Wielki rozłam na „Prawicy”

Jak się należało spodziewać, kolejne przegrane wybory (szóste z rzędu; po samorządowych 2006, przedterminowych parlamentarnych 2007, do PE 2009, prezydenckich i samorządowych 2010) potężnie wzmogły wewnętrzny ferment w PiS-ie. W formacji tej iskrzyło już bowiem od dawna. Szczególnie po przegranych wyborach 2007 i oddaniu w następstwie władzy PO, szybko rosła liczba partyjnych dysydentów, nie mogących się pogodzić z jej ściśle wodzowskim charakterem. Dotychczas jednak wszelkie próby zbyt daleko posuniętej, otwartej krytyki tego stanu rzeczy były łatwo pacyfikowane, zaś wszyscy ci, którzy nie potrafili już dłużej posłusznie chodzić w tym sztywnym gorsecie, musieli szybko rozstawać się z wysokimi stanowiskami państwowymi ( jak np. Ludwik Dorn – „trzeci bliźniak”), względnie byli, po różnym pretekstami, np. przy pomocy oskarżenia o agenturalność, wypychani z partii ( przypadek Marcina Libickiego – eurodeputowanego PiS poprzedniej kadencji z Poznania ), albo też w końcu sami dokonywali secesji, tworząc własne, odrębne ugrupowania: Prawica Rzeczypospolitej (M. Jurek) i Polska XXI (Kazimierz Ujazdowski, Paweł Zalewski i Jarosław Sellin). Wszystkie te przedsięwzięcia kończyły się jednak marnie. Jedni lądowali na całkowitym politycznym marginesie, drudzy nie widzieli innego wyjścia, jak posypać głowy popiołem i w skrusze prosić o powrót do pisowskich szeregów.

Do kolejnego rozłamu w PiS-ie doszło po nieznacznie przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego ubiegłorocznych wyborach prezydenckich. W tym przypadku jego katalizatorem były wzajemne pretensje poszczególnych frakcji i szukanie winnych porażki. W największym skrócie grupa tzw. Zakonu PC oskarżyła pp. Kluzik-Rostkowską, Jakubiak, Poncyliusza, Kowala i etatowych pisowskich spin doktorów: Bielana i Kamińskiego o zmonopolizowanie dostępu i faktyczne ubezwłasnowolnienie na pewien czas przybitego do głębi osobistą tragedią Kaczyńskiego, oraz sztuczne socjotechniczne przemianowanie go na „gołąbka pokoju”. Jej zdaniem należało konsekwentnie trzymać twardy smoleński kurs. Zaś porzucenie go na czas kampanii wyborczej miało przesądzić o przegranej (teza bardzo wątpliwa). Tak naprawdę, to jednak poszło o wybujałe ambicje personalne poszczególnych działaczy i, wyrażając się dosadnie, o dostęp do ucha prezesa. W największym uproszczeniu doszło wtedy do starcia partyjnego aparatu PiS sensu stricte (dotychczasowego dworu J. Kaczyńskiego) z koterią, która stopniowo wyłoniła się wokół jego prezydenckiego brata. Po tragicznej śmierci tego ostatniego ludzie ci musieli w trybie nagłym pożegnać się ze swoimi wygodnymi posadami. Jedyną szansą dla nich utrzymania się na powierzchni życia politycznego było wejście w ścisły PiS, z którym byli dotąd często dość luźnie związani (np. E. Jakubiak). Wyrażając się ściślej, zaczęła się rywalizacja o wysokie miejsca na listach do mających się odbyć za rok wyborów. Tych miejsc było jednak zdecydowanie zbyt mało dla całego grona chętnych. Wszyscy pomieścić się na nich nie mogli. Efektem było wyłonienie się nowej partii pod szumną nazwą PJN. Na taki ruch, na prosty PiS-bis, nie było jednak, i nie ma do dzisiaj, autentycznego społecznego zapotrzebowania, stąd i to przedsięwzięcie zakończyło się całkowitym fiaskiem. Wydawać by się mogło, iż powinno być to wystarczające ostrzeżenie dla amatorów budowania kolejnych „prawicowych” alternatyw.

