Ułuda JOW-ów

pawel_kukizTemat to już wprawdzie mocno oklepany, od dawna wielokrotnie wałkowany, warto jednak sięgnąć do niego, rozważyć go po raz „enty”, a to z tego podstawowego powodu, że jeden z dość znaczących, a przynajmniej szeroko znanych kandydatów na urząd prezydenta III RP postanowił użyć go jako swojej głównej „lokomotywy wyborczej” (w związku z czym ponownie wypłynął na samą powierzchnię debaty publicznej). Mowa oczywiście o p. Pawle Kukizie. Wedle wymienionego to właśnie Jednomandatowe Okręgi Wyborcze mają stanowić najlepsze i właściwie jedyne dostępne remedium na największe patologie i bolączki trapiące III RP i jej obywateli. Czy taki pogląd jest zasadny i realnie osadzony w otaczającej nas rzeczywistości? Zdaniem piszącego te słowa odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi jednoznacznie – NIE. A to krótkie uzasadnienie.

Przede wszystkim nie należy przeceniać rangi i doniosłości tej propozycji. Nie jest to bowiem jakaś głębsza wizja programowa (dla Polski i Narodu Polskiego) ani też postulat przeprowadzenia jakichś zasadniczych zmian ustrojowych. Jest to tylko propagowanie i zachwalanie określonej techniki wyborczej w ramach klasycznego systemu demoliberalnego. Tyle i tylko tyle. P. Kukiz zajmuje się tym   zresztą już od dłuższego czasu, konkretnie od 2012 r., kiedy to powołał do istnienia ruch społeczny pod osobliwą nazwą Zmieleni.pl, dla którego wprowadzenie JOW-ów stało się z miejsca pierwszym punktem programu. Teraz, porywając się na kandydowanie do najwyższego stanowiska w państwie, szermuje na prawo i lewo obietnicą „przywrócenia państwa obywatelom” poprzez „skończenie z partiokracją”. W płomiennym manifeście wyborczym, eksponowanym na wyborczej stronie internetowej p. Kukiza, czytamy m.in., co następuje:

„(…)Kandyduję na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, aby móc głośno powiedzieć, że ZMIANA JEST MOŻLIWA!

Prawdziwe, a nie kosmetyczne zmiany, zaczną się od wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu. Na wzór Wielkiej Brytanii. Jeden poseł w jednym okręgu to początek odpowiedzialności w polityce. Tylko odpowiedzialni przed narodem politycy mogą wybierać uczciwych, kompetentnych i odpowiedzialnych urzędników” itd., itp. (wytł. JM.).

Trzeba na to bez żadnych ogródek odpowiedzieć, że mamy tu czynienia z przykładem wyjątkowo taniej i zarazem prostackiej propagandy, a nawet wprost demagogii wyborczej, w ramach której ów (przynajmniej nominalnie) aspirant do godności głowy państwa obiecuje naiwnym ludziom „początek odpowiedzialności w polityce”, a sam w praktyce nie poczuwa się najwidoczniej zupełnie do odpowiedzialności za wypowiadane publicznie słowa! Gdyby było inaczej, to p. Kukiz powiedziałby wtenczas uczciwie tak swoim wielbicielom, jak i potencjalnym wyborcom, iż praktyka polityczna państw, które stosują już od długiego czasu taką właśnie ordynację wyborczą, przeczy zupełnie opinii, że zaprowadzenie JOW-ów oznacza automatycznie „koniec partiokracji”. Są to zaś, tak się składa, przede wszystkim kraje anglosaskie – a więc, poza wspomnianą już Wielką Brytanię, również USA i Kanada, a z innych znaczniejszych państw – Francja.

