Wzorcowy manifest „libertariańsko-antykomunistyczny”

Kilka tzw. prawicowych portali internetowych uznało za wskazane uraczyć swoich czytelników takim oto „wysublimowanym” manifestem libertariańsko-antykomunistycznym:

„Strzeżmy młodzież przed dziadami

Polska to dziwny kraj, bo ma dziwnych mieszkańców. Kiedyś, jeszcze jakieś dwieście lat temu, byli normalni [1] i cywilizowani – ale niestety oni już nie żyją – a dzisiejsi mieszkańcy są głupi, zsowietyzowani i wycywilizowani [2].

Im więcej patologii przy prywatyzacji, im więcej przekrętów biurokratycznych, im bardziej mętne prawo, im głupsze wyroki sądów, im gorsze decyzje administracyjne, im większa zależność własności od urzędników, tym większa niechęć współczesnego narodu do własności prywatnej, tym większa chęć by wszystko było narodowe [3], a zatem państwowe, czyli nijakie – i by tym zarządzali urzędnicy. Mamy taki syf, bo ta peerelowska mentalność dominuje.

Moi to rodacy to w większości głupki – im bardziej urzędnik im nabruździ, tym bardziej chcą by o wszystkim decydował urzędnik – tylko inny. O tym , że mogliby zrobić coś sami, albo sobie to kupić, wynająć, opłacić, zorganizować, zadbać, nawet nie pomyślą. Wszelkie patologie związane z prywatyzacją, a zatem stykiem prywatnego kapitału z urzędniczą omnipotencją, chcą rozwiązywać wzmożeniem urzędniczej kontroli i zintensyfikowaniem nadzoru państwa. Dlatego komuna [4] będzie jeszcze długo trwać w moim biednym i zniszczonym kraju.

We współczesnej Polsce trwa złodziejska prywatyzacja. Państwo wyprzedaje majątek za bezcen – głównie kolesiom polityków i urzędników, albo tym, którzy płacą stosowne łapówki. Kiedyś nazywało się to uwłaszczeniem nomenklatury, dziś lud za Marksem nazywa to dzikim kapitalizmem [5]. Głupi lud wyciąga z tych wszystkich patologii takie wnioski, że prywatyzacja jest zła. Nie to złodziejstwo, nie te oszustwa, nie korupcja, nie powiązania urzędników z biznesem, nie przekręty na styku państwa z prywatnymi firmami – ale idea prywatyzacji jako taka jest niby zła. Wszyscy kradną, więc zlikwidujmy własność – a kradzieży nie będzie. Niech wszystko przejmie państwo – a nie będzie czego kraść. Co najwyżej coś z państwowego zakładu się powynosi…

Tak myśli nie tylko ludność prymitywna i niedouczona, ale też wyrafinowani i wykształceni intelektualiści. Myślą oni, że gdyby sprywatyzować filharmonie to właściciel przerobiłby ją na hotel i burdel, więc lepiej by filharmonia była państwowa – a zatem by to urzędnicy sobie z niej burdel robili, a nie jacyś prywaciarze. Lepszy urzędowy burdel niż prywatny. Ale taki intelektualista sam filharmonii nie kupi – bo chce by mu wszystkie jego zachcianki filharmoniczne zapewniało państwo za darmo [6]. Państwo powinno się przecież intelektualistą opiekować [7], nieprawdaż?

Lepiej by kolejka na Kasprowy była państwowa, lepiej by nią urzędnicy zarządzali i peerelowski syf trwał w górach po wsze czasy, bo jeśli kupi to przebrzydły kapitalista, to nabuduje w górach pełno wyciągów, hoteli i pewnie burdeli. Na narty lepiej jeździć w Alpy albo na Słowację, a w Polsce lepiej niech świstaki świszczą, kozice skaczą, a niedźwiedzie ryczą – bo inaczej będą same burdele.

Prywatyzacja jest zła, bo prywaciarze wszystko przerabiają na burdele, a urzędnicy im wszystko sprzedadzą za złotówki – inaczej być nie może. A zatem niech już lepiej wszystko pozostanie pod zarządem urzędników.

Komuna jest nieusuwalna, bo tkwi w umysłach współczesnych Polaków – szczególnie tych starych. Sowiecką mentalnością jest przesiąknięty nie tylko prosty lud, ale też potomkowie przedwojennego ziemiaństwa, szlachty (chyba autor ma na myśli raczej arystokrację, bo szlachty jako warstwy społecznej w II RP praktycznie już nie było – AT.) i inteligencji. Wszyscy kochają peerel [8]! Co najwyżej nie lubią Jaruzelskiego – ale Gierka wspominają pozytywnie. Za Gierka powstały filharmonie, kolejka na Kasprowy, wyrosły lasy, wybudowano tysiące szkół, stworzono przemysł i wszystko z czego Polska może być dumna. Wtedy wywalczono urlopy, ośmiogodzinny dzień pracy, wolne soboty, pewność zatrudnienia i wszelkie zdobycze socjalizmu – i tak powinno pozostać po wsze czasy. Tak te dziady uważają!

Współczesna Polska to wciąż kraj peerelowskich dziadów – dziadów o sowieckiej mentalności współtworzących peerel, którzy jeszcze nie wymarli. Dlatego młodzież ciągle musi stąd wyjeżdżać, bo pod prawem tych dziadów żyć się nie da. Te dziady to komuchy nienawidzące kapitalizmu i własności prywatnej. Oni wciąż żyją i brużdżą nam w kraju [9]. Ci degeneraci nas ciągle niszczą, utrzymując swoje chore układy – niszczą wszystkich, w tym też siebie i swoje dzieci, tworząc tą syfiastą (!) socjaldemokratyczną [10] infrastrukturę opartą o ich powiązania, omnipotencje ich państwa i ich peerelowską mentalność.

Nie wyzwolimy się z tego łatwo. Dziady w końcu wymrą, ale trzeba się starać by nie zarażali młodzieży. Strzeżmy młodzież przed dziadami!

Precz z komuną!

Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę! (pisownia i interpunkcja jak w oryginale).”

Autorem tego skrajnie agresywnego a zarazem – ta ocena nasuwa się mimowolnie – kompletnie paranoicznego „libertariańskiego” oglądu obecnej polskiej rzeczywistości jest niejaki Piotr G. Świderski (GPS), definiujący siebie następująco: skrajnie konserwatywny arcyliberał, Sarmata, żeglarz, libertarianin, katolik, informatyk, trajkarz i monarchista. Trudno dokładnie ustalić, które internetowe medium puściło jako pierwsze w obieg ten zbiór topornej ideologicznej dialektyki, wszystko jednak wskazuje na to, że tzw. Niezależne Forum Publicystów, czyli salon24.pl, jako że p. GPS ma umieszczony tam swój główny blog. Data jego publikacji to 4 sierpnia br. Tego samego dnia zamieścił ją jeszcze portal 3obieg.pl, następnie zaś, zdaje się z jednodniowym opóźnieniem, także nowyekran.net (a być może także inne, pomniejsze portale i strony „prawicowe”).

P. GPS podparł, jak to spostrzegł już czytelnik, swoje wielce „odkrywcze” wywody aż dziesięcioma przypisami, pod którymi kryją się odrębne, rozbudowane teksty tyczące się zawartych w nich wybranych, przewodnich myśli. Nie widzę absolutnie technicznej możliwości zacytowania ich w całości, bo trzeba by było w takim wypadku sporządzić swego rodzaju niezmiernie długą internetową broszurę, zwłaszcza gdyby odnosić się i polemizować z całością lansowanych przezeń tez. Kto ma ku temu szczególną chęć (a także iście benedyktyńską cierpliwość połączoną z wielką odpornością nerwową), może zapoznać się z całością wysuniętej przezeń argumentacji, wchodząc chociażby na:
gps65.salon24.pl,524950,strzezmy-mlodziez-przed-dziadami.

