington Post” i „The New Republic”, potem dyrektor TVP Polonia i dyrektor finansowanego przez warszawski MSZ kanału TV Biełsat – zdaniem prezydenta Białorusi A. Łukaszenki „projektu głupiego i nieprzyjaznego”, a także wyniesiony do rangi autorytetu historyk Andrzej Nowak, który był nie tylko działaczem „Solidarności” na UJ i członkiem honorowych komitetów poparcia dwóch braci Kaczyńskich, lecz i wykładowcą Rice University w Houston, Columbia University in the City of New York, Harvard University w Cambridge k/Bostonu, czy szkół angielskich: University of Cambridge i University College of London. W 2012 r. prof. A. Nowak wygrał rywalizację z samym Aleksandrem Kwaśniewskim, zyskując przy okazji miano „apologety wizji polityki wschodniej Giedroycia” – „Rzeczpospolita” z dn. 13.12.2012 r.

Odbierając swoją nagrodę na Zamku Królewskim w Warszawie, prof. A. Nowak miał też przyjemność wysłuchać listu wystosowanego tegoż dnia do uczestników tegoż wydarzenia przez patrona XII edycji Nagrody „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia, prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Stwierdził on w swoim słowie, że nagroda ta, „to jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień w naszym kraju, przyznawane tym, którzy działając w imię polskiej racji stanu budują wspólnotę ludzi dobrej woli, także ponad granicami państwowymi w tej części Europy”, i że „Żyjemy w diametralnie innej, lepszej Polsce; w odmienionej Europie i świecie. A zawdzięczamy to w ogromnym stopniu ludziom takim jak Jerzy Giedroyc – „„ogrodnik wolności””. „Dziękujemy Jerzemu Giedroyciowi za inspirację do zwycięstw wolności i za pozostawiony nam duchowy testament. Nasze niepodległe państwo nauczyło się w Jego szkole politycznej, że ważne są zarówno stałe interesy, jak i stali przyjaciele, z którymi warto budować coraz ściślejsze więzi. (…) Znaczący jest także dorobek naukowy Pana Profesora Andrzeja Nowaka. Również i ten Laureat wpisuje się, choć przecież krytycznie i twórczo, w styl myślenia politycznego Jerzego Giedroycia. Liczne prace naukowe Profesora Andrzeja Nowaka podejmują wątki, którym tak wiele uwagi Redaktor poświęcał w Kulturze, Zeszytach Historycznych czy w Bibliotece Kultury.” – pisał prezydent Komorowski, składając laureatom i nominowanym „serdeczne gratulacje” (prezydent.pl, 12.12.2012).

Jest to obraz środowisk o określonej, bardzo czytelnej proweniencji ideowo-politycznej, reprezentujących w Polsce jednoznaczną orientację geopolityczną i wypełniających dotąd z powodzeniem „testament duchowy” J. Giedroycia w oparciu o istniejący od 1991 r. system wyborczy, czyli w oparciu o Ordynację Proporcjonalną z Progami.

Okazuje się jednak, że oprócz promowania przyszłych wydawców J. T. Grossa i całej plejady swych współpracowników, uważających się nie od dzisiaj za „działaczy w imię polskiej racji stanu”, Jerzy Giedroyć był także „ojcem chrzestnym” jeszcze jednej akcji propagandowej – prowadzonej od 1993 r. kampanii na rzecz wprowadzenia w Polsce ordynacji większościowej w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych (w skrócie: JOW).

W tekstach opublikowanych po śmierci „apostoła idei JOW” (okr. J. Gieysztora), profesora Jerzego Przystawy, czytamy wprost, że zanim pomysł wprowadzenia ordynacji większościowej JOW został publicznie w Polsce zaprezentowany (styczeń-marzec 1993), to był on wcześniej przesłany (latem 1992 r.) na ręce Jerzego Giedroycia do Paryża, który pomysł ten zaakceptował i ogłosił na łamach swojej słynnej „Kultury”. Chwalił się tym zresztą sam p. Przystawa, mówiąc publicznie, że Jerzy Giedroyć „w sposób jednoznaczny zarekomendował nam wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych” (J. Przystawa, Dlaczego konieczna jest reforma systemu wyborczego?, 16.06.2007). Już tylko ten fakt powinien skłaniać do refleksji i ostrożności Polaków, dla których J. Giedroyć nie był i nigdy nie będzie uznanym polskim autorytetem, twórcą jakichkolwiek kanonów polskiej racji stanu.