Przykłady wszystkich wyżej wymienionych państw jasno wskazują, że funkcjonowanie JOW-ów – będących, można by rzec, klasyczną, czy też szczytową formą większościowej ordynacji wyborczej, prowadzi naturalną koleją rzeczy, a przynajmniej wybitnie sprzyja wykrystalizowaniu się i ugruntowaniu się trwałego systemu dwóch głównych partii politycznych, które wymieniają się co pewien czas w roli rządzących i opozycji – i tak w kółko. Pozostałe partie, nawet te cieszące się stosunkowo znacznym poparciem społecznym, nie odgrywają większej roli, adekwatnej do tegoż poparcia, i z reguły posiadają tylko marginalną reprezentację parlamentarną. Bardzo często są to zresztą tylko „odpryski” od tychże dwóch partii wiodących, bądź też są powiązane z nimi jako typowe partie satelickie albo tzw. afiliowane – w sumie więc służą głównie jakby celom pewnego ubogacenia, ubarwienia sceny politycznej w danym państwie (często także jako klasyczny wentyl bezpieczeństwa). Jeśli zaś są to partie uznane odgórnie za „skrajne”, „populistyczne”, czy też choćby „niepoprawne politycznie”, to są z tegoż parlamentu wykluczone całkowicie na drodze specyficznego ostracyzmu politycznego, presji medialnej, bądź specjalnie w tym celu skonstruowanych rozwiązań prawno-formalnych (klasycznym przykładem jest tu Front Narodowy we Francji). Z reguły też jedna z tych dwóch wymieniających się u władzy partii dysponuje ilością mandatów wystarczającą do samodzielnego sprawowania rządów; co najwyżej, jak to się dzieje np. we Francji, w tzw. kohabitacji z prezydentem reprezentującym drugą. Bardzo rzadko zdarza się sytuacja, że tych mandatów jednak trochę brakuje, i wtedy trzeba klecić koalicję rządzącą z jakimś innym, mniej znaczącym, trzecim ugrupowaniem.

Tak stało się po wyborach parlamentarnych w 2010 r. właśnie w Wielkiej Brytanii, kiedy to „torysi”, musieli w końcu dopuścić do współrządzenia partię Liberalnych Demokratów, która notabene w skali do liczby otrzymanych głosów uzyskała i tak bardzo mizerną reprezentacją parlamentarną – dla porównania wspomniani „torysi” uzyskali w przybliżeniu 10,7 mln głosów, co przełożyło się na 307 mandatów, zaś Liberalni Demokraci przy 6,8 mln poparcia otrzymali tylko 57 mandatów! Warto zresztą w tym miejscu dodać, że LD byli od długiego już czasu bezsprzeczną trzecią siła polityczną w tym kraju, legitymującą się stałym, co najmniej kilkunastoprocentowym poparciem wyborczym, a mimo to pozbawioną nie tylko możliwości uczestnictwa w rządach, ale nawet realnego wpływu na nie. W tej sytuacji nie może dziwić, że pierwszym głoszonym przez nich postulatem była zawsze nieodmiennie zmiana ordynacji większościowej na … proporcjonalną, rzecz prosta – bez najmniejszych szans realizacji.

Nie występują natomiast w państwach stosujących system JOW zupełnie sytuacje, gdy dochodzi – jak np. w Niemczech, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna – do zawiązania tzw. wielkiej koalicji. Ten system bowiem w zasadzie z góry takie rozwiązanie eliminuje i wyklucza, a gdy nawet zachodzi ku temu teoretyczna możliwość i sposobność, to wówczas obydwie rywalizujące ze sobą główne partie i tak nie są nią absolutnie zainteresowane, gdyż niosłoby to za sobą bardzo niepożądane z punktu widzenia ich własnych długofalowych interesów ryzyko szybkiego urośnięcia trzeciej (lub też kolejnych) partii i tym sposobem faktycznego przemodelowania sceny politycznej równającego się utracie skrzętnie pilnowanego monopolu na naprzemienne rządzenie i grzanie ław opozycyjnych. O jakimkolwiek zaś przypadku, żeby jakiś kraj/państwo o „demokratycznym” systemie rządów obywał się zupełnie bez partii politycznych, albo żeby tylko doszło tam do jakiegoś znaczącego pomniejszenia ich roli, żeby to „lud” czy też jakaś bliżej nieokreślona, enigmatyczna grupa obywateli decydowała bezpośrednio o najważniejszych kwestiach politycznych, tego jeszcze najnowsza historia świata nie zanotowała.