Poniżej przytaczam tylko niektóre, najbardziej zdumiewające i szokujące „kwiatki”, ukazujące prawdziwe oblicze ideologii libertariańskiej w wydaniu tego typu jej najzagorzalszych piewców i zwolenników. Ukazują one aż nadto wyraźnie, gdzie biją jej prawdziwe źródła, i kto faktycznie inspiruje jej energiczne szerzenie w naszym kraju. Przypisy do manifestu p. GPS opisane są następująco:

[1] Cywilizacja łacińska w punktach
[2] Wycywilizowanie
[3] Własność narodowa
[4] Druga i trzecia komuna
[5] Kapitalizm
[6] Dotowanie kultury
[7] Państwo opiekuńcze
[8] Polska jest zboczona
[9] PRL-u nie da się naprawić
[10] Socjaldemokracja

Z wymienionego już powodu skupimy się na fragmentach oddających najbardziej wymownie sposób rozumowania p. GPS i pozwalających choć trochę zrozumieć – jeśli można tak powiedzieć – logikę brutalnej treści jego manifestu, który w innym wypadku byłby całkowicie nie do zrozumienia:

[2] „(…)Proszę zwrócić uwagę na to, że najwięcej Polonii, czyli emigracji dobrowolnej, nie przymusowej, nie na skutek przesiedleń wymuszanych przemocą, jest w obu Amerykach, czyli krajach wciąż silnie związanych z cywilizacją łacińską. Koneczny uzasadnił to, że świat anglosaski to nasza cywilizacja, co ja przypomniałem w tej notce: Konecznego porównanie Polski do Anglii (3).

Polacy się tam w dużej części wynaradawiają. Polak w drugim pokoleniu jest już Amerykaninem, Anglikiem, Kanadyjczykiem, Australijczykiem, Brazylijczykiem czy Chilijczykiem – ale ciągle jest katolikiem, a przynajmniej chrześcijaninem, a przynajmniej chrześcijańskim ateistą (sic!) – ciągle ma silnie zakorzenione zasady cywilizacji łacińskiej! A wielu ciągle pamięta o swych polskich korzeniach!

Taki wynarodowiony Polak na emigracji traci tylko ewentualnie język ojczysty. Ale pozostałe elementy polskości będą jeszcze długo tkwić w nim, w jego dzieciach i jego wnukach. Wynaradawia się, ale się nie „wycywilizowuje”. Dlatego ja wolę tę istotną polskość nazwać sarmackością. My Polacy możemy stać się Amerykanami, ale nadal pozostajemy Sarmatami (4)! (…)

Wy, którzy wspieracie obecne „narodowe”, polskie, socjalistyczne państwo, popieracie takie jego elementy ustrojowe jak obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, publiczną służbę zdrowia finansowaną z podatków, koncesje, redystrybucję, podatek dochodowy, państwowe monopole, silną ingerencję państwa w gospodarkę i inne socjaldemokratyczne postulaty (6), Polakami nie jesteście, jesteście wynarodowieni, bo jesteście przede wszystkim wycywilizowani! Budujecie Unię Europejską, która jest bizantyńska, a więc obca polskości.

Tożsamością narodową nas, Polaków, jest życie w państwie wolnościowym, państwie cywilizacji łacińskiej (2), państwie wielonarodowym, państwie, które broni naszej wolności, własności i życia, a nie ogranicza i szczegółowo kontroluje te sprawy. Obecne państwo nie jest polskie, jest nam obce, bo jest bizantyńskie, socjaldemokratyczne, turańskie. Obecna III RP to zaborca, to Druga Komuna (8)”.

A więc dowiedziałem się z powyższego wykładu bardzo smutnej dla mnie rzeczy – nie jestem Polakiem, ponieważ jestem m.in. zdeklarowanym zwolennikiem – jak zresztą praktycznie wszyscy wokoło – publicznej służby zdrowia, która musi być finansowana z podatków – przecież na innej zasadzie nie może istnieć i funkcjonować. I – wyrażając się oczywiście żartobliwie – mogę się tylko pocieszać, że w takim razie praktycznie wszyscy mnie otaczający, a mówiący po polsku i sami uważający się za Polaków, również tak naprawdę nie są nimi – oczywiście wg. klasyfikacji p. GPS! Trudno, ale w takim razie, to ilu jest tych rzeczywistych, „prawdziwych” Polaków – czy tylko mała garstka zdeklarowanych libertarian?

Dowiedziałem się również z niego czegoś, co ogromnie ułatwia mi lekturę jego skrajnie pokręconego manifestu – mianowicie, co to jest tak naprawdę owa tzw. Komuna, w tym wypadku Druga Komuna. Dodam, dla przejrzystości wywodu, że szermuje on także terminem tzw. Trzeciej Komuny, która nastanie jego zdaniem po powrocie do władzy PiS-u.

Zobaczmy teraz z kolei przy użyciu jakich to argumentów p. GPS stara się uzasadnić tezę – prawdziwą, czy też tylko przezeń dorobioną i spreparowaną, nie podejmuję się tego rozstrzygać – Feliksa Konecznego, że świat anglosaski jest dokładnie tożsamy cywilizacyjnie z Polską, a ściślej, jak się wkrótce dowiemy z jego wynurzeń, z tzw. Polską klasyczną. Oto wierne brzmienie stosownego przypisu do jego rozważań na temat naszego obecnego „wycywilizowania”:

(3) „Polska, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone to ta sama cywilizacja. Dlatego najczęściej oglądamy amerykańskie filmy i śmiejemy się z brytyjskich komików.

Polska należy do cywilizacji łacińskiej. Nie tworzy żadnej odrębnej cywilizacji, nie tworzymy żadnej specjalnej cywilizacji polskiej, sarmackiej czy słowiańskiej. Najdobitniej świadczy o tym to, że jesteśmy cywilizacyjnie bardzo podobni do krajów anglosaskich – razem z tymi krajami tworzymy wspólną, spójną jedność cywilizacyjną.

To nie jest tak wyraźnie widoczne w dzisiejszych czasach, bo Polska dzisiejsza w dużym stopniu odbiegła cywilizacyjnie od Polski klasycznej. Dzisiejsza Polska to już bardziej cywilizacja bizantyńska niż łacińska. My jesteśmy systematycznie od ponad dwustu lat wycywilizowywani, opanowują nas zaborcy i najeźdźcy obcy cywilizacyjnie. Rosja i połowa Niemiec od początku swoich dziejów należeli do innej niż my cywilizacji. Dziś należymy do tej samej co oni – ale to ich cywilizacja, a nie nasza. A Wielka Brytania, USA, Kanada, Australia czy Nowa Zelandia należą do naszej dawnej cywilizacji, którą tracimy.

Moim zdaniem powinniśmy odrzucić tę obecną cywilizację, która nas niszczy, z którą jesteśmy niekompatybilni, która nam nie pasuje, nie leży, nie odpowiada naszym tradycjom pluralizmu, tolerancji, swobody, nie zgadza się z naszymi wolnościowymi temperamentami. Uważam, że powinniśmy wrócić do naszej cywilizacji wspólnej z Anglosasami.

Współczesne wzorce prawne, ustrojowe, organizacyjne powinniśmy czerpać z USA czy Wielkiej Brytanii, bo takimi krajami byśmy dziś byli, gdyby nas sąsiedzi nie mordowali, nie okradali i nie pokonali…”. Niejako w uzupełnieniu p. GPS przytacza znalezione w dziełach Konecznego argumenty służące potwierdzeniu lansowanej przezeń tezy, a wskazujące na podobnie wolnościowy charakter państwa tak w przypadku I Rzeczypospolitej (Rzeczypospolitej Obojga Narodów) jak i państwa angielskiego w dobie nowożytnej (m.in. jawność procedury sądowej, rozbudowany samorząd lokalny itd.).

Kto to jest zaś tak naprawdę ów wspomniany Sarmata? Objaśnia to szczegółowo kolejny przypis.

(3) „(…)Ja uważam się za Polaka w znaczeniu 2 z powyższego wyjaśnienia (p. GPS odnosi się tu do poglądów słynnego filozofa Józefa Marii Bocheńskiego OP, według którego można być Polakiem na 3 sposoby. W największym skrócie: 1)będąc uczuciowo przywiązany do Polski jako swego ojczystego kraju, tak samo do polskiej mowy i tradycji; 2)przybierając za punkt odniesienia tzw. Polskę klasyczną z XV-XVII, z jej otwartością, tolerancyjnością, europejskością i akceptując pojęcie tzw. dwupiętrowego narodu, klasyczny przykład – Litwin uważający się zarazem za Polaka; 3)na zasadzie więzi przede wszystkim etnicznej, będąc świadomym Polakiem „z krwi i kości” i uznając dobro własnego narodu, oczywiście po Bogu, za najważniejsze). Jest też wyżej wyjaśnione to, że brak jest terminologii na odróżnienie tych znaczeń polskości. No to uważam (cóż za wyrafinowany, wprost genialny intelektualista i myśliciel! – AT.), że trzeba terminologię taką wprowadzić i rozpropagować. Najlepszym określeniem na Polaka w znaczeniu 2 jest słowo: „Sarmata” .

