Wrażenia z wyborczego teatru

To mocne określenie, jak jednak inaczej można określić wybory, gdzie wstępne sondażowe prognozy pokrywają się niemal co do joty z ostatecznymi oficjalnymi wynikami, zaś szef największej partii opozycyjnej nie ukrywa nawet zadowolenia, że przypadkiem ich nie wygrał. Z związku z powyższym należałoby wręcz całkiem poważnie zastanowić się nad dwoma następującymi propozycjami: 1)wobec tak niesłychanie precyzyjnych wskazań „sondażowni” można by poprzestać całkowicie na samych ich ustaleniach i całkiem rozwiązać PKW jako instytucję zbędną; 2)można by też w ogóle zaprzestać odgrywania wyborczej komedii – zamiast tego liderzy systemowych partii niech spotkają się przy herbacie i sami we własnym gronie ustalą, jaka układanka parlamentarna najbardziej by im pasowała. Korzyścią tego ostatniego rozwiązania byłyby m.in. znaczne oszczędności budżetowe.

Przejdźmy jednak na ton całkiem poważny. Rezultaty wyborów w ogólnym zarysie bynajmniej mnie nie zaskoczyły – mniej więcej takiego rozstrzygnięcia właśnie się spodziewałem. Jedynymi niespodziankami dla mnie były: 1)rozmiary zwycięstwa PO i jej blisko 10-cio punktowa przewaga nad PiS (spodziewałem się, co prawda, zwycięstwa Platformy, ale przy mniejszej dysproporcji głosów); 2) wynik osiągnięty przez Ruch Palikota (w ciemno zakładałem, że przeskoczy próg wyborczy, jednak z wynikiem przynajmniej o 2-3 % gorszym).

Wypada zacząć jednak od frekwencji. Ta wyniosła (wg oficjalnych danych ) blisko 49 %. To jak na nasze obecne warunki ani dużo, ani specjalnie mało, przynajmniej na tle wszystkich poprzednich wyborów w „wolnej” Polsce. Przecież np. w 2005 r. poszło do urn zaledwie 40% uprawnionych, czym zresztą nikt wtedy specjalnie się nie przejął (był to ewidentny skutek tego, że SLD właśnie plajtował, zaś kreowane na dwie główne siły polityczne PO i PiS były dopiero na dorobku. Nasuwa się tu zatem całkiem oczywista teza, że dwubiegunowa scena polityczna, ewentualnie z niewielkimi dodatkami, służącymi jej pewnemu urozmaiceniu, i mocna polaryzacja debaty publicznej daje możliwość znacznego podnoszenia frekwencji wyborczej prostą metodą mobilizacji dużych grup elektoratu do głosowania nie tyle „za”, co „przeciw”. To prawidło zadziałało w niemałym stopniu także i teraz, pomimo to jednak liczba głosujących zmniejszyła się o całe 5 % w porównaniu z wyborami sprzed 4 lat. Owa obniżka o tyle mogła mieć znaczący wpływ na ostateczny wynik, że, jak wiele na wskazuje, w domach zostało najwięcej dotychczasowych wyborców PiS. Do tego wątku wrócimy jeszcze poniżej. Wysoce charakterystyczne jest również to, że niemal wszyscy politolodzy, socjolodzy itp., komentujący niejako z urzędu każde wybory w III RP, praktycznie bezboleśnie „prześlizgnęli” się po tymże wątku frekwencji. Widocznie w zupełności wystarcza im to, że przy urnach karnie stawia się zawsze cały postępowy, europejski „Jasnogród”. Ciemne masy mogą zaś spokojnie pozostać w domach, bo a nuż popsują jeszcze precyzyjnie zaplanowany scenariusz.