Wszelako pozostawał wciąż w PiS-ie pewien młody, ambitny, i, w pojęciu niektórych, charyzmatyczny polityk, któremu nie wystarczała rola dworskiego eunucha. Mowa oczywiście o Ziobrze. Nie jest żadną tajemnicą, że tenże Ziobro już kilka lat temu wyraźnie artykułował swoje prezydenckie ambicje, które w obliczu marnych notowań i mizernych szans Lecha Kaczyńskiego na reelekcję nie były li tylko czystą polityczną fantazją. Czujny prezes zareagował jednak bardzo szybko i zdecydowanie – skończyło się na „zesłaniu” Ziobry do Brukseli wraz z zaleceniem intensyfikacji nauki języków obcych. Tym to prostym sposobem ów nadmiernie ambitny polityk na dłuższy czas zniknął z głównego nurtu rodzimej polityki. Nie wypadł jednak bynajmniej całkiem z gry: korzystając z oddalenia od prezesa, jeszcze bardziej usamodzielnił się politycznie, ułożył sobie też w międzyczasie w końcu życie osobiste, uwijając sobie w Brukseli rodzinne gniazdko, a przede wszystkim pozyskał sobie tam mocnych politycznych sojuszników w postaci podobnych „wykluczonych”, z Jackiem Kurskim na czele.

Po katastrofie smoleńskiej wydawało się przez moment, że Ziobro powrócił do łask wodza (choć znawcy tematu odnotowali fakt posadzenia go na dalekim miejscu w czasie pogrzebu śp. prezydenta). Wskazywać mogło na to choćby poparcie, jakiego „ziobryści” udzielili Kaczyńskiemu w rozprawie z rozłamowcami z PJN. Dziś wiemy, że były to tylko pozory – było to tylko doraźne, czysto taktyczne porozumienie, dyktowane ze strony ambitnego kandydata na delfina zapewne jego osobistymi animozjami z Bielanem i Kamińskim i zaciekłą rywalizacją pisowskich młodych wilczków. Tak naprawdę, Ziobro ani przez moment nie porzucił swoich ambicji, czekał tylko na dogodny moment do działania. Już jego słynne wystąpienie w PE, w którym tak ostro zaatakował otwierającego polską prezydencję Tuska, oskarżając go o „marginalizowanie i tłamszenie opozycyjnie nastawionych dziennikarzy”, zinterpretowane powszechnie przez platformiane media jako „obciachowe”, dało niektórym pisowskim sympatykom asumpt do wysunięcia tezy o jego świadomej grze na klęskę wyborczą własnego ugrupowania. Miała tu działać bardzo prosta kalkulacja – im gorszy wynik PiS, tym większe szanse na otwarte rzucenie rękawicy Kaczyńskiemu i przejęcie z jego rąk przywództwa partii. Nie podejmuję się rozstrzygać o prawdziwości tej tezy.

Gdy ta porażka stała się faktem, konfrontacja obydwu polityków i stojących za nimi obozów była już nieunikniona. Ziobro, odczekawszy dla zachowania pozorów przyzwoitości kilka tygodni, wyartykułował publicznie, wobec kierownictwa PiS, czyli w praktyce Kaczyńskiego, postulat, czy też nawet żądanie przeprowadzenia wewnętrznej głębokiej reformy partii. Miałaby ona polegać na daleko idącej demokratyzacji statutu i panujących w niej stosunków, przede wszystkim wprowadzeniu przejrzystych zasad obsadzania stanowisk partyjnych, jak też autentycznym otwarciu się na inne pokrewne środowiska niepodległościowe, katolickie, konserwatywne etc. – co – zdaniem Ziobry – jest niezbędnym warunkiem odzyskania przez PiS zdolności wygrywania wyborów i powrotu do władzy w dającej się przewidzieć perspektywie. Co bardzo interesujące, wystąpił on z tym planem sanacyjnym prawie jednocześnie w tygodniku „Uważam Rze” i na łamach „Naszego Dziennika”, przecież tak do niedawna oddanego Kaczyńskiemu i tak zaangażowanego w gloryfikację jego śp. brata. Co zatem skłoniło o. Dyrektora, bo nie ma żadnych wątpliwości, że musiał to autoryzować, do tak śmiałego i ryzykownego kroku. O sympatiach i jego szczególnie bliskich relacjach z Ziobrą mówiło się od dawna. Wedle jednego z prasowych przecieków miał on być jedynym z czołowych pisowskich polityków zaproszonym na imieniny o. Rydzyka. Trudno znaleźć inne wytłumaczenie, jak to, że w Toruniu w końcu zrozumiano, iż PiS pod przewodem coraz to bardziej dziwaczejącego i kostniejącego Kaczyńskiego znajduje się już trwale na równi pochyłej, co grozi przede wszystkim unicestwieniem ambicji i wielkich planów finansowo-biznesowych szefa Radia Maryja. Innego zaś jego potencjalnego następcy, niż Ziobro, nie widać na horyzoncie. Pozostaje on i tylko on. Baczne oko o. Dyrektora dostrzegło to już od dawna, jednak prezes uparcie nie przyjmował tej cichej rekomendacji do wiadomości. Wiele wskazuje również na to, że w Toruniu nastąpiło mocne rozczarowanie wynikami wyborów (jakkolwiek skrzętnie maskowane). Zrozumiano w końcu, że samymi smoleńskimi spiskami i „zamachami” nie da się pociągnąć za sobą większości Polaków. Trzeba więc szukać innej strategii. Nie bez znaczenia było zapewne również powszechne bezceremonialne marginalizowanie i „wycinanie” z list wyborczych przez Kaczyńskiego ludzi szczególnie bliskich o. Dyrektorowi (m.in. przypadek prof. Bendera, B. Kowalskiego i A. Sobeckiej).

