Veto Camerona

Możemy (przynajmniej chwilowo i częściowo) odetchnąć z ulgą. Zakończony dzisiaj nad ranem szczyt przywódców krajów członkowskich UE przyniósł fiasko koncepcji budowy federalnej Europy na drodze zmiany dotychczasowych traktatów unijnych (zwłaszcza lizbońskiego). Zamiast tego, nowe zasady dyscypliny w zakresie finansów publicznych i zwiększenia koordynacji polityki fiskalnej w poszczególnych krajach członkowskich mają być wprowadzone na drodze specjalnej umowy międzyrządowej. Akces do niej zgłosiło 17 krajów Eurolandu i dalszych 6, pozostających dotąd poza nim, w tym, oczywiście, Polska, ale także: Litwa, Łotwa – pierwszy obecnie aspirant do przyjęcia euro, Dania, Rumunia i Bułgaria.

Wspólny projekt niemiecko-francuski, zmierzający w istocie do budowy w krótkim czasie superpaństwa europejskiego w ścisłym tego słowa znaczeniu, względnie Stanów Zjednoczonych Europy, został, jak można było tego się spodziewać, zastopowany przez delegację brytyjską, która odmówiła swojej zgody, nie przedstawiając jednocześnie żadnej propozycji alternatywnej. Tym samym Londyn dał jasno do zrozumienia, że jakiekolwiek dalsze zacieśnianie integracji zupełnie go nie interesuje. Pewien wpływ na takie rozstrzygnięcie wywarły również Szwecja, Węgry i Czechy, które wsparły Brytyjczyków w tym oporze. To ułatwiło im z pewnością sprawę z punktu widzenia dyplomatycznego – nie byli całkowicie osamotnieni. Niemniej, gdyby nawet Dawid Cameron nie otrzymał tego cichego wsparcia, to i tak zachowałby się zapewne dokładnie tak samo. Z bardzo prostego powodu – akceptacja przezeń proponowanych zmian zostałaby przyjęta powszechnie w Zjednoczonym Królestwie jako po prostu zdrada stanu, tamtejsi zwolennicy rozpisania referendum na rzecz jego wyjścia z UE otrzymaliby jeszcze większy wiatr w żagle, zaś on sam zapewne nie pobyłby długo brytyjskim premierem (skądinąd, para Merkel – Sarkozy chyba bardzo poważnie z takim właśnie obrotem sytuacji się liczyła, skoro z miejsca przygotowano rozwiązanie alternatywne). Niemniej warto tą odważną postawę naszych sąsiadów i partnerów z Grupy Wyszehradzkiej odnotować i docenić.

Wymienione kraje odmówiły również z góry zgody na przystąpienie do wspomnianej umowy międzyrządowej. Decyzja to jak najbardziej logiczna – skoro obywają się, i to z całkiem dobrym skutkiem, bez wspólnej waluty, to po co mają nakładać sobie dodatkowe obciążenia, krępować sobie swobodę ruchów, czy nawet wręcz dokładać do jej ratowania. Jak widać z tego, w Budapeszcie i w Pradze liczą – w przeciwieństwie do Warszawy – na własne siły, nie mają żadnych kompleksów niższości, i nie boją się bynajmniej wypaść poza „główny nurt integracji europejskiej”. Tylko pozazdrościć.

Nie wiadomo jeszcze, co dokładnie zawiera wspomniana umowa międzyrządowa – nie jest to jednak aż tak bardzo istotne. Wystarczy powiedzieć, że przewiduje ona m.in. wprowadzenie specjalnych, obligatoryjnych sankcji za „łamanie dyscypliny budżetowej”, czyli przekroczenie pewnego sztywnego progu deficytu budżetowego przez poszczególne kraje członkowskie, jak też, w gruncie rzeczy tożsame z powyższym, wpisanie do ich konstytucji zasady tzw. zrównoważonego budżetu. „Obok wspólnej waluty nieodzowny jest mocny gospodarczy filar, który opiera się na lepszym sterowaniu polityką gospodarczą i finansową, aby wzmocnić dyscyplinę budżetową…itd.” – w takie to okrągłe sformułowania zostały ubrane plany duetu Merkel-Sarkozy budowy czegoś na kształt teoretycznie wspólnego, unijnego, a tak naprawdę niemiecko-francuskiego (w takiej właśnie kolejności!) rządu gospodarczego UE. Wedle pierwotnej koncepcji, forsowanej szczególnie przez Merkel, rząd ten miałby spoczywać głównie w rękach ciał unijnych, szczególnie Komisji Europejskiej, która przekształciłaby się tym samym w superrząd UE z prawdziwego zdarzenia. Wedle przyjętej ostatecznie koncepcji, tj. owej umowy międzyrządowej, ich rola będzie prawdopodobnie znacznie skromniejsza, choć przewodniczący Barroso już wyraził nadzieję, oczywiście dyplomatycznym językiem, iż KE będzie mogła się wtrącać do polityki finansowej krajów członkowskich.

