Unijnych miraży R. Sikorskiego c.d.

Od dłuższego już czasu minister spraw zagranicznych III RP, p. Radosław Sikorski stara się mieścić w samej szpicy rodzimych euroentuzjastów. Kolejnym elementem jego gorącego orędownictwa na rzecz dalszego zacieśniania i pogłębiania integracji europejskiej jest wywiad udzielony przezeń niedawno (18 maja) „Gazecie Wyborczej”, w którym triumfalnie obwieścił, iż „widzi Polskę w „„grupie trzymającej w Europie władzę””, w gronie pięciu-sześciu państw, wbrew którym nie można podjąć w Unii żadnej decyzji”. Podkreślił też z wielką satysfakcją, co następuje: „(…)Jeszcze nigdy w historii nie było tak, by Zachód namawiał nas do przystąpienia do swoich klubów…”. I nie pozostawił żadnych wątpliwości, o jakie to kluby konkretnie chodzi: „(…)Jesteśmy postrzegani jako kraj, który doda eurolandowi wartości, a nie przysporzy mu problemów…”. Naturalnie p. minister widzi tę unijno-mocarstwową pozycję Polski (III RP) w perspektywie długofalowej i zastrzega się, iż „musimy mieć gospodarkę dwa razy większą od obecnej, musimy być źródłem innowacji, musimy być sami w stanie zabezpieczyć nasze bezpieczeństwo. Te cele można osiągnąć w ciągu jednego pokolenia” („Nic o Polsce bez Polski”, Magazyn Świąteczny).

Cóż, trzeba przynajmniej podziękować p. ministrowi za szczerość: wyjawia jak na spowiedzi oczekiwania swoich, i nie tylko swoich, zachodnich mocodawców – wystarczy tylko przełożyć te ogólnikowe przechwałki na język konkretów. Cóż to bowiem naprawdę znaczy: dodamy wartości, a nie przysporzymy problemów. Ano to, że, co nie daj Boże, narzucenie Polsce (III RP) euro prawdopodobnie pozwoliłoby znacznie odwlec w czasie ostateczny krach chorego pomysłu wspólnej unijnej waluty i zarazem doprowadzić ją samą do ostatecznego i całkowitego bankructwa. „(…)W tej chwili podczas każdej rozmowy z kolegami z Niemiec czy Francji słyszy się pytanie: „„A kiedy wejdziecie do strefy euro?”” (tamże). Można zrozumieć to rosnące zniecierpliwienie naszych zachodnich „przyjaciół”. Obecnie, w chwili pogłębiającego się dosłownie z dnia na dzień kryzysu eurostrefy, wchłoniecie Polski byłoby ogromnym sukcesem eurokracji, nie tylko gospodarczym, ale i polityczno-propagandowym. Na szczęście jest to na dzień dzisiejszy kwestia nie do przeskoczenia; kwestia, która wyraźnie przerasta służebne możliwości Sikorskiego, Tuska et consortes. A że sam p. minister postrzega ją akurat znacznie bardziej optymistycznie, rzecz to prosta do rozszyfrowania: cała jego polityczna kariera została właśnie zbudowana na przynależności do różnego rodzaju „międzynarodowych” klubów (zaczynał, jako dwudziestoparolatek, od członkowstwa w eliciarsko-snobistycznym tzw. klubie Bullingdona ), „thi tanków”, fundacji itd. Mówiąc zatem o Polsce, o rzekomych możliwościach jej „europejskiego” rozwoju i awansu, tak naprawdę cały czas myśli o sobie i swoim własnym, wąskim światku polityczno-towarzyskim.