Jedyną sprawą do dyskusji jest tylko kwestia, co chciano przez to posunięcie osiągnąć? I czy wydarzenia potoczyły się dokładnie w zaplanowanym kierunku? Moim zdaniem, jest to wysoce wątpliwe. Nie sądzę, by w Toruniu chciano specjalnie kolejnego rozłamu i wyłonienia się odrębnej, alternatywnej partii „prawicowej” Ziobry, Kurskiego i spółki. Wskazywały na to dość wyraźnie nawet kolejne publikacje „ND”, idące raczej w kierunku tonowania zaistniałego konfliktu, m.in. zamieszczone tam stanowcze uroczyste dementi innego czołowego stronnika Ziobry, posła A. Dery, jakoby „ziobryści” dążyli świadomie do otwartego rozłamu. Wyrazem tych pojednawczych, kompromisowych tendencji był również bardzo istotny dla biegu sprawy artykuł pt. „Wstrząsy tektoniczne w PiS” (w nr z 7 listopada), gdzie czytamy m.in., co następuje: „Bo tak jak nie do wyobrażenia jest PiS bez Jarosława Kaczyńskiego, tak też trudno sobie wyobrazić PiS bez Zbigniewa Ziobry. Pozwalając kiedyś odejść grupie posłów związanych z Markiem Jurkiem, a nie tak dawno wyrzucając parlamentarzystów, którzy później utworzyli PJN, Prawo i Sprawiedliwość obcięło sobie ręce. Dziś zdaje wycinać sobie serce, a samym tylko – nawet najtęższym – mózgiem trudno jest jakiemukolwiek organizmowi funkcjonować”. Widać z tego, jak bardzo Ziobro został w Toruniu dowartościowany. Określenie go „sercem”, nawet przy zarezerwowaniu Kaczyńskiemu roli „mózgu”, mówi samo za siebie.

Wydaje mi się, że ośrodek toruński chciał raczej wymóc na Kaczyńskim zaakceptowanie Ziobry jako swojego potencjalnego następcy, a potem, w konsekwencji, także jako kandydata na prezydenta w 2015 r. Innymi słowy, cały oficjalny plan reform w PiS-ie da się tak naprawdę streścić w postulacie: „Trochę więcej władzy dla Ziobry, trochę mniej dla Kaczyńskiego”. Łatwo jednak zrozumieć, że z punktu widzenia tego ostatniego było to absolutnie nie do zaakceptowania. W końcu to jest właściwie jego własna, można powiedzieć nawet, prywatna partia – jej powstanie, wypłynięcie na szerokie wody i potęga to głównie rezultat jego politycznego geniuszu, naturalnie przynajmniej w jego własnym pojęciu, nie zaś jakiegoś Ziobry, czy legionu mu podobnych. Zaakceptować żądania Ziobry, to znaczy w praktyce zgodzić się na postępujące własne ubezwłasnowolnienie, powolne, ale nieuchronne spadanie do pozycji li tylko figury dekoracyjnej, nawet mimo formalnego zachowania prezesostwa – wszak w razie akceptacji postulowanego planu reform osobą nadzorująca ich wprowadzanie w życie byłby naturalną koleją rzeczy nie kto inny, jak właśnie Ziobro. Stąd wydarzenia potoczyły się tak a nie inaczej.

