Wszechobecna hipokryzja

Ze sporym rozbawieniem przeczytałem artykuł pt. „Z gloryfikatorami UPA nie chcą współpracować””, zamieszczony 14 marca br. przez „Nasz Dziennik”. Autor – Mariusz Kamieniecki, rozpisuje się w nim nad bohaterską postawą radnych PiS powiatu jarosławskiego, nie  mogących się nijak pogodzić z narastającą gloryfikacją przywódców OUN-UPA na obszarze zachodniej Ukrainy, zwłaszcza w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy. Jarosławskich działaczy PiS oburzyła konkretnie decyzja Jaworowskiej Rady Rejonowej o uznaniu Stepana Bandery i Romana Szuchewycza za honorowych obywateli ziemi jaworowskiej. Tak się składa, iż powiat jarosławski i, stanowiący jego odpowiednik po stronie ukraińskiej, rejon jaworowski mają podpisaną umowę o „partnerskich stosunkach”. W reakcji na to prowokacyjne posuniecie jaworowskich rajców, które zresztą staje się szybko na zachodniej Ukrainie prawie że normą, będą oni wnosić na najbliższym posiedzeniu Rady Powiatu Jarosławskiego o zerwanie tej umowy. Inicjatywa słuszna – jestem jak najbardziej za. Ale cała sprawa ma pewne swoje podteksty – nie zawsze do końca godziwe i szczere.

Otóż, p. Jarosław Niemkiewicz,  wiceprzewodniczący klubu radnych PiS w tejże radzie, uzasadnia postulowany krok m.in. tak: „(…)jakakolwiek próba honorowania przywódców zbrodniczej formacji nacjonalistów ukraińskich UPA, a co za tym idzie propagowanie faszystowskich idei przez jaworowskich radnych nie mogą być tolerowane przez stronę polską. (…)Podejmowanie takich decyzji świadczy tylko o tym, że Ukraińcy grają nam na nosie, choć to i tak delikatnie powiedziane. Dlatego tolerowanie tego typu zachowań nie wchodzi w grę…”. Wreszcie, odnosząc się całościowo do rozwoju wydarzeń na Ukrainie, p. Niemkiewicz stawia zasadniczą tezę: „(…)W tej sytuacji dziwi też milczące i bardzo zachowawcze stanowisko polskiego rządu… wobec takich przejawów nacjonalizmu o forsowanym od pewnego czasu strategicznym partnerstwie z Ukrainą nie może być mowy”. Teza zupełnie oczywista, jednak p. Niemkiewicz zachowuje się niczym miś obudzony z bardzo, bardzo długiego snu.

Albowiem zadeklarowani wielbiciele Bandery i jego współcześni kontynuatorzy  nie pojawili się na Ukrainie nagle i znikąd. Oni stopniowo rozbudowywali swoje macki od czasu rozpadu ZSRR i powstania niepodległego ukraińskiego państwa. Rozhulali się zaś na dobre po tzw. „pomarańczowej rewolucji” na przełomie 2004 i 2005 r.,  tak gorliwie wspieranej przez rodzimą klasę polityczną wszelkich odcieni. Ich głównym siedliskiem i przytuliskiem stało się zaś samo otoczenie „pomarańczowego” prezydenta Wiktora Juszczenki, tego to wielkiego przyjaciela śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dziwne jednak, że zupełnie to wtedy nie przeszkadzało ani samemu śp. prezydentowi – wielkiemu bojownikowi o prawdę historyczną i należyte upamiętnienie polskiej martyrologii w okresie II wojny światowej, ani idącemu z nim ręką w rękę PiS-owi. Gdy wreszcie, pod sam koniec swego urzędowania, Juszczenko odkrył do końca swoją prawdziwą twarz, czyniąc Banderę Bohaterem Ukrainy, reakcją w/w, jak zresztą też prawie całego rodzimego establishmentu, było głuche milczenie. Na nic się zdały apele Kresowiaków i w ogóle całej rzeszy mocno zaniepokojonych tym faktem polskich patriotów – śp. p. prezydent nie zdecydował się stanąć na straży pamięci kilkuset tysięcy polskich  ofiar upowskich rzezi, bo ważniejsze było dla niego utrzymanie dotychczasowych relacji ze swoim długoletnim przyjacielem. Mogło by to przecież zresztą uderzyć we wspólny polsko-ukraiński front walki z Rosją; byłoby też sprzeczne z samymi fundamentalnymi założeniami jego polityki wschodniej, leżącej notabene już wtedy w gruzach.

