Wirtualny świat poety

Wprowadzenie do tematu:

Rzecz dotyczy w ogólnym zarysie tzw. poezji smoleńskiej. Choć można generalnie zgodzić się i stosować się do poglądu, iż poetom, pisarzom i innym artystom wolno znacznie więcej niż zwykłym śmiertelnikowi, to przecież i w tym przypadku muszą być zakreślone pewne granice tolerancji. Trudno nie reagować, gdy wspomniani rozmijają się jaskrawo ze swoim „powołaniem” i, wkraczając swoją twórczością bardziej lub mniej wyraźnie w świat polityki, rozsiewają na prawo i lewo własne, częstokroć bardzo subiektywne wyobrażenia, rozmaitego gatunku – świadome czy też nieświadome – polityczne fałsze albo też ewidentne historyczne nieścisłości i przeinaczenia, gdy sieją wokół klimat irracjonalności, gdy propagują przysłowiowe „pomieszanie z poplątaniem”. Takie praktyki niosą za sobą w sposób oczywisty bardzo poważne niebezpieczeństwo większej lub mniejszej deformacji myślenia politycznego u ich czytelników, zwłaszcza tych mniej wyrobionych i najbardziej bezkrytycznych, niezależnie nawet od często wysokiej wartości czysto artystycznej danego utworu. Poeta zaangażowany politycznie potrafi częstokroć zrobić swemu namiętnemu wielbicielowi przysłowiową „wodę z mózgu” i przeprowadzi to znacznie skuteczniej, niż nawet najbardziej rasowy demagog polityczny. Żeby było jeszcze ciekawiej i bardziej kuriozalnie, może on nawet wcale nie mieć takiej niecnej intencji – wystarczy, że wcześniej zostanie sam odpowiednio „nakręcony” i zmanipulowany. Nie brakowało też nigdy i nie brakuje również tym bardziej obecnie tego gatunku literatów, którzy piszą częstokroć na określone polityczne zlecenie, dostosowując się giętko do panującej akurat koniunktury i oczekiwań potencjalnych sponsorów. Nie podejmując się rozstrzygać, z których to konkretnie źródeł i motywów wypływa poezja „smoleńska”, ograniczę się tu do stwierdzenia, że namieszała on już niemało już w głowach wielu Polakom; szczególnie tym, którzy zwykli kierować się w swym myśleniu i postępowaniu nadmiernie egzaltowanym patriotyzmem. Dla uzasadnienia powyższej tezy odniosę się poniżej pokrótce do twórczości jej sztandarowego reprezentanta – p. Jarosława Marka Rymkiewicza.

Jak się kreuje sztuczną rzeczywistość?

Choć statystyczny, przeciętny Polak ma już naprawdę dosyć ciągłego roztrząsania, emocjonalnych dyskusji i bezproduktywnych sporów wokół katastrofy smoleńskiej, to sfery bardziej wysublimowane, żyjące nie tylko samym chlebem codziennym, podchodzą do tej samej kwestii całkiem odmiennie. Sfery te, mimo postępującego upływu czasu, nadal stawiają (a przynajmniej usiłują stawiać) uparcie to tragiczne wydarzenie w samym centrum polskiego życia zbiorowego, przeżuwają go cały czas na coraz to nowe sposoby, i takie też smoleńskie rozmyślania serwują co jakiś czas polskiemu ogółowi.

Z pobieżnej nawet obserwacji wynika, że jednym z czołowych przedstawicieli tychże sfer jest p. Jarosław Marek Rymkiewicz, uznawany powszechnie za jednego z najbardziej znaczących polskich poetów doby współczesnej. P. Rymkiewicz podzielił się też kilka miesięcy temu z opinią publiczną swoim osobistym przesłaniem odnośnie kwestii smoleńskiej m.in. w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Do Rzeczy”. Już sam tytuł „Krew na fotelach Tupolewa” („Do Rzeczy”, nr 45/045, 2-8 grudnia 2013 r., s.32-36) anonsuje nam czytelnie jego treść. Zacytujmy obszerny fragment rzeczonego wywiadu, zaczynając od samego początku:

„JOANNA LICHOCKA: Na łamach „„Gazety Polskiej”” opublikował Pan swój najnowszy wiersz: „„Krew””. O krwi, która jest „„na kamiennych szarych płytach/Na białych rękawiczkach Tuska/Krew która o nic was nie pyta/Krew jak złamana w sadzie brzózka””. Ona jest wszędzie.