Przejdźmy do rezultatów uzyskanych przez poszczególnych uczestników tej wyborczej gry, czy też, jak kto woli, teatru. Wynik PO, biorąc pod uwagę konkretne, namacalne rezultaty jej 4-letnich rządów, praktyczne efekty budowania przez Tuska „drugiej zielonej wyspy”, cały ciąg przeróżnych afer i niezrealizowanie w praktyce do końca prawie żadnej przedwyborczej obietnicy z 2007 r., może zaszokować każdego zdrowo myślącego człowieka. W każdym normalnym kraju, o realnie a nie tylko na papierze funkcjonujących mechanizmach demokratycznych tego pokroju formacja polityczna zostałaby przez wyborców odesłana przy pierwszej okazji całkiem do narożnika. Jednakże trzeba pamiętać, że III RP do tej kategorii absolutnie się nie zalicza: dużo bliżej jej do typowej republiki bananowej. Skąd jednak wziął się konkretnie wynik PO? Otóż, wbrew pozorom wcale a wcale nie wziął się on z księżyca.

Zdziwionym tą diagnozą trzeba uświadomić, że: 1)w III RP występuje stosunkowo liczny, a przy tym niezwykle zdyscyplinowany elektorat, nazwijmy go tak, liberalno-kosmopolityczny. Jego rdzeniem są przede wszystkim wszelkie utajone mniejszości narodowe, ogół większych i mniejszych beneficjentów Magdalenki i Okrągłego Stołu, a także szerokie rzesze tzw. inteligencji (a właściwie ćwierćinteligencji). Ów elektorat liczył w punkcie wyjścia co najmniej jakieś 10-15 % i sytuował się początkowo głównie w UD, KLD, oraz w nieco mniejszym stopniu w SLD. W miarę upadku wspomnianych ugrupowań fluktuował zawsze ku tej sile, która w danym momencie najbardziej czytelnie prezentowała właśnie tą opcję, a więc np. ku UW, następnie zasilił głównie postkomunistów (w 2001r.). Po drodze cały czas powiększał się, w największym uproszczeniu o tych, którym w III RP osobiście się powiodło, oraz o całe rzesze ćwierćinteligencji nowego chowu, wywodzącej się z lawinowo mnożącej się braci studenckiej. Ową brać celowo mnożono ponad wszelką miarę nie tylko w ramach swoiście pojętej walki z bezrobociem, ale i z myślą o dogłębnej indoktrynacji jak największej części polskiej młodzieży w duchu kosmopolityczno-unijnym. Dzisiaj duża część tych ludzi, często o sztucznie zawyżonych życiowych aspiracjach, za to o bardzo pierwotnych pojęciach politycznych, bez głębszego zastanowienia się z zasady zawsze głosuje na główną partię prounijną, bo po prostu „tak wypada”, w obawie przed popełnieniem „obciachu”, wreszcie w imię swojej świetlanej przyszłości (tak naprawdę gotując sobie tym samym właśnie czarną przyszłość). Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że na chwilę obecną ten twardy elektorat PO dobiega liczby 20-25 % ogółu regularnie głosujących obywateli, zadowolonych z życia i ze swego osobistego w nim miejsca i pozycji, bądź spodziewających się osiągnąć taką w niedługim czasie, nie odczuwających przy tym praktycznie żadnego poczucia więzi narodowej (a jeśli nawet, to nie z narodem polskim). Gdy do tego dodamy jeszcze takie czynniki, jak: miażdżącą przewagę medialną nad konkurencją, dobrze opanowaną i sprawdzoną propagandę sukcesu, która skoncentrowała się tym razem głównie na eksponowaniu korzyści, jakie mają spłynąć rzekomo na Polskę dzięki sprawowanej właśnie przez PO prezydencji, rozmyślne odsunięcie wszelkich podwyżek, cięć budżetowych i w ogóle niepopularnych i trudnych decyzji gospodarczych na okres powyborczy, to wynik PO przestanie nas aż tak bardzo szokować. Poza tym, nie ulega żadnej wątpliwości, że pokaźna część wyborców PO poparła tą partię w gruncie rzeczy jedynie z obawy przed powtórnym dojściem do władzy PiS i osobiście Jarosława Kaczyńskiego, wybierając tak naprawdę, oczywiście w swoim pojęciu, tylko mniejsze zło. PO jest nadal bowiem mocne nie tyle swoją siłą, co słabością i wrodzonymi niejako ograniczeniami PiS-u.