Oczywiście, ani p. Kukiz, ani wcześniejsi animatorzy i przywódcy ruchu na rzecz JOW-ów, którego historia w Polsce sięga już dobrych kilkunastu lat, nie dążą wprost do likwidacji partii politycznych. Oni chcą tylko ograniczyć skalę „partyjniactwa”, chcą przede wszystkim doprowadzić do tego, by dany pojedynczy poseł stał się mniej uzależniony od władz własnej partii, natomiast bardziej zależny i zobowiązany względem wyborców, którzy powierzyli mu swe głosy i od których w pierwszym rzędzie powinna zależeć jego reelekcja. Chcą również – biorąc ze słów – umożliwić start w wyborach i tym samym możliwość kariery politycznej kandydatom całkowicie niezależnym, bezpartyjnym. Na papierze, w teorii wygląda to pociągająco. Ale znowuż nasuwa się pytanie: jak to przekłada się na praktykę?

Otóż, przywołana już praktyka wspomnianych krajów z JOW-ami wskazuje, że nie istnieje praktycznie kategoria posła czy deputowanego „niezależnego”. Owszem, taki pryncypialnie niezależny kandydat może sobie startować, ale zazwyczaj nie kończy wyborów z pozytywnym skutkiem, a jeśli nawet szczęśliwie uda mu się zdobyć wymarzony mandat, to i tak rychło musi praktycznie z owej niezależności zrezygnować i podczepić się pod jedną z partii wiodących. W przeciwnym bowiem wypadku zakończy swoją przygodę z parlamentarną ławką tylko na jednej kadencji, albo i wcześniej. Dlaczego? Przyczyna jest bardzo prosta. Dany kandydat, występując ze swoim programem wyborczym, składa swojemu elektoratowi konkretne obietnice wyborcze, obiecuje zrobić to i tamto. Nie ma jednak przecież najmniejszych szans na choćby częściowe spełnienie tych zapowiedzi i obietnic w pojedynkę, czy też w łączności z paru podobnymi sobie indywidualistami. Jak już wspomniałem – musi się więc odpowiednio „zaczepić”. I co z tego wychodzi? Owszem, jest niezaprzeczalnym faktem, że musi się znacznie bardziej poważnie liczyć ze swoimi wyborcami, jednakże równolegle dalej podlega wpływowi i dyspozycjom partyjnych szefów. Jeśli będzie próbował nadmiernie im „fikać”, to ci po prostu najzwyczajniej w świecie nie wystawią go w kolejnych wyborach jako kandydata tejże partii, zastępując go kimś innym. Oczywiście, może on wtenczas teoretycznie zmienić barwy partyjne albo znowu wrócić do formuły oficjalnej niezależności, jednak wystawia się w takim wypadku na wielkie, a zupełnie niepotrzebne przecież ryzyko utraty posmakowanych już politycznych konfitur. A kto będzie skłonny w takiej sytuacji do podejmowania nadmiernego ryzyka! W praktyce zatem wszyscy liczący się i nastawieni realnie na wyborczy sukces kandydaci są zmuszeni wchodzić w szerokie polityczne porozumienia wyborcze jeszcze przed wyborami. Na gruncie politologii funkcjonuje nawet tzw. prawo Duvergera, które mówi, że wybory w oparciu o ordynację większościową prowadzą wcześniej czy później – a raczej właśnie wcześniej – do ukształtowania się typowo dwupartyjnego kształtu sceny politycznej w każdym państwie, które ją zastosuje.