JAROSŁAW MAREK RYMKIEWICZ: „Właśnie coś takiego chciałem w tym wierszu powiedzieć – że smoleńska krew, spływając z foteli Tupolewa, zalała całe terytorium byłej przygranicznej kolonii rosyjskiej – od Niemna do Odry i od Lwowa do Szczecina. Zaraz do tego wrócimy, ale zacznijmy od czegoś innego. Polacy są teraz głęboko podzieleni. Nie chodzi mi tu o takie czy inne poglądy lub sposoby życia, bo religijne, finansowe, polityczne czy ideologiczne podziały są zgodne z naturą ludzkiego istnienia (przynajmniej w naszej cywilizacji) – w takich podziałach nie ma nic dziwnego, one istniały i muszą istnieć. Trzy lata temu Polaków podzieliło nieoczekiwanie coś innego – i jest to podział, który stawia przed nami pytanie, co dalej będzie z Polską? Jaki będzie w przyszłości los Polski – co się z nami stanie? Czy będziemy żyli w wolnej Polsce, czy w przygranicznej rosyjskiej kolonii? To jest podział smoleński. O tym trzeba teraz mówić – jak ten podział rozumieć, co on nam przyniesie, czy to jest podział na dziesięciolecia, czy na wieki, czy na zawsze. Czy na końcu będzie pojednanie – czy będzie jedna Polska – czy będą dwie Polski – czy jedna lub dwie przygraniczne kolonie. Sprawa nazywana smoleńską jest w tej chwili najważniejszą polską sprawą. Reszta to są mniej ważne kłopoty, takie, które zawsze mieliśmy i którymi nie trzeba się za bardzo przejmować, bo po to mamy polityków, żeby oni się nimi przejmowali. Sprawy smoleńskiej politycy za nas nie załatwią. Musimy ją załatwić wszyscy.

W jaki sensie? Dlaczego?

Bo ta sprawa, pani Joasiu, łączy się z pytaniem, czy będziemy Polakami, czy niewolnikami germańskich i tatarskich plemion, a więc dotyczy wszystkich Polaków – czy oni tego chcą, czy nie chcą – czy o tym wiedzą, czy nie wiedzą – dotyczy ich życia, jakie one będzie – także życia tych Polaków, którzy jeszcze się nie urodzili. W niej jest teraz odpowiedź na stare polskie pytanie – czy potrafimy wybić się na niepodległość. A wiec ona nas wszystkich dzieli i łączy. Właśnie tak – dzieli i łączy. Może nawet bardziej łączy, niż dzieli. Nie jest bowiem tak, że naród polski podzielił się na część smoleńską i część, która nie byłaby smoleńską. Na dwie sekty – jak to jedni o drugich mówią. Cała Polska jest w tej chwili Polską smoleńską. Żyjemy wszyscy w cieniu, w ciemności tamtego strasznego wydarzenia. Albo inaczej. Żyjemy w świetle tamtej eksplozji, ona nas oświetla i w tym świetle widzimy, jacy jesteśmy – i jacy będziemy.

Socjolog prof. Jacek Kurzępa na II Konferencji Smoleńskiej powiedział, że można mówić o narodzie posmoleńskim.

Ale lepiej mówić o narodzie smoleńskim niż posmoleńskim, to bowiem, co tam się stało, jeszcze się nie zakończyło. Jeszcze wciąż się staje. Ja, myśląc o tym wydarzeniu, staram się je zrozumieć jako coś takiego, co się wydarzyło mojemu życiu, nie za mojego życia, ale właśnie mojemu życiu. I wszystkich namawiam, żeby ta to wydarzenie traktowali – jako coś, co przydarzyło się ich osobistemu losowi. Wtedy pojmą jego wagę…itd., itp.”. (s. 34).

Cóż, chyba zgodzisz się drogi czytelniku, że takie to wszystko dosyć trudne do zrozumienia, takie to wszystko dosyć mocno „zamotane”. Zapewne z samej definicji jeszcze trudniej jest pojąć poetę, zrozumieć jego tok myślenia, gdy zamiast wierszem, wypowiada się akurat prozą. A ta okoliczność, że tenże poeta, to przy okazji również i eseista, bynajmniej wcale kwestii nie ułatwia, ale bodaj jeszcze bardziej ją komplikuje – z powodu specyficznego, wysoce abstrakcyjnego sposobu wyrażania myśli. Pomimo tych wszystkich niedogodności spróbujmy jednak przełożyć przemyślenia p. Rymkiewicza na „ludzki język”.