To oficjalne milczenie, tak prezydenta, jak i rządu RP, oznaczało w istocie polskie przyzwolenie na dalsze ekscesy tego rodzaju. Dalszy rozwój sytuacji na Ukrainie, tzn. wyborcza kompromitacja Juszczenki – który stał się kompletnym i, jak się wydaje, nieodwracalnym politycznym bankrutem, porażka Julii Tymoszenko w starciu z Wiktorem Janukowyczem i w końcu wielki kryzys wewnętrzny i częściowy rozpad jej obozu politycznego, spowodowały wysunięcie się na czoło radykalnego skrzydła ruchu neobanderowskiego na czele z głośną już partią „Swoboda”. Prapoczątki tego śmiertelnie niebezpiecznego dla Polski zjawiska tkwią jednak we wspomnianej „pomarańczowej rewolucji”, która okazała się bardzo żyznym podglebiem dla jego masowego zakiełkowania i wzrostu. Mamy dziś zatem na Ukrainie dokładnie to, co „nasi” politycy tam posiali. Największy wkład w ten zasiew ma zaś nie kto inny, jak tylko wspomniany już Prezydent Kaczyński, główny propagator i orędownik tego polsko-ukraińskiego „partnerstwa”. Niech więc P. Niemkiewicz  nie wali „ściemy”, twierdząc, że to „partnerstwo” forsowane jest od „pewnego czasu”, starannie zaś unikając dat i nazwisk. A postulaty jego zrywania w tej chwili, gdy zostało ono już w praktyce sprowadzone do fikcji, są zachowaniami typowo teatralnymi. Nie bronię polityki zagranicznej koalicji PO-PSL w wydaniu Tuska i Sikorskiego, jednak w zakresie hamowania ekspansji ukraińskiego agresywnego nacjonalizmu niewiele da się już z Warszawy zrobić. Zatem gesty p. Niemkiewicza i kolegów to klasyczny żal po rozlanym mleku, próba umycia rąk i oczyszczenia wizerunku PiS bez nawet jednego mea culpa. Liczy się tu oczywiście na przysłowiowa już krótką polską pamięć.

Dziwnym się również wydaje nadawanie inicjatywie o tak niewielkiej w gruncie rzeczy wadze ogólnopolskiego rozgłosu. Przecież to tylko w końcu szczebel rady powiatu. Chodzi zaś o uchwałę, która i tak może nie wejść w życie – i podejrzewam, iż tak się właśnie stanie – bo PiS stanowi w niej mniejszość. Zatem wszystko wskazuje na to, iż mamy do czynienia w istocie przede wszystkim z typowym przedsięwzięciem socjotechniczno-propandowym – nieodłącznym składnikiem naszej dzisiejszej politycznej rzeczywistości. Skąd więc takie zainteresowanie ze strony ogólnopolskiego dziennika? Nasuwa się oczywisty wniosek – tego rodzaju artykuły mają stworzyć wrażenie, iż PiS to partia zaangażowana, a nawet zasłużona w walce z wszelkimi wrogami Polski, także naebanderowcami. I niejeden bezkrytyczny, a słabo zorientowany w faktach i szczelnie odcięty od innych mediów czytelnik tej gazety pójdzie za tą sugestią. W końcu niedługo okaże się, że za rozwój ruchu neobanderowskiego odpowiada…Janukowycz!

Andrzej Turek