Z Niemcami przeciwko Rosji

prezydent-duda-wizyta-w-niemczechTak można – może nieco zbyt dosadnie, ale jednak zasadniczo w zgodzie z faktami – podsumować propagandowy wydźwięk niedawnej wizyty prezydenta RP, p. Andrzeja Dudy w Niemczech. Taki wniosek wyłania się już choćby z lektury treści wywiadu, udzielonego przezeń największej niemieckiej (i w ogóle europejskiej) bulwarówce „Bild” tuż przez wylotem do Berlina. Dowiadujemy się m.in. z niego, że:

„Wśród wielu poruszonych kwestii znalazł się także konflikt ukraiński. Polski prezydent stwierdził, że w interesie Polski i Europy leży pomaganie Ukrainie.

– Powinniśmy zintegrować Ukrainę we wspólnocie europejskiej. Tylko jeśli damy Ukrainie perspektywę rozwoju politycznego i gospodarczego, by mogła spełnić kryteria członkostwa w UE, będziemy w stanie ustanowić tam pokój i bezpieczeństwo. Europa musi stanąć po stronie Ukrainy. Demokratyczna i stabilna Ukraina u naszego boku – to potężny potencjał, inwestycja na przyszłość, a nie obciążenie – mówił Duda.

Pomocy wobec Ukrainy towarzyszyć muszą zdaniem Dudy większe naciski na Rosję.

Chciałbym podczas mojej wizyty w Berlinie poruszyć temat zwiększenia nacisków na Moskwę. By zakończyć wojnę i osiągnąć trwały pokój. Dlatego też potrzebujemy zwiększenia obecności NATO w regionie, w tym w Polsce. Pierwsze decyzje w tej sprawie zostały podjęte na szczycie NATO w Newport w Walii. Ale potrzebujemy kolejnych rozwiązań, większe gwarancje bezpieczeństwa – powiedział polski prezydent.

Nie zabrakło także odniesienia do stosunków polsko-niemieckich.

Relacje między Berlinem, a Warszawą były (w domyśle – w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego i rządów PiS) lepsze niż ich reputacja. I zrobię co w mojej mocy, by tak pozostało. Mam duży szacunek dla Niemiec. Moja żona jest nauczycielką języka niemieckiego i mamy w Niemczech wielu przyjaciół. (…) Niemcy są naszym największym i najważniejszym sąsiadem, gospodarczo i politycznie Nasz związek jest bardzo dobry i chciałbym, by taki pozostał. Jednak Unia Europejska musi się ukierunkować na nowo, szczególnie w polityce bezpieczeństwa. W tym Polska chce i będzie miała swój udział. Będziemy dbali o to, by nasz głos był słyszany – powiedział Duda”.

za:

http://kresy.pl/wydarzenia,polityka?zobacz/duda-w-niemieckiej-gazecie-musimy-stanac-po-stronie-ukraincow#

Na samym wstępie trzeba stwierdzić, że przytoczone powyżej deklaracje p. prezydenta są – po pierwsze – zwyczajnie uderzająco niezgrabne, niefortunne bardzo niezręczne z punktu widzenia ogólnie praktykowanego języka dyplomatycznego. Poważne państwa, nawet te najsilniejsze i najbardziej wpływowe, starają się bowiem, jeśli tylko to jest możliwe, tego rodzaju otwartych wezwań czy apeli o „zwiększenie nacisków” starannie unikać, nawet w sytuacjach mocno zapalnych i konfliktowych. Nie dziwi zatem wcale, że nadzwyczaj wytrawna dyplomacja rosyjska, ustami rzeczniczki MSZ FR Marii Zacharowej, „odszczeknęła” się z miejsca bardzo zgrabnie i sprytnie p. prezydentowi, iż: „(…)jest presja, którą można wywierać za pośrednictwem organizacji międzynarodowych, za to odpowiadających. (…)Rada Bezpieczeństwa ONZ może stosować sankcje, różny stopień presji. Natomiast żaden kraj nie może wywierać presji na inny, gdyż stanowi to ingerencję w jego sprawy wewnętrzne. Tym bardziej, nie można wzywać innych członków wspólnoty światowej do naciskania na inny kraj…”.