Niż zatem dziwnego, że rodzime media demoliberalne zgodnym chórem oceniły efekty szczytu jako „porażkę”. Tylko sam Tusk próbował robić dobrą minę do złej gry, oznajmiając iż: „Na pewno krok do przodu, ale do entuzjazmu daleko”. Pewnie, entuzjazm byłby wtedy, gdyby ochoczo, najlepiej bez jakiejkolwiek dyskusji, przyjęto w ciemno wygłoszone niedawno w Berlinie przez ministra Sikorskiego propozycje budowy Stanów Zjednoczonych Europy. Wtedy można by było już całkiem formalnie scedować na Berlin i Brukselę resztę, a właściwie resztkę prerogatyw państwowych, przekształcić Polskę w coś na podobieństwo amerykańskiego stanu i zarazem rezerwatu, i tym samym wygodnie i bezpiecznie uwolnić się od odpowiedzialności za doprowadzenie jej do obecnej ruiny – to jest z pewnością optymalne rozwiązanie dla PO i jej zakulisowych protektorów. Ale nie dla Polaków.

W rzeczywistości Tusk i Sikorski nie odegrali na szczycie żadnej istotnej roli, poza ceremonialną, wynikająca z faktu sprawowania unijnej prezydencji . Szczególnie skompromitował się ten drugi, wzywający jeszcze kilka dni temu Niemców do obrony strefy Euro i całej UE, nawet za cenę oddania się pod ich pełną hegemonię. Tamta deklaracja to nie tylko przejaw niesłychanego serwilizmu, nie tylko wezwanie do ratowania unijnego kołchozu za wszelką cenę, nawet metodami w istocie siłowymi, i nie tylko przejaw krańcowej pogardy do idei własnego, niepodległego państwa. To również typowe wybiegnięcie przed szereg. Niezależnie od tego, czy ta wypowiedź była konsultowana już wcześniej z Berlinem, czy też nie, posłużyła temuż w istocie jako swoisty sondaż, służący zagajeniu publicznego dyskursu wśród zainteresowanych w kwestii szans wcielenia w życie oryginalnego planu p. Merkelowej. I ten sondaż wypadł negatywnie, bo w UE nie ma i nie będzie powszechnej zgody na pełną niemiecką hegemonię. Chyba, że się wyrzuci z niej (względnie wystąpią sami) Anglików, a resztę opornych sterroryzuje, choćby gospodarczo. Taka jest dziś w polityce europejskiej nasza rzeczywista rola – rola niemieckiego posłańca, przecierającego szlaki niemieckiej polityce. I nie zmienią tego żadne szumne deklaracje, że oto właśnie: „przypadł nam zaszczyt wygłoszenia propozycji zmian traktatowych jako rzecznikowi nowych państw członkowskich” itp.

Niemniej groteskowe i faryzejskie jest rozdzieranie szat nad „nową Targowicą” ze strony np. PiS i „ziobrystów”. Całe dzieje III RP to przecież jedna wielka Targowica, zaś tacy wielcy patrioci, jak np. : pp. Kaczyński, Ziobro i Kurski zachowują się tak, jakby doprawdy urwali się z choinki. Warto tu przypomnieć choćby wyniki glosowania w Sejmie nad ratyfikacją traktatu lizbońskiego: J. Kaczyński – ZA, Z. Ziobro – ZA (wtedy jakoś akurat ważniejsza okazała się ostatecznie dla niego lojalność wobec wodza, niż wobec Polski!). To nie było sprzedawanie polskiej suwerenności? Po co więc teraz te wszystkie teatralne, rejtanowskie (nie ubliżając w niczym samemu Rejtanowi) gesty pod publiczkę. Czyżbyście panowie „patrioci” nie zdawali sobie sprawy, że po przyjęcie tegoż traktatu, a więc przynajmniej od dwóch lat, UE jest już czymś w rodzaju quasi-federacji, zaś państwa narodowe istnieją (oczywiście poza Niemcami) w gruncie rzeczy już tylko na papierze?

Nie broniąc i nie usprawiedliwiając w najmniejszej mierze samego Sikorskiego, trudno podważyć przyjętą przez niego linię obrony przed zajadłymi atakami ze strony PiS: „Przecież to Jarosław Kaczyński przez telefon negocjował traktat lizboński, a ratyfikował go Lech Kaczyński (minister nie jest tu do końca ścisły – podpisał). Dał on Niemcom większą siłę głosów w UE niż poprzedni system nicejski…”. (…)Nawiasem mówiąc, na 222 stronie programu PiS napisano, że PiS jest za wzmocnieniem roli KE jako bariery przed dominacją największych państw (chyba chodzi tu tak naprawdę o tzw. oś Berlin-Moskwa).

Mamy tu zatem do czynienia z typowo instrumentalnym stosunkiem do polskiej państwowości i patriotyzmu i z wzajemną medialną licytacją na tym polu pomiędzy Kaczyńskim a jego niedoszłym delfinem. Obydwaj usiłują postawić się w roli obrońców polskiej niepodległości, która rzekomo dalej ma miejsce, choć jeszcze niedawno sami osobiście ją grzebali. To jest nie tylko niesmaczne i niestrawne! To także oszukańcze i cyniczne!

A swoją drogę trzeba podziękować Brytyjczykom. Tyle razy wbili już Polsce nóż w plecy, a teraz przyszli mimowolnie nam w sukurs. Mimowolnie, bo z pewnością nie myśleli o nas, o Polsce.

Janusz Włodyka