Z ręką w nocniku

Jak to już bywało wielokrotnie w polskich dziejach, a zwłaszcza jak to w samej już zasadzie dotyczy polityki wschodniej III RP (którą w istocie, prawdę mówiąc, trudno nazwać w ogóle polityką, w każdym bądź razie polityką polską!), i tym razem nasi PT zachodni „sojusznicy” wystawili nas bezceremonialnie „do wiatru”. Mówiąc wprost, III RP odegrała w całej tej majdanowej farsie, w tej rzekomo ukraińskiej rewolcie „narodowo-wyzwoleńczej” i zarazem „proeuropejskiej” rolę ślepego (w dodatku za własną aprobatą), bezwolnego wykonawcy, którego wykorzystuje się do fizycznego przeprowadzenia najbrudniejszych i potencjalnie najbardziej kompromitujących czynności, obmyślonych i zaplanowanych całkiem gdzie indziej, a potem pozostawia na pastwę losu, nawet nie kwapiąc się do zrekompensowania mu w jakikolwiek sposób poniesionych nieuchronnie z tego tytułu całego szeregu negatywnych konsekwencji – obdarowując go za to w zamian sporą dozą dyplomatycznych słodkości.

Piszę to oczywiście w kontekście reakcji świata zachodniego na ostatnie wydarzenia na Ukrainie, wywołane niezwykle stanowczymi, energicznymi działaniami broniącej twardo własnych interesów państwowych w tym obszarze Rosji. I tak, bawiący właśnie na dniach w Warszawie w tymże właśnie w/w celu wiceprezydent USA Joe Biden, przywiózł nam zapewnienia, iż Stany Zjednoczone „są przygotowane na zwiększenie sankcji wobec Rosji”, i, przede wszystkim, przywiózł „gwarancje bezpieczeństwa dla Polski”. Oraz oczywiście przywiózł, przede wszystkim, kolejną dawkę tanich pochwał i płaskich komplementów, wypowiedzianych nie w jakiejś tam rozmowie telefonicznej, ale w toku oficjalnych, bezpośrednich spotkań z miejscowymi oficjelami: „Jesteście jednym z najlepszych sojuszników, jakiego Stany Zjednoczone mogą sobie życzyć”. Cóż, p. Biden wypowiedział tu akurat – co się nie tak często amerykańskim czynnikom oficjalnym zdarza – czystą prawdę, nawet jeśli jest to tylko „sojusz” w jedną stronę.

Szkopuł w tym, że dotychczasowe, już wprowadzone, bądź dopiero tylko potencjalne zadeklarowane, sankcje administracji Baracka Obamy względem Federacji Rosyjskiej, zostały potraktowane w Moskwie w tonie całkowitego lekceważenia. „Przejadły się nam te sankcje, wywołują uczucie ironii i nawet sarkazmu” – oświadczył bez ogródek, nie bawiąc się w żadne dyplomatyczne konwenanse, Jurij Uszakow – pełniący na obecną chwilę funkcję doradcy prez. FR Putina ds. polityki zagranicznej. Żeby nie było najmniejszych wątpliwości w tym przedmiocie, rosyjskie MSZ zadeklarowało, co następuje: „Próby rozmawiania z Rosją językiem siły i grożenia obywatelom Rosji sankcjami wiodą donikąd. Nie naszym wyborem było podjęcie kroków restrykcyjnych, jest jednak zrozumiałe, że wprowadzone przeciwko nam sankcje nie pozostaną bez adekwatnej odpowiedzi ze strony Rosji”. Słowem – krótko, zwięźle i treściwie; z góry wyłożono zasady całej gry, a deklaracja skierowana jest wcale nie tylko pod adresem USA, ale i UE, i jej czołowych, mających cokolwiek do powiedzenia do powiedzenia na arenie międzynarodowej, krajów członkowskich. Przekładając to na jeszcze konkretniejszy, praktyczniejszy język, znaczy to nic innego, jak: „Możecie nam podskoczyć”!