Już tylko w kontekście powyższego widać, że stopień owej niezgrabności i niezręczności jest tak wielki, że gdyby nawet – abstrahując już od faktycznego stanu rzeczy – Polska (III RP) miała realne szanse wejścia do tzw. formatu normandzkiego, to tylko ten jeden, jedyny mocno niewyważony wywiad p. prezydenta Dudy dla grubo ciosanej bulwarówki stanowiłby wystarczający pretekst do ich udaremnienia. Rosjanie zresztą profilaktycznie, ot tak na wszelki wypadek, do wykluczenia nawet tylko czysto teoretycznej możliwości zaistnienia takiej sytuacji, już go właśnie wykorzystali.

Na tym nie koniec. Niektóre z wyrażeń użytych przez p. prezydenta są także w sposób oczywisty niestosowne również w odniesieniu do strony niemieckiej. Jak się bowiem jedzie do kogoś w gości, to, mając jakie takie maniery, nie poucza się już o progu gospodarza, zwłaszcza przy otwartej kurtynie, stąd głosy rozlegają się wokoło, szeroko i daleko, jak ten ma się zachowywać i co ma robić, zwłaszcza gdy chodzi o wizytę typowo kurtuazyjną – a wizyta p. prezydenta w Berlinie miała przede wszystkim właśnie taki charakter. Na dodatek nawiązuje on prawie otwartym tekstem do kwestii w istocie – co prawda – oczywistej, jednakże zazwyczaj, z reguły nie artykułowanej w ten sposób na tym poziomie politycznym – z przytoczonych wypowiedzi można niemal wprost wyczytać, że to Niemcy trzęsą tak naprawdę Unią Europejską, a więc to właśnie głównie one powinny ową UE zmitygować i wpłynąć na nią w pożądanym przez Andrzeja Dudę kierunku – i to m.in. w kontekście dobra i dalszego korzystnego rozwoju relacji polsko-niemieckich. Nie wydaje mi się, żeby strona niemiecka była tego rodzaju stwierdzeniami specjalnie uszczęśliwiona, jakkolwiek zbyła je dyplomatycznie milczeniem i zwyczajowymi unikami, odpowiadając p. prezydentowi w „terminach możliwie najbardziej ogólnych”.

Zostawiając już na boku względy i wymogi sztuki dyplomatycznej, a przechodząc do czysto politycznego wydźwięku wspomnianego wywiadu – ma on przede wszystkim tę wartość, że dostarcza nader ważnych i interesujących informacji w przedmiocie samych stosunków polsko-niemieckich. Oceny p. prezydenta Dudy, zwłaszcza te widniejące w ostatniej kolumnie przytoczonego jego fragmentu, np. ta: „Nasz związek jest bardzo dobry i chciałbym, by taki pozostał”, jak również tak czytelne podkreślenie, że w gruncie rzeczy nie inaczej było za prezydentury Lecha Kaczyńskiego (i rządów PiS), świadczą jednoznacznie tylko o tym, że zarówno p. prezydent Andrzej Duda, jak i cała formacja polityczna, z której się wywodzi, w gruncie rzeczy bez żadnych zastrzeżeń akceptuje typowo kolonialny status III RP w ramach jej obecnych relacji z Niemcami i że nie ma też najmniejszej intencji zmieniać czy rewidować tego stanu rzeczy na przyszłość. „I zrobię co w mojej mocy, by tak pozostało”ta deklaracja nie postawia żadnych wątpliwości co do tego. Wychodzi więc na to, że jedyne, czego p. prezydent Duda od Niemiec obecnie oczekuje, to żeby zaczęły prowadzić znacznie bardziej otwartą antyrosyjską politykę. Co niezwykle paradoksalne i zastanawiające, jednocześnie od kilku dobrych już lat zdeklarowany, tzw. twardy elektorat pisowski jest konsekwentnie straszony przez służące tej samej formacji różne media „niepodległościowe” widmem narastającego niemieckiego ekspansjonizmu, a zwłaszcza „osią Moskwa-Berlin” lub w końcu wirtualnym „kondominium rosyjsko-niemieckim” (w różnych wariantach, zabarwieniach i kontekstach), które obydwaj potężni sąsiedzi rzekomo wspólnie sprawują i nieformalnie roztaczają nad Polską. Jak to się ma logicznie, na zdrowy rozum, do zacytowanych powyżej deklaracji p. prezydenta Dudy, proszę ocenić sobie już samodzielnie.