Czy Polska (III RP) ma naprawdę szanse wejść do „grupy trzymającej w Europie władzę” (zauważmy w tym miejscu, że p. Sikorski utożsamia w zasadzie Europę z UE, tak jak gdyby takie państwa, jak szczególnie Rosja – ale nie tylko, bo po części także np. i Norwegia, Szwajcaria czy Białoruś, które też przecież mają cokolwiek do powiedzenia na naszym kontynencie, nie były w ścisłym sensie europejskimi)? Być może na papierze taka możliwość rzeczywiście istnieje. Zastanówmy się jednak, kto może w ogóle pretendować do owej grupy pięciu, sześciu wiodących krajów (nie – państw!) unijnych? Wszyscy doskonale wiedzą, kto tak naprawdę trzęsie UE – Niemcy. A poza nimi, na dalszym planie? Z pewnością Francja, zapewne Wielka Brytania, zapewne Włochy. A kto byłby ten piąty i szósty? Taka np. Hiszpania, Holandia czy Szwecja przecież tak łatwo Polsce (III RP) nie opuszczą! W imię czego? Jakie mamy nad nimi realne przewagi, poza samym faktem bycia wielkim zagłębiem taniej siły roboczej! A nawet gdyby udało się nam jakoś wcisnąć do owej piątki czy szóstki, to jaką realnie będziemy w niej grać rolę. Ano, oczywiście rolę pasa transmisyjnego polityki niemieckiej i potulnego, bezwolnego klakiera czy giermka Berlina. Będziemy więc w tej „grupie trzymającej władzę”, tylko ta władza będzie sprawowana zgoła w nie naszym interesie. Ale w niemieckich oczach Polska zawsze tylko właśnie w takim przypadku jest „wielka”, „mądra” i „rozsądna”, zaś nasz p. minister, zdaje się, taką wykładnię najzupełniej podziela. Nic to dziwnego, biorąc pod uwagę stopień jego zażyłości z niemieckimi kolegami po fachu.

Nie sposób też wyobrazić sobie, jakim to sposobem moglibyśmy w takim, skrajnie upośledzającym nas, systemie politycznym dwukrotnie powiększyć gospodarkę (nawet przyjmując jako główne kryterium PKB, na które składają się w dużej mierze zyski zagranicznych korporacji, transferowane praktycznie w całości za granicę), zwiększyć innowacyjność, czy zabezpieczyć sobie samodzielnie bezpieczeństwo od wschodniej stronie (bo w praktyce o tym właśnie mowa) w sytuacji, w sytuacji gdy w ramach przyjaznej kooperacji z UE, i w ogóle z Zachodem, zlikwidowaliśmy już na dobrą sprawę cały swój przemysł i jesteśmy na najlepszej drodze, bo zrobić to samo z polskim rolnictwem; w sytuacji gdy unijna biurokracja powoli lecz nieubłaganie wykańcza właśnie polski drobny handel i rzemiosło; gdy nakłady budżetowe na naukę od dawna plasują nas w europejskim ogonie, zaś polska (w dodatku tylko z nazwy) armia istnieje tylko na papierze, no może jeszcze gdzieś tam …w Afganistanie! Trudno chyba o bardziej skrajny przejaw „bujania w obłokach”, a mówiąc wprost – bajdurzenia. A jednak p. Sikorski paradoksalnie bardzo dobrze wie, co mówi!

Cytowany wywiad stanowi pewnego rodzaju streszczenie utrzymanego w tym samym tonie bardzo obszernego elaboratu, wygłoszonego przez R. Sikorskiego 20 marca br. w Sejmie w ramach „Informacji ministra spraw zagranicznych o zasadach polskiej polityki zagranicznej w 2013 r.”. I tutaj kreśli on i uzasadnia, sięgając przy tym głęboko w historię, wizję i potrzebę dalszego pogłębiania integracji Polski z Zachodem, która ma być dla niej rzekomo jedynym rozwiązaniem, wręcz zbawieniem. Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu kilka najbardziej wymownych stwierdzeń: „(…)Umacniamy naszą pozycję w Unii Europejskiej, która mimo kryzysu integruje się i rozszerza. (…)Jeśli w naszych wysiłkach będziemy konsekwentni, a koniunktura nadal będzie nam sprzyjać, to jak sugerują prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego (a kogóż by innego), w ciągu dwóch dekad polski PKB per capita osiągnie poziom zachodnioeuropejski. (…)Potrzebujemy jednego pokolenia bezpiecznego rozwoju, aby osiągnąć zdolności produkcyjne Zachodniej Europy i około 30 lat, aby osiągnąć jakość jej życia…”. Wniosek z tej błyskotliwej kalkulacji musi być prosty – trzeba nam co tchu ciągnąć do tego raju obiecanego, nie mitrężąc czasu na myślenie o szczegółach czy oglądanie się na boki: „(…)Będziemy mieli więc wybór – albo pozostaniemy w nurcie ściślejszej integracji gospodarczej, finansowej i politycznej, albo staniemy gdzieś z boku, zaprzepaszczając szansę na szybszy rozwój i wpływ na kształt polityk unijnych…”. Czyli, zdaniem przynajmniej naszego światowego ministra, nie mamy w praktyce tak naprawdę żadnego innego wyboru.