W 20. rocznicę rozpoczęcia kampanii JOW w Polsce, której huczne obchody zaplanowano na 20 kwietnia 2013 r. we Wrocławiu (z udziałem m.in. profesorów Tomasza Kaźmierskiego i Antoniego Kamińskiego oraz muzyka Pawła Kukiza), warto się zapoznać z zamieszczonymi poniżej opiniami tych świadomych Polaków, którzy byli i są przeciwni wsłuchiwaniu się w podpowiedzi Giedroycia albo Zbigniewa Brzezińskiego i Nowaka-Jeziorańskiego – czyli dwóch innych, cytowanych chętnie przez „jowowców”, zwolenników ordynacji większościowej w systemie JOW, którzy wsławili się przede wszystkim tym, że obaj byli konsultantami Białego Domu i amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (U.S. National Security Council) i należeli w pewnym momencie – jak twierdzi Daniel Fried, b. ambasador USA w Polsce – do grupy trzech zaledwie osób (Nowak, Brzeziński, Fried), które miały realny wpływ i chciały wprowadzenia Polski do NATO, co jeszcze w połowie lat 90. nie było przesądzone (oficjalne zaproszenie Polska otrzymała dopiero po wizycie prezydenta Clintona w Warszawie – lipiec 1997).

Zwolennicy JOW chwalą się dzisiaj poparciem jeszcze innych postaci, m.in. profesorów T. Lutego, J. Staniszkis z UW, W. Kieżuna i G. Górskiego z KUL, a także R. Dutkiewicza (prezydenta Wrocławia), M. Zamoyskiego (prezydenta Zamościa), M. Goliszewskiego (prezesa BCC) czy R. Ziemkiewicza (pisarza science-fiction i satyryka, zwącego nawet siebie „nowoczesnym endekiem”). – Lecz czemu ma służyć propagowana przez nich idea?

Czyżby celem wieloletniej propagandy JOW było odwrócenie uwagi Polaków-katolików od faktu, że to wcale nie typ ordynacji wyborczej, lecz rodzaj i jakość elit decyduje o losie narodu polskiego w czasie pokoju? Jeżeli będą to elity o korzeniach nie-polskich, hołdujące nie-polskiej cywilizacji i kulturze, uzależnione od obcych wpływów – to żaden system wyborczy nie uchroni Polski i Polaków od ostatecznej zguby. I odwrotnie: jeżeli będą to elity autentycznie polskie, słowiańskie, narodowe – to sposób obierania władzy będzie sprawą drugorzędną. Autentycznie polskie elity będą zawsze działać dla dobra narodu polskiego. W warunkach demokracji, oligarchii i monarchii.

Natomiast obce prawdziwym Polakom pseudo-elity będą tworzyć propagandowe iluzje zmian i przełomów, a w rzeczywistości zmian nie będzie. Co najwyżej, nowy system wyborczy będzie służył do wytworzenia nowej fikcji demokracji i upodobnienia polskiego systemu delegowania władzy (a w konsekwencji i świata polityki) do systemu obowiązującego w tzw. czołowych państwach demokratycznych: w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii, o których ich własni obywatele mówią, że są to w istocie państwa antydemokratyczne, nie liczące się w ogóle z opinią swoich mieszkańców, lecz manipulujące nimi i odmawiające im na skalę masową realizacji nabytych już praw wyborczych (vide wybory w USA), a służące tak naprawdę wyłącznie swoim zdemoralizowanym i bezwzględnym – dzięki systemowi JOW – oraz oderwanym od mas, kosmopolitycznym pseudoelitom.

Zwróćmy uwagę, że propagatorzy ordynacji większościowej JOW mówią już otwarcie, że nie zależy im na reprezentatywności sejmu, na równoprawności politycznych opcji, lecz na wprowadzeniu „ordynacji na wzór brytyjski”, która stworzy „dwubiegunową scenę polityczną”, czyli wykreuje jakiś betonowy, nieusuwalny „POPiS”, który – jak można przypuszczać – zadba o realizację „testamentu Giedroycia”, lecz nie da w praktyce żadnych szans na dojście drogą demokratyczną sił narodowych do władzy.

Widział ten schemat mieszkający przez dziesięciolecia w Wielkiej Brytanii ś.p. Jędrzej Giertych i pisał bez osłonek o skutkach tamtejszej ordynacji większościowej JOW: „Konserwatyzm – to jest polityka, zmierzająca do utrzymania istniejącego stanu posiadania. W praktyce, broni ona w znacznym stopniu interesów wielkiego kapitału. Partie konserwatywne w świecie poprzetykane są Żydami i opanowane przez masonerię. To prawda, że w krajach, w których nie ma wielkiego stronnictwa narodowego, zwyczajni patrioci, instynktowni narodowcy, z konieczności muszą popierać stronnictwa konserwatywne. Gdzież ma pójść, kogo ma popierać patriota angielski? A są takich patriotów miliony. Z konieczności głosuje on na partię konserwatywną i zapisuje się w szeregi jej członków. Ale partia ta nie jest partią prawicową. Jest to w istocie partia o obliczu liberalnym.” („O prawicy”, 1978).