Śladami Bronisława Komorowskiego

Gdy chodzi z kolei o fundamentalną kwestię relacji i stosunku III RP do Ukrainy, powyższe deklaracje świadczą aż nadto jasno, że kontynuuje on w prostej linię polityczną swego poprzednika. Potwierdza to zresztą sam b. prezydent: „z satysfakcją obserwuję, że – mimo zapowiedzi rewolucji w zakresie polityki zagranicznej – nic takiego nie następuje – powiedział Komorowski po kilkunastu dniach urzędowania swojego następcy”. Co więcej, przymierzany w różnych dziennikarskich spekulacjach najpierw na fotel szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie RP, a ostatnio wprost na ministra spraw zagranicznych w ewentualnym rządzie PiS, p. Witold Waszczykowski pozwolił sobie wprost – zdaje się, w ramach typowo partyjnych polemik z PO i uprzedzając możliwe zarzuty z tej strony – oświadczyć: „Prezydent Duda w tym przypadku nie wystąpił z żadną nową inicjatywą. (…)Ta linia polityczna wobec konfliktu rosyjsko-ukraińskiego była zatem skonsultowana przez pana prezydenta z właściwym ministrem polskiego rządu” za: http://xportal.pl?p=22344.

Resztę proszę sobie już doczytać w wyjątkowo rzeczowym i trafnym komentarzu red. A. Danka.

Jest to zatem – pomijając pewne niuanse – prosta kontynuacja linii „schetynowskiej”, cokolwiek nie twierdził by teraz, po czasie, obecny minister spraw zagranicznych III RP, a dalej kontynuacja działań m.in. R. Sikorskiego, śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i w ogóle całościowo pojętej polityki wschodniej III RP, której podstawowym i niepodważalnym dogmatem był zawsze wymóg ochoczego podejmowania się roli „europejskiego” adwokata Ukrainy i konsekwentnego wspierania jej z całych sił, gdy tylko ta sobie tego zażyczy, a nawet wprost wyprzedzając te jej życzenia, zaś w skrajnych wypadkach wręcz podejmowania prób uszczęśliwiania Ukraińców wprost na siłę, wbrew woli ich samych.

Ostatnie poczynania p. prezydenta Dudy zdają się – niestety – wpisywać w ten właśnie ostatni scenariusz. Jak można bowiem inaczej określić i zakwalifikować sytuację, gdy zgłaszane przezeń koncepcje i postulaty poszerzenia formuły „formatu normandzkiego” spotykają się z miejsca z tak zdecydowaną, oficjalną odmową ze strony samego ukraińskiego prezydenta Poroszenki. Być może p. Poroszenko czuje osobisty uraz do p. prezydenta Dudy za to, że ten nie uhonorował go dostatecznie mocno i jednoznacznie zaraz po swoim wyborze, jednak problem leży tak naprawdę znacznie głębiej. Mianowicie o jakimkolwiek normalnie i dosłownie pojętym partnerstwie polsko-ukraińskim nie może być żadnej mowy w sytuacji, gdy w Kijowie od dawna doskonale zdają sobie sprawę ze stopnia naszego uzależnienia od UE i NATO i szerzej pojętego Zachodu. Nie dziwny się więc nawet zbytnio, że przeznaczono nam tam tylko wyłącznie rolę bezpłatnego, bezinteresownego pomocnika i adwokata i zarazem typowej krowy dojnej. Byle tylko p. Poroszenko nie poczuł się teraz jeszcze bardziej urażony kolejnym lapsusem, jaki znalazł się w wywodach p. prezydenta Dudy (naszym największym sąsiadem, i to zdecydowanie, przynajmniej w wymiarze terytorialnym, jest wszakże właśnie Ukraina, nie zaś Niemcy!), bo może być jeszcze dużo gorzej.

Wszelkie zaś próby czysto życzeniowego wciskania się do tegoż „formatu normandzkiego” są całkowicie beznadziejne i z góry skazane na niepowodzenie wobec faktu, że nikt tam nas nie chce i nie jesteśmy tam już nikomu do niczego potrzebni. Wszyscy uczestnicy porozumienia mińskiego – zarówno Rosja, jak i Niemcy, Francja, wreszcie Ukraina, a nawet pełniąca rolę pośrednika i swego rodzaju rozjemcy Białoruś – są, mimo wszystkich dzielących ich różnic, akurat w tym zakresie wyjątkowo zgodni. Tego rodzaju inicjatywy tylko więc dodatkowo ośmieszają Polskę na arenie międzynarodowej i jeszcze bardziej pogłębiają naszą izolację w bliższym i dalszym sąsiedztwie.