I całkowicie mylne, względnie celowo wprowadzające głęboko w błąd polską opinię publiczną są pojawiające się tu i ówdzie opinie, jakoby taka, a nie inna postawa, taki, a nie inny obecny kurs polityki USA względem Rosji wynikał głównie z osobistej słabości i niekorzystnych (z „polskiego” punktu widzenia) geopolitycznych priorytetów obecnego lokatora Białego Domu; że ta polityka może ulec daleko idącemu przewartościowaniu, gdy niedługo zasiądzie tam ktoś znacznie bardziej pryncypialny, twardy i stanowczy, w rodzaju np. szykowanej na nową „żelazną damę” H. Clinton – wtedy sytuacja od ręki się odmieni. Nic bardziej życzeniowego! Nawet prezydentura choćby tejże H. Clinton może wnieść w relacje amerykańsko-rosyjskie zmiany niewiele większe, jak tylko kosmetyczne. Sedno całego problemu tkwi bowiem w tym, że na chwilę obecną to Waszyngton jest bardziej uzależniony od dobrej woli Moskwy w wielu kluczowych aspektach globalnej polityki – a nie odwrotnie.

Także i tak jeszcze do niedawna wojowniczo nastawiona p. kanclerz Merkel, z jednej strony deklarująca wolę utrzymania „europejskiej solidarności” w stosunku do Rosji i tak chętnie spotykająca się oraz fotografująca się z D. Tuskiem, z drugiej, gdy chodzi już o same bilateralne relacje Niemcy –Rosja, zaczyna coraz bardziej mięknąć, wycofując się już nawet z wszelkich, nawet bardzo nieśmiałych, postulatów wykluczenia Rosji z tzw. grupy G8, i deklarując, iż przygotowania do tegorocznego szczytu tejże G8 zaplanowanego – nomem, omen – w Soczi wystarczy po prostu na razie „zawiesić”. Interes jest bowiem interes, a ewentualna wymiana, ekonomicznych zwłaszcza, restrykcji, z Moskwą może Niemcy naprawdę drogo kosztować. Ją samą, za parę lat – być może nawet kanclerski fotel. I to są właśnie konkretne argumenty, przesłanki do podejmowania takich, a nie innych decyzji.

Francuzi z kolei chcą dalej niby to wykluczać Rosję z owej G8, ale z drugiej strony nie widzą też i żadnych przeszkód w dalszej realizacji podpisanego z nią, jeszcze w czasie oficjalnego „resetu”, kontraktu na budowę serii supernowoczesnych w swej klasie okrętów typu Mistral. Brytyjczycy zaś, którzy, jak przekonywano wszem i wobec, mają niby to w rękach bodaj największe możliwości dotkliwego uderzenia w rosyjską ekonomię i finanse, zareagowali na aneksję przez FR Krymu w taki oto sposób: „Z żalem przyjęliśmy do widomości, że prezydent Putin wybrał dziś drogę izolacji, odmawiając obywatelom swego kraju i Krymu partnerstwa ze wspólnotą międzynarodową”. Doprawdy, można się serdecznie uśmiać! Putin ma kompletnie w nosie całą tę „izolację”, doskonale wiedząc, że sprowadzi się ona tak naprawdę do fikcji, do tego zaś – bez owej „wspólnoty międzynarodowej” może się już doskonale obejść! Tak to wygląda ta unijna „solidarność” w praktyce, i nawet ewentualna wymiana C. Ashton na R. Sikorskiego niczego tu nie zmieni, przynajmniej w tym przedmiocie!