Jednym słowem – postulowanie wprowadzenia głosowania w systemie JOW, to zachęcanie znacznej, a może wciąż przeważającej części wyborców do samopozbawienia się możliwej w Ordynacji Proporcjonalnej Bez Progów praktycznej wybieralności posłów o dowolnej orientacji politycznej i geopolitycznej, a w efekcie do samopozbawienia się prawa bycia reprezentowanym przez posłów nie związanych z rządzącym dotychczas establishmentem i tworzących nowe, zupełnie mu przeciwne ruchy czy partie, budujące w parlamencie swoją zdolność do przejęcia władzy i w końcu ją przejmujące. JOW, to po prostu beznadzieja głosowania (oby nie przymusowego!) na fałszywą prawicę, bo alternatywą w tym systemie jest tylko bezbożna establishmentowa lewica. Jak w Ameryce.

JOW a ruch narodowy

„W numerze 48 (2003) „Nowej Myśli Polskiej”[1] ukazał się artykuł p. Ireneusza Lisiaka pt. „„Elity polityczne… czy szajka kolesiów?””.

Zaskoczyło mnie niezmiernie zawarte w nim stwierdzenie, że „„potrzebą czasu jest zmiana ordynacji wyborczej oraz przyjęcie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych””.

Zgadzam się z sugestią Pana Lisiaka co do potrzeby zmiany ordynacji wyborczej, lecz mam ogromne wątpliwości co do zasadności wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW). Po zapoznaniu się z materiałami na internetowej stronie Ruchu na rzecz JOW, moje wątpliwości co do tego systemu ordynacji wyborczej jeszcze bardziej się pogłębiły.

Po pierwsze, wzbudził moje zastrzeżenie w pewnym sensie zlepek ludzi propagujących JOW. Ludzi o nieznanych mi poglądach na politykę i gospodarkę, nieznanym mi światopoglądzie, którzy na swoich stronach nie wyrażają w istocie żadnych koncepcji politycznych! Czyżby obawiali się oni wyrażania jakichś politycznych poglądów, aby nie wprowadzać rozdźwięku w swoich szeregach, nikogo przypadkiem nie urazić i dzięki temu zdobyć jak najszersze poparcie dla swego ruchu? Jedyne, co można znaleźć na ich stronach internetowych, to powtarzane w kółko zaklęcie, że jest źle, że republika kolesiów, że są afery, korupcja (tak jakbyśmy o tym nie wiedzieli) i – żeby to wszystko uzdrowić – należy wprowadzić JOW… – Jakby JOW było jakimś cudownym panaceum na wszelkie polskie bolączki.

Usiłują nam oni wmówić, że na wprowadzeniu JOW wszyscy będą wygrani, jednakże z przeczytanych przeze mnie materiałów wynika, że ten system, tak jak i każdy inny, będzie również kreował politycznych zwycięzców i zwyciężonych, a z czasem wyborcy również znajdą się w pułapce. Zwycięzcami będą partie „„nijakie””, składające się z wielu frakcji, których programy wyborcze, polityczne i gospodarcze, będą wypadkową różnego rodzaju kompromisów, nacisków i przetargów, zmuszone systemem JOW do łączenia się w partie-molochy, ponieważ do tego on prowadzi. I to dopiero będzie partyjniactwo do potęgi, którego przecież promotorzy JOW zdają się tak bardzo nie cierpieć. Będzie partyjniactwo centroprawicowe i centrolewicowe.

W dziale „„JOW na świecie””, w opracowaniu pt. „„USA, Wielka Brytania, Kanada – pierwsi między pierwszymi”” p. Tomasz Kaźmierski[2] stwierdza m.in.:

„„Działanie pierwszego prawa Duvergera, odnoszącego się do ordynacji jednomandatowych, jest bardzo proste. Brutalna rzeczywistość zasady PNM zmusza partie o zbliżonych programach do grupowania się w celu zmniejszenia ryzyka całkowitej klęski wyborczej. Wyobraźmy sobie np., że w jakimś okręgu wyborczym jest 40 tys. wyborców o umiarkowanych, ale zróżnicowanych poglądach i 25 tys. – o jednolitych poglądach ekstremalnych, np. komunistów. Jeśli umiarkowani wyborcy podzielą się na dwie partie o mniej więcej równym poparciu, to wybory wygra kandydat ekstremistów. W następnych wyborach partie umiarkowanych nie popełnią już prawdopodobnie tego samego błędu i będą dążyły do połączenia się. Jeśli nawet tego nie zrobią, to słabsze stronnictwo „umiarkowanych” zostanie wyeliminowane przez własnych zwolenników, którzy będą głosować taktycznie na silniejszych umiarkowanych, aby zapobiec ponownemu zwycięstwu ekstremistów.””