P. Rymkiewicz wspomina na samym początku o jakiejś „byłej przygranicznej kolonii rosyjskiej – od Niemna do Odry i od Lwowa do Szczecina”. Przepraszam bardzo, ale zupełnie nie potrafię osadzić tejże „kolonii” w konkretnych realiach historycznych. Owszem, były w naszych dziejach rosyjskie rozbiory, było i specyficzne polskie państwo czy też państewko kadłubowe, stanowiące organiczną część całego ówczesnego Imperium Rosyjskiego (Królestwo Polskie 1815-1832) – ale o żadnych rosyjskich koloniach w ścisłym tego słowa znaczeniu na ziemiach polskich, i w ogóle na całym obszarze I Rzeczypospolitej w jej granicach sprzed I rozbioru, nigdzie dotąd nie czytałem ani nie słyszałem. Rosja carska zawłaszczyła, na drodze I, II i III rozbioru, a potem na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego, przytłaczającą większość tego obszaru, wprowadzała i utrzymywała na nim długimi czasy swój srogi reżim, stosowała często nawet bezpośredni terror fizyczny (zwłaszcza po stłumionych polskich powstaniach narodowych), prowadziła dość konsekwentną politykę umniejszania pozycji społecznej i ekonomicznej polskiej szlachty (masowe konfiskaty majątków ziemskich przy nadających się okazjach), ba – powzięła nawet w końcu szalony w istocie zamiar kompleksowej rusyfikacji rdzennie polskiej Kongresówki (tzw. noc apuchtinowska). Ale nigdy i nigdzie, nawet na dalekich kresach wschodnich b. I Rzeczypospolitej, objętych I rozbiorem i zdominowanych przez żywioł etnicznie niepolski, głównie białoruski i łatgalski (katolicko-łotewski), nie próbowała prowadzić planowej i systematycznej kolonizacji, rozumianej jako osadzanie na tych ziemiach mas rosyjskich kolonistów.

Jedynym wyjątkiem w tym względzie były, rzecz jasna, sprowadzane z właściwej Rosji kadry urzędnicze, skądinąd marnej jakości, a po upaństwowieniu w 1895 r. Kolei Warszawsko-Petersburskiej także i rosyjski personel kolejowy, który zastąpił powyrzucanych z niej właśnie wtedy Polaków. Ziemie tzw. Zabrane (położone na wschód od Kongresówki) zostały w zdecydowanej większości stracone dla polskości wcale nie wskutek rosyjskiej kolonizacji, ale w pierwszym rzędzie wskutek likwidacji polskiej sieci szkolnej na tym wielkim terytorium w ramach szeroko zakrojonych carskich represji po upadku powstania listopadowego i w rezultacie bardzo znacznego ograniczenia zakresu oddziaływania polskiej kultury na miejscową ludność rusińską (ukraińską), miejscowego elementu o nie do końca skrystalizowanej świadomości narodowej (tzw. tutejszych) oraz Polaków czy też swoistych pół-Polaków wyznania prawosławnego, którzy w rezultacie przeważnie stosunkowo szybko przeobrazili się w Rosjan.

W odniesieniu do ziem b. Wielkiego Księstwa Litewskiego reszty spustoszenia dopełniły jeszcze drastyczne rosyjskie represje po stłumieniu powstania styczniowego (tak więc tę wielką klęskę polskiego pochodu cywilizacyjnego na wschód zawdzięczamy pośrednio właśnie niedowarzonym inicjatorom obu tych skazanych z góry na przegraną powstań!). Planową kolonizację części ziem wydartych Polsce w ramach rozbiorów prowadziły w zasadzie tylko Prusy. To jednak tylko krótka dygresja – wydaje mi się, że jednak dosyć istotna – do poruszanego tematu.