U nas reaguje się na te „oczywiste oczywistości”, ma się rozumieć, z przepisową już zwłoką, a i to tylko nielicznych reprezentantów zawiadującego III RP establishmentu stać na odwagę publicznego przyznania, iż Polska, za sprawą chorej polityki wschodniej tzw. giedroyciowskiej, ponosi właśnie kolejną dziejową klęskę o potencjalnie niewyobrażalnych konsekwencjach. Do grona tych nielicznych wpisał się, może nawet jako pierwszy, czołowy działacz PSL, p. poseł Eugeniusz Kłopotek, który, zapewne na fali ostatnich wewnątrzpeeselowskich zawirowań, poczynił kilka wielce ciekawych i szczerych wyznań w przeprowadzonym przez p. Wiesława Dębskiego wywiadzie z cyklu „Z każdej strony”. Nie znaczy to oczywiście, bym podzielał w całej rozciągłości punkt widzenia p. Kłopotka, jednak co najmniej kilka jego opinii świadczy, iż przynajmniej niektórym tzw. ludowcom zaczyna w końcu wracać elementarna trzeźwość myślenia. Inna sprawa, że może to wynikać z czystej kalkulacji politycznej i z potrzeby wyjścia naprzeciw nastrojom i oczekiwaniom znacznej części wiejskiego elektoratu. Niemniej, proponuję się zapoznać z ocenami posła Kłopotka:
http://wiadomosci.wp.pl/kat,124756,title,Eugeniusz-Klopotek-dla-WPPL-
Putin-wiedzial-ze-nikt-nie-bedzie-umieral-za-Krym,wid,16483792,wiadomosc.html?ticaid=112673&_ticrsn=3

Takiego otrzeźwienia nie sposób oczywiście spodziewać się w odniesieniu do, że tak się wyrażę, „zawodowych rusofobów”, do ludzi żyjących w niemałej mierze właśnie tym pokarmem, i czyniących sobie z tejże, w owej chwili już bardzo często zupełnie grafomańskiej rusofobii, swoją główną idee fixe. Przykładów nie trzeba daleko szukać.

Oto w tekście-felietonie pt. „Co dalej?”, zamieszczonym 19 marca br. przez „ND” (s.16) p. Filip Frąckowiak w swoim stylu wyrokuje: „To, do czego doszło na terytorium Ukrainy, czyli przejęcie Krymu, Rosja planowała już wiele miesięcy temu. Potrzebna była dogodna sytuacja społeczno-polityczna, jaka pojawiła się w ostatnich kilkunastu tygodniach wraz z eskalacją prozachodnich nastrojów w Kijowie. To jakie są plany Rosji, można było wyczytać w wypowiedziach Władimira Putina i Siergieja Ławrowa”. (…)

Skoro można było rzekomo te plany w wyprzedzeniem odczytać, to dlaczego czytano je tak powierzchownie, tak mało uważnie, dlaczego nie potrafiono wyciągnąć z nich zawczasu odpowiednich wniosków? A jeśli nawet sam p. Frąckowiak potrafił zawczasu przejrzeć je do tak głębi, to dlaczego nie potrafił uczulić na te swoje głębokie przemyślenia czynników politycznie sprawczych? Poza tym – jak to ładnie napisane: „eskalacja prozachodnich nastrojów”. A więc w grę wchodziły tu niby jedynie nastroje, taka swego rodzaju „rewolucja moralna”, żadnej zbrojnej rewolty na ulicach Kijowa w ogóle nie było – tak by przecież z tego wynikało. Jeśli już – to co najwyżej tylko zbrojna masakra „bezbronnych” proeuropejskich aktywistów.

Jest to w istocie skrajna propaganda i naciągane tłumaczenie ex post. W przeciwnym razie trzeba by było uznać określone agendy USA i UE, a zwłaszcza władze III RP, akuszerami polityki rosyjskich faktów dokonanych w odniesieniu do Krymu i całej Ukrainy. Przecież, gdyby nie obalono i tak będącego już w zasadzie w tym momencie politycznym trupem Janukowycza w istocie metodą siłową; gdyby zaczekano z tym do końca roku, kiedy to, na mocy podpisanego przezeń, przy pośrednictwie i asyście trzech ministrów, porozumienia z opozycją, miał się on w zasadzie sam pokojowo usunąć ze sceny, całej kwestii Krymu mogło w ogóle nie być i zapewne by nie było!