No, a teraz zastąpmy w zdaniu „„o jednolitych poglądach ekstremalnych, np. komunistów.””, słowo „„komunistów” słowem „„narodowców””. Bo dla (sił) demoliberalnych to właśnie partie o profilu narodowym, patriotycznym, są partiami o poglądach ekstremalnych. Proszę sobie tylko przypomnieć, co na temat ruchu narodowego piszą reprezentujące te „„umiarkowane poglądy”” dzienniki, takie jak „„Gazeta Wyborcza”” czy „„Rzeczpospolita””. Ci z Państwa, którzy czytali mój artykuł pt. „„Pauline Hanson, Polska, LPR”” zapewne przypomną sobie to, co pisałem o manewrze wyborczym przeprowadzonym właśnie przez „„partie umiarkowanych”” (czyli centrolewicę i centroprawicę) celem wyeliminowania One Nation[3], która zagrażała ich pozycji na australijskiej scenie politycznej. Czy można wierzyć, że narodowcom, chcącym odbudować Polskę w myśl zasad ruchu narodowego, taki system wyjdzie na zdrowie? Przecież to nas ci „„umiarkowani”” będą eliminować jako „„ekstremę””, „„ksenofobów”” i „„zaściankowców””.

Moje przypuszczenia zdaje się potwierdzać Pan Stanisław Michalkiewicz, kiedy po nieudanej próbie przeforsowania projektu JOW w Sejmie przez posłów Unii Polityki Realnej celem przeprowadzenia dekomunizacji, napisał: „„wykorzystałem w tym celu zasady francuskiej ordynacji wyborczej, skonstruowanej w celu zablokowania dostępu do Zgromadzenia Narodowego francuskiemu Frontowi Narodowemu.””

Nic mi nie wiadomo na temat komunizmu francuskiego Frontu Narodowego, wiem natomiast, że jest to partia narodowa. A więc system ten może służyć zarówno blokowaniu komunistów, jak i narodowców.

Pisze dalej p. Kaźmierski:

„„Jak zauważył ponad 50 lat temu Duverger, nie ma więc żadnego, celowo konstruowanego systemu dwupartyjnego. Dwupartyjność jest bowiem naturalnym i z socjologicznego punktu widzenia mechanicznym skutkiem jednomandatowości. (…) Dwupartyjność jest oczywiście efektem bardzo pożądanym. Zapewnia ona stabilność rządów, czytelną odpowiedzialność ministrów za popełniane błędy, a jednocześnie organizacyjną sprawność zarówno partii rządzącej, jak i będącej w opozycji.””

Jak naprawdę (a nie w teorii) działa ów zachwalany system dwupartyjny wiem z własnego doświadczenia. W Australii istnieją dwie główne partie polityczne, tzn. Labor i koalicja Liberal-National, które od lat grają sobie w ping-ponga, gdzie elektorat odgrywa rolę piłeczki. Co to oznacza? Jedną, dwie kadencje rządzi (partia) Labor, po czym następuje – oczywiście w pełnym majestacie demokratycznego głosowania – przekazanie pałeczki sztafetowej (partii) Liberal; (po czym) jedna, dwie kadencje Liberal i następna zmiana warty, a elektorat jest odbijany pomiędzy nimi jak piłeczka. Jedni przez kilka lat nażrą się przy żłobie i potem należy dopuścić następnych. Elektorat głosuje na zasadzie „„ukarania”” jednej z tych partii, tzn. jeżeli Labor zbytnio narozrabia, to w wyborach zostaje przez wyborców „„ukarana”” utratą rządu i do żłobu dochodzi Liberal. Po kilku latach historia się powtarza.

Dlaczego to tak działa, dlaczego wyborcy miotają się tak beznadziejnie od jednej partii do drugiej i dlaczego jedynym środkiem samoobrony przed tym wspaniałym dwupartyjnym systemem jest „„ukaranie”” jednej z tych dwóch partii, a nie zmiana kursu politycznego i gospodarczego?

Ponieważ ludzie nie mają wyboru. Po prostu nie ma innej alternatywy. Główne założenia programowe obu tych partii w zasadzie się od siebie nie różnią – jedna jest centrolewicowa, a druga centroprawicowa. Obojętne kto jest przy władzy, nic się nie zmienia, ani polityka zagraniczna, ani polityka gospodarcza, ani polityka emigracyjna, ani polityka socjalna. (Jest to) Coś takiego, jak wybór pomiędzy AWS a SLD, które zgodnie rozkradały i wyprzedawały nasz majątek narodowy oraz prowadziły nas ku świetlanej przyszłości w Unii Europejskiej. Kiedy na australijskim firmamencie politycznym pojawiła się partia o profilu narodowym, która przedstawiła wyborcom prawdziwą alternatywę zmiany kursu politycznego i gospodarczego, (to) została natychmiast zniszczona, zarówno przez użycie blokady, którą umożliwił system dwupartyjny, jak i przez umiejętnie zadzierzgnięte intrygi. Ta partia, One Nation, poprzez osiąganie coraz większego poparcia elektoratu stawała się groźna dla status quo australijskiej sceny politycznej i dlatego musiała być z niej za wszelką cenę usunięta.