Jakoś dziwnie nie chce tego prostego faktu dotrzeć cały szereg wpływowych komentatorów polskiego życia publicznego, wyniesionych (nie wiadomo dokładnie przez kogo) do rangi wielkich autorytetów intelektualnych „prawicy”, „obozu konserwatywnego” itd. Nie zdziwiło mnie więc specjalnie, że zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów tacy pp., jak np. Ziemkiewicz, Sakiewicz, Wencel, Winnicki i temu podobni, wylali publicznie swój głęboki zawód i rozgoryczenie, składając wyłączną winę za przegrane wybory na cały polski ogół i wytykając ciurkiem takie jego wady i grzechy, jak powszechne zobojętnienie na sprawy ojczyźniane, wybujały indywidualizm, postępującą atomizację społeczną i demoralizację itd. Nie kwestionując do końca tej smutnej diagnozy, wypada jednak zauważyć, że wymienieni panowie nie raczyli wspomnieć ani słowem o całym ciągu politycznych matactw popełnionych przez lansowaną przez nich uparcie formację polityczną i jej wodza, które w niemałym stopniu do takiego stanu rzeczy się przyczyniły. Smoleńskie spiski i fantasmagorie, populistyczne, czynione pod typową publiczkę obietnice wcielenia się w rolę polskiego Orbana, poparte ogólnikowymi demagogicznymi obietnicami w rodzaju żądania zrównania unijnych dopłat dla polskich rolników z zachodnimi (dziś całkowicie już nieaktualne i niewykonalne; dlaczego PiS nie pomyślał o tej kwestii w trakcie negocjacji przedakcesyjnych UE albo, jeszcze lepiej, w czasie swoich rządów?), to w zasadzie wszystko, co Kaczyński i jego pretorianie mieli do zaoferowania Polakom. No może jeszcze młodzieży (męskiej) zaoferowano (do oglądania jednak tylko) słynne aniołki prezesa, z „polską Angeliną Jolie” na czele. To nie mogło pociągnąć za sobą Narodu. Ośmielę się nawet powiedzieć więcej: byłbym niezmiernie zmartwiony, gdyby pociągnęło. Świadczyłoby to bowiem dobitnie o postępującej infantylizacji myślenia politycznego przejawiających jeszcze ciągle jakieś odruchy narodowe moich rodaków. Polacy nie postawili i tym razem na Kaczyńskiego wcale nie z powodu lenistwa, gnuśności, tchórzostwa braku troski o dobro wspólne, czy innych podobnie niskich pobudek, które usiłują im imputować wspomniani „mędrcy”, ale, jeśli nie z jakiejś wielkiej politycznej mądrości, to przynajmniej elementarnego zdrowego rozsądku. Smoleńska „prawda” bowiem dawno się im już przejadła; mają w ogóle już dosyć całej tej pseudopatriotycznej szopki. Trudno mieć o to do nich jakiekolwiek pretensje.