Choć bowiem p. Rymkiewicz nie do końca precyzyjnie zakreśla granice tejże „kolonii rosyjskiej” („Od Lwowa…”), można, a nawet należy założyć, że chodzi mu tak naprawdę o czasy po II wojnie światowej i o organizm polityczny zwany oficjalnie Polską Rzeczypospolitą Ludową (PRL). Zastanówmy się więc najpierw, czy była to faktycznie kolonia na podobieństwo np. różnych organizmów kolonialnych, które europejskie państwa kolonialne posiadały w dobie nowożytnej na prawie wszystkich pozostałych kontynentach. Nie trzeba zbyt wielkiej znajomości świata tego czasu, by udzielić sobie i innym odpowiedzi odmownej. PRL można określić w ogólnych zarysach jako polskie państwo wasalne (do 1956 r. polskie w dużej mierze tylko nominalnie, później już realnie) względem ZSRR. Nie była to absolutnie żadna tam „kolonia”. Porównanie np. z taką niemiecką GG jest tu całkowicie nie na miejscu – były to całkiem odmienne światy! Wydaje mi się, że nie ma potrzeby nawet tego szczegółowo uzasadniać. Właściwym suwerenem tego państwa nie była też wcale Rosja, ale wspomniany Związek Radziecki, w którym żywioł rosyjski (wielkoruski) odgrywał, to prawda, w pewnym okresie jego istnienia istotną, a nawet wprost wiodącą rolę, ale nigdy nie był do końca jego niepodzielnym władcą oraz jedyną siłą napędową i sprawczą sowieckiej polityki. Można by tu nawet, z pewnym przekąsem, zauważyć, że i sam p. Rymkiewicz nie miał aż po rok 1989 r. większych kłopotów z właściwą identyfikacją imperium sowieckiego, a we wczesnej swej młodości potrafił posunąć się nawet do określenia polskiego, niepokornego i zbyt niezależnego myślowo, inteligenta mianem „szakala”, posuwającego się do „ataków na Związek Radziecki”. Swoją optykę w tym zakresie całkowicie zmienił dopiero po związaniu się z tzw. obozem niepodległościowym.

Nie ruszałbym może tego wątku, gdyby nie owe słowa: „Trzy lata temu Polaków podzieliło nieoczekiwanie coś innego – i jest to podział, który stawia przed nami pytanie, co dalej będzie z Polską. (…)Czy będziemy żyli w wolnej Polsce, czy w przygranicznej rosyjskiej kolonii? To jest podział smoleński…”.

Przywołana wypowiedź nie pozostawia w zasadzie żadnych wątpliwości, że dla p. Rymkiewicza katastrofa smoleńska jest w sposób oczywisty od początku do końca uwarunkowana politycznie; że, mówiąc wprost, była ona skutkiem zrealizowanego w ten czy inny sposób celowego rosyjskiego zamachu; zamachu wymierzonego w sam „kwiat polskich elit politycznych”, na czele z głównym „strażnikiem” idei „niepodległościowej”, śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim.

Takie przesłanie wyłania się zresztą także i z treści wspomnianego, czterozwrotkowego wiersza pt. „Krew”. Zacytujmy jego drugą (przywołaną zresztą już wyżej przez p. red. Lichocką) zwrotkę:

„(…)Krew na kamiennych szarych płytach Na białych rękawiczkach Tuska Krew która o nic was nie pyta Krew jak złamana w sadzie brzózka…”. (…)

Przesłanie dostatecznie czytelne, zwłaszcza w połączeniu z tym, przywołanym już wynurzeniem autora o krwi, która, „spływając z foteli tupolewa, zalała całe terytorium byłej przygranicznej kolonii rosyjskiej”. Można i trzeba je odczytać przede wszystkim w ten sposób, iż ten rosyjski „zamach” był wymierzony nie tylko w same jego bezpośrednie ofiary, ale właściwie – w wymiarze politycznym – we wszystkich Polaków. I że jego właściwym motywem jest zamiar powtórnego ustanowienia w miejsce „wolnej Polski” jakiejś „przygranicznej kolonii rosyjskiej” – jak to autor wywodzi wprost w treści wywiadu.

Zostawmy tu już na boku kwestię samego „zamachu”, w który p. Rymkiewicz zdaje się tak mocno wierzyć, mimo braku jakichkolwiek konkretnych, twardych dowodów na to. Uznajmy, że to w końcu jego prywatna sprawa. Jednak już to bajdurzenie o „wolnej Polsce”, której istnienie jest warunkowane rzekomo tylko i wyłącznie „podziałem smoleńskim” oraz charakterem naszych relacji z Rosją, zakrawa po prostu na jakąś groteskę – tym bardziej, że to właśnie wielu prominentnych pasażerów owego tragicznego lotu do Smoleńska, z samym p. prezydentem Kaczyńskim w roli głównej, przyłożyło osobiście rękę do narzucenia Polsce iście targowickiego traktatu lizbońskiego, który właśnie resztki owej „wolnej Polski” likwidował.