Co znamienne, zauważają to i zaczynają głośno artykułować nawet ci głośni eksperci i komentatorzy, których o jakąkolwiek prorosyjskość czy rusofilię posądzić nie sposób. Przykładem i wypływem tego jest chociażby bardzo treściwy, typowo analityczny tekst autorstwa p. Roberta Chedy pt. „Ukraina – szansa czy zagrożenie dla Polski?”. Oto tylko niektóre, najbardziej wymowne jego tezy:

„Ostatnie zawirowania dyplomatyczne to dobry moment na refleksję, jakie są stosunki polsko-ukraińskie, a jakie być powinny. Biorąc oczywiście za punkt wyjścia nasz interes narodowy, a nie naszego partnera. Zasadne jest również pytanie o oczekiwania Kijowa wobec Warszawy, które wyznaczają nasze faktyczne miejsce w ukraińskich rachubach politycznych. Z drugiej strony, w kraju ogarniętym wojną domową mamy ogromną „szansę” stać się podwójnym wrogiem. (…)

Należy podkreślić, że nie jest to (mowa o obecnym, katastrofalnym stanie państwa ukraińskiego – AT.) wynik hybrydowej agresji Rosji tylko 26 lat niepodległości, czyli stosunku ukraińskich elit do własnego państwa i społeczeństwa. (…)

Podsumowując rolę adwokata Ukrainy trudno oprzeć się wrażeniu, że bilans strat jest większy niż korzyści. Nasze interesy narodowe nie są w żaden sposób zabezpieczone, za to bezwarunkowe firmowanie niestabilnej Ukrainy obniża naszą pozycję międzynarodową, grożąc wciągnięciem w wojnę domową. Ukraina nie oczekuje także polskiego posłannictwa ze względów pragmatycznych. Straty gospodarki ukraińskiej wywołane rosyjskimi sankcjami sięgnęły 43 mld dolarów. Przecież ukraińscy oligarchowie z prośbą o pieniądze nie przyjadą do Warszawy, bo ta ich nie ma. Ma je za to Berlin i Waszyngton. (…)

Za to natarczywe reprezentowanie interesów Ukrainy zamyka nam inne okna możliwości. Chodzi o dialog z Rosją i wymierne straty, jakie polska gospodarka ponosi i będzie ponosiła w przyszłości na tym rynku. Godzi także w nasze bezpieczeństwo, staliśmy się bowiem dyżurnym chłopcem do bicia w Moskwie i celem dla jej rakiet. Uporczywe forsowanie Ukrainy nie przysparza nam sympatii w UE i NATO. W przeciwieństwie do Warszawy, stolice „starej” Europy” umieją (raczej są w stanie – AT.) dokonać narodowych bilansów zysków i strat ukraińskiego kryzysu”; całość tekstu:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Ukraina-szansa-czy-zagrozenie-dla-Polski,wid,17804806,wiadomosc.html?ticaid=11581

Pomijając co najmniej dyskusyjne zagadnienie „hybrydowej agresji” Rosji względem Ukrainy i kwestię rzekomych korzyści, jakich mogłaby przysporzyć Polsce ewentualna jej integracja z UE (od czysto praktycznej strony Ukraina stałaby się tam z miejsca konkurentem dla Polski, i to pod każdym niemal względem, również na rynkach pracy w krajach „starej” Unii; przejęcie przez nią roli „państwa frontowego” ma tu znaczenie ewidentnie drugorzędne), nie sposób poważnie polemizować z powyższym, zarówno na poziomie analizy sytuacji, jak też i, przynajmniej w ogólnym zarysie, stawianych wniosków.

Powstaje więc proste pytanie: jeśli wszystko to jest tak jasne i klarowne, to czy p. prezydent choćby przez moment naprawdę liczył na praktyczną materializację zgłaszanych przez siebie postulatów i koncepcji. A może były one tylko typową zagrywką propagandową, zaś wizyta w Berlinie wraz z towarzyszącą jej otoczką medialną miały od samego początku zupełnie inny cel praktyczny: starać się przede wszystkim wpłynąć na niemiecką opinię publiczną (lub przynajmniej jej znaczący odłam), by ta nieco przychylniejszym okiem spojrzała na plany zwiększenia bezpośredniej obecności wojskowej NATO w samej Polsce (oraz w krajach bałtyckich) i w konsekwencji w tym właśnie kierunku oddziaływała na tamtejsze elity polityczne. Jest to całkiem prawdopodobne, tym bardziej w sytuacji sięgnięcia po usługi wysokonakładowego tabloidu, a nie jakiegoś pisma o ustalonej randze i reputacji. Nikt chyba bowiem nie będzie próbował dowodzić, że głównym celem wizyty p. prezydenta w Berlinie było pochwalenie się i połechtanie Niemców żoną-germanistką.

Andrzej Turek