Sarmaci to Panowie Bracia polskiego, ruskiego lub litewskiego pochodzenia. Sarmatą może być też Szkot, Cygan i Żyd – ale musi chcieć i się postarać – musi kochać wolność i uważać dawną Rzeczypospolitą za najlepiej zorganizowane państwo na świecie. (…)

Sarmata jest skrajnie przywiązany do wolności osobistej, najważniejsze dla niego hasło to: „„Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie””. Sarmata wyposażony jest w staropolską fantazję, innym stara się pokazać jako ktoś lepszy, możniejszy, wyżej postawiony niż jest w rzeczywistości – jest hojny, rozrzutny, bawi się i pije na całego, jest gościnny i szarmancki dla dam. Czasem bywa warchołem, krzykaczem sejmowym i ma skłonności do zatargów z sąsiadami, do awantur i zajazdów, do wypitki i wybitki, ale jest odważny i mężny. W swoim mniemaniu przewyższa ogładą, gestem i poświęceniem dla Rzeczypospolitej (oczywiście tej swojej wymarzonej, dokładnie jemu odpowiadającej – A.T.) chłopów, chamów i prostaków. Jest przywiązany do swojego szlacheckiego pochodzenia, nawet jeśli jest ono tylko wydumane, bo jest dumny ze „„Złotej wolności”, czyli „„Aurea Libertas”, panującej kiedyś w Rzeczypospolitej. (…)

Sarmata jest europejczykiem, jest otwarty, tolerancyjny i posiada cechy charakteru mieszkańca dawnej Polski klasycznej. Dzisiejsza Polska ma z tamtą już bardzo mało cech wspólnych, ale nieliczni Sarmaci jeszcze w niej mieszkają, a sarmackość tkwi utajona w genach wszystkich współczesnych Polaków. Dlatego kiedyś odbudujemy klasyczną Polskę, Rzeczypospolitą Panów Braci, najbardziej wolnościowe państwo, jakie istniało w historii świata…”.

[3] „(…)Moim zdaniem już samo operowanie pojęciem „„własność narodowa”” jest chęcią powrotu do PRL-u, bo w istocie oznacza utrzymanie własności państwowej i postulat nacjonalizacji majątku. (…) No więc „„własność narodowa””, „„własność państwowa”, „„własność komunalna”” nie jest żadną własnością – jest to rewolucyjne, komunistyczne, biurokratyczne żerowanie na majątku. Operowanie takimi zwrotami jest psuciem pojęć. Własnością może być tylko i wyłącznie coś co jest zbywalne, co można sprzedać albo kupić, oddać albo dostać, odziedziczyć albo zostawić w spadku. Nie będzie żadnej kontrrewolucji póki tego nie zrozumiemy. Póki co większość Polaków tego nie rozumie. Póki tego nie rozumiemy, nie odzyskamy majątku i go nie utrzymamy.

Współcześni Polacy nie chcą tej realnej, prawdziwej, zbywalnej własności, chcą komunistycznej „własności narodowej”. Współcześni Polacy są tak zsowietyzowani, że za swoją własność uznają tylko drobną własność osobistą, ewentualnie swoją działkę czy dom, ale już środki produkcji powinny być według nich wspólne, narodowe, państwowe, czyli niczyje. Narodowe powinny być muzea, telewizja, banki, lasy, stocznie, huty, kopalnie, poczta, szpitale, szkoła, waluta, teatry, filharmonie, instytuty naukowe itd… – narodowe, czyli państwowe, czyli niczyje, pod zarządem urzędników, żerujących na majątku i go rujnujących…”.

[6] „Dlaczego państwo nie powinno dotować kultury? Państwo to aparat przemocy i w związku z tym powinno się zajmować wyłącznie tym, co przemocy wymaga. (…)Do kultury, do twórczości artystycznej, do tego by komponować, pisać, grać, malować, tańczyć itd…nie potrzeba w żaden sposób przemocy – to są działania w których przemoc nijak nie występuje. (…) Nie ma więc żadnej potrzeby by w to angażować państwo, czyli aparat przemocy. (…) państwo nie powinno wtrącać się, czy angażować, w kulturę, bo kultura nie wymaga stosowania przemocy. Przemoc zastosowana w kulturze jest niemoralna, jest antykulturalna, bo przemoc może kulturę tylko zniszczyć, obniżyć jej poziom. I tak się praktycznie dzieje. Kultura rozkwita w społeczeństwach wolnych, a im więcej socjalizmu i państwowych dotacji, tym kultura ma się gorzej…”.

[7] „Niektórzy uważają, że zadaniem władzy publicznej jest pobudzanie, podtrzymywanie, uzupełnianie wysiłku, edukowanie, inspirowanie, umoralnianie, leczenie, ukulturalnianie, rozwijanie, wspieranie itd…obywateli, którzy sami nie chcą lub nie potrafią zadbać o swoje sprawy i o cele wyższe. Nazywają to zasadą pomocniczości – że niby państwo jest po to by ludziom we wszystkim pomagać, by za nich podejmować decyzje i się nimi opiekować. Uważają, że państwo powinno być opiekuńcze.

A moim zdaniem władza polityczna mając taką misję staje się władzą totalitarną, staje się władzą utrzymującą niewolnictwo. A zasada pomocniczości to coś innego, to uznanie, że społeczność wyższego rzędu nie powinna ingerować w społeczność niższego rzędu. (…)

Władza polityczna, czyli państwo, jest tylko i wyłącznie narzędziem w rękach społeczeństwa (nie, broń Panie Boże, narodu – AT.) – narzędzie to powinno pełnić tylko funkcję firmy ochroniarskiej. Wszystko co jest ponad to, jest sprzeczne z zasadą pomocniczości i prowadzi do totalitaryzmu…”.

[9] (…) Uznanie, że jednak pewne rzeczy muszą być własnością państwa [3] – np. muzea, parki narodowe, telekomunikacja, poczta, szkoły i teatry, instytuty naukowe, szpitale, stocznie itp… jest po prostu utrzymywaniem patologii i syfu w tych dziedzinach, a ponieważ są one ważne, to oddziałują na wszystko inne i syf jest wszędzie. (…)PRL trzeba zlikwidować w całości, a nie tak jak teraz wprowadzić tylko drobne poprawki – typu pozwolić na handel walutą, a pozostawić państwowy przymus i monopol walutowy [4]. (…)

Szkoły, szpitale, telewizję, teatry, stocznie, elektrownie, drogi, lasy czy parki narodowe powinny być prywatne!!! Wiara w to, że te sprawy to zadanie dla aparatu przemocy, czyli państwa, to destrukcyjny zabobon!…”.

Dla pełnej jasności obrazu, pozwolę sobie jeszcze przywołać tezę, jaką p. GPS zawarł w osobnej notce uzupełniającej do przypisu [3]. Nosi ona tytuł: „Naród a państwo”.

„(…)Polskie tradycje nie są tradycjami jednego wyraźnie określonego narodu co do języka czy kultury – nasza tradycja jest wielonarodowa i wieloetniczna. Dawną Rzeczypospolitą zamieszkiwało wiele różnorodnych grup etnicznych, a przejścia między nimi były ciągłe. Naszą główną, najważniejszą, kluczową tożsamością nie jest tożsamość narodowa, ale cywilizacyjna – głównie oparta o kulturę i religię chrześcijańską – plus oczywiście rzymskie prawo i grecką filozofię.

Niemniej poczucie wspólnoty jest jak najbardziej naturalne. I to poczucie wspólnoty lokalnej, kulturowej, językowej, etnicznej, religijnej jest jak najbardziej potrzebne i dobre. Ale to jakieś poczucie jedności narodowej na poziomie państwa, to uczucie nienaturalne i moim zdaniem szkodliwe. To prowadzi do tworzenia państwa narodowego, które wymaga niechęci, a przynajmniej nieufności, w stosunku do osób obcych etnicznie, a kiedyś żyjących wspólnie…(całość: gps65.salon24.pl/515021/narod-a-panstwo )”.

No i w końcu wszystko staje się jasne jak słońce, p. GPS – wiemy już co tak naprawdę najbardziej cię boli, co ci tak bardzo nie pasuje i czego najbardziej się obawiasz (strach ma zawsze wielkie oczy!). Czy jednak trzeba wypisywać aż tyle bredni, czy trzeba aż angażować cały libertariański aparat ideologiczny, by zdezawuować ideę budowy (czy raczej odbudowy) polskiego państwa narodowego. Nie stać Pana na jasne przyznanie się, że nie jesteś Pan wcale Polakiem w duszy, a zapewne i z urodzenia, a jedynie co najwyżej jakimś polskojęzycznym podmieńcem, i że z tej prostej przyczyny jesteś żywotnie zainteresowany doszczętną jego likwidacją, do czego by też niechybnie doprowadziła realizacja Pańskich postulatów, na szczęście po większej części całkowicie utopijnych i niewykonanych. Ale żebyś Pan (wespół ze swoimi fanami) nie powiedział czasem, że gołosłownie przypisuję Ci te niszczycielskie zamiary, odniosę się pokrótce do zacytowanych powyżej Pańskich twierdzeń.

