Ukraiński dramat (medialny)

Taki to dramatyczny scenariusz zaserwowały w ostatnim czasie swoim odbiorcom prawie wszystkie polskojęzyczne media. Chcąc najwyraźniej przetestować praktycznie stopień ich wytrzymałości psychicznej, prowadziły ich z jednej skrajności prosto w drugą skrajność. Najpierw, przez kilka dni, prawie że skakano w górę z nieskrywanej radości, głośno trąbiono o przesądzonym już jakoby „europejskim” wyborze Ukrainy i tym samym w zasadzie pewnej już klęsce rosyjskiego „imperializmu”, wieszczono nawet tu i ówdzie początek końca reżimu Władimira Putina, a niektórzy wzięli się nawet do wstępnego prognozowania możliwości zaistnienia kolejnych „Majdanów” w Mińsku i wreszcie w Moskwie. Nie trzeba było jednak wiele czasu, by w miejsce tego klimatu nieskrywanej satysfakcji, a nawet wprost euforii pojawił się naprzód klimat rosnącej niepewności; a potem zaś szybko przyszła atmosfera prawdziwej grozy, atmosfera wiszącej w powietrzu rosyjskiej interwencji zbrojnej na Ukrainie, ze złowrogą wizją rosyjskich czołgów zbliżających się ku polskiej granicy na Bugu włącznie.

Oczywiście, trudno posądzać kogokolwiek, by starał się tak całkiem celowo, z pełną premedytacją, szarpać nerwami swoich widzów, słuchaczy i czytelników. To nagła, zdecydowana kontrakcja polityczno-militarna Rosji, tak na samym Krymie, jak i w wymiarze całej Ukrainy, spowodowała ten nagły przeskok. Europejska i światowa polityka po raz kolejny przerosła zdecydowanie wyobraźnię całego tabunu rozmaitych ekspertów i analityków. Czy można było tę rosyjską kontrakcję przewidzieć? Myślę, że w znacznym stopniu tak. Tylko ktoś skrajnie naiwny mógł zakładać, że Rosja da sobie tak łatwo wydrzeć bazy morskie na Krymie, że da się w praktyce odepchnąć od Morza Czarnego, tylko dlatego, że ktoś w Berlinie, Waszyngtonie (czy w jeszcze innej stolicy) właśnie tego by sobie życzył. A jednak najwidoczniej na taką właśnie, względną rosyjską spolegliwość po cichu liczono, bo w przeciwnym razie nie serwowano by teraz na masową skalę polskiemu społeczeństwu kolejnej odsłony antyrosyjskiej histerii, która zresztą może być tylko jedną odpowiedzią na kompletny blamaż całego planu tzw. Partnerstwa Wschodniego i na całkowite, być może już ostateczne, fiasko całej szumnej polityki „jagiellońskiej”. Trzeba to fiasko jakoś propagandowo zaklajstrować i przysłonić.

A przecież już w chwili, gdy Janukowycz zniknął z Kijowa z atrybutami, mniejsza o to, że skompromitowanego, ale jednak wciąż legalnego prezydenta Ukrainy, i gdy niedługo potem stało się całkowicie jasne, iż znajduje się już pod czujną rosyjską „opieką”, było już niemal pewne, że Moskwa nie uzna rządu p. Jaceniuka, że nie uzna tak samo p.o. obowiązki głowy państwa p. Turczynowa – że dla niej legalnym prezydentem Ukrainy pozostanie w dalszym ciągu Wiktor Janukowycz. I że ten sam Wiktor Janukowycz dostarczy Rosji w odpowiednim momencie stosownych argumentów do podjęcia zdecydowanych działań na rzecz zabezpieczenia jej podstawowych interesów na Ukrainie. Tylko głupiec mógł również zakładać, że Rosja po to oficjalnie uchwalała w 2008 r. tzw. doktrynę bezpieczeństwa FR, firmowaną nazwiskiem ówczesnego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, zastrzegając sobie w niej wyraźnie prawo obrony ludności rosyjskojęzycznej w krajach „bliskiej zagranicy” (może chodzić o państwa członkowskie WNP, jak i o całość terytorium b. ZSRR), by teraz przejść nad nią do porządku dziennego, i nie skorzystać z okazji, by pokazać całemu światu, że także i ona jest państwem, a raczej mocarstwem poważnym. Tym bardziej, że w gorącej wodzie kąpani przywódcy ukraińskich nacjonalistów sami stworzyli ku temu znakomite wprost preteksty!

Nietrudno było również przewidzieć, że Putin musi tak po prostu jakoś zareagować, bo inaczej zwyczajnie utraci twarz w oczach własnego narodu. To zresztą tyczy się nie tylko samego Putina, ale i np. uważanego powszechnie za znacznie bardziej liberalnego i ogólnie ustępliwego Miedwiediewa (który musi przecież szczególnie dbać o wypełnianie doktryny, którą osobiście podpisał!) i w ogóle całej, szeroko pojętej rosyjskiej elity politycznej, bez względu na jej takie czy inne zabarwienie polityczne. To, że w Rosji panuje system rządów autokratycznych, nie oznacza jeszcze bynajmniej, że władza nie musi liczyć się opinią publiczną, tak zaś gotowa jest ponieść nawet wielkie ofiary i wyrzeczenia w imię obrony „naszych”.

Tym, co było dużym zaskoczeniem – myślę, że w sumie dla wszystkich, także i dla niżej podpisanego, ale w sumie najbardziej dla rozmaitego typu zdeklarowanych rusofobów – to były nagłość, szybkość, zdecydowanie i determinacja, cechujące rozwijającą się dosłownie z godziny na godzinę rosyjską akcję faktycznego przejęcia całkowitej kontroli militarnej nad Krymem. Drugim zaskoczeniem – bardzo in minus dla fanatycznych wyznawców i realizatorów tejże polityki „jagiellońskiej”, była uderzająca bezradność nowych władz w Kijowie oraz kompletna indolencja i pasywność sił ukraińskich rozlokowanych na samym Krymie, które z reguły bez większych ceregieli poskładały broń. Potwierdziło się po raz kolejny, że armia zrewoltowana czy też tylko głęboko zdemoralizowana biernym staniem w koszarach, podczas gdy w państwie rozwija się coraz większa anarchia i bezprawie, staje się armią tylko na papierze.

Trzecim wreszcie zaskoczeniem, chyba najbardziej niemiłym dla praktycznie całej rodzimej klasy rządzącej, okazała się daleko posunięta bezradność niby wszechmocnego Zachodu, w