W ślepy zaułek

WebP. Witold Waszczykowski już od szeregu lat niezwykle wytrwale i konsekwentnie pracował na miano jednego z najgorętszych rodzimych NATO-manów i amerykanofilów a zarazem zdeklarowanych, pryncypialnych rusofobów, stąd też jego nominacja na stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie p. Beaty Szydło poniekąd sama w sobie aż nadto jasno określiła i zamanifestowała główne pryncypia i – wyrażając się może nieco na wyrost – linię polityki zagranicznej tegoż gabinetu. Podobnie już na wstępie urzędowania świeżo upieczonego ministra było aż nadto jasne, że skupi on całą swoją energię i wysiłki przede wszystkim wokół – myślę, że można zaryzykować takie stwierdzenie – swego życiowego celu i projektu, jakim jest instalacja stałej natowskiej (w praktyce zaś amerykańskiej) infrastruktury wojskowej w Polsce w każdych warunkach i za wszelką cenę. Mając zaś w pamięci te wszystkie, wylewane na prawo i lewo, żale p. Waszczykowskiego z powodu nie doprowadzenia do skutku budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej na terytorium III RP (co było bezpośrednią konsekwencją nastania akurat polityki przejściowego zresztą „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, a w opinii samego zainteresowanego także i pewnej opieszałości ze strony rządzącej podówczas PO), łatwo było przewidzieć, że uczyni on teraz, co tylko leży w jego mocy, by zrekompensować sobie tamto niepowodzenie sprowadzeniem nad Wisłę przynajmniej jakiejś jednej porządnej bazy US Army (i ewentualnie wojsk sojuszniczych). Wszelkie inne cele i zagadnienia muszą w tej sytuacji zejść na plan dalszy – to całkiem jasne.

Trochę trudniej – choć znowu nie tak bardzo trudno – było już jednak przewidzieć, że nowy sternik polskiej – przynajmniej nominalnie – dyplomacji przystąpi do dzieła z aż tak wielkim impetem i rozmachem i że już pierwsze jego posunięcia będą jako żywo przypominać ruchy słonia w składzie porcelany. O ile wysuniętą przez wielce kreatywnego ministra propozycję formowania z syryjskich uchodźców bliżej niesprecyzowanych „legionów” i wysłania ich w tym charakterze z powrotem do kraju pochodzenia (jako jeszcze jednej formacji antyasadowskiej, jak się wydaje, bo jakże inaczej można odczytać wyrażenie: „mogłyby z naszą pomocą odwojować sobie państwo”) można by jeszcze śmiało zmieścić w kategorii swego rodzaju dziwactw i ekscentryzmów, nad którymi szybko i bez żadnego trudu przechodzi się po prostu do porządku dziennego, o tyle najnowsze wynurzenia p. Waszczykowskiego, poczynione tuż przed jego niedawną wizytą w Berlinie (26.11.2015 r.), mają już znacznie większy ciężar gatunkowy i – przynajmniej potencjalnie – znacznie poważniejsze implikacje.

A stwierdził on wówczas (w wywiadzie dla PAP) m.in., co następuje: „ – Jest pewien dylemat, ponieważ Niemcy uważają, że wzmocnienie bezpieczeństwa Europy Środkowej mogłoby być zachowaniem konfrontacyjnym wobec Rosji. My nie możemy się zgodzić z takim podejściem do sprawy. Uważamy, że to rosyjskie zachowanie, grożące, szantażujące Europę Środkową, jest konfrontacją wobec całego NATO i Sojusz powinien odpowiedzieć na to zachowanie poprzez wzmocnienie bezpieczeństwa naszego regionu, naszych państw, poprzez obecność wojskową tutaj. Możemy dyskutować oczywiście na temat charakteru tej obecności i myślę, że tutaj jest pole do rozmów z Niemcami (…).

Jest pole do rozmów na temat zachowania Rosji, bo wszyscy chcemy współpracy z Rosją, która jest olbrzymim rynkiem gospodarczym i dostarczycielem surowców, ale z drugiej strony zachowania Rosji, która łamie prawo międzynarodowe, która atakuje już trzecie państwo w tej chwili – po Gruzji, Ukrainie, prowadzi wojnę z Syrią – wymaga jakiejś refleksji, jak wymusić przestrzeganie prawa międzynarodowego (…)”.

