W trójkącie polsko-niemiecko-rosyjskim nic nowego

W trójkącie polsko-niemiecko-rosyjskim nic nowego Jak powszechnie wiadomo, kilkanaście dni temu, dnia 31 maja 2012 r. premier III RP, p. Donald Tusk otrzymał od p.Merkelowej kolejne (po nagrodzie Karola Wielkiego w 2010 r.) wyróżnienie za swoje szczególne zasługi w służbie umacniania jedności europejskiej – nagrodę im. Walthera Rathenaua. Z tej to okazji wygłosił obszerne przemówienie dziękczynne, w którym zawarł swoją wizję „polskiej” polityki zagranicznej, tak w odniesieniu do samych Niemiec, jak i naszych sąsiadów na wschodzie, wyłuszczając zarazem swoje postulaty odnośnie kształtu polityki wschodniej całej UE. Mowa ta nie wywołała – co bardzo zastanawiające – adekwatnego do jej rangi echa w polskojęzycznych mediach wszystkich odcieni. Choćby tyko z tego powodu, mimo, że od faktu upłynęło już sporo czasu, warto do niej sięgnąć, gdyż okrywa ona wyraziście te motywy przyświecające postawie odnośnie wymienionych kwestii samego Tuska i skupionego wokół niego obozu rządzącego, które przez długi okres czasu skrzętnie zakrywano przed polską opinią publiczną.

Duża cześć wspomnianej mowy została, rzecz naturalna, poświęcona, stosunkom polsko-niemieckim, które obdarowany polityk przedstawił jak zwykle w entuzjastycznych, niemal iddylicznych barwach. Uwypuklił szczególnie ogromny wkład „Solidarności” i wywodzących się z niej sił politycznych w ostateczne doprowadzenie do skutku zjednoczenia Niemiec, nawet wbrew wyraźnemu sceptycyzmowi, niechęci, a nawet wręcz niejakim próbom przeciwdziałania temuż ze strony wielu wpływowych polityków zachodnioeuropejskich, za czele z samą ówczesną brytyjską premier Margaret Thatcher. Nie omieszkał również podkreślić, że: „Co równie ważne, czołowi politycy Republiki Federalnej zrozumieli, że w interesie Niemiec i Europy (tj. EWG i UE) jest stabilna gospodarczo i politycznie Polska włączona w pełni w euroantlantyckie struktury”. Co konkretnie oznacza owo określenie „stabilna gospodarczo i politycznie”, p. premier wykłada to dokładnie w innym miejscu, przy pomocy i za pośrednictwem swoich historycznych refleksji odnośnie wybranych epizodów stosunków polsko-niemieckich w XX w.

Paradoksalnie pozwala sobie przy tej okazji na dosyć ostrą krytykę stosunku do Polski samego eksponowanego patrona przydzielonej mu łaskawie nagrody: „Ten przedsiębiorca i intelektualista równocześnie, ukształtowany przez cesarskie Niemcy, nie wyobrażał sobie Polski niepodległej jako sąsiada Niemiec. Krytycznie oceniał zapowiedź utworzenia Królestwa Polskiego, która była zawarta w proklamacji dwóch cesarzy – Wilhelma i Franciszka Józefa – w listopadzie 1916 r. Z dość podobnym dystansem traktował koncepcję Mitteleuropy Friedricha Naumanna, która zakładała powołanie samodzielnych państw w Europie Środkowej po ewentualnym zwycięstwie państw centralnych”.

Te słowa mogą na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie prawdziwej przygany pod adresem Berlina, tak że ten i ów słabo obeznany z historią gotów nawet pomyśleć – patrzcie, ten Tusk nie jest wcale takim niemieckim pionkiem i wasalem, jakim go malują choćby propisowskie media; przeciwnie – jest wobec p. Angeli i innych czołowych tamtejszych polityków naprawdę niezależny i twardy – nie boi się mówić im przykrej prawdy prosto w oczy! Niestety, jest jednak i druga strona tego medalu, znacznie mniej dla nas przyjemna i optymistyczna. Mianowicie, owe łaskawie podarowane Polakom przez dwóch cesarzy Królestwo Polskie jawi się w tym kontekście jako coś ewidentnie pozytywnego, jako rozwiązanie idące naprawdę naprzeciw najgłębszym oczekiwaniom całego polskiego narodu.