W sumie przeciętny obywatel nie odczuwa na codzień żadnej różnicy pomiędzy rządem Labor, a Liberal. Wszystko zostaje po staremu, jedynie z małymi, można powiedzieć, kosmetycznymi zmianami. Jednakże długofalowe następstwa ich rządów są takie same. W przeciągu ostatnich 20 lat obie partie z kraju „„mlekiem i miodem”” płynącego zdołały uczynić kraj, w którym standardy życia drastycznie się obniżyły. Powoli znika klasa średnia, która staje się biedna, bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni (stają się) nędzarzami. Stopa życiowa spada w zastraszającym tempie. Jeżeli się wyprzedaje lub zamyka własną produkcję przemysłową, to trudno oczekiwać innych rezultatów. A głosować nadal nie ma na kogo, ponieważ polityka gospodarcza obu partii jest właściwie taka sama. Trzeba jedynie przyznać, że partia Liberalna jest nieco lepsza w zarządzaniu finansami państwa, ale na to również mają ogromny wpływ czynniki zewnętrzne, niezależne od założeń programowych tej czy innej partii.

Czy zachodzą jakieś istotne różnice w programach politycznych pomiędzy partią Demokratyczną, a Republikańską w Stanach Zjednoczonych? Mówię tu o założeniach programowych wprowadzanych w życie, a nie jedynie o założeniach programowych wygłaszanych podczas kampanii wyborczych. Różnica jest chyba tylko taka, że Demokraci zbombardowali Serbię, a Republikanie Irak.[4]

Twierdzą również zwolennicy JOW, że system ten w jakiś sposób ma wpłynąć na zmianę moralności klasy politycznej i położyć tamę korupcji. Na poparcie swoich wywodów przytaczają przykłady różnych państw, gdzie ordynacja wyborcza oparta na systemie JOW istnieje już od jakiegoś czasu.

Jak zwykle, teoria sobie a praktyka sobie. Ci, którzy tak ostro proponują system JOW twierdzą, że zapobiegnie on korupcji i najprzeróżniejszym aferom. Akurat! W Australii też co jakiś czas wypływa jakaś afera, a to polityczna, a to seksualna, a to korupcyjna. To ktoś się z kimś przespał, to znowu jakiś minister nie ujawnił tzw. konfliktu interesów (tzn. okazuje się, że ma on udziały w firmie kopalnianej, która właśnie otrzymała prawa do poszukiwania jakiegoś minerału), to znowu jakiś poseł powpisywał lewe dane dotyczące wydatków poniesionych na komunikację, przez co „„zarobił”” kilka lub kilkanaście tysięcy, itd. itp. To są te afery, które zostają wykryte, a o czym jeszcze nie wiemy, ale być może się dowiemy? A sprawa Pauline Hanson[5]? Liberalny minister jest w niej podejrzany o przekupstwo świadków, którzy przed sądem popełnili krzywoprzysięstwo, co doprowadziło do jej uwięzienia (na szczęście wykrycie tych machlojek doprowadziło do anulowania wyroku i jej zwolnienia). To są dopiero politycy federalni, stanowych jeszcze nawet nie ruszyłem! Na temat powiązań polityków stanu Nowej Południowej Walii ze światem przestępczym w latach osiemdziesiątych napisano aż książkę pod wiele mówiącym tytułem „„Puszka robaków”” (Can of worms).

Podobnie wygląda sytuacja w Stanach Zjednoczonych, których system wyborczy tak zachwala p. Kaźmierski. Gdybym chciał opisać wszystkie afery korupcyjne i skandale, które wychodzą na jaw (a ile nie wychodzi?) zarówno wśród amerykańskich, jak i australijskich polityków, to materiału zebrałoby się na nowy artykuł. Na temat ich korupcji napisano niejedną książkę!

Oczywiście, dzisiaj korupcja szerząca się w krajach wymienianych przez propagatorów nowej ordynacji wyborczej nie dorównuje korupcji szerzącej się u nas. Ale w nich również nie rządzą partie o takich korzeniach jak SLD. Przypomnijmy sobie jedynie, kim byli ojcowie większości eseldowskich notabli… Lecz w tej chwili, aby się ich pozbyć, wcale nie potrzeba wprowadzać JOW.

W mojej opinii system wyborczy nie ma na to większego wpływu. Wiele zależy od kalibru ludzi wystawianych przez partie polityczne jako kandydaci na posłów. Pod tym względem trzeba być niezwykle ostrożnym, bo jedno zgniłe jabłko potrafi zniszczyć wizerunek partii z najlepszym nawet programem wyborczym. Oczywiście, poszczególne przypadki jakichś działań korupcyjnych mogą się w praktyce zdarzyć (nie sądzę, aby karierę polityczną wybierali święci), ale w przypadku ich ujawnienia kierownictwo danej partii powinno natychmiast podjąć zdecydowane kroki, zarówno dyscyplinarne jak i inicjujące postępowanie karne. Najwięcej chyba zależy od kierownictwa poszczególnych partii. Np. trzeba przyznać, że Howard znacznie oczyścił partię Liberalną z tych problemów, zwłaszcza jeśli chodzi o zadeklarowanie konfliktu interesów. Po prostu zapowiedział, że każdy minister, który takiego konfliktu nie zadeklaruje, wyleci ze stanowiska. Paru faktycznie poleciało.