Motywy kierujące Ziobrą są również łatwe do odgadnięcia. Jeśli nie teraz, to kiedy. Stan powyborczej traumy i chaosu w PiS-ie to była dobra okazja do przeprowadzenia od dawna planowanej gry. Nie można było dłużej czekać. Nie można było dalej zwlekać aż sytuacja w partii uspokoi się i ustabilizuje, aż prezes znowu ujmie rządy mocną ręką. Zaistniała okazja mogła się szybko nie powtórzyć, zaś bierność mogła w istocie oznaczać pożegnanie się z widokami wielkiej politycznej kariery. Jedynym, niejasnym elementem w tej całej układance jest tylko „chlapnięcie” Ziobry, iż w razie niepowodzenia wewnętrznej reformy PiS-u, trzeba rozważyć koncepcję zbudowania drugiego „prawicowego” ugrupowania, o charakterze bardziej „narodowo-katolickim”, które byłoby jego naturalnym koalicjantem z „prawej” strony za 4 lata. To właśnie ta deklaracja stała się oficjalnym pretekstem do postawienia zarzutu o świadome dążenie do rozłamu i w konsekwencji usunięcia całej trójki (Ziobro, kurski, Cymański) z partii. To było łatwe do przewidzenia i tak doświadczony polityk, a zwłaszcza jeszcze bardziej kuty na cztery nogi Kurski, powinni dokładnie to przewidzieć. Gdyby wysunięto na początku jedynie postulat przeprowadzenia reform wewnątrzpartyjnych, zastawiając sobie resztę na później, ich wyrzucenie byłoby sprawą znacznie trudniejszą do moralnego usprawiedliwienia. W tym wypadku zastosowane sankcje byłyby więc zapewne łagodniejsze – może jakaś nagana, upomnienie, zakaz udzielania się w mediach, w ostatecznym wypadku zawieszenie w prawach członkowskich. Nie zamknęło by to konfliktu, ale odroczyło by jego rozstrzygnięcie w czasie. Ale, jak już wspomniałem, Ziobro i Kurski nie chcieli i nie mogli dłużej już czekać. Dlatego postanowili zagrać vabank.

Dalszy bieg wydarzeń jest powszechnie znany. Najpierw był okres publicznych polemik pomiędzy obydwoma stronami, które nawzajem oskarżały się o rozbijanie „prawicy”. „Ziobryści” nie widzieli przy tym nic zdrożnego w wykorzystywaniu do tego celu – jak to się dziś modnie mówi – mainstreamowych mediów. Korzystając z okazji, wskazali też skwapliwie na kardynalne błędy Kaczyńskiego i jego obecnego najbliższego otoczenia jako na główne przyczyny wyborczej porażki. Potem wyłonił się odrębny klub parlamentarny „Solidarna Polska”, zasilony przez około 20 posłów PiS-u, najbliżej związanych z Ziobrą, jednak bez formalnej rezygnacji z członkowstwa w PiS. Tym samym zaistniała niezmiernie kuriozalna, niespotykana jeszcze w III RP sytuacja, gdy członkowie jednej partii należą do dwóch różnych klubów. To było rozwiązanie na tyle anormalne, że mogło trwać tylko bardzo krótko. Ponieważ groziło to PiS-owi ciągłą, pełzającą schizmą i dalszym odpływem członków, konieczne było przeprowadzenie radykalnej amputacji i ostateczne wyrzucenie rebeliantów z partyjnych szeregów. Tym samym droga do powstania nowej partii „prawicowej” została otwarta.