Ad. [2] Rozumiem doskonale, dlaczego starasz się Pan tak usilnie wykazać bliskość, a nawet wręcz tożsamość cywilizacyjną Polski z krajami anglosaskimi. Przecież to właśnie te kraje, konkretnie zaś USA, są matecznikiem i głównym rozsadnikiem Waszych libertariańskich utopii (to w USA istnieje w końcu najprężniejsza partia libertariańska, a czynni libertarianie kręcili się nawet, zdaje się, przy administracji Reagana), i choćby z tego samego powodu zawsze będą stanowić one dla Was główny punkt odniesienia. Posłużenie się teorią cywilizacji Konecznego jest tu doprawdy zabiegiem mistrzowskim! Czy jednak do końca uczciwym? Nie jestem wielkim znawcą Konecznego, zatem może mylę się w swych refleksjach, niemniej nasuwają mi się w tym miejscu duże wątpliwości. Czy np. taka Anglia to faktycznie kraj, w którym panuje wzorcowa postać cywilizacji łacińskiej? W zakresie samego ustroju, zwłaszcza wysoce rozwiniętego samorządu lokalnego i stopnia oddolnej organizacji społeczeństwa, a także prawodawstwa i wymiaru sprawiedliwości, z pewnością tak, ale to przecież nie jedyne wyznaczniki tej cywilizacji.

O ile dobrze pamiętam, jednym z podstawowych pryncypiów cywilizacji łacińskiej jest dążenie do tego, by jak największa liczba obywateli w danym państwie była samowystarczalna ekonomicznie, przy czym szczególnie ważną rolę odgrywa tu własność nieruchoma, czyli ziemia. A to akurat pryncypium jakoś niezbyt pasuje do angielskiej (brytyjskiej) struktury rolnej, tak analizowanej historycznie, jak i tej istniejącej obecnie. Nie wdając się w szczegóły, warto zwrócić uwagę, że Wielka Brytania była jednym z pierwszych, jeśli nie wprost pierwszym krajem na świecie, w którym zbudowano klasyczne rolnictwo farmerskie. Doszło zaś do tego na drodze masowego usuwania chłopów angielskich, a także i szkockich, z dzierżawionej przez nich ziemi (tzw. ewikcja) przez wielkich właścicieli ziemskich, którzy spostrzegli, że znacznie bardziej niż uprawy rolne opłaca się im wypas owiec w celu pozyskiwania wełny dla szybko rozbudowujących się w toku rewolucji przemysłowej fabryk włókienniczych, a do tego chłopi są przecież zupełnie niepotrzebni. W rezultacie zasilili oni szeregi szybko powiększającego się miejskiego proletariatu, stając się rezerwuarem bardzo marnie opłacanej siły roboczej, swoistymi półniewolnikami w rękach fabrykantów. W Wielkiej Brytanii nie przeprowadzono nigdy żadnej reformy rolnej. Przeciwnie, postępował sukcesywnie proces likwidacji ludności rolniczej i skupiania własności ziemskiej w rękach wąskiej kasty arystokracji i wielkich posiadaczy. Dziś w brytyjskim rolnictwie pracuje zaledwie ok. 1,5% z całości zatrudnionych w brytyjskiej gospodarce, zaś 0,5% Brytyjczyków, głownie rdzennych Anglików wywodzących się z najwyższych warstw społecznych, skupia w swoim ręku aż ok. 70% całej ziemi uprawnej, pobierając zresztą z tego tytułu potężne dotacje unijne. Jeśli się nie mylę, także i większość angielskiej klasy robotniczej, i w ogóle mieszkańców miast, nie posiada współcześnie żadnych nieruchomości, w tym domów stojących choćby na kawałku własnej ziemi, co jest tam uważane za przywilej najbogatszych. I to ma być rzekomo kraj cywilizacji łacińskiej w najczystszej jej postaci! Prawda, że ta sytuacja bardzo przypomina stosunki panujące kiedyś w tak uwielbianej przez p. GPS I Rzeczypospolitej (Rzeczypospolitej Obojga Narodów) – która notabene była pod tym względem z cywilizacją łacińską też raczej na bakier – ale czy to znaczy, że mamy do nich wracać, biorąc Anglię, historyczną i obecną, za ślepy wzór do naśladowania!

Idźmy dalej. Jak powszechnie wiadomo, podstawową zasadą obowiązującą w cywilizacji łacińskiej jest, a przynajmniej powinno być, stosowanie się do moralności zgodnej z nauczaniem Kościoła katolickiego. W jakiejś mierze można by tu ostatecznie zaliczyć i wyłonione z niego na drodze reformacji różne wyznania i denominacje protestanckie. Jednakże przecież to nie to samo: normy moralne obowiązujące wyznawców KK i tzw. chrześcijan odłączonych mocno się różnią, zwłaszcza w przypadku radykalnych sekt protestanckich, dalszych pochodnych wyjściowej formy protestantyzmu – nietrudno o przykłady: stosunek do rozwodów, tzw. aborcji, czy choćby etyka seksualna, znacznie bardziej rygorystyczna w przypadku katolicyzmu. Przy czym z upływem czasu ta rozbieżność ciągle się pogłębiała (przynajmniej do SWII, kiedy to KK sam wszedł na niebezpieczną, śliską ścieżkę liberalizacji i pełzającej protestantyzacji).

Ale problem polega jeszcze na czymś innym. P. GPS, ogłaszając współczesne kraje anglosaskie główną ostoją cywilizacji łacińskiej i używając, a właściwie nadużywając, do tego zabiegu samego autorytetu Feliksa Konecznego, zapomina, albo celowo nie chce wiedzieć, że formułował on swoje oceny i spisywał swoje przemyślenia w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a więc co najmniej 80 lat temu. W tamtym czasie oblicze religijne i ideowo-cywilizacyjne tychże krajów było wyraźnie inne niż obecnie. W międzyczasie bardzo daleko posunęły się tam procesy laicyzacji i sekularyzacji. Wpływ religii chrześcijańskiej wszystkich odłamów na życie osobiste i społeczne np. mieszkańców takiej Wielkiej Brytanii jest dziś już bardzo niewielki. Liczba osób deklarujących się jako chrześcijanie ciągle spada, w dodatku chodzi tu w zdecydowanej większości jedynie o pewną wieź administracyjno-prawną (szczególnie w przypadku uprzywilejowanego tzw. Kościoła Anglii), albo też wynikającą z odziedziczonej po przodkach tradycji. Jeśli chodzi o tzw. czynnych chrześcijan, to statystyki są różne, jednak w każdym wypadku jest to zdecydowana mniejszość całej brytyjskiej populacji. Co ciekawe i zarazem paranoiczne, znaczny odsetek deklarujących formalnie chrześcijaństwo nie wierzy w Boga osobowego (jakkolwiek bądź pojętego), przy czym zdecydowanie najgorzej jest w przypadku młodzieży, wśród której lawinowo rośnie procent zdeklarowanych bezwyznaniowców i ateistów. Nie trzeba już nawet szerzej dowodzić, że formalna przynależność do danej wspólnoty chrześcijańskiej, włącznie z KK, nie oznacza bynajmniej akceptacji i praktycznego stosowania się do głoszonych przez nią zasad i doktryn teologicznych oraz norm etycznych, swoją drogą coraz bardziej rozwadnianych. Według formalnych deklaracji, regularnie praktykuje, tzn. uczęszcza na coniedzielne nabożeństwa do kościołów, świątyń i zborów wszystkich wspólnot chrześcijańskich, ok. 10% ludności Wielkiej Brytanii. W rzeczywistości liczba ta jest prawdopodobnie jeszcze dużo mniejsza, najczęściej szacuje się na ok. 6%, i są to w dodatku z reguły ludzie najbardziej zaawansowani wiekowo.