Jak już zostało wspomniane wyżej, niemała część wyborców PiS z 2007 r. pozostała tym razem w domach, a w wielu tradycyjnych bastionach tej partii frekwencja wyborcza była najniższa. Te brakujące 5 % mogło się więc przełożyć na blisko dodatkowych 10 % dla PiS-u. W każdym bądź razie wyniki obydwu wiodących partii byłyby przy wyższej frekwencji prawdopodobnie dużo bardziej zbliżone, a widoki PiS na zwycięstwo całkiem realne. Wspierające PiS media, min. „ND”, zdążyły już wytłumaczyć jego porażkę niską mobilizację patriotycznego elektoratu, mało dynamiczną kampanią, brakiem wyrazistych postaci itp. Na tle wszystkich tego rodzaju komunałów niemałą odwagą i śmiałością wykazał się p. prof. Mieczysław Ryba, który w artykule „Lewica w natarciu” („ND”, 11.10.2011 r., s. 20) pisze, co następuje: „Sytuacja PiS jest dziś bardzo trudna. Brak możliwości koalicyjnych powoduje, że powrót do władzy zarówno w wydaniu krajowym, jak i lokalnym (sejmiki wojewódzkie) nie rysuje się na horyzoncie. (…)Niekorzystne jest również to, że w opcji parlamentarnej przybędzie PiS konkurencja w postaci chociażby Palikota. (…)Patrząc z perspektywy czterech lat, można postawić tezę, że decyzja zerwania koalicji i przyspieszone wybory w 2007 roku były błędem PiS. To bowiem doprowadziło do zwycięstwa PO i do likwidacji bytów politycznych pozostających w koalicji z PiS (Samoobrona, LPR ). Dziś partia ta nie ma potencjalnych sojuszników, a cała scena polityczna niebezpiecznie przechyla się w lewo. Zamiast nowych partii prawicowych, które mogły się pojawić w Sejmie, pojawił się Ruch Palikota, wprost nawiązujący do radykalnych rozwiązań zaczerpniętych z lewackich ugrupowań zachodnich…”.

Nie mogę tylko absolutnie zgodzić się z jednym: z zakwalifikowaniem wymienionych poczynań Jarosława Kaczyńskiego do kategorii „błędu”. Zaiste, za dużo tych błędów jak na jednego człowieka, w dodatku, mniejsza o to czy słusznie, czy też nie, uważanego dość powszechnie za wybijającego się ponad przeciętność polityka. Trzeba postawić sprawę całkiem jasno: to właśnie tenże celowo, z pełnym rozmysłem, rozwalił parlament, doprowadzając do wykoszenia LPR i Samoobrony, i w ogóle wszelkich innych bytów politycznych na „prawicy”, i oddając na tacy władzę PO. P. Ryba bardzo słusznie sugeruje zatem w podtekście, że także i obecne wypłynięcie Palikota jest również w niemałej mierze konsekwencją tych destrukcyjnych poczynań.

Zresztą, w tych wyborach Kaczyński wcale nie palił się aż tak bardzo do wygranej. Gdyby było inaczej, gdyby naprawdę, jak do końca mamił np. elektorat radiomaryjny, planował powrót na fotel premiera, nie zrezygnowałby z przedwyborczej debaty telewizyjnej z Tuskiem, ale zabiegałby o nią wszelkimi sposobami. Co prawda, podobna debata sprzed 4 lat może budzić u niego niemiłe wspomnienia, ale dzisiaj nietrudno byłoby na oczach milionów Polaków wypunktować p. Donalda, oczywiście trzymając się obszaru gospodarki i problemów bezpośrednio dotykających przeciętnego Polaka, a nie smoleńskich mgieł. Rezygnację z owej debaty ten podobno wielki wódz polskiej „prawicy” wytłumaczył tym, że nie chciał rzekomo dostarczać w ten sposób mediom „antypisowskiego paliwa”. Jeśli jednak faktycznie zdaje sobie sprawę (a przy jego poziomie inteligencji niepodobna, by było inaczej), że to właśnie jego własna osoba jest tymże paliwem, to powinien być w swoich działaniach konsekwentny: całkiem zejść na drugi plan i nie przyozdabiać np. masowo wyborczych bilbordów swoją podobizną, a najlepiej rezygnować z funkcji prezesa PiS w ogóle.