W końcu zabrał glos sam wódz. Najpierw w „Gazecie Polskiej” zdemaskował, bez bawienia się w jakąkolwiek dyplomację, Ziobrę jako typowego warchoła, intryganta i odwiecznego niemal destruktora PiS-u (w tekście „Ziobro planował to od dawna”, w numerze z 9 listopada). Następnie napisał specjalny list w tej kwestii do ogółu członków PiS-u, utrzymany od początku do końca w typowym dla niego stylu. List ten w ogólnym zarysie szczegółowo demaskuje kolejny wielki spisek, tym razem wewnątrzpisowski. Autor wychodzi od szczegółowego opisania i potępienia „syndromu lat 90-tych”, kiedy to nadmierny urodzaj różnych partii „prawicowych” , wybujałe ambicje ich przywódców, i przyjęcie typowo egalitarnych metod ich integracji (takie samo traktowanie przywódców partii naprawdę „poważnych”, czyli np. PC, jak i wąziutkich kanap) długo uniemożliwiało osiągnięcie tego celu. Najbardziej żałosnym przejawem tegoż syndromu był zaś tzw. Konwent św. Katarzyny. W tej sytuacji trzeba było oprzeć się o struktury związkowe „S”, w wyniku czego wyłonił się zdominowany przez nią AWS. Dało to jednak skutki fatalne, gdyż ta poddała się następnie dominacji teoretycznie słabszej UW, dając sobie narzucić jej liberalny program.

Dopiero powstanie PiS okazało się prawdziwym błogosławieństwem dla „prawicy”. Dopiero wtedy, zwłaszcza po eliminacji LPR z parlamentu, powstały warunki ku temu, by łączące w swoich szeregach b. członków PC, ZCHN, RS AWS, PCHD, PL itd. PiS stało się ostatecznie jedyną formacją prawicy. Warto sobie tą deklarację dobrze zapamiętać. Ona najlepiej oddaje zakres ambicji i mentalność Kaczyńskiego. Niestety, jak tenże ubolewa w dalszej części listu, niektóre osoby i środowiska dalej nie zdołały uleczyć się z tego syndromu, kierując się „nie mającymi realnych podstaw kalkulacjami politycznymi i osobistymi”, a lekceważąc sobie takie wartości, jak wzajemną solidarność, życzliwość, lojalność organizacyjną etc., które powinny cechować każdego członka PiS-u. Smutnym efektem tego są kolejne rozłamy, inspirowane każdym razem, wspierane i nagłaśniane przez owe mainstreamowe media. Kaczyński z wielkim żalem wypomina tu również próby „wysłania go do Sulejówka” (przez Poncyliusza), tuż po wygranych miażdżącą większością głosów wyborach na prezesa partii. W jego ocenie przejawem tego samego „syndromu lat 90-tych” są też wszelkie domagania się zmian doskonałego przecież statutu PiS-u, co powoduje stan „ciągłej destabilizacji wewnętrznej” w partii.

Według prezesa wszelkie dotychczasowe miękkie, odwołujące się do perswazji i rozwiązań kompromisowych, metody zwalczania tego syndromu zawodziły na całej linii, stąd trzeba było w końcu zastosować środki bardzo stanowcze. A więc tym samym między wierszami przyznaje on, że, mimo pozorów daleko posuniętej jednolitości, istniała cały czas w jego partii pełzającą opozycja wewnętrzna, tyle że nie podnosiła oficjalnie, otwarcie głowy. Albo więc jego podwładni byli ludźmi wyjątkowo marnego charakteru, albo też jego przywództwo było doprawdy tyrańskie (optowałbym, że raczej to drugie). Tak czy owak, zdaniem Kaczyńskiego działalność tychże „syndromowców” uniemożliwiła pełną konsolidację partii i zużycie wszystkich sił na skuteczną walkę wyborczą z PO. Zdaniem Kaczyńskiego była ona możliwa mimo potężnej przewagi medialnej tej ostatniej, a to dzięki konserwatywnym przekonaniom większości Polaków i organicznej, konstytucjonalnej niejako niezdolności PO do efektywnego rządzenia (szkoda jednak, że nawet jednym słowem nie tłumaczy, dlaczego w takim razie na siłę rozwalił w 2007 r. własny rząd i oddał władzę tejże właściwie na tacy).