Praktycznie identyczna sytuacja występuje też w Australii i Nowej Zelandii. Trochę lepiej jest w Kanadzie, ale i tam zaczyna coraz bardziej dominować wśród zdecydowanej większości formalnych chrześcijan daleko posunięta obojętność religijna, zaś w do niedawna arcykatolickiej prowincji Quebec zaczyna wręcz coraz bardziej rozkwitać antyklerykalizm (to również zresztą w niemałej mierze nic innego, jak tylko owoc posoborowych reform KK). W związku z powyższym nasuwa się proste pytanie do p. GPS: skoro ludność tych krajów tak powszechnie odrzuca moralność katolicką (chrześcijańską), to jakim sposobem mogą zachowywać one łacińskie oblicze cywilizacyjne, i jeszcze stanowić dla nas wzór do naśladowania? Oczywiście, jest to pytanie raczej z gatunku retorycznych, bo wątpię, by p. GPS zechciał mi na nie odpowiedzieć. Niech więc w ostateczności tej odpowiedzi udzieli sobie sam czytelnik. W moim przynajmniej odczuciu rzeczywistość wygląda tak: to prawda, że my właśnie w szybkim tempie tracimy resztki swojej, łacińskiej tożsamości cywilizacyjnej, jednak wymienione kraje zachodnie, z którym mamy niby czerpać wzór, utraciły ją już znacznie wcześniej przed nami, a to co z niej tam faktycznie zostało, to tylko pewne wybiórcze fragmenty, szczególnie zaś pewna zewnętrzna dekoracja.

Oczywiście, można polemizować z tą oceną i np. sięgnąć po ten argument, że społeczeństwo USA jest do dzisiaj nieporównanie bardziej religijne niż mieszkańcy wymienionych wcześniej krajów anglosaskich (skoro mowa o religii). To owszem prawda, trzeba jednak i tu pamiętać, że panuje tam zupełna religijna pstrokacizna, że ci religijni Amerykanie to często członkowie radykalnych sekt protestanckich, mormoni, czy chociażby tzw. chrześcijańscy syjoniści, a wyznawane przez nich zasady etyczne są często bardzo rozbieżne z tym co naucza KK. Zresztą także i ten ostatni jest na gruncie amerykańskim tak bardzo zliberalizowany, „postępowy” i „ekumeniczny”, że coraz bardziej przypomina tylko karykaturę ortodoksyjnego katolicyzmu. To wszystko przekłada się na życie: dziś USA legitymują się np. jednym z największych współczynników rozwodów w skali całego świata (ok. 1-2), tak się zresztą składa, że obok m.in. właśnie Anglii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Czy to jest także objaw rzekomo kwitnącej tam cywilizacji łacińskiej?

Ale i to jeszcze nie wszystko. Istnieje jeszcze jedno istotne kryterium, pozwalające osądzić, czy dany kraj, czy też społeczność jest faktycznie wierna i szczerze pielęgnuje wartości cywilizacji łacińskiej. Mianowicie, jedna z jej podstawowych zasad głosi, że także polityka i wojna nie są wolne od ograniczeń etycznych, że także i one muszą mieścić się w granicach chrześcijańskiej moralności. Jak się ma zatem do tego wymogu skrajnie nieszczera, obłudna, pełna zdrad i wiarołomstwa brytyjska polityka w stosunku do Polski na przestrzeni kilku ostatnich stuleci, a szczególnie w XX wieku. To zresztą organiczna cecha tejże polityki w skali powszechnej, ogólnoświatowej. „Anglia nie ma przyjaciół, Anglia ma tylko interesy” – ta słynna – i dodajmy, po części zawierająca w sobie ziarnko prawdy – została w tym wypadku doprowadzona wprost do skrajności. A jak się mają do niego współczesne amerykańskie wojny kolonialne, wszczynane z podszytej czystym totalitaryzmem chęci uzyskania absolutnego panowania nad światem, uzasadniane prawie w każdym wypadku kłamliwymi, oszukańczymi hasłami i argumentami, i przynoszące cały ogrom zniszczenia mieszkańcom zaatakowanych państw, których usiłuje się na siłę uszczęśliwiać tzw. demokracją, ma się rozumieć – w jej szczytowym, amerykańskim wydaniu?

Widzimy więc, że odwoływanie się i szukanie podparcia dla libertariańskich utopii w dorobku naukowym Konecznego jest zabiegiem w istocie instrumentalnym. Jeszcze większą groteską i czystym oszukaństwem są próby łączenia ich, tworzenia jakiejś ich syntezy z chrześcijaństwem, szczególnie z katolicyzmem. Nawet sam osobiście znam takich ludzi, którzy obnoszą się ze swoją pobożnością, obwieszają się nawet krzyżykami trydenckimi, a jednocześnie deklarują bardziej lub mniej zaawansowaną sympatię dla idei typowo libertariańskich , deklarują poparcie dla tzw. Kongresu Nowej Prawicy (KNP), czy innych ugrupowań „korwinistycznych”. W szczególności stara się zaś dokonać takiej karkołomnej syntezy tzw. Organizacja Monarchistów Polskich (OMP).

Także i p. GPS usiłuje ze wszystkich sił demonstrować swoje ostentacyjne przywiązanie do katolicyzmu, zamieszczając w przypisie [1] do swego manifestu zwięzłą, ale zarazem dosyć wyczerpującą charakterystykę cywilizacji łacińskiej, uzupełnioną o wszelkie istniejące Przykazania Boże i kościelne. Cóż jednak z tych teoretycznych wypisków, skoro jako zagorzały libertarianin gotów jest (w razie wystąpienia takich możliwości) zalegalizować i w żaden sposób nie ograniczać prostytucji, narkomanii, czy pijaństwa, albo też, trochę z innej beczki, zamykać szpitale z chorymi walczącymi akurat z nowotworem, bo tym wszystkim ma przecież rządzić niby tylko i wyłącznie wolny rynek oraz osobista wola i upodobania jednostek – jak chcą, jeśli takie ich życzenie, to niech się trują, niech niszczą sobie zdrowie i skracają sobie życie; nic to, że konsekwencje tego poniosą w ostatecznym rozrachunku nie tylko oni sami, ale także ich rodziny, i całe społeczeństwo.

Dla libertarianizmu wspólnota nie praktycznie żadnego znaczenia, jest to nurt skrajnie indywidualistyczny, w którego centrum zainteresowania jest jednostka ludzka, posiadająca rzekomo praktycznie nieograniczoną swobodę dysponowania własną osobą, jej prawa, i, w praktyce, także jej egoizm. Jest to więc kierunek ze swej istoty antyspołeczny, antynarodowy i antypaństwowy. Jego bardziej umiarkowani przedstawiciele – a takim, sądząc z zaprezentowanych myśli, deklaruje się p. GPS – dopuszczają tzw. państwo minimum, ograniczające się praktycznie tylko do sił zbrojnych, policji i wymiaru sprawiedliwości, a więc zapewniające bezpieczeństwo na zewnątrz i porządek wewnątrz, a także bezpieczeństwo i stan posiadania (bo własność to dla libertarian rzecz najświętsza) poszczególnych obywateli (oczywiście, szczególnie tych bogatych!), ale nie wtrącające się do niczego ponadto, szczególnie do gospodarki, w której wszystko ma regulować i załatwić fetysz tzw. wolnego rynku, który powinien rządzić życiem całej społeczności ludzkiej na wszystkich płaszczyznach. Skrajne skrzydło – tzw. anarchokapitalizm, odrzuca zaś potrzebę istnienia państwa w ogóle. Libertarianizm to więc –w ogólnych zarysach – nic innego, jak tylko skrajna postać liberalizmu. Dobrze o tych podstawowych cechach libertarianizmu wiedzieć – wtedy na pierwszy pozór kompletnie bełkotliwe wywody p. GPS będą łatwiejsze do poprawnego odczytania.

Jak było już wspomniane, utopia ta stoi w jawnej sprzeczności z nauką KK, szczególnie z jego nauką społeczną, choćby z wielkimi encyklikami społecznymi Leona XIII i Piusa XI (odpowiednio „Rerum novarum” i „Qudragesimo anno” – szczególnie ta pierwsza kładzie szczególny nacisk na prawa i powinności państwa w obszarze gospodarki), potępiającymi nie tylko kolektywistyczny komunizm czy socjalizm, ale zarazem też i liberalizm ekonomiczny (leseferyzm), zrodzony w socjologiczno-kulturowym kontekście protestantyzmu, i z gruntu sprzeczny z elementarnymi zasadami sprawiedliwości społecznej i jak najszerszego upowszechnienia własności na drodze m.in. tworzenia wspólnych organizacji i instytucji łączących pracodawców i pracobiorców i ich współdziałania (np. katolickie państwo korporacyjne). Warto w tym miejscu dodać, że aż do SWII KK jednoznacznie i zdecydowanie głosił również, że państwo, szczególnie posiadające większość katolicką, nie może być neutralne światopoglądowo ani też zajmować postawy obojętnej w samej sferze religii, co jest ewidentnie sprzeczne z podstawowymi założeniami libertarianizmu.