Niejeden, zdroworozsądkowo myślący Kowalski pomyśli, że tenże stracił do końca kontakt z rzeczywistością. Otóż, niekoniecznie. Od ładnych już kilku miesięcy różne polskojęzyczne media sączą Polakom wieści o wielkich unijnych perspektywach p. premiera Tuska i p. ministra Sikorskiego. Tego pierwszego próbuje się ponoć przymierzać do roli samego przewodniczącego KE w miejsce J. M. Barroso, zaś ten drugi ma być w grupie najpoważniejszych kandydatów do fotela szefa unijnej dyplomacji (wysokiego przedstawiciela UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa). W istocie dla Tuska ewentualne wyniesienie się z rodzimego politycznego bajora jawi się z pozoru jako doskonałe rozwiązanie, dające mu szanse nie tylko bezpiecznego kontynuowania politycznej kariery, ale nawet jej dalszego wzlotu.

Jako premier III RP w praktyce już się mocno zużył, opatrzył się, jak to mówią, ludziom, zaś możliwości dalszego „ściemniania” nadwiślańskiego ludka szybko się kurczą. Istotnie, gdy się zwróci uwagę, jak to p. premier solennie deklaruje się za pogłębianiem integracji europejskiej, jak np. ostatnio stara się, wbrew przeważającej opinii publicznej, forsować na siłę legalizację tzw. związków partnerskich, byle tylko utrzymać reputację nienagannego, wzorowego Europejczyka, to faktycznie można przyjąć, że takie myśli chodzą mu po głowie. Także i p. Merkelowej tego rodzaju marionetkowy szef KE byłby bardzo na rękę. Jednakże ewentualne osadzenie Tuska na tymże stolcu to sprawa wcale nie taka prosta, bo konkurencja duża, a interesy krajów członkowskich UE coraz bardziej sprzeczne. Przede wszystkim jednak szefowanie KE to znacznie trudniejsze zadanie niż tylko rola zarządcy polskiego baraku w eurokołchozie, zaś dotychczasowy przewodniczący Barroso był w chwili swego wyboru człowiekiem znacznie nie tylko znacznie lepiej przygotowanym (specjalista od prawa międzynarodowego), ale przede wszystkim strawnym dla wszystkim krajów członkowskich jako kandydat najdalej idącego kompromisu. W przeciwieństwie do niego D. Tusk rysuje się jako jawnie proniemiecki, a więc jego wybór może wzbudzić wielkie opory nie tylko klasy politycznej, ale i opinii publicznej w wielu krajach członkowskich, które mają już serdecznie dość rosnącej hegemonii Berlina. Szanse Tuska są więc realnie bardzo ograniczone, z czego on sam zdaje sobie doskonale sprawę, starannie kryjąc swoje myśli w tym przedmiocie.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z Sikorskim jako ewentualnym następcą nieudolnej baronnesy C. Ashton. W porównaniu z nią może on pochwalić się nie tylko nieporównanie bardziej reprezentacyjnym wyglądem, ale też i, przynajmniej na papierze, wcale niemniejszymi kwalifikacjami i przygotowaniem. Jest też, w odróżnieniu od Tuska, politykiem na wskroś „światowym”, czuje się w tej roli niczym ryba w wodzie z racji swego życiorysu oraz posiadanych znajomości i koneksji – także rodzinnych. Dał zresztą już wyraz swoim ciągotom i aspiracjom w obszarze globalnej polityki, próbując w 2009 r. dostać się na wysoce eksponowane stanowisko sekretarza generalnego NATO. Musiał jednak wtedy ustąpić ówczesnemu premierowi Danii A.F. Rassmusenowi. Tak więc objęcie funkcji sternika unijnej dyplomacji stanowiłoby dla niego w pewnym sensie rekompensatę za tamtą dotkliwą porażkę. Jest to tym bardziej możliwe, że, w odróżnieniu od szefostwa KE, jest to posada w dużej mierze fasadowa, dekoracyjna, można wręcz powiedzieć – papierowa.