W tym to tak zręcznie rozbudowanym kontekście p. prezes osadza działania „ziobrystów”, które jawią się istotnie w najczarniejszych barwach. Zarzuca im choćby – co jest pewnie prawdą – że, zamiast przykładać się twórczo do kampanii wyborczej, prowadzili swoją, mającą całkiem inne cele kampanię, służącą wytworzeniu jak więcej ognisk zapalnych w partii, a to celem skaptowania sobie wszystkich niezadowolonych do wzięcia udziału w planowanych secesyjnych działaniach. Także i wysunięty oficjalnie plan reform miał w istocie posłużyć do dodatkowej mobilizacji stronników Ziobry. Wreszcie na koniec, co jest jego grzechem głównym, wywleczono ten plan na arenę demoliberalnych mediów, różnych TVN-ów i tym podobnych, mimo że odbywały się nad nim poważne dyskusje w łonie partyjnych ciał statutowych i że przyjęto wtedy ustalenie, że tej sprawy nie można samowolnie upubliczniać.

„Następnie nastąpiła szybka instrumentalizacja działań rozłamowców przez media mainstreamowe”, gdzie Kurski i Ziobro gościli niemal od rana do wieczora. A więc, „rozłam Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobry został zinstrumentalizowany przez przeciwnika”. Wychodzi więc na to, że to nie rozłamowcy wykorzystali np. TVN do swoich celów, ale dokładnie odwrotnie. Znamienna jest też kolejność wyliczenia nazwisk obu buntowników. Prezes wyraźnie sugeruje, że właściwym mózgiem całej operacji jest tak naprawdę Kurski, zaś Ziobro tylko jej „twarzą”, grając być może na ambicji tego drugiego i licząc na wzniecenie tym sposobem jakichś rozdźwięków między wymienionymi. Podkreśla również stanowczo, że obaj odrzucili wszelkie rozwiązania kompromisowe (czyli tak naprawdę publiczną skruchę i zdanie się na jego łaskę i niełaskę). „Nie do przyjęcia była również groteskowa teza: „dwa kluby, jedna partia” (tu zgoda). Gorliwy członek PiS powinien więc z tego wszystkiego łatwo zrozumieć, że amputacja „chorych członków” była naprawdę konieczna. W tym miejscu następuje szczegółowy opis knowań winnych.

W końcu prezes wskazuje, nader jednak lapidarnie, bezpośrednie przyczyny porażki wyborczej. Jego zdaniem zadecydował o niej ostatni tydzień kampanii. Przyznaje się do błędu w postaci niepotrzebnego ataku na p. Merkelową i użycia ostrej retoryki antyniemieckiej, co spotkało się ze skutecznym kontratakiem „salonu”. Główną jednak jej przyczynę widzi we wzmożonej kampanii profrekwencyjnej, prowadzonej aż do zamknięcia lokali wyborczych, która była w praktyce kampanią na rzecz PO. Ocenia, że mogło przynieść to jej nawet dodatkowy milion głosów. To również cenne wynurzenie, jakkolwiek bardzo niezręczne i dosyć niepolityczne. Równa się ono w bowiem istocie przyznaniu całkowitej niezdolności PiS do poszerzenia swoje bazy wyborczej i do własnego ogromnego elektoratu negatywnego – znaczna część wyborców PO glosuje bowiem na tą formację tylko ze strachu (skądinąd mocno wyolbrzymionego) przed jego powrotem do władzy. Czytamy też we wspomnianym liście, iż: „kierownictwo PiS zdawało sobie sprawę, że wobec wydarzeń z lat 2007-2011 realny jest dobry wynik – w najbardziej optymistycznym wariancie zbliżony do wyniku PO, a nawet nieco lepszy – natomiast pełne zwycięstwo ( tj. wynik umożliwiający powrót do władzy) mogło się zdarzyć tylko w jakichś szczególnych i niemożliwych do przewidzenia okolicznościach. Cóż, i tutaj prezes zdumiewająco szczerze się wyspowiadał. Wychodzi bowiem na to, że doskonale zdawał sobie sprawę z całkowitego braku możliwości walnego zwycięstwa i swego powrotu na fotel premiera, co jednak bynajmniej nie przeszkodziło mu rozpościerać takie miraże np. przez słuchaczami RM, skutecznie nakłaniając ich po raz kolejny do tak naprawdę całkowicie bezcelowego tym razem, nawet w wymiarze czysto politycznym, glosowania na tzw. mniejsze zło.