Z tego samego wywiadu dowiadujemy się również, iż: „Waszczykowski ocenił też, Polskę i Niemcy łączy ścisła współpraca gospodarek. Zwraca jednak uwagę, że główne problemy, które trzeba poruszać z niemieckim partnerem to kwestie bezpieczeństwa naszej części Europy…”.:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Witold-Waszczykowski-zachowanie-Rosji-to-konfrontacja-wobec-calego-NATO,wid,18004093,wiadomosc.html?ticaid=1160a

 

Cóż, jeśli powyższe wynurzenia i odkrycia miały faktycznie posłużyć p. ministrowi dla uzasadnienia potrzeby realizacji jego zamysłów (tj. przede wszystkim przekonania strony niemieckiej co do konieczności anulowania czy też unieważnienia tzw. Aktu Stanowiącego NATO-Rosja z 1997 r., który jest zasadniczą przeszkodą formalną dla lokacji jakichkolwiek stałych baz NATO na obszarze „nowych państw członkowskich”), to z całą pewnością trafił przysłowiową kulą w płot. Wysunięte przezeń argumenty są bowiem tak uderzająco naciągane, niezborne i nierzetelne, a miejscami nawet wprost groteskowe, że jego niemiecki odpowiednik, Frank-Walter Steinmeier, nie miał innego wyjścia, jak tylko je przemilczeć, ograniczając się wyłącznie do bardzo zdawkowej, możliwie najbardziej ogólnikowej formy odpowiedzi – „spodziewam się trudnych rozmów” itp. Jeśli zaś zostały w istocie skierowane przede wszystkim do rodzimej opinii publicznej i miały posłużyć jej psychologiczno-propagandowej obróbce przed zbliżającym się z wolna przyszłorocznym szczytem NATO w Warszawie, to ich autor widać dalej nie zdaje sobie sprawy, że coraz to wyraźniej rozmija się z aktualnymi nastrojami społecznymi. Inna rzecz, że zwyczajnie ciężko byłoby wynaleźć jakąś inną, bardziej przekonywującą argumentację dla wzmiankowanych postulatów i oczekiwań p. ministra, aczkolwiek nawet i tą można by ubrać w znacznie bardziej dyplomatyczną, bardziej zgrabną i strawną postać.

Tak czy owak, miał on jednak to szczęście, że wypowiadał się solo, a nie np. na jakiejś konferencji prasowej, w ogniu dociekliwych pytań dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, do których musiałby się konkretnie odnosić. Byłoby mu bowiem pewnie dosyć trudno konkretnie, rzeczowo uzasadnić ową tezę o rosyjskich groźbach i szantażach wobec Europy Środkowej, w pierwszym zaś rzędzie względem Polski (zakładam tu bowiem – może nazbyt optymistycznie – że p. Waszczykowski czuje się mimo wszystko upoważniony i zobligowany do reprezentowania w pierwszym rzędzie właśnie interesów i potrzeb kraju swego pochodzenia i zamieszkania, a dopiero w dalszej kolejności krajów sąsiednich, z „bratnią” Ukrainą na czele).

To jednak tylko drobiazg przy próbach dowodzenia, że Rosja „atakuje już trzecie państwo w tej chwilipo Gruzji, Ukrainie, prowadzi wojnę z Syrią”. O ile w przypadku Gruzji i Ukrainy można by takie postawienie sprawy uznać jeszcze za jako tako uzasadnione, choć bardzo dyskusyjne i kontrowersyjne (gdyż powszechnie wiadomo, także i na Zachodzie, iż rosyjską wojskową interwencję w Gruzji w 2007 r. poprzedziło barbarzyńskie ostrzeliwanie przez siły zbrojne tego kraju osetyńskich cywilów, które zostało uznane za właściwy casus belii i w dodatku za działanie niezgodne z prawem międzynarodowym nawet przez działającą pod auspicjami UE międzynarodową komisję ds. zbadania przyczyn tej wojny; podobnie nie jest tajemnicą, że zajęcie i aneksję przez Rosję Krymu poprzedził faktyczny zamach stanu w Kijowie, w dodatku sterowany z zewnątrz, i obalenie legalnych władz Ukrainy), o tyle podobne twierdzenia w odniesieniu do Syrii mieszczą się już w najzwyczajniej w kategoriach czystej aberracji.

Wynika z nich bowiem jasno, że jeśli nawet p. Waszczykowski nie rozumie i nie ujmuje tu pod pojęciem Syrii krwawo osławionego „Państwa Islamskiego”, to przynajmniej odnosi to pojęcie do tzw. „umiarkowanej opozycji”, tj. w praktyce do syryjskiej odnogi Al-Kaidy, w przypadku której to „umiarkowanie” przejawia się głównie w tym, że w odróżnieniu od PI praktykuje nieco bardziej „humanitarne” metody wyprawiania swoich ofiar na tamten świat.