Wydaje się, że bardzo prawdopodobny jest scenariusz w ramach którego Tusk w odpowiednim momencie – z motywów oczywiście natury nadrzędnej – oficjalnie zrezygnuje z chęci przewodniczenia UE w zamian za namaszczenie swego ministra. Takie rozwiązanie będzie propagandowo przedstawione jako wielki ukłon Brukseli i całej „starej” Unii względem „nowej” i wielkie wyróżnienie dla samej Polski (III RP). Łatwo wyobrazić sobie huczącą propagandę, jacy to jesteśmy w UE ważni i wpływowi i jak bardzo tam nas doceniają. Przy takim obrocie sytuacji nikt nie będzie czekał aż na podwojenie się „naszego” PKB, ale z miejsca ogłosi się jako pewnik, że już weszliśmy do „grupy trzymającej władzę”.

Sam zainteresowany doskonale zdaje sobie z tego sprawę i też nie zasypia gruszek w popiele – stara się usilnie stymulować wychodzącą mu naprzeciw koniunkturę. W jaki sposób? Ano powtarzając bezustannie to, co mile łechce ucho jego ewentualnych unijnych protektorów i elektorów. W tym to głównie kontekście należy, jak się wydaje, postrzegać jego słynną mowę w Berlinie (listopad 2011 r.), w której w całej pełni zaakceptował absolutnie wiodącą rolę i przywództwo Niemiec w targanej kryzysem Unii, ba – przelicytował w tym zakresie nawet samych polityków niemieckich. W tym to kontekście należy też widzieć jego ścisłą symbiozę ze swoimi niemieckimi kolegami (a zarazem pryncypałami) po fachu: najpierw z goszczonym hucznie na ministerskich włościach w Chobielinie (kwiecień 2008 r.) socjaldemokratą Frankiem-Walterem Steinmeierem, a obecnie z jego następcą, liberałem i jawnym homoseksualistą, Guido Westerwelle. To nie tylko symptom ścisłego podporządkowania (w oficjalnym języku: uzgadniania albo konsultowania) polityki zagranicznej, o ile może być w ogóle o takiej mowa, III RP wytycznym berlińskim, ale zarazem też doskonały sposób na budowanie własnej osobistej pozycji w UE.

Można więc pokusić się o przypuszczenie, że i przytoczone powyżej euroentuzjastyczne wywody, tak prasowe, jak i sejmowe, mają za głównego odbiorcę nie tyle polską opinię publiczną, co szeroko pojętą eurokrację, której p. minister musi zadokumentować swoją absolutną ortodoksję i bezwarunkowe przylgnięcie do unijnych dogmatów. W tym sensie można i trzeba patrzeć na lansowane przezeń wizje z niejakim przymrużeniem oka.

Nie oznacza to jednak wcale, że ewentualne namaszczenie Radosława Sikorskiego na unijnego „ministra” spraw zagranicznych jest sprawą błahą. Bynajmniej – będzie to oznaczać znaczące przesunięcie wektorów polityki unijnej w kierunku współpracy euroatlantyckiej nie tyle może za sprawą samego jego formatu osobistego, co bardzo rozległych powiązań i kontaktów z określonymi czynnikami wpływu w USA i Wlk. Brytanii. W tym kontekście trudno uznać niedawne nieoficjalne przecieki z Kremla o jego domniemanych związkach z CIA i M16 za czysty przypadek. To znak, że Moskwa ewidentnie sobie tej nominacji Sikorskiego nie życzy, uznaje ją za niewygodną a nawet niebezpieczną dla siebie (chodzi głównie o program tzw. Partnerstwa Wschodniego – ukochane dziecko Sikorskiego, który zostanie naturalnie w takim wypadku jeszcze bardziej rozbujany), i że będzie usiłowała ją zablokować choćby przez tego rodzaju niewybredne próby dyskredytacji jego osoby jako bezwolnej marionetki Zachodu. Tym samym osoba ambitnego p. ministra staje się przedmiotem wcale poważnych geopolitycznych zmagań, nie mających, rzecz prosta, zgoła nic wspólnego z samą Polską i polskim interesem narodowym.

Andrzej Turek