W jednym wymiarze można jednakże Kaczyńskiego zrozumieć. Czysto ludzkim. To on przecież tegoż Ziobrę stworzył jako polityka, to on wespół ze swoim bratem wypiastował go i wykarmił. To Lech Kaczyński, jako AWS-owski minister sprawiedliwości, wziął go na swego wiceministra, choć przecież wcale nie musiał tego robić. To sam Jarosław umożliwił mu następnie zostanie posłem, to on oddelegował go następnie do komisji ws. Afery Rywina, która przyniosła mu tak wielki rozgłos i na pracy w której to zbudował głównie swoją obecną polityczną pozycję. To on zrobili go potem ministrem sprawiedliwości. To on w końcu, było nie było, dał mu możliwość zarabiania w PE pieniędzy niewyobrażalnych wprost dla przeciętnego Polaka. Z tej perspektywy Ziobro może się jawić w oczach Kaczyńskiego jako wielki niewdzięcznik i zdrajca. Z kolei dla Ziobry i jego politycznych sojuszników oraz patronów Kaczyński jest już tylko niepotrzebną zawadą i przeszkodą na drodze do kolejnych posad i zaszczytów, do realnej władzy. Oczywiście, obydwie strony starają się jednak ubierać te bardzo przyziemne motywy w jak bardziej wzniosłe opakowania. Sytuacja ta najlepiej obrazuje brutalność reguł gry panujących w świecie polityki (w istocie jest to prawo dżungli, gdzie przeżywa tylko najsilniejszy), także w obrębie rodzimej „prawicy”, pełnych wzniosłych haseł o Bogu, Honorze i Ojczyźnie.

Tak sobie jednak myślę, czy przypadkiem nie za bardzo rozpisuje się o tym wszystkim. Nas, narodowców, wszystkie te gry obchodzić powinny bowiem mało albo wcale. Jeśli już, to tylko z kontekście deklaracji Ziobry tworzenia nowej partii „katolicko-narodowej”. Nie wiązałbym z tym jakichkolwiek nadziei. O żadnych bowiem jego konkretnych związkach z ruchem narodowym, a nawet samą ideą narodową, nic mi bowiem nie wiadomo. Przeciwnie, uchodził on zawsze za najczystsze, najbardziej reprezentatywne wcielenie pisowskiej „prawicy”, czerpiącej szerokimi garściami z tradycji piłsudczyzny. I nie sadzę, by się w tym zakresie maskował. W tym kontekście „narodowy” charakter nowopowstałej partii sprowadzi się zapewne do wymiaru czysto symbolicznego, socjotechnicznego. Obydwie bliźniacze partie będą miały w gruncie rzeczy tą samą wizję Polski, podobne stanowiska odnośnie gospodarki, polityki zagranicznej itd. „Ziobryści” będą co najwyżej, za pomocą zręcznej frazeologii, starać się skutecznie zagospodarować tą część elektoratu PiS, która jest nastawiona bardziej pronarodowo, a nie widzi dziś na scenie politycznej żadnego swego reprezentanta. Główną zaś płaszczyzną ich wzajemnej licytacji będzie propagowanie kultu smoleńskiego, walka z układem, stawianie się w roli orędowników i gwarantów sprawiedliwości społecznej, praworządności i walki z korupcją itd. Nie bez powodu nowym wiceprezesem PiS został, po Ziobrze, inny twardy szeryf – Mariusz Kamiński. Obie też będą cały czas ścigać się w efektownych gestach, mających zapewnić im przychylność hierarchii kościelnej i RM. Łatwo też przewidzieć, że wokół Ziobry będą się stopniowo gromadzić różni przegrani z PJN, RP itd., samego Dorna nie wykluczając.

Nie sposób nie zgodzić się tutaj z opinią J. Engelgarda: „Jeśli Ziobro ma rację i zgadzamy się z tym, że potrzebna jest w Polsce partia naprawdę narodowa (przecież to chyba jest całkiem oczywiste!) – to zadać trzeba też i inne pytanie – czym ma ona różnić się od PiS-u? W tej chwili trudno mi wyobrazić sobie zarysowanie takich różnic. (…)Może się będzie różnić w kilku kwestiach natury etycznej – ale to za mało. Będzie zaś tak samo antyrosyjska, solidarnościowa, antykomunistyczna, proamerykańska, jak PiS – to jest pewne. W takim razie po co mają być dwie partie? Ano chyba tylko dla przeprowadzenia kolejnej wielkiej „endeckiej” gry pozorów.

Jan Matusiewicz