Wiele zależy też od poziomu moralnego całego społeczeństwa i od jego elit intelektualnych i politycznych. Niestety, takie elity, po 50 latach systemu sowieckiego i 14 latach „„okrągłostołowego””, w znacznej mierze musimy dopiero odbudować. Aby byli to ludzie prawi, zdolni, gotowi wszystko – albo przynajmniej wiele – poświęcić dla dobra Narodu i Ojczyzny. Dlatego też musimy stawiać przede wszystkim na wychowanie w duchu patriotycznym naszej młodzieży, tak jak to robi organizacja Młodzieży Wszechpolskiej. Takie wychowywanie powinno zaczynać się już od najmłodszych lat przede wszystkim w domu rodzinnym, a potem w przedszkolu i w szkole.

Oczywiście, wcale nie twierdzę, że Polsce nie jest potrzebna jakaś reforma ordynacji wyborczej – wręcz przeciwnie, raczej na pewno tak! Ale nie sądzę, żeby system JOW był dobrym rozwiązaniem. Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu systemowi w wyborach samorządowych, ale wątpię, by sprawdził się on w wyborach wyższego szczebla, np. sejmowych. W wyborach do władz lokalnych najczęściej zna się osobę, na którą oddaje się swój głos, a w wyborach sejmowych tak naprawdę głosuje się na partię, czyli na program, który ta partia reprezentuje. I tak jest na całym świecie.

Natomiast jeżeli chodzi o stabilność rządu, tzn. aby rząd mógł wypełniać swój program jako zobowiązania względem wyborców, to można przytoczyć stare przysłowie: „„Dwuizbowy parlament, to bałagan i zamęt.”” A u nas do tego dochodzi jeszcze Prezydent.

Krzysztof Janiewicz (K.J.)”.

Źródło: http://forum.ojczyzna.pl/read.php?f=3&i=8125&t=8125 (06.12.2003)

Przypisy:

[1] – „Nowa Myśl Polska” – kontynuacja tygodnika „Myśl Polska” pod nowym tytułem w okresie od września 2001 do końca 2004 r., spowodowana wewnętrznymi konfliktami w środowisku LPR, od 2005 r. tygodnik „Nowa Myśl Polska” pod redakcją Jana Engelgarda powrócił do pierwotnej nazwy (za Wikipedią), a Ireneusz Lisiak jest do chwili obecnej (kwiecień 2013) członkiem jego zespołu redakcyjnego.

[2] – Tomasz J. Kaźmierski vel Tom J. Kazmierski – doktor elektroniki, absolwent Politechniki Warszawskiej (1973), doktorant prof. Józefa Kalisza (1935-2012), kierownika Zakładu Techniki Cyfrowej na Wydziale Elektroniki Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Związany ze światem anglosaskim: w l. 1989-1990 wykładowca mikroelektroniki w Griffith University w Brisbane (Australia), w l. 1990-1991 Visiting Scientist (naukowiec wizytujący) w VLSI Technology Inc. w San Jose (Kalifornia, USA), a następnie specjalista Instytutu Inżynierów Elektryków i Elektroników (IEEE, Institute of Electrical and Electronics Engineers), „największej organizacji zawodowej o charakterze globalnym” z siedzibą w Nowym Jorku, w l. 1999-2005 przewodniczący grupy roboczej IEEE DASC (The Design Automation Standards Committee), zajmującej się najnowszymi rozwiązaniami w przemyśle elektronicznym, obecnie starszy wykładowca w Szkole Elektroniki i Informatyki Uniwersytetu w Southampton (Wielka Brytania), a także m.in. egzaminator zewnętrzny na Uniwersytecie im. Johna Moores’a w Liverpoolu (Wielka Brytania), profesor wizytujący na Uniwersytecie Technicznym w Wiedniu i tzw. wykładowca zapraszany Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Jak wynika z artykułów T. J. Kaźmierskiego w internetowym periodyku „Zwoje – The Scrolls”, ceni on postacie króla-masona Stanisława Augusta Poniatowskiego i liberalnego rewolucjonisty Joachima Lelewela oraz podziwia(!) konstytucję 3 maja (narzuconą Polsce przez sztucznie i nieuczciwie stworzoną przez propruskich masonów większość sejmową). Jako admirator „nowoczesnej praktyki demokratycznej zachodniej Europy” i „czołowych demokracji świata: USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec”, T. J. Kaźmierski „Zajmuje się również – jak informowały w 1998 r. „Zwoje” – publicystyką konstytucyjną i opublikował w Polsce kilka artykułów poświęconych jednomandatowym okręgom wyborczym oraz zasadzie separacji władz.”. Jest także wieloletnim współpracownikiem Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego – Jednomandatowe Okręgi Wyborcze i aktywistą koordynowanego przez nie tzw. Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW, zajmując się m.in. medialną propagandą: „W minioną sobotę [13.10.2012] wziąłem udział w I Zjeździe Zmielonych w Łodzi zorganizowanym przez ruch zmieleni.pl Pawła Kukiza. Ruch ma na celu usunięcie najważniejszej wady ustrojowej III Rzeczypospolitej: niedemokratycznego sposobu wybierania reprezentantów. (…) zasady demokracji najlepiej i najłatwiej jest zrealizować w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych, gdzie reprezentanci wybierani są w jednej turze, zwykłą większością głosów. (…) Patrząc na dynamiczną energię bijącą z postaci Pawła (Kukiza) i na tyle gorących serc zebranych w Łodzi, mam wrażenie, że dzień, kiedy Polacy w Kraju odzyskają należne im prawo do prawdziwie wolnych wyborów, nie jest już daleki.” (za: tjkazmierski.salon24.pl). Na ostatnim walnym zgromadzeniu Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego – Jednomandatowe Okręgi Wyborcze (06.04.2013) T. J. Kaźmierski „podkreślił rolę akcji „„zmieleni”” w zmianie świadomości na temat Ruchu w ostatnim półroczu działalności. Uznał, że skończyła się pierwsza faza Ruchu, czyli 20 lat edukacji na temat potrzeby wprowadzenia zmiany ordynacji wyborczej i rangi tego przedsięwzięcia. Druga faza Ruchu to strategia kontrowania ataków przeciwników zmian.” (za: jow.pl/blog/magdalena-korytowska).