Trzeba to przyznać p. Rymkiewiczowi, że nie wychwalał nigdy publicznie tzw. akcesji Polski do UE, przeciwnie – odnosił się doń raczej krytycznie. To jednak nie przeszkadza mu bynajmniej stawiać (przynajmniej domyślnie) wspomnianego prezydenta Kaczyńskiego, wraz ze swoim bratem-bliźniakiem wielce zasłużonego w „dziele” wtłoczenia III RP do eurokołchozu, w roli największej opoki, a nawet wprost ucieleśnienia owej polskiej „wolności”. Czy to objaw jakiejś politycznej schizofrenii, czy też pospolitego szalbierstwa? To pytanie pozostanie oczywiście raczej tylko retorycznym, bo nie sądzę, by adresat zechciał się do niego odnieść! Tak czy inaczej – niepotrzebnie mąci i tak już mocno skołowanym Polakom w głowach.

P. Rymkiewicz przyznaje, co prawda, w dalszej części swej wypowiedzi, że Polska jest właściwie zagrożona z dwóch stron: nie tylko ze wschodu, ale także i z zachodu: „(…)czy będziemy Polakami, czy niewolnikami germańskich i tatarskich plemion…”. Pojawia się więc tu w tle dobrze już wszystkim znany i mocno oklepany motyw osi Berlin-Moskwa. Po pierwsze jednak, trzeba w tym miejscu zauważyć, iż uprzywilejowane relacje rosyjsko-niemieckie, które istotnie funkcjonowały w pierwszych latach XXI w., nie miały praktycznie żadnego wpływu na cały proces wtłaczania Polski do UE – przynajmniej Rosja w tym procesie w żaden sposób nie współuczestniczyła ani też do naszej, jak to się ładnie mówi, „akcesji” wcale nie dopomagała. Nie miała bowiem zwyczajnie w niej swojego żadnego, bezpośredniego interesu, z drugiej zaś strony nie miała też realnie żadnych możliwości jej uniemożliwienia ani nawet odsunięcia w czasie. Jeśli zaś chodzi o domniemaną, aktualną wspólnotę interesów niemieckich i rosyjskich na terenie Polski (tzw. kondominium), to mamy tu zasadniczo do czynienia po prostu tylko ze zwykłym politycznym mitem, wymyślonym na użytek „smoleńskiej” propagandy. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj:
http://npwmag.pl/archiwum/2011/4-5-6.pdf

Dodatkowo p. Rymkiewicz zaskakująco nisko ocenia owych „Germanów i Tatarów”, szczególnie w kontekście swojej, własnej genealogii rodzinnej. W jego oficjalnym biogramie, dostępnym w Wikipedii, czytamy bowiem m.in.: „(…)Syn prozaika Władysława Szulca, pochodzenia niemiecko-polskiego i lekarki Hanny z Baranowskich herbu Tuhan, pochodzenia tatarsko-niemieckiego. Rodzina zmieniła nazwisko Szulc po niemieckim przodku pod wpływem wojennych przeżyć w połowie lat 40 (nazwisko Rymkiewicz było przedwojennym pseudonimem literackim Władysława Szulca)…”. Nie wnikając tu w motywy zmiany nazwiska i uznając podawaną oficjalnie wersję za jak najbardziej autentyczną, spychanie jednych i drugich do rzędu „plemion” jest zabiegiem mocno niesmacznym, i to pomimo tego, że Jarosław M. Rymkiewicz, jakby chcąc odciąć się od własnych przodków, już wcześniej zdążył był napisać kilka rzeczy o mocno antyniemieckiej wymowie.

Znowu – jego osobista sprawa. Co by jednak krytycznego o Niemcach powiedzieć, czego by im nie zarzucić, nie są przecież żadnym „plemieniem” – ale wielkim, europejskim narodem, i to grubo od ponad tysiąca lat. Podobnie także i współcześni Tatarzy są jak najbardziej narodem, a nie jakimś dzikim, prymitywnym plemieniem czy ordą. Inna sprawa, że z kontekstu całej przytoczonej wypowiedzi poety zdaje się wynikać, iż pod tym pojęciem „tatarskiego plemienia” ujmuje po prostu współczesną Rosję i Rosjan, a nie Tatarów sensu stricte. A więc, literacka wyobraźnia p. Rymkiewicza podsuwa mu na poczekaniu konstrukcje i skróty myślowe niezwykle osobliwe i oryginalne.