Tą oczywistą rozbieżność wytknął jego rodzimym adeptom i entuzjastom bardzo celnie sam prof. Jacek Bartyzel w tekście pt. „Moje stanowisko w prawie promocji libertarianizmu na Portalu legitymistycznym”, zamieszczonym niedawno, rzecz ciekawa, na stronie internetowej wspomnianego OMP. Oto najbardziej dosadny jego fragment: „(…)Do antropologicznego błędu liberalizmu libertarianizm dodaje nieskrywaną anarchistyczną wrogość do instytucji władzy i państwa. Nawiązując do znanego adagium (sentencji) Charlesa Maurrasa, iż liberał to anarchista, który starannie wiąże krawat, można powiedzieć, że libertarianin to anarchista rozchełstany. Przede wszystkim jednak libertariańska negacja państwa jest całkowicie sprzeczna z nauką naszego Pana Jezusa Chrystusa, przepowiadaną od dwóch tysięcy lat przez Kościół, począwszy od świętych Apostołów Piotra i Pawła upominających swoich braci (tu następują stosowne cytaty z ich Listów Apostolskich)…”. Zachęcam gorąco wszystkich zainteresowanych tematem do przeczytania tego znakomitego tekstu: www.legitymizm,org/stanowisko-promocja-libertarianizmu.

By skończyć temat, może jeszcze kilka słów na temat Polonii żyjącej w krajach anglosaskich. Otóż, nie jest po pierwsze do końca tak, że całość żyjących tam dziś Polaków, czy też osób polskiego pochodzenia, zamieszkała w nich na zasadzie emigracji całkowicie dobrowolnej, na skutek swojego swobodnego, nieskrępowanego wyboru. To, że nie przesiedlano ich tam siłą, wcale jeszcze o tym nie przesądza. Jest czymś całkowicie oczywistym, że na przełomie XIX i XX w. a potem w dwudziestoleciu międzywojennym decydował głównie czynnik ekonomiczny, zaś u schyłku II wojny światowej i w latach powojennych głównie czynnik polityczny – niemożność powrotu do rządzonej przez żydokomunistów Polski. O tym, że bardzo długi czas głównym miejscem emigracji, nową „ziemią obiecaną”, były dla Polaków akurat USA, decydowały nie tyle jakieś ich świadome wybory cywilizacyjne, ale po prostu to, że tam potrzebowano rąk do pracy, i że można było dzięki tej pracy w miarę godziwie żyć, a nawet dorabiać się. Wolnościowy i wieloetniczny charakter tego państwa pozwolił też dość długo osiedlającym się w nim Polakom na skuteczne podtrzymywanie swojej tożsamości narodowej – mieli możliwość osiedlać się, podobnie jak inne grupy etniczne, w większych skupiskach, tworzyć i organizować się w całej sieci własnych instytucji kulturalnych, oświatowych, finansowych itd., a nade wszystko gromadzić się we własnych, polskich kościołach. Wiadomo powszechnie, jak wielką siłę, także na arenie amerykańskiej polityki, stanowiła przez pewien amerykańska Polonia (tzw. czwarta dzielnica), i jak wielki wkład wniosła dzięki temu w dzieło odbudowy państwa polskiego u schyłku I wojny światowej i w dobie Wersalu.

Ale potem sytuacja, szczególnie w czasach po II wojnie, zaczęła stopniowo zmieniać się na coraz gorszą. Kolejne polskie pokolenia, urodzone już w USA, zaczęły się, jak to słusznie wychwycił p. GPS, coraz bardziej amerykanizować, dostawały się pod coraz silniejszy anglosaski wpływ kulturowo-cywilizacyjny. Także i ich nie ominęła, co jest całkowicie zrozumiałe, wspomniana wyżej cywilizacyjno-kulturowa destrukcja i demoralizacja toczącą Zachód: praktyczny materializm, konsumeryzm, rozpad więzi rodzinnych itd. Proces ten siłą rzeczy coraz bardziej się nasilał wraz ze słabnięciem i coraz większym modernizowaniem się na modłę protestancką KK, który w polskim wydaniu był dotąd znacznie bardziej tradycyjny i ortodoksyjny, niż w tym oryginalnie amerykańskim, gdzie już w XIX w. zauważamy silne ciągoty liberalne (głównie w kwestii stosunków na linii: Kościół-państwo). Rzeczywistość społeczno-polityczna panująca w PRL-u bardzo ograniczała stosunki amerykańskich Polonusów z Macierzą i przyczyniła się wybitnie do tego, że coraz więcej z nich skłaniało się do jak najszybszej i najpełniejszej asymilacji, znacznie zwiększającej ich szanse życiowe i możliwości osobistej kariery w nowej ojczyźnie.

Na domiar złego, skutkiem wszystkich tych procesów, do kierownictw największych polskich organizacji polonijnych dostały się osoby władające, co prawda, polskim językiem, jednak z przymieszką obcej krwi i służące tak naprawdę niepolskim interesom, względnie objęli je tzw. Amerykanie polskiego pochodzenia, służący w pierwszym rzędzie świadomie amerykańskiej racji stanu, która wydawała się im zresztą jak najbardziej zbieżna z polską. Tak można np. tylko wytłumaczyć gorliwe popieranie i zabieganie z wszystkich sił przez Kongres Polonii Amerykańskiej o włączenie Polski do NATO – fakt, który przyniósł Polsce już cały ogrom szkód, a prawie żadnych namacalnych korzyści. Ta właśnie ta daleko posunięta dezorientacja polityczna Polonii, wynikającą z długiego braku kontaktu z krajem, z nieznajomości jego aktualnych potrzeb i interesów, i z jednostronnego spojrzenia na położenie współczesnej Polski – nadmiernego demonizowania PRL-u i uznania – najzupełniej błędnie – że USA i cały Zachód jest jej szczerym przyjacielem i opiekunem, połączona z pewnego rodzaju „amerykańskim ukąszeniem” – zafascynowaniem potęgą, niezwyciężonością i wyjątkowością Wuja Sama i jego państw klienckich, przyniosła już sprawie polskiej bardzo wiele szkód, i dalej niestety je przynosi. Powyższe tyczy się zresztą nie tylko do samej Polonii amerykańskiej, ale w pewnym stopniu także i np. angielskiej, czy latynoamerykańskiej.

Tak zarysowany obraz jest oczywiście trochę stronniczy, wypada zatem wprowadzić tu pewne poprawki. Nikt nie przeczy, że i w krajach anglosaskich żyje wielu Polaków w pełni świadomych narodowo, wiedzących dobrze, co się w Polsce i w całym świecie dzieje, szczerze życzących swojej Ojczyźnie jak najlepiej i nie postrzegających ją tak jednostronnie, głównie przez pryzmat swoich własnych potrzeb i swojej własnej, osobistej egzystencji. Niestety, pozostają oni poza głównym nurtem tamtejszego zorganizowanego życia polskiego, czy też polonijnego. Zostali z niego skutecznie wyrugowani i nie mają nań praktycznie żadnego wpływu. Zdominowany jest on obecnie wyraźnie przez element, który można w pewnym uproszczeniu rzeczywiście zakwalifikować do tak uwielbianych przez p. GPS „Sarmatów”. Nie widzę zatem powodu, by wyżej stawiać Polonię anglosaską od np. niemieckiej, która żyje w dużo bardziej obcym, a nawet wprost wrogim sobie środowisku, ale też zasadniczo, właśnie na skutek tego, zdecydowanie mocniej trzyma się swej narodowej tożsamości.

A propos „Sarmatów” i sarmackości. Tu dopiero ujawnia się cała bufonada i „intelektualna” arogancja p. GPS – czuje się on wręcz powołany i upoważniony (przez kogo) do tworzenia nowych pojęć Polaka, Polski i polskości, które w jego pojęciu mają być najlepszą odpowiedzią na wiszące nad nią wyzwania i zagrożenia. Kimże jest zatem ten jego wyidealizowany „Polak-Sarmata”? Aż nadto wyraźnie wyłania się z tych opisów postać przybysza, czy nawet wręcz przybłędy z dalekich krain, który, korzystając z naiwności, otwartości i nadmiernej gościnności gospodarza, wcisnął się niepostrzeżenie do jego mieszkania i, cały czas przymilnie się do niego uśmiechając, zabrał mu szybko jego najlepszy garnitur (względnie żupan czy kontusz), i sam się w niego przebrał, dając mu w zamian jakiejś podarte szmaty, wypychając go zarazem z salonu prosto do stajni, albo nawet całkiem wyrzucając z niedawnej posiadłości jako bezdomnego tułacza. Wtedy też, po dokonaniu tych wszystkich dzieł, zapuścił szlachecki wąs i sam się nazwał szczytowym, najdoskonalszym typem „Polaka-Sarmaty”!