M.in. za: Dr Tom J Kazmierski www.ecs.soton.ac.uk/people/tjk
„Zwoje – The Scrolls” www.zwoje-scrolls.com/zwoje/indeksp.html
Dr inż. Tomasz Kaźmierski w bazie „Ludzie nauki” portalu Nauka Polska (OPI)
nauka-polska.pl/dhtml/raporty/ludzieNauki?rtype=opis&objectId=132535&lang=pl
[3] – Zob.: One Nation (Australia) en.wikipedia.org/wiki/One_Nation_%28Australia%29
[4] – Zob.: PSL: Amerykańskie wybory to fikcja
www.owp.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=548&Itemid=1 (08.11.2012)
[5] – Zob.: Pauline Hanson (liderka One Nation) en.wikipedia.org/wiki/Pauline_Hanson

Kilka prostych prawd o ordynacji większościowej JOW – przestrogi Polaka z Australii

(fragmenty wypowiedzi Krzysztofa Janiewicza z 2010 roku)

„Jeżeli liczy Pan na to, że ten system zlikwiduje „„partyjniactwo”” i odda całą władzę w ręce wyborców, to grubo się Pan myli. On po prostu zamieni system wielopartyjny w system dwupartyjny, tak jak w Australii, a to stworzy klimat, w którym wyborca jest postawiony wobec dylematu, czy głosować na dżumę, czy na cholerę. A głosować, chce czy nie chce, musi. Nie ma takiego luksusu jak w Polsce, że można po prostu wybory zignorować. Obawiam się, że gdyby udział w wyborach nie był przymusowy, (to) frekwencja wyborcza wahałaby się (w Australii) w granicach 30%. Ot, zwykłe zniechęcenie elektoratu, wypływające z przekonania, że na kogo by się nie głosowało, to i tak się nic nie zmieni. Typowy system dwupartyjny.

Również nie jest prawdą, że JOW zlikwiduje to tzw. „„partyjniactwo””, natomiast jest prawdą, że niejako ubocznym następstwem JOW jest to, że jego końcowym efektem jest system dwupartyjny.

JOW to jedynie ordynacja wyborcza, która sama w sobie niczego nie zmieni. Zamurowanie sceny politycznej będzie nadal istnieć, ponieważ JOW prowadzi do wyłonienia się systemu dwupartyjnego, a ten jak już zamuruje scenę polityczną, to żadna inna partia spoza establishmentu się nie przeciśnie. (…) Jedyną pożądaną zmianę może przynieść dogłębna reforma światowego systemu finansowego, a nie ordynacji wyborczej.

Nie popieram żadnego systemu JOW, ponieważ wszystkie prowadzą wcześniej czy później do systemu dwupartyjnego, a co za tym idzie do nijakości obu partii. W końcu, na którąkolwiek Pan zagłosuje, wynik będzie taki sam, ponieważ ich programy będą się różnić jedynie drobnymi, niejako kosmetycznymi szczegółami. Coś tak, jak Labor i Liberal-National w Australii.