Oczywiście, są to partie o trochę innym charakterze niż te funkcjonujące u nas obecnie, a więc nie aż tak jaskrawo „wodzowskie”, lecz partie „szerokie”, wielonurtowe, zbudowane z kilku wyraźnie różniących się frakcji nie tylko w oparciu o personalia, ale i wyraźne różnice programowe, albo wręcz nawet swego rodzaju federacje mieszczące w sobie, jak np. brytyjska Partia Pracy, szereg organizacji afiliowanych: związków zawodowych, stowarzyszeń, towarzystw społecznych itd., niemniej „partyjniactwo” nadal obowiązuje i króluje, tylko może w nieco luźniejszej formie.

Co warto podkreślić, przywołane już doświadczenia krajów stosujących system JOW jak na dłoni pokazują, że jest on morderczą wprost barierą dla mniejszych, a posiadających potencjalnie znacznie większe możliwości i społeczne zaplecze partii politycznych, a zwłaszcza świeżo rodzących się inicjatyw politycznych. Nie bez powodu już Roman Dmowski odnotowywał (w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa”), że w Wielkiej Brytanii niezmiernie trudno jest założyć nowy dziennik, a co dopiero partię polityczną. Istotnie, jeśli się przyjrzymy wynikom kolejnych wyborów do brytyjskiej Izby Gmin, to rzuca się w oczy, że po kilka mandatów uzyskują, pomimo marginalnego w zasadzie poparcia, ugrupowania reprezentujące ludność szkocką, walijską, irlandzką, czy nawet północnoirlandzkich tzw. unionistów. Są to wszystko – można tak powiedzieć – partie mniejszości narodowych, często jeszcze dodatkowo o podkładzie religijnym (czynnik szczególnie ważny na obszarze Irlandii Północnej), a przede wszystkim regionalnym. Mają one swoich reprezentantów w parlamencie tylko dzięki posiadaniu silnie skoncentrowanej, skupionej bazy politycznej w stosunkowo nielicznych, wybranych okręgach wyborczych. Natomiast obydwie znaczące brytyjskie partie o charakterze nacjonalistycznym, czyli Brytyjska Partia Narodowa (z ang: BNP), a zwłaszcza Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (z ang: UKIP), domagająca się wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, nie posiadają jakichkolwiek reprezentantów w rodzimym parlamencie, mimo że notują nieporównanie większe poparcie, i całkiem dobrze (zwłaszcza UKIP) radzą sobie w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Jest w ogóle niezbitym faktem, że wybory na zasadzie JOW stanowią szczególne utrudnienie dla działalności i wzrostu wpływów partii zaszufladkowanych przez establishment jako „skrajne”, czy też, ściślej mówiąc, „skrajnie prawicowe”. Sprawia to przede wszystkim zjawisko tzw. głosów straconych. W klasycznej, jednorundowej postaci JOW obowiązuje bowiem prościutka zasada – „zwycięzca bierze wszystko”. Może się zatem zdarzyć, zwłaszcza przy mnogości startujących kandydatów, takie rozstrzygnięcie wyborcze, że przechodzi kandydat ze stosunkowo niewielkim poparciem względnym – np. 28 %. Tuż za nim plasuje się zaś kilku kandydatów z poparciem nie tak znów wiele mniejszym – np. 25%, 20 % i 17%. Otóż, wtedy nie tylko ci kandydaci muszą obejść się smakiem, ale i zdecydowana większość aktywnych wyborców tego okręgu zostaje automatycznie pozbawiona własnej reprezentacji w parlamencie (co w JOW-ach zdarza się bardzo często). To zagrożenie samo w sobie skłania, albo nawet wręcz wymusza oddawanie głosu na ustaloną już opcję większościową w kategoriach jedynego „racjonalnego” wyboru. Przypuśćmy, że np. jakiś Anglik jest zadeklarowanym zwolennikiem UKIP, ale w jego okręgu partia ta jest akurat relatywnie słaba, natomiast Partia Konserwatywna i Partia Pracy posiadają mniej więcej porównywalne wpływy. Jest zatem do przewidzenia, że z dużą dozą prawdopodobieństwa zagłosuje na konserwatystów ze względu choćby na ich wyraźnie większy „eurosceptycyzm”. W konsekwencji jednak, gdy takie sytuacje powtórzą się licznie w wielu okręgach, UKIP nie uzyska absolutnie wyniku odpowiadającego poziomowi jej aktualnych społecznych wpływów. I tak nieuchronnie dochodzimy do sławetnej, mocno u nas już ugruntowanej, ba, nawet poświęconej kropidłem zasady „mniejszego zła”, która w ordynacji większościowej, zwłaszcza w klasycznych JOW-ach, nabiera jeszcze większego znaczenia, jeszcze większego ciężaru gatunkowego niż w obowiązującej obecnie proporcjonalnej. Czy tego właśnie nam potrzeba?