Można by było tak dalej analizować i rozbierać wywody p. Rymkiewicza na części pierwsze. Przejdźmy jednak, by niepotrzebnie nie rozwlekać tekstu, do kwestii najważniejszej, stanowiącej ich motyw przewodni. A kwestia ta streszcza się w tych wytłuszczonych zdaniach: „To jest podział smoleński. (…)Sprawa nazywana smoleńską jest w tej chwili najważniejszą polską sprawą. (…)Cała Polska jest w tej chwili Polską smoleńską…”.

Cóż, p. Rymkiewicz żyje najwidoczniej w jakimś swoim własnym, wydumanym, bardzo hermetycznym światku. Powyższe twierdzenia nie odzwierciedlają bowiem w żadnej mierze panujących obecnie w Polsce nastrojów społecznych. Można się w tym miejscu spierać o detale, ale z całą pewnością nie jest tak, że ów „podział smoleński”, czyli podział na tych, którzy niezachwianie wierzą w „zamach smoleński”, i na tych, którzy w niego wątpią albo nawet wprost odrzucają taką opcję – jest aktualnie największym i najistotniejszym podziałem nurtującym polskie społeczeństwo. Może do pewnego stopnia tak właśnie było przez kilka tygodni, może nawet miesięcy po katastrofie – ale nie dziś. P. Rymkiewicz najwyraźniej zatrzymał się więc w czasie. Co za tym idzie, „sprawa smoleńska”, nie bagatelizując bynajmniej wagi tej wielkiej tragedii, nie jest dziś wcale „najważniejszą polską sprawą”, przynajmniej w pojęciu oczywistej większości Polaków. W prostej tego konsekwencji nieprawdziwe, nieadekwatne do aktualnej sytuacji społeczno-politycznej, po prostu wydumane, jest też i jego twierdzenie, iż: „Cała Polska jest w tej chwili Polską smoleńską”.

Tak mogą myśleć niektórzy literaci, czy w ogóle przedstawiciele światka artystycznego pokroju p. Rymkiewicza, być może bezpośrednio zaangażowani i zainteresowani w sprawie publicyści i dziennikarze, a nade wszystko politycy (choć ci zazwyczaj rozgrywają ją typowo pod publiczkę!) – ale nie zwykły, przeciętny Kowalski. Ten ostatni musi się bowiem codziennie borykać, mierzyć z tyloma podstawowymi, najbardziej prozaicznymi troskami bytowymi, w dodatku cały czas narastającymi, że nie ma po prostu czasu myśleć w nieskończoność tylko o Smoleńsku, o krwi i o żałobie.

Co więcej, trudno taką właśnie jego postawę potępiać nawet i z punktu widzenia trzeźwo pojętej racji stanu. Sprawa smoleńska nie decyduje bowiem tak naprawdę wcale – nie decydowała zresztą od samego początku – o przyszłości Polski, a w każdym bądź razie o jej „wolności”, o jej być albo nie być. Zaś wygłoszony przez p. Rymkiewicza postulat skupienia się głównie na jej „załatwianiu” i pozostawienia całej reszty naszych kłopotów politykom (zdaje się, że głównie tym pisowskim) trzeba potraktować chyba w kategoriach najdalej posuniętego politycznego infantylizmu względnie czystej dywersji. Gdybyśmy bowiem zastosowali się do tej „mądrej rady”, to możemy mieć absolutną pewność, że ci ostatni faktycznie do reszty „załatwią” – nie nasze problemy, ale naszą Polskę!

PS. W znacznie jeszcze większym stopniu należy odnieść tę surową ocenę do najnowszych płodów innego czołowego przedstawiciela poezji „smoleńskiej”, p. Wojciecha Wencla – nazwanego zresztą przez tegoż samego p. J. M. Rymkiewicza w tymże cytowanym wyżej wywiadzie mianem poety „wybitnego”. O ile bowiem twórczość p. Rymkiewicza może negatywnie wpłynąć na zdolność racjonalnego myślenia i odbierania politycznej rzeczywistości u niejednego czytelnika, o tyle potencjalne oddziaływanie niektórych utworów p. Wencla trzeba nazwać już wprost toksycznym. Toksycznym dla polskiego mózgu i polskiego serca! Podjęliśmy ten problem już w tekście pt. „Manifest polskiego mesjanizmu Anno Domini 2011”, opublikowanym na naszym portalu na początku 2011 r. i dostępnym pod kategorią: Świat Idei.

Andrzej Turek