Najwyższa zatem pora, żeby p. minister przyjął w końcu do wiadomości, że owszem Rosja prowadzi działania militarne, a nawet wojnę, ale nie z Syrią, lecz na terytorium Syrii, i że, co więcej, ma to tego pełen mandat legalnych władz tego państwa. Tego rodzaju „kwiatkami”, stanowiącymi tak jaskrawe zaprzeczenie dyplomatycznego kunsztu, zwyczajnie bowiem kompromituje nie tylko własną osobę, ale i cały kraj, który wypadło mu reprezentować. Paradoksalnie można mieć nadzieję, że w Berlinie już mu to wytłumaczono.

Przejdźmy jednak w końcu do samego sedna sprawy. Otóż, zgłoszone przez p. Witolda Waszczykowskiego postulaty i oczekiwania względem Niemiec mieszczą się w zasadzie dokładnie w pisowskiej optyce bardziej (w porównaniu z okresem rządów PO) partnerskich i „podmiotowych” stosunków z Niemcami. Generalnie rzecz biorąc, postulat ten wydaje się słuszny. Cały problem, jak to często bywa, tkwi jednak w kwestiach szczegółowych. Otóż, przywództwo obecnej partii rządzącej daje wyraźnie do zrozumienia, iż relacje polsko-niemieckie staną się z miejsca znacznie bardziej partnerskie i „podmiotowe”, gdy tylko Berlin zapali wreszcie zielone światło dla budowy amerykańskich baz wojskowych na polskim terytorium, i gdy zacznie w ogóle bardziej energicznie i otwarcie wspierać „polską” politykę wschodnią, tj. choćby realnie wciągać pomajdanową Ukrainę w struktury unijne, konkretnie i dosadnie gromić Kreml za brak demokracji w Rosji etc. No może jeszcze rozchodzi się tu o pewne polepszenie położenia i statusu niemieckiej Polonii, co jest poniekąd kwestią dosyć istotną, ale bynajmniej nie kluczową.

Pisałem już o tym nie tak dawno, ale nie zaszkodzi tego powtórzyć raz jeszcze: Największy, oczywiście z prawdziwie polskiego punktu widzenia, problem w dzisiejszych relacjach polsko-niemieckich, tj. nasza iście kolonialna zależność względem Niemiec w obszarze gospodarki, nie ma z punktu widzenia tychże kręgów tak naprawdę większego praktycznego znaczenia, w każdym zaś razie schodzi wyraźnie na dalszy plan. Zacytowana powyżej refleksja p. ministra Waszczykowskiego o „ścisłej współpracy gospodarek” kolejny raz to potwierdza. Byle tylko wymusić, a raczej wyprosić te bazy – a wzajemne stosunki staną się z miejsca znacznie bardziej „podmiotowe”.

Problem w tym, że Berlin w obecnej sytuacji międzynarodowej absolutnie na to nie pójdzie. Nie pójdzie, bo sprzeciwiało by się to jaskrawie jego własnym interesom i praktycznie wywracało do góry nogami całą niemiecką politykę wschodnią. Nie pójdzie również i dlatego, że tak naprawdę nie życzy sobie tego – przynajmniej na dzisiaj – nawet i sam Waszyngton (wolno przypuszczać, że gdyby Amerykanie naprawdę chcieli mieć owe stałe bazy wojskowe w Polsce, to by je wcześniej czy później, a raczej właśnie wcześniej, na Niemcach (jak i na pozostałych członkach NATO) po prostu wymusili, i nie trzeba by było nawet do tego żadnych specjalnych zabiegów czy wysiłków ze strony naszego rodzimego establishmentu).

Ale, przynajmniej póki co – najwyraźniej nie chcą. Oczywiście kwestia pozostaje otwarta – i może kiedyś przyjść taka chwila, że nie tylko naprawdę zechcą, ale i rzecz doprowadzą do skutku. Jest to jednak ewentualnie kwestia bliżej nieokreślonej i dość mglistej przyszłości – a nie dnia dzisiejszego. Wyjątkowo delikatna i coraz to bardziej komplikująca się sytuacja ogólnoświatowa, gdyby po krwawej jatce w Paryżu główne mocarstwa globalne i nieco mniejsze ośrodki siły zostały niejako przymuszone do szukania przynajmniej pozorowanego zbliżenia i taktycznej współpracy w walce z islamskimi radykałami – absolutnie temu nie służy. I dlatego wysunięte medialne przez p. ministra Waszczykowskiego postulaty nawet nie stanęły na oficjalnej agendzie jego berlińskich rozmów, jak to można wywnioskować z oficjalnych komunikatów odnośnie ich przebiegu i rezultatów.

Żadnych pytań od dziennikarzy szczęśliwie nie przewidziano i nie dopuszczono…

Andrzej Turek