Oczywiście, istnieją środki i sposoby pozwalające w pewnym stopniu neutralizować tę niewątpliwie czołową wadę JOW, jak choćby tzw. system głosu alternatywnego albo też przeprowadzanie wyborów w kilku (dwóch) turach. Zobaczmy jednak znowu, jak to praktycznie działa. System głosu alternatywnego nie jest stosowany w żadnym z w/w państw, jest stosowany natomiast w Australii. Pomimo niekwestionowanych zalet, metoda ta ma jednak także i podstawową wadę: dość skomplikowany i zawiły sposób liczenia głosów – do naszych warunków za bardzo więc się nie nadaje. Jeśli chodzi o wybory przeprowadzane w dwóch turach, to dają one, co prawda, możliwość wyłonienia zwycięzcy legitymującego się zazwyczaj znacznie większym poparciem społecznym, ale ich podtekst i praktyczne konsekwencje mogą być bardzo różne. To rozwiązanie jest stosowane akurat właśnie we Francji, a zostało wprowadzone tak naprawdę tylko w jednym bardzo konkretnym celu – wyizolowania i zablokowania rosnącego szybko w siłę Frontu Narodowego Jeana-Marie Le Pena. Gdy bowiem w wyborach parlamentarnych 1986 r. (przeprowadzonych akurat wyjątkowo na zasadach ordynacji proporcjonalnej) ta nacjonalistycznie nastawiona, antyemigrancka, co gorzej zaś, „ksenofobiczna” i „antysemicka” partia uzyskała ok. 10% poparcia, co dało jej 35 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym, a w ślad za tym poszły także sukcesy w wyborach prezydenckich i europejskich, tamtejszy establishment przestraszył się nie na żarty. I co wymyślono w celu zneutralizowania FN – ano, nic innego, jak tylko przywrócenie obowiązującej od 1958 r. ordynacji … większościowej (JOW-y z dwoma turami).

Skutek okazał się niezawodny: mimo utrzymywania stabilnego poziomu co najmniej kilkunastoprocentowego poparcia społecznego i takich samych wyników w wyborach do PE, Front Narodowy został trwale wyrzucony z francuskiego parlamentu. Dopiero relatywnie niedawno (w wyborach parlamentarnych 2012 r.) zdołał wprowadzić tam śladową (2) liczbę swych reprezentantów. Jak to było możliwe? Ano, w parze z przywróconą ordynacją większościową zastosowano wobec niego jeszcze dodatkowo – już nieformalnie, niemniej bardzo skutecznie – niepisaną zasadę „koalicyjnej blokady zaporowej”. W jej ramach wszystkie części składowe francuskiej sceny politycznej, od trockistów i komunistów, przez bardziej umiarkowaną lewicę i różnego rodzaju ugrupowania centrum, aż po tzw. umiarkowaną, cywilizowaną centroprawicę sprzymierzały się konsekwentnie ze sobą przeciwko kandydatowi FN wszędzie tam, gdzie uzyskał on dobry wynik w pierwszej turze i wszedł do drugiej. Rezultat był taki, że do owej drugiej tury wchodziła znaczna liczba kandydatów tej partii, zaś do parlamentu – żaden. Ten polityczny ostracyzm i cicha (a momentami nawet głośna) zmowa tak bardzo różniących się na pozór partii i pomniejszych partyjek w połączeniu z rutynową medialną nagonką robiły swoje. Żeby sobie jeszcze bardziej ułatwić sytuację i dodatkowo zamaskować niecny proceder, umówiono się tak samo po cichu, że nie ma potrzeby oficjalnego liczenia i podawania do wiadomości publicznej wyników wyborów na poziomie całego kraju, a jedynie w konkretnych okręgach wyborczych. W tym samym czasie różne ekstremalne nurty lewicy, czy choćby „zieloni”, miały cały czas swoją skromną reprezentację we francuskim parlamencie, pomimo że zbierały nawet osiem razy mniej głosów niż FN!!! Po prostu zawierały one przedwyborcze porozumienia z socjalistami, którzy niejako z góry „odstępowali” im pewne okręgi wyborcze, rezygnując z obsadzania ich swoimi kandydatami i popierając bez większego hałasu właśnie owych trockistów itp. W zamian za tę przysługę stawały one m.in. zawsze karnie w szeregach owej antynacjonalistycznej „blokady zaporowej”.