Właśnie – skoro częstokroć tak się już działo w polskiej historii, czemuż by do tego nie nawiązywać, czemuż by nie sięgać po te wzorce także i teraz! Budujmy zatem gorliwie tą „Polskę” skrajnie elitarną, szlachecko-sarmacką, w żadnym zaś razie nie słowiańską, nie wahając się przy tym wdrażać tych zasad („Aurea Libertas”), które w niemałym stopniu przyczyniły się do unicestwienia jej historycznego pierwowzoru (I Rzeczypospolitej)! Budujmy „Polskę” eliciarską, od której wara absolutnie pospolitemu robolowi, czy też grzebiącemu w ziemi wieśniakowi! Tu mają wstęp tylko „herbowi” i ewentualnie ci, którzy sobie na poczekaniu ten herb wydumają i wymyślą.

Budujmy z entuzjazmem państwo oparte na zasadzie złotej, nieograniczonej wolności, zupełnie nie bacząc na związane z tym niebezpieczeństwa! W końcu, nawet jeśli się ono od tej wybujałej wolności zawali, to przecież i tak nic takiego strasznego się nie stanie, przecież od tego nie zginiemy! Wszak „naszą główną, najważniejszą kluczową tożsamością nie jest tożsamość narodowa, ale cywilizacyjna”, a tą można przecież pielęgnować także i bez własnego państwa. Skoro nasza tradycja jest z gruntu „wielonarodowa i „wieloetniczna”, to możemy sobie spokojnie żyć i pielęgnować ją także i w innym państwie wielonarodowym i wieloetnicznym, w przypadku gdy nie stać nas będzie na zbudowanie i utrzymanie takiego we własnym zakresie. To może być nawet rozwiązanie tańsze i praktyczniejsze!

Pojawia się więc tu wizja, a raczej widmo, „Polski-Sarmacji”, która może istnieć także i bez określonego terytorium, również tego odziedziczonego po przodkach, i „Polaków-Sarmatów” funkcjonujących na zasadzie jakiegoś ludu, czy plemienia koczowniczego rozproszonego po całym świecie. Ta „kusząca” propozycja kojarzy się jednak odruchowo z całkiem inną cywilizacją niż łacińska – w pierwszym rzędzie z cywilizacją żydowską. Wszystko jest więc aż nadto zrozumiałe i jasne. Niech mi tylko ktoś jeszcze wytłumaczy łaskawie następujące kwestie: dlaczego tzw. Polska klasyczna ma być właśnie niby to koniecznie Polską Jagiellonów i potem królów elekcyjnych, a nie Piastów, i dlaczego niby to państwo cywilizacji łacińskiej musi być koniecznie wielonarodowe, otwarte, tolerancyjne itd.?

Ad. [3] W świetle powyższej, krótkiej charakterystyki libertarianizmu czytelnik sam uzmysłowi sobie całą utopię i niedorzeczność tych mętnych wywodów. Od siebie zarysuję tylko kilka uwag. Otóż, w świetle tego chorego opisu rzeczywistości w wydaniu p. GPS, nie tylko PRL była państwem „komunistycznym”. Była nim także II RP, bo przecież również w niej istniała i funkcjonowała rozbudowana własność państwowa – przemysł, kolej, poczta itd.! Co więcej, „komunistycznymi” są praktycznie wszystkie państwa istniejące obecnie na świecie, włącznie z USA, bo praktycznie w każdym z nich własność państwowa w większym lub mniejszym stopniu tak samo występuje. I jest traktowana jako najbardziej realna własność, a nie „niczyja”, czego przejawem jest także to, że dane państwo uznaje czasem za stosowne ją zbywać, jak to się stało niestety u schyłku PRL-u, i jak to się dzieje w III RP. Ale na tym jeszcze nie koniec paradoksów – otóż przy ścisłym zastosowaniu „kryteriów” p. GPS państwem komunistycznym była także i tak wielbiona przezeń Rzeczypospolita Obojga Narodów (tzw. królewszczyzny, zwłaszcza od XVI w.)

Zatem w tym kontekście optymalnym rozwiązaniem dla libertarian byłoby zgromadzić się w jednej kupie, policzyć się, znaleźć jakąś jeszcze bezludną dotąd wyspę, nadającą się do zamieszkania, udać się tam wspólnie i zrobić praktyczny eksperyment, zakładając wzorcowe libertariańskie państwo minimum, czy też społeczność obywającą się całkowicie bez jakiegokolwiek organizacji państwowej. Jak ten eksperyment wypali w perspektywie, powiedzmy, pół wieku, to może wtedy ktoś się na serio zastanowi nad jego skopiowaniem! Bo tu w Polsce ogół jest faktycznie zdecydowanie zbyt zsowietyzowany, by powiodły się wasze marzenia! Dodam, w kontekście dążeń p. GPS – na szczęście jest zsowietyzowany.

Pozwolę też sobie zwrócić Panu uwagę, p. GPS! – że to sam lansowany przez Pana system uniemożliwia w pierwszym rzędzie praktyczne odzyskanie potężnego majątku państwowego, nielegalnie zbytego, czy, jak Pan wolisz, rozgrabionego i przywłaszczonego sobie w toku tzw. transformacji ustrojowej przez różnych złodziei i aferzystów, rodzimych i zagranicznych. Skoro bowiem własność prywatna jest świętością samą w sobie, a państwo jest w sferze własności całkowicie niekompetentne, to odebranie im zagrabionych dóbr, czyli w praktyce nacjonalizacja, nawet w celu ich ponownego „uczciwego” sprywatyzowania, a nawet oddania w ręce przedwojennych, prawowitych właścicieli, nie może wchodzić absolutnie w grę! Kto więc inny i jakim innym sposobem ich rozliczy i ów zagrabiony majątek im odbierze? Głosząc zatem tego rodzaju farmazony, stajesz Pan – chcąc tego, czy nie chcąc – po stronie tychże aferzystów i złodziei i działasz praktycznie na rzecz ustabilizowania i utrwalenia skutków tej grabieży!

To zaś, że Polacy uważają obecnie za naprawdę swoją własność tylko domy, nieruchomości, ziemię, samochody czy też zgromadzone pieniądze, świadczy tylko o ich elementarnym rozsądku – bo tylko to w istocie im zostało (jak na razie!). Że zaś tęsknią do „komunistycznej własności narodowej”, to wcale nie skutek ich jakichś wrodzonych, osobistych uprzedzeń względem własności prywatnej, ale efekt ponad dwudziestoletnich doświadczeń życia w warunkach systemu „wolnorynkowego” i porównania ich do czasów poprzedniego systemu. Rzecz najprostsza. Praktyka funkcjonowania państwowego przemysłu w PRL-u dowiodła, że, mimo wielu mankamentów i ograniczeń, jest on w stanie produkować wielką ilość realnych dóbr i przynosić istotne korzyści tak państwu, jak i całemu społeczeństwu, zapewniając mu stabilne zatrudnienie i pewność życia. A co się stało z tym przemysłem po jego sprywatyzowaniu? Czyż nie poszedł w większej części do likwidacji, bo jego prywatnym nabywcom za grosze, krajowym i zwłaszcza zagranicznym, tak akurat pasowało? A na czym koncentrują się dziś najwięksi rodzimi, prywatni przedsiębiorcy – czy spełniają realnie funkcję producencką? Oczywiście nie – oni kochają głównie spekulacje giełdowe, inwestują w media, wykupują zagraniczne posiadłości itd. – kraj z ich aktywności gospodarczej nie ma prawie nic, tym bardziej, że częstokroć bardzo skutecznie wymigują się również i od płacenia podatków. Nie trzeba też specjalnie tłumaczyć, że naród słusznie czuje się okradziony, bo sam ten przemysł, i w ogóle cały majątek państwowy, wybudował i pozostał teraz z niczym. To są zresztą rzeczy tak oczywiste, że pewnie w ogóle niepotrzebnie o nich wspominam – praktycznie wszyscy Polacy są tego świadomi, zaś zwariowani doktrynerzy i celowi, jak wszystko wskazuje, szkodnicy w rodzaju p. GPS i tak nie przyjmą tego do wiadomości.