W rzeczywistości Kaczyński bardzo obawiał się ewentualnego wygrania tych wyborów. Powód dziecinie prosty, uwypuklony już czytelnie przez p. Rybę: praktycznie zerowe możliwości koalicyjne PiS. Co by się bowiem stało, gdyby niewielkim stosunków głosów wygrał on wybory i tym samym jego wódz otrzymał od p. prezydenta Komorowskiego misję utworzenia rządu? Z kim by go stworzył? Na pewno nie z PSl-em – ten nie dałby się skusić na pójście śladami Samoobrony. Pozostałaby wiec albo całkowita kompromitacja – PiS okazałby się oficjalnie panną, której nikt nie chce, albo też „śmierdząca” koalicja z SLD, być może w zamaskowanej postaci „ponadpartyjnego rządu fachowców”. Jednak nawet i w tym ostatnim wariancie zebranie 3/5, tj. konkretnie minimum 260 głosów, potrzebnych do obalania spodziewanych vet Komorowskiego, pozostawało raczej w sferze marzeń. Te marzenia zaś coraz bardziej się rozwiewały wraz z rosnącym poparciem dla Palikociarni, kosztem spadku notowań SLD. Po prostu PO zabezpieczyła się z góry nawet przed tym raczej tylko hipotecznie niekorzystnym dla niej scenariuszem. Zdaje się, że to właśnie z tej przyczyny p. prezes wcale nie robił podczas wyborczego wieczora wrażenia człowieka szczególnie zasmuconego czy zawiedzionego, ale przeciwnie zachowywał stoicki spokój, a nawet swego rodzaju zadowolenie z siebie. On spodziewał się bowiem właśnie takiego rozstrzygnięcia. Skoro nie był w stanie, na fali powszechnego współczucia, wygrać wyborów prezydenckich przed rokiem, to tym bardziej nie miał szans na zwycięstwo teraz. I nie wygra już nigdy. I nawet chyba o tym na poważnie już nie myśli, mimo głośnych pokrzykiwań o Budapeszcie. Jemu wystarczy tak naprawdę utrzymanie dyktatorskiej władzy a’la Piłsudzki w swojej pseudoprawicowej drużynce. Odgrywa zresztą bardzo ważną, wręcz kluczową rolą na scenie politycznej – rolę niezmiernie skutecznego pacyfikatora i kanalizatora środowisk patriotycznych. I będzie tą rolę grał konsekwentnie nadal, nie mam tu najmniejszej wątpliwości, ze zbożną pomocą RM, TV Trwam, „ND”, „GP” itd. Te z jednej strony będą mamić bez przerwy swoich odbiorców „polskim Orbanem” i „polskim Fideszem”, a drugiej lamentować nad skandalicznymi działaniami Palikota.

Zamiast jednak lamentować, lepiej byłoby uderzyć się mocno we własne piersi – taka puenta wypływa zresztą czytelnie z przytoczonej wypowiedzi p. Ryby. Wynik Palikociarni, 800 tys. oddanych na nią głosów i pojawienie się w efekcie w czynnym życiu politycznym, i to w eksponowanym jego miejscu, a nie gdzieś na samym marginesie, formacji nawiązującej wprost do zachodniej tzw. Nowej Lewicy musi być rzeczywiście powodem do wielkiego niepokoju. To wyraźny sygnał, że przed nami ostra wojna duchowo-cywilizacycyjna. Z drugiej jednak strony ten moment musiał kiedyś nieuchronnie nadejść. Musiał w tym sensie, że tego chcieli już od dawna „starsi i mądrzejsi”. Nikt mnie nie przekona, że wypłynięcie Palikota na tak szerokie wody, to skutek jakiegoś spontanicznego rozwoju wydarzeń. Osobiście nie wierzę w to, że jego wyjście z PO i stworzenie przezeń osobnego bytu politycznego, w dodatku o tak specyficznym, szokującym wręcz jak na nasze warunki obliczu, jest kwestią przypadku, czy też konsekwencją i wypadkową wewnętrznych tarć w Platformie. Palikot nie wyszedł z PO bynajmniej tylko dlatego, że było mu tam już za ciasno, że członkostwo tamże krępowało mu możliwość uskuteczniania kolejnych skandalicznych wybryków. Można się domyśleć, że ten ruch był uzgodniony jeśli nie z całym kierownictwem Platformy, to przynajmniej z samym Tuskiem. Cele całej tej operacji są dosyć łatwe do odgadnięcia. Cel doraźny – osłabienie i przechwycenie znacznej części dotychczasowego elektoratu SLD, co miało umożliwić utrzymanie dotychczasowej koalicji PO-PSL w niezmienionej formie, bez konieczności dobierania sobie trzeciego koalicjanta. Zarazem, jak już wspominałem, zabezpieczono się tym bardzo prostym sposobem przed hipotetyczną koalicją PiS-SLD. Celem długofalowym ma być z pewnością przecieranie dróg głębokiej rewolucji kulturowej w duchu radykalnie antychrześcijańskim i antynarodowym, dalsze niszczenie tkanki społecznej i jak najdalej posunięty rozkład moralny społeczeństwa, szczególnie młodzieży. Przy okazji Ruch Palikota bardzo się PO przyda jako nieformalny, cichy sojusznik, gotowy wspierać ją w kryzysowych sytuacjach dyskretnie swymi głosami, i przede wszystkim jako bardzo skuteczny straszak do dyscyplinowania PSL, gdyby ten usiłował być zbyt samodzielny albo za mało spolegliwy wobec „większego brata”.