Jak z tego widać, wybory na zasadach JOW bynajmniej nie wykluczają różnych partyjnych gier i realizowanych całkowicie ponad głowami wyborców politycznych machinacji, nieraz bardzo cynicznych i wyrafinowanych. Można by zadać sobie nawet (dotyczy to zwłaszcza miejscowych zwolenników JOW, a zarazem szczerych polskich patriotów) w tym miejscu pytanie: czy owa perfidna eliminacja FN z parlamentu wyszła Francji na dobre, czy raczej na złe? W każdym bądź razie na tym przykładzie widać doskonale, że JOW-y mogą wybitnie sprzyjać jawnej dyskryminacji ugrupowań nie pasujących siłom ustanowionym pod względem światopoglądowym czy ideowym.

Ci (zwolennicy JOW-ów) odpowiedzą pewnie na to, że przecież system ten ma również swoje wielkie zalety – przede wszystkim nareszcie powszechnie wiadomo, kto reprezentuje dany okręg, określone terytorium w parlamencie i ponosi z tego tytułu odpowiedzialność. W dodatku odpada praktycznie możliwość zaistnienia fałszerstw i matactw wyborczych. To prawda. Co nam, Polakom przyjdzie jednak z tego, że wybory będą owszem przejrzyste i uczciwe, gdy w ich wyniku w gmachu na Wiejskiej znajdą się i tak w zdecydowanej większości ludzie nie respektujący polskiej racji stanu, lub też pojmujący ją w sposób opaczny, a nawet wręcz karykaturalny.

Na czym opieram ową pesymistyczną prognozę? Przede wszystkim na niskiej (a często nawet bardzo niskiej) świadomości politycznej i obywatelskiej zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa. Jak już chyba dość czytelnie wynika z powyższych refleksji, kluczowy dla dalszego rozwoju wypadków byłby sam moment startu owego systemu JOW – kto bowiem raz dobrze się osadzi i zafunkcjonuje w tym systemie, tego potem bardzo trudno jest z niego „wygryźć”. Przegrany na samym starcie zostanie zaś – wprost przeciwnie – etatowym politycznym marginesem. Postawmy sobie zatem w tym kontekście zasadnicze pytanie, czy w tym momencie znalazła by się (piszę tu zaś i myślę o Narodzie Polskim) dostateczna liczba potencjalnych kandydatów rzeczywiście niezależnych, nie uwiązanych u żadnej klamki partyjnej, i do tego jeszcze z jakim takim obyciem i doświadczeniem politycznym (a także z odpowiednimi cechami charakterologicznymi). Odpowiedź jest jednoznaczna – NIE. Jeśli nawet takie osoby są, to w liczbie absolutnie niedostatecznej dla skutecznego przeciwstawienia się panoszącym się obecnie klikom partyjnym, których macki sięgnęły i przeżarły już do samych podstaw cały system samorządowy. Kliki te zaś dysponują i wytresowanymi (w robieniu wyborców w „konia”) kadrami ludzkimi, i pieniędzmi, i większymi lub mniejsze mediami, które cały czas wiernie im sekundują. Na dodatek zaś, w ostateczności, mogą się jeszcze przecież zmówić po cichu ze sobą pod jakimś stołem czy mniejszym stolikiem, aby wspólnym wysiłkiem „wyciąć” zręcznie niepożądaną konkurencję!