Dalej p. Frąckowiak robi m.in. następujące okrycie: „Mamy w Polsce „„piątą kolumnę””, której przedstawicielami są polscy posłowie, „„obserwatorzy”” referendum na Krymie. Członkowie SLD, Twojego Ruchu i dawnej Samoobrony. To stawia w innym świetle pytania o dojście do tak wysokich stanowisk oraz śmierć Andrzeja Leppera. Możemy być pewni, że nie działają sami”. (…)

Skoro p. Frąckowiak jest na tropie jakiejś „piątej kolumny”, to jego pierwszoplanowym obowiązkiem jest powiadomienie o tym odpowiednich instytucji III RP, a nie wypisywanie tego rodzaju sensacji po gazetkach. Inna rzecz, że w tym instytucjach zwyczajnie by go wyśmiali, wskazując mu, jak konkretnie reagowali na rozwój sytuacji na Majdanie i jego dalsze konsekwencje przywódcy SLD i TR. Wzmianka o śp. Andrzeju Lepperze należy – trzeba to nazwać po imieniu – do kategorii niezwykle chamskich i perfidnych insynuacji i kwalifikuje się w zasadzie na wokandę sądową – można mieć tylko niejakie wątpliwości, czy jego partyjni spadkobiercy staną publicznie w obronie jego czci i honoru, przynajmniej w tym zakresie. Jeśli zaś dawna czy też współczesna emanacja Samoobrony, to, wedle p. Frąckowiaka, organiczna część jakiejś „piątej kolumny” – to sprawa nadaje się w pierwszym rzędzie do określonych organów kontrwywiadowczych i w konsekwencji do prokuratury, nie zaś do prasy!

Nie sadzę jednak, by autor sam wierzył w te rzucane publicznie oskarżenia. W gruncie rzeczy zakrawa to na prosty trick propagandowy, służący przypięciu bardzo brzydkiej łatki wszystkim tym, którzy nie chcą śpiewać w frąckowiakowej i temu podobnych orkiestrach. Jak nie jesteś ślepym rusofobem, czytającym z wypiekami na twarzy, co to p. Frąckowiak akurat wypichci – to z miejsca stajesz w jednym szeregu z „komuchami”, skrajnymi liberałami i burzycielami ładu moralnego, różnego rodzaju nihilistami, a ostatecznie choćby i „lepperystami”, który w końcu są też przecież „kryptokomuchami”, jakkolwiek od czasu do czasu chodzą, dla niepoznaki, do kościoła! Taki to właśnie prosty „morał” płynie z tego propagandowego wyeksponowania owej „piątej kolumny”!

I na koniec jeszcze jedna „złota myśl” p. Frąckowiaka: „Sojusz budowany przez Lecha Kaczyńskiego miałby dziś ogromne znaczenie, ale rozpadł się po śmierci prezydenta i zmianie władzy w Polsce, zanim na dobre powstał”. (…)

Panie Filipie – zlituj się Pan wreszcie na biednymi czytelnikami „ND” i nie wciskaj im aż tylu „kitów” w jednym, tak krótkim tekście. Po pierwsze, tego sojuszu nigdy realnie nie było. Po drugie, jeśli nawet były jakieś jego zawiązki, to dzisiejsze wydarzenia pokazują nam jasno, jaka była wtenczas i jaka byłaby też zapewne dzisiaj jego realna wartość.

Na obecną chwilę cała ukraińska armia dysponuje – jak wynika z dochodzących informacji – realnie jakieś 6-10 tys. jako tako uzbrojonych i zdyscyplinowanych żołnierzy. Czy jednak ci żołnierze stanęliby do w istocie samobójczej walki – rzecz to bardzo, ale to bardzo wątpliwa. Tworzona zaś ad hoc, z kogo popadnie, tzw. Gwardia Narodowa, obrazuje najlepiej obecną kondycję państwa ukraińskiego, stanu jego aparatu państwowego i sił zbrojnych. O naszym wojsku litościwie tu już nie wspomnę.

Janusz Włodyka