Ja właśnie żyję w kraju, w którym stosowana jest tak zachwalana przez Panów ordynacja wyborcza, tzn. JOW + AV. I z tego powodu piszę, że żadna ordynacja wyborcza nie ma wpływu na zachowanie się podmiotów politycznych, ponieważ owe podmioty zachowują się tak samo w ordynacji JOW, jak takie same podmioty w innych ordynacjach wyborczych. Czy doprawdy Pan myśli, że w Australii wyborcy mają inną opinię o politykach niż w Polsce? Zaręczam Panu, że jestem w stanie skomponować równie długą listę niespełnionych obietnic wyborczych. (…) Podsumowując: JOW nie zapobiega partyjniactwu. JOW nie czyni polityków prawdomównymi, ani nie zmusza ich do spełniania przedwyborczych obietnic.

Z przekonań jestem nacjonalistą i z doświadczenia obserwacji wiem, co rekomendowany przez Pana system, który nieodwołalnie prowadzi do systemu dwupartyjnego, potrafi zrobić z partiami o programie nacjonalistycznym. Parokrotnie wspomniałem tu One Nation, teraz jeszcze dodam Front Narodowy Le Pen’a.

I jeszcze raz powtórzę: JOW nie zapobiega niczemu, z czym wydajecie się tu walczyć, czyli ani partyjniactwu, ani skandalom (zarówno politycznym, moralnym, jak i korupcyjnym), ani nie wpływa na prawdomówność polityków. Jest to po prostu system wyborczy, który nic nie naprawia, ani niczemu nie zapobiega.

Jak to zwykle robię, zignorowałbym ten wątek na temat JOWu, ponieważ zwolennicy tego systemu wyborczego traktują go prawie jako objawiony dogmat religijny, czyli nie dopuszczają do swej świadomości faktów, które ukazują braki tego systemu, a więc próżna dyskusja. To tak, jakby podjąć dyskusję na tematy religijne ze świadkiem jehowy, muzułmańskim fundamentalistą lub z jednym z „„born again Christians””. Gdyby pan profesor (Przystawa) nie rekomendował połączonej z tym australijskiej deformacji tego systemu, czyli AV, pewnie siedziałbym cicho, ale tego już nie mogłem strawić, ponieważ zbyt dobrze znam ten system i wszystkie problemy, jakie on z sobą niesie.

„„Warto również zwrócić uwagę, że JOW eliminuje z parlamentu ugrupowania o poglądach skrajnych.”” (jednomandatowe.pl) – A które partie zaliczane są do skrajnych? I kto o tym decyduje? W Australii partie establishmentu zadecydowały, iż One Nation to partia skrajna i za pomocą sprytnego manewru ją zablokowały. Tak samo było z Frontem Narodowym Le Pena. Na system polityczny i wyborczy ma wpływ wiele czynników i sprowadzanie tego do prostego stwierdzenia, że na wszelkie te bolączki jakimś cudownym panaceum będzie JOW, który zaowocuje jakimiś ściśle określonymi konsekwencjami, jest niepoważne.

Jeszcze przytoczę tu Panu prawo Duvergera: „„Prawo Duvergera − reguła sformułowana w latach 50. XX wieku przez Maurice’a Duvergera mówiąca, że wybory większością względną prowadzą do systemu dwupartyjnego z wymieniającymi się wielkimi i niezależnymi partiami.”” (…) Tak, to prawda, że (w parlamencie wybranym w systemie JOW) są (również) partie mniejsze, jedna, dwie, ale jak podaje własna strona JOWu, którą w pierwszym wpisie przytoczyłem, są to „„posłowie mniejszych partii, które jednak przeważnie nie biorą udziału w rządzeniu.”” Czyli de facto mamy system dwupartyjny, bo to, że na sali sejmowej siedzi sobie kilkoro pań i panów z jakichś tam nic nie znaczących kanap (i) pier… w stołki – nic nikomu nie daje, oprócz straty pieniędzy na ich gaże, ponieważ nikt z głównych dwóch partii się z nimi i tak nie liczy.

Nie zachowujcie się jak euroentuzjaści przed referendum akcesyjnym. Nie kneblujcie ust ludziom, którzy mają odmienne w tej sprawie zdanie cienko zawoalowanymi insynuacjami, iż starają się ukręcić na tej opozycji (wobec JOW) własne lody. Nie wiem, ilu w ruchu JOW jest działaczy samorządowych, świetnie znanych w swoim rejonie, którym pachnie stołek poselski lub senatorski. Z całą pewnością są też u Was tacy. Oni kręcą za pomocą ruchu JOW własne lody.

W sumie jeden system wyborczy może być gorszy, a drugi lepszy, ale nie przedstawiajmy tego może nieco lepszego jako cudowne panaceum na wszystkie dolegliwości sceny politycznej, ponieważ politycy jak kłamią, tak nadal będą kłamać, jak łamią obietnice przedwyborcze, tak nadal będą je łamać, skandale korupcyjne czy moralne nadal będą od czasu do czasu wybuchać etc. Czyli (woJOWnicy) niech nie kaptują sobie zwolenników za pomocą kłamstw, których i bez tego mamy nadmiar w polityce.”

Źródło: prawica.net/opinie/22570 (05.07.2010).

Opr. – Grzegorz Grabowski