Wracając jeszcze do tych zagranicznych obserwacji i uwzględniając również specyfikę krajową, można by raczej przypuszczać, że JOW byłby w naszych warunkach systemem korzystnym dla zakamuflowanych mniejszości narodowych, skupionych na stosunkowo zwartych obszarach, jak też dla różnej maści regionalistów i miłośników „małych Ojczyzn” – co siłą rzeczy prowadziłoby do jeszcze większego rozwadniania, rozkładu i szybko postępującego demontażu i tak już istniejącego w większej mierze tylko na papierze polskiego państwa. Czyli byłby potencjalnie z korzyścią np. dla różnej maści śląskich regionalistów, czy nawet otwartych „autonomistów” z RAŚ.

Na to nakłada się jeszcze kwestia realnego uzależnienia kandydata, a następnie posła od woli wyborców – w założeniu, teoretycznie biorąc, godna tylko pochwały. Należy jednak wziąć tu pod uwagę ten rzadko poruszany czynnik, że przy obecnym poziomie świadomości politycznej przytłaczającej większości naszych rodaków, przy praktycznym upadku idei państwowej i postępującym zaniku nawet narodowego instynktu samozachowawczego, to ściślejsze uzależnienie posła od woli wyborców prowadziłoby w praktyce paradoksalnie do sytuacji, że absolutnym priorytetem stałaby się realizacja różnych celów i potrzeb typowo lokalnych, zupełnie bez uwzględniania, a nawet otwarcie przeciw całościowo pojętej polskiej racji stanu. Czyli trochę tak, jak w Sejmie I Rzeczypospolitej – w dobie panowania niechlubnego liberum veto. Cóż, wrogowie Polski mogliby temu chyba tylko przyklasnąć…

Konkludując, należy jednoznacznie stwierdzić, że obietnice p. Kukiza w stylu: „wprowadźmy JOW-y, a wszystko od razu zmieni się na lepsze niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” mieszczą się w kategorii zwykłych „gruszek na wierzbie”, niezależnie, czy podłożem jest tu rażącą niekompetencja, ignorancja i nieodpowiedzialność ich autora, czy też najzupełniej celowa manipulacja ogłupionymi wyborcami. Oczywiście, sam p. Kukiz zdaje sobie doskonale sprawę, że ta kwestia teraz nie przejdzie. Może jednak przejść za kilka lat, gdy do cna skompromitowane partie systemowe będą potrzebowały jakiegoś koła ratunkowego. I wtedy zaordynuje się Polakom rzekomą „odnowę” w postaci tychże JOW-ów w myśl osławionej zasady, że „czasem trzeba wiele zmienić, by wszystko zostało przy staremu”.

Są potencjalnie inne, lepsze, bardziej wymiernie sposoby ograniczenia „partyjniactwa” w naszych warunkach, a więc np.: zniesienie finansowania partii z budżetu państwa – co właśnie daje ogromną przewagę partiom establishmentowym i jest bodaj główną przyczyną całej patologii. Dalej – zupełne zniesienie, a przynajmniej znaczące obniżenie progów wyborczych, przykładowo do 2 lub choćby nawet 3 %, całkowity zakaz lub przynajmniej częściowe ograniczenie publikowania w określonym czasie poprzedzającym wybory tzw. sondaży przedwyborczych.

Dajmy sobie natomiast już teraz spokój z tym anglosaskim zapożyczeniem (JOW-ami). Zaimportowaliśmy ich już i tak dostatecznie dużo…

Jan Matusiewicz