Tymczasem, dobrze to wiemy, jak miała w praktyce wyglądać ta „samodzielność”, czy też niepodległość tego mgławicowego królestwa z niemieckiej i austriackiej łaski: miało to być tylko i wyłącznie malutkie, zamknięte w granicach nawet niecałej Kongresówki, nie obejmujące choćby cala ziem zaboru pruskiego – było nie było kolebki polskiej państwowości, a przed wszystkim pozbawione dostępu do morza klasyczne satelickie państewko; we wszystkim uzależnione od Niemiec, jedzące im posłusznie i pokornie z ręki, stanowiące ni mniej ni więcej, tylko przysłowiowy „wiecheć słomy pod niemieckimi butami”, jak to dosadnie określił Dmowski. Zaś wspomniana Mitteleuropa miała ustanowić przecież nic innego, jak tylko system panowania niemieckiego nad całą Europą Środkowo-Wschodnią, panowania sprawowanego właśnie za pośrednictwem całego szeregu takich „samodzielnych”, tzn. marionetkowych qasipaństwowych tworów czy też po prostu klasycznych protektoratów. W istocie powołanie owego operetkowego Królestwa Polskiego miało zamknąć Polsce drogę do prawdziwej, rzeczywistej niepodległości. Na szczęście, dzięki energicznej akcji politycznej obozu narodowego i zdrowemu rozsądkowi okazanemu przez miliony naszych przodków, ten chytry i niezwykle perfidny manewr Niemcom się wtedy nie udał.

W tym zaś, że Rathenau krzywo patrzył nawet na tak w gruncie rzeczy ułudne i czynione pod typową publiczkę niemieckie koncesje względem Polaków, nie ma nic dziwnego i zaskakującego. Jako członek najwyższych kręgów żydowskiej światowej finansjery patrzył on bowiem na sprawę polską nie tyle oczyma niemieckiej polityki wilhelmińskiej, ale głównie przez pryzmat światowej polityki żydowskiej, a ostatecznie niemiecko-żydowskiej. Jest faktem ogólnie znanym, że praktycznie wszystkie ówczesne żydowskie kręgi decyzyjne na zachodzie i w na terenie samej Polski zawzięcie przeciwstawiały się polskim dążeniom niepodległościowym, nie mogąc wprost znieść myśli o odbudowie prawdziwie wolnego i niepodległego państwa polskiego. Jeżeli już – to ostatecznie były gotowe zgodzić się na budowę tzw. Judeopolonii, czyli jakby wspólnego państwa polsko-żydowskiego, a raczej żydowsko-polskiego, z dwoma językami urzędowymi, które miał znać obowiązkowo każdy urzędnik itp. Nietrudno się domyśleć, kto w tak pomyślanym tworze odgrywałby rolę przywódczą, decyzyjną, a kto służebną. Ma się rozumieć, owa Judeopolonia miała się znajdować pod opieką możnych patronów z zewnątrz, w tym również właśnie Niemiec. Nie da się skądinąd wykluczyć, że i owo tworzone z wielkim szumem „Królestwo Polskie” podryfowałoby ostatecznie w podobnym kierunku, ku wielkiemu zadowoleniu Rathenaua, a ku wielkiemu zdziwieniu rodzimych „aktywistów” i germanofilów.

Te historyczne refleksje D. Tuska wydają się bardzo na czasie. Czyż III RP nie przypomina właśnie takiego „samodzielnego” Królestwa Polskiego, czyż nie trzyma się Berlina (a przy okazji także Brukseli i Waszyngtonu) niczym mała dziecina spódnicy pani matki? Czyż na ziemiach b. zaboru pruskiego nie panoszy się już wszechwładnie kapitał niemiecki albo za takowy się podający, mimo że nie robiono żadnego formalnego przesunięcia granicy. Przytoczone Tuskowe wynurzenia to aż nazbyt czytelne potwierdzenie, że ówczesne Królestwo Polskie i Mitteleuropa to w oczach ludzi jego pokroju jak najbardziej aktualne i wciąż pożądane wzorce dla dzisiejszego kształtu relacji polsko-niemieckich. No, ale akurat w tym miejscu trudno się dopatrywać jakiegokolwiek niespodzianki czy sensacji.