Że wypłynięcie Palikota to nie przypadek, najlepiej o tym świadczy całe rozległe zakulisowe grono jego sympatyków i protektorów. Skądinąd, jak wieść gminna niesie, ten ubierający się tak chętnie w błazeńskie szaty krezus jest w rzeczywistości niezmiernie poważną personą ( członek Komisji Trójstronnej). Z różnych zaś enuncjacji prasowych można było wyczytać o wsparciu bądź sympatii dla jego poczynań ze strony takich tuzów rodzimego establishmentu, jak np. pp. Olechowski, Urban, a nawet ponoć Jaruzelski. Sam Palikot uznał zaś za stosowne wyrazić tuż po odtrąbieniu sukcesu wyborczego wyrazić oficjalnie swoją podziękę także m.in. pp. Frasyniukowi, Kutzowi i …Jolancie Kwaśniewskiej. Już sama ta wyliczanka zdaje się potwierdzać, że jego inicjatywa miała błogosławieństwo nie tylko PO, ale i całego głębokiego jej zaplecza medialno-oligarchicznego ( również skrajnie lewackich kół na Zachodzie). Nie było zatem przypadkiem najpierw podebranie przez PO SLD Arłukowicza, a następnie dyskretne przesuniecie się jej na lewo. Kilka zaś ostatnich tygodni przed wyborami wszystkie media tzw. salonu niezmiernie pracowicie pompowały Palikota, jednocześnie ignorując, względnie pokazując w niezbyt ciekawym świetle Napieralskiego. Gdyby nie to potężne zakulisowe wsparcie medialne i polityczne, nic by nie dało samo wymachiwanie wibratorem ani najostrzejsza krytyka pod adresem „czarnych”.