AD. [6] Prawie wszystkie poważne państwa prowadzą szeroko zakrojoną, świadomą politykę kulturalną i, w ten czy inny sposób, dotują i wspierają całą sferę kultury. Wbrew bredzeniom p. GPS, że to rzekomo zakrawa o jakąś „przemoc”, obserwujemy właśnie bardzo boleśnie na przykładzie III RP, do czego prowadzi sytuacja, gdy państwo wycofuje się z tego obszaru lub zaniedbuje swoje obowiązki w tym względzie. Objawy widać wokoło – upadek i likwidacja większości istniejących jeszcze dwadzieścia lat temu bibliotek, zastraszający regres i upadek czytelnictwa, praktyczny zanik polskiej twórczości literackiej w normalnym tego słowa znaczeniu (ba, brak nawet porządnego pisma literackiego!), dominacja wulgarnej, skrajnie prostackiej prasy brukowej, „gwiazdy” w rodzaju świecącej gołym tyłkiem „Dody” i choćby te wszechobecne kiczowate filmy w telewizji, akurat najczęściej zresztą amerykańskiej produkcji. Empirycznie widać, że peerelowska „przemoc kulturalna”, mimo swego, nie zawsze korzystnego uwarunkowania ideologicznego, przynosiła znacznie bardziej pozytywne rezultaty. „Kultura rozkwita w społeczeństwa wolnych” – dowodzi p. GPS! Tak, jak najbardziej „potwierdza” tą tezę stopień infantylizacji i nawet wręcz debilizacji większości współczesnego społeczeństwa amerykańskiego – obrazują to nie tylko „arcydzieła” z Hollywood, ale też np. dostępne w Polsce amerykańskie filmy dokumentalne, choćby z dziedziny historii broni i uzbrojenia, gdzie każdą istotniejszą kwestię powtarza się zazwyczaj dwa, trzy, a najlepiej cztery i więcej razy – najwidoczniej wymaga tego poziom myślenia i kojarzenia przeciętnego amerykańskiego odbiorcy!

Ad. [7] Niech p. GPS nie wmawia Polakom, że nie wiemy nawet, w czym wyraża się właściwie pojmowana zasada pomocniczości. Jednak broń nas Panie Boże od jej realizacji na warunkach przez niego podyktowanych! Resztę wyjaśniliśmy sobie zasadniczo już powyżej. Wypomnę więc tylko p. GPS, iż powinien uczciwie zaznaczyć, że to tak znienawidzone przezeń państwo opiekuńcze (welfare state) funkcjonuje obecnie, i to wcale w nie mniejszym zakresie niż u nas (praktycznie zaś raczej w większym), także i w stawianych przez niego za wzór Polsce krajach anglosaskich – szczególnie w Wielkiej Brytanii, ale też i po części w Australii i Kanadzie, a nawet w USA! W Wikipedii można np. przeczytać, iż w 2011 r. aż 44 mln obywateli amerykańskich otrzymało rządową pomoc społeczną w postaci kuponów na żywność. Powstaje zatem kolejna logiczna sprzeczność – jakim to sposobem możemy brać z nich wzorce ustrojowe czy organizacyjne, a jednocześnie praktycznie wdrażać w życie libertarianizm w lansowanej przez p. GPS postaci?

Ad. [9] Postulaty (właściwie żądania) p. GPS i sam użyty do ich wyrażenia skrajnie chamski język są najlepszą ilustracją całej libertariańskiej bezwzględności i stopnia wyobcowania jego zwolenników ze własnego społeczeństwa i z narodu polskiego. Powinny stanowić zatem najlepsze ostrzeżenie dla każdego polskiego patrioty, którego ciągnie jeszcze do UPR, KNP, czy podobnych im formacji!

Oczywiście, znajdą się pewnie tacy, którzy stwierdzą, że to oceny zdecydowanie przesadne, bo nie można przecież pokręconej twórczości jednego skrajnego oryginała i radykała brać za reprezentatywny obraz całego nurtu. Problem w tym, że ten radykał jasno demonstruje swoje przywiązanie i łączność z jego głównymi wodzami. Na każdym kroku zaleca jako najlepszą lekturę blogi pp. Janusza Korwina-Mikke i Stanisława Michalkiewicza, no i oczywiście stronę internetową OMP. W istocie, to co głosi jest zwulgaryzowaną odmianą retoryki i haseł głoszonych przez JKM, tyle tylko, że wódz, postać odbierana, co prawda, jako niezbyt poważna, ale jednocześnie zasiadająca na salonach, a więc o wysokiej kulturze, ogładzona, musi znacznie bardziej uważać na dobór słów i ukrywać czasem pewne śmiałe myśli miedzy wierszami, gdy p. GPS, jako postać z definicji całkowicie niepoważna, może wyżywać się do woli i nurzać się w samym rynsztoku, nie szczypiąc się w język. Ale obaj są jednakowo wielbicielami liberum veto!

Tak bardzo się rozpisałem o tekstach uzupełniających p. GPS, że nie za bardzo mam już możliwość szczegółowo odnieść się do jego właściwego manifestu. Myślę jednak, że powyższe uwagi nie są bez znaczenia i istotnie ułatwią czytelnikowi wyciągniecie odpowiednich wniosków w tym zakresie. Zwracam więc uwagę tylko na kwestie elementarne, które zresztą zapewne i on sam dojrzy. Że po pierwsze p. GPS niesłychanie chamsko obraża w nim ogół Polaków, a w szczególności te kilka pokoleń, które budowały polski majątek narodowy (czy też państwowy) w okresie PRL-u, a którym przecież przyszło w nim żyć nie z własnego wyboru! Po drugie, iż stara się usilnie mącić w głowach niedojrzałej, niedoświadczonej życiowo młodzieży, wzniecając przy okazji w Polsce konflikt pokoleniowy. „Dlatego młodzież ciągle musi stąd wyjeżdżać, bo pod prawem tych dziadów żyć się nie da”; „Strzeżmy młodzież przed dziadami”;– te do gruntu fałszywe i nienawistne zdania najlepiej oddają tą niecną intencję.

Za jednym zamachem próbuje też obrzydzić młodym Polkom i Polakom ich Ojczyznę, lepiej czy gorzej się prezentującą, dostatnią czy ubogą, ale własną, i skłonić ich raczej do emigracji, by tam poszukiwali lub żyli iluzjami tylko tej wydumanej. Piekąc jeszcze jedną propagandową pieczeń, atakuje też bezpardonowo ideę państwa narodowego w cichej komitywie z czynnikami kosmopolityczno-globalistycznymi. Tamte robią to głównie od strony politycznej; wojujący libertarianizm stara się dołożyć do tego jeszcze uzasadnienie gospodarcze, ekonomiczne. Z tych to wszystkich powodów stanowi on jak najbardziej poważne zagrożenie, tym bardziej, że można i trzeba zakładać, iż tego rodzaju obłąkańcza propaganda będzie się nasilać.

Oczywiście, można także odebrać treść manifestu p. GPS po prostu jako efekt jego nasilającej się frustracji w obliczu powszechnego odrzucania libertariańskich postulatów przez społeczeństwo i tym samym praktycznej niemożności ich wcielania w życie. Sadzę jednak, że doskonale zdaje sobie on sprawę z tego co robi! Tu już w założeniu wcale nie chodzi o to, by – poza pewnymi wyjątkami – realnie wcielać cokolwiek w życie, ale by – powtarzam raz jeszcze – bałamucić i prowadzić na manowce niedoświadczoną, a przy tym częstokroć nadmiernie ambitną młodzież. Miałem już możność wysłuchiwać komunałów wczytanych w JKM, czy też SM młodzieńców z chłopskich rodzin, którzy próbowali mnie zaciekle przekonać, że przyczyną wszelkiego zła w Polsce jest „socjalizm” – więc dobrze wiem o czym mówię. To nie żaden przypadek, że szpica tzw. Ruchu Narodowego jest tak gęsto naszpikowana b. „korwinistami” i innymi „wolnorynkowcami”, najwidoczniej celowo tam oddelegowanymi. Także i użyte przez p. GPS charakterystyczne hasło: „Raz sierpem…”, wyraźnie sugeruje jego powiązania z tymże.

Rzucam więc całkiem odwrotne hasło: Strzeżmy polską młodzież przed libertarianami!

PS. A co do kolejki na Kasprowy, to otwarto ją już w 1936 r. , a nie za Gierka!

Andrzej Turek