Za to nieco zaskakujące mogą się wydawać te fragmenty przemówienia D. Tuska, które tyczą się Rosji i postulowanej wizji unijnej polityki wschodniej. I tak, przede wszystkim w kontekście, skądinąd słusznej krytyki, układu w Rapallo, pada z jego ust taka oto ocena: „Walther Rathenau nie miał szczególnych złudzeń co charakteru ówczesnej Rosji. Bardzo cenił tego partnera za bogactwo w surowce i rynek zbytu, ale nie ukrywał swojego lekko pogardliwego stosunku do Rosji, jeśli idzie o wymiar kulturowy”.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że, decydując się na tego rodzaju wzmiankę, Tusk przychyla się, przynajmniej pośrednio, do cytowanego stanowiska Rathenaua, przeniesionego oczywiście na realia dnia dzisiejszego. Zatem współpraca na polu gospodarczym z putiniwską Rosją jest jak najbardziej możliwa. Ale w płaszczyźnie cywilizacyjnej i kulturowej trzeba tą samą putinowską Rosję trzymać na głęboki dystans, jakby była wrogiem lub co najmniej państwem zapóźnionym w rozwoju, i szczelnie izolować, a najlepiej starać się przerabiać ją za wszelką cenę na klasyczną demoliberalną modłę. W związku z powyższym pada pod niemieckim adresem wezwanie do porzucenia „ducha Rappalo”. I znów można by powiedzieć: takiemu apelowi tylko przyklasnąć! Co jednak Tusk proponuje w zamian ? Jak wszystko wskazuje, właśnie unowocześnioną i uaktualnioną Mitteleuropę, czyli tworzenie pod egidą Berlina i Brukseli całego systemu „samodzielnych” państw w Europie Środkowo-Wschodniej, konsekwentne przyciąganie do UE, czyli w konsekwencji odrywanie od Rosji, Ukrainy a także i Białorusi, oczywiście po uprzednim obaleniu władzy Łukaszenki i „demokratyzacji” tego państwa: „Z całą pewnością powinniśmy wytrzymać nerwowo sytuację na Ukrainie, nie tyko w kontekście Euro 2012. (…) ale przede wszystkim dlatego, że głęboko wierzę, że konsekwentne działania wobec naszych wschodnich sąsiadów, gdzie równocześnie mamy czas na biznes, na twarde podkreślanie znaczenia praw człowieka i obywatela…” itd.

A zatem, okazuje się, że tak naprawdę, mimo zewnętrznych oznak pewnego otwarcia i ocieplenia, nic się we wschodniej polityce III RP w ostatnich latach właściwie nie zmieniło, pomimo wrzaskliwych sporów pomiędzy PO i PiS w tym obszarze, pomimo ostrych zarzutów ze strony tego ostatniego o zdradę „testamentu” Lecha Kaczyńskiego, czy nawet „polskiej racji stanu”. Dalej obowiązuje niezmiennie jej prometejska i prawoczłowiecza wersja, tyle że realizowana teraz nie metodą publicznego machania szabelką na ulicznych wiecach, ale w aksamitnej rękawiczce. I pomyśleć, że propisowscy pismacy zdołali wmówić całym tłumom ogarniętych pseudopatriotyczną egzaltacją ludzi, że Tusk to nikczemny wspólnik Putina i prawie że agent Moskwy. W tej atmosferze mało kto zauważył, że ten rzekomy wspólnik i „agent” zupełnie nie reaguje, a nawet w pewnym sensie jakby pozwala na tą całą falę nieprzytomnej antyrosyjskiej propagandy, jaka się po 10 kwietnia 2010 r. rozlała m.in. po mediach tzw. publicznych.

Dalej więc brniemy tą samą grząską ścieżką. Na podpowiedzi Tuska Niemcy nie pójdą, ale jeśli odważą się na jakieś poczynania względem np. Ukrainy ewidentnie sprzeczne z interesem Rosji, to nie będą tego przeprowadzać bezpośrednio własnymi rękami, ale przy wykorzystaniu nadgorliwych pośredników, czyli np. takiego oto „Królestwa Polskiego” w postaci III RP.

Z punktu widzenia dobrze pojętej polskiej racji stanu, a nie tylko rozumianej wyłącznie jako pewna zręczna formuła retoryczna, jedynym wyjściem w istniejącej sytuacji wydaje się być wpisanie w układ Moskwa-Berlin (Paryż) i dążenie do odgrywania w tym układzie możliwie jak najbardziej samodzielnej roli, przy odrzuceniu jakichkolwiek odgórnych, apriorycznych, ideologicznych założeń i kierowaniu się prostą zasadą zysków i strat. Jedyną istniejąca możliwością osiągnięcia tego celu jest zaś pójście w kierunku zrównoważenia stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami. Ale – nie ma co się łudzić – rządy PO na to absolutnie nie pójdą. Wszak tu nie o polskie interesy chodzi…

Andrzej Turek