Zadanie nie było zresztą aż takie trudne, bo obecny szef SLD do politycznych orłów bynajmniej nie należy. Jest niewyraźny, mdławy, banalny i przezroczysty niczym szkło. Napieralski chciał, jak wszystko na wskazuje, skopiować dokładnie swoją taktykę z ubiegłorocznych wyborów prezydenckich; taktykę, która przyniosła mu wtedy znaczny sukces i wielkie nadzieje, tak osobiste (prawie już widział się co najmniej vicepremierem), jak i na szybki wzrost poparcia dla całego SLD. Wtedy wystarczyły młodość, świeżość i przymilne uśmiechy do wyborców. Ale tym razem nie można było już zrobić dobrego wyniku na samym rozdawaniu jabłuszek pod supermarketami; teraz stanął mu na drodze znacznie świeższy, a przynajmniej wyrazistszy Palikot, który pobił go też na głowę w radykalnym lewactwie i antyklerykalizmie. Przechwycona znaczna część elektoratu SLD, czuła na tego rodzaju frazeologię, to chyba największa część elektoratu Palikociarni. Inny spory jego segment to najbardziej „wyluzowana” miejska młodzieżówka, hołdująca jednemu „przykazaniu”: „róbta, co chceta”. Na wsi, przynajmniej w moim otoczeniu, podobnego zjawiska bowiem nie stwierdziłem – poparcie dla Palikota było tu raczej śladowe. Uczepiło się też do niej sporo różnego rodzaju osobników z szeroko rozumianego marginesu społecznego – nie bez powodu biła ona rekordy poparcia w zakładach karnych, zaś procent osadzonych w nich obywateli jest w naszym kraju przecież wcale nie mały. Ścisły elektorat różnego rodzaju „odmieńców” to w rzeczywistości co najwyżej jakieś 0,5, góra 1 %. Zaryzykowałbym również hipotezę, że niemało wyborców zagłosowało na Palikota w rzeczywistości z bardzo powierzchownych pobudek: bo spodobał się im jego niespotykany, happeningowy styl, a jeszcze bardziej na złość, czy w odruchu protestu wobec „bandy czworga”. Ci ludzie nie zdawali sobie sprawę z tego, że tym samym wynoszą na Wiejską czynnego, wojującego homoseksualistę, transwestytę, eksksiędza-antyklerykała, różne komunistki-feministki i całą resztę tej obciachowej ferajny. Gdyby o tym wiedzieli, z pewnością nie przyłożyli by do tego przedsięwzięcia swojej ręki. Mleko się jednak rozlało i m.in. dzięki ich niefrasobliwości będziemy mieli pierwszy raz w dziejach miłościwie nam panującej III RP w parlamencie (a jeszcze bardziej w mediach) nurt otwarcie antyklerykalno-nihilistyczny, którego największa szkodliwość będzie się wyrażać nie tylko w podważaniu tradycyjnych wartości religijnych, moralnych i społecznych, ale i, a może wręcz przede wszystkim, w nieustannym sianiu zamieszania, ciągłym eksponowaniu tzw. tematów zastępczych, i destrukcyjnym oddziaływaniu na i tak urzędowo demoralizowaną i wynaradawianą w szkołach młodzież. Nie można jednak popadać na tym punkcie w jakąś panikę czy trwogę, jaką można odczuć w komentarzach wielu mediów szeroko pojętego nurtu konserwatywnego. Nie sądzę osobiście, by notowania Palikota szły dalej wyraźnie w górę, zwłaszcza gdy ludzie ujrzą z bliska jego drużynkę – Polacy są ciągle na to nadal zbyt normalni. Nie sądzę też, by zastąpił on w dalszej perspektywie SLD, a tym bardziej by obie te formacje połączyły się w jedną całość, poswatane np. przez Kwaśniewskiego – Palikociarnia jest, przynajmniej na razie, zdecydowanie zbyt „obciachowa” i odstręczająca nawet dla tychże postkomunistów-socjaldemokratów.

Z tego wynika, że SLD nie jest bynajmniej już skazane na pożarcie, mimo tak dotkliwej klęski i mimo specyficznej struktury swego elektoratu – każda formacja opierająca się głównie na emerytach jest z natury formacją schyłkową. Wydaje się być ono jednakowoż skazane wyłącznie na polityczną wegetację, a to z jednego bardzo prostego powodu – jest już od dawna, jeśli nie od zawsze, o wiele bardziej typową grupą interesów określonej grupy ludzi niż partią polityczną sensu stricte. Nie ma dziś w istocie nic ciekawego i konkretnego do zaoferowania szerszym masom społecznym i nie sądzę, by zaszła tu jakaś zmiana w dającej się ogarnąć wyobraźnią przyszłości. Ta sama uwaga, tylko może wyrażona jeszcze bardziej ściśle i dosadnie, tyczy się również i PSL. Owe niedawne rojenia jego przywódców o tych 12 czy 14 % poparcia były doprawdy z księżyca wzięte.

Andrzej Turek