Upadek mitu

Burzliwe wydarzenia ostatnich dni na Ukrainie zostały już powszechnie i szeroko opisane w najróżniejszych aspektach. Kto ma tylko głowę na karku, odrobinę oleju w tej głowie, i na dodatek wie, gdzie szukać możliwie najbardziej obiektywnej informacji, wie też i doskonale, co tak naprawdę w tej trawie piszczy.

Nie będę więc powtarzał tu jakichkolwiek „oczywistych oczywistości”. Nie będę opisywał podłoża wybuchu tego prymitywnego, wręcz atawistycznego ukraińskiego unioamoku, podsycanego z wszystkich stron przez najróżniejsze zewnętrzne agentury. Nie będę wskazywał tych ostatnich po imieniu – bo praktycznie wszyscy zainteresowani dobrze już wiedzą, o jakie to siły konkretnie chodzi. Nie będę też komentował postawy głównych prominentów rodzimego establishmentu, na czele z wtykającym uparcie swojego nosa w cudze sprawy nieuleczalnym mesjanistą i przywódcą krucjaty o wolność „Waszą i naszą” p. Kaczyńskim, krzyczącym w emfazie „Sława Ukrainu” – bo trzeba by tu naprawdę sięgnąć po grube wyrazy, które lepiej sobie powiedzieć we własnym, mniejszym gronie.

Zwrócę tu uwagę tylko na jeden znamienny szczegół, który, choć zaistniał już medialnie, nie zaszkodzi moim zdaniem raz jeszcze mocno podkreślić. Mam na myśli stanowisko zajęte przez premiera III RP, p. Donalda Tuska, który na Twitterze napisał coś takiego: „Polacy powinni być zjednoczeni w sprawie Ukrainy. Dziękuję za wspólny, mocny głos w Kijowie Jacka Protasiewicza i Jarosława Kaczyńskiego”. O, to jest doprawdy szczególny, niesamowity wręcz przejaw „narodowej jedności”! I pomyśleć, że tenże sam Donald Tusk był ponoć jeszcze nie tak dawno w zbrodniczej, antykaczyńskiej (i tym samym antypolskiej!) zmowie z Putinem – razem z nim uzbrajał smoleńskie bomby, wspólnie też mataczyli i zatajali prawdę o katastrofie (zamachu) smoleńskiej! Przecież jeszcze parę tygodni temu np. propisowska gadzinówka „W sieci” ekscytowała się ujawnioną serią zdjęć D. Tuska z W. Putinem tuż po tragedii, formułując piórem p. Marii Szonert-Biniendy, taki oto osąd uchwyconej na nich sytuacji: „Przede wszystkim na tym zdjęciu uderza mnie porozumiewawczość spojrzeń obu panów. Oni się doskonale rozumieją bez słów. Ponadto ze zdjęcia bije niepohamowana radość polskiego premiera podkreślona wymownym ruchem rąk, który dla mnie mówi: <>. Według mnie to zdjęcie jest naocznym dowodem spisku i zdrady narodowej o wymiarze niespotykanym w historii…”.

Co się zatem stało – skąd taka wolta? Czy Donalda Tuska ruszyło w końcu sumienie, czy zerwał wreszcie te nikczemne konszachty? A może dalej siedzi w nich po uszy, tylko Putin zlecił mu akurat wspieranie nowej „pomarańczowej” rewolty nad Dnieprem, która jest przecież jak najbardziej w jego interesie? Oto pytanie do p. redaktorów „Gazety Polskiej”, „W sieci” itd. – może wy panowie detektywi rozwikłacie tą niezwykłą zagadkę, której zwykłemu śmiertelnikowi niepodobna zrozumieć.

Wiele zapewne objaśni reakcja samego zainteresowanego na te zaskakujące komplementy. W każdym bądź razie Kaczyńskiego jakoś nie mierziła eskapada do Kijowa w towarzystwie bliskiego zaufanego D. Tuska, wiceprzewodniczącego PE, Jacka Protasiewicza (w 2005 r. kierował kampanią prezydencką obecnego premiera, niedawno „roztrzaskał” w regionalnych wyborach PO na Dolnym Śląsku jego głównego, wewnątrzpartyjnego oponenta, G. Schetynę).

Nie tylko zresztą Tusk zmienił front. Na onecie.pl można m.in. wyczytać taki oto komunikat: „Na Majdanie Niepodległości (ho, ho, to ci dopiero!) Protasiewicz zapewnił też – jak zaznaczył w porozumieniu z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premierem Donaldem Tuskiem – że Polacy i polskie władze zrobią wszystko, by drzwi do UE były dla Ukrainy otwarte tak długo, aż ten kraj wstąpi do wspólnoty…”. A więc i p. Prezydent Komorowski jakby stał się mniej „k…-ruski”? A może tak samo zlecono mu tu z Kremla, bo tak akurat pasuje Putinowi? Oto kolejne ważne pytanie do tęgich głów z wyżej wymienionych piśmideł!

A tak już zupełnie na poważnie – mamy tu doskonałe przykłady, jak można kreować i bardzo długo podtrzymywać sztuczną rzeczywistość. Iluż to niby mądrych, wykształconych i rozsądnych w Polsce brało ją za coś zupełnie realnego. Trzeba dopiero czasu i większego politycznego tąpnięcia, żeby taki uporczywie lansowany mit upadł na dobre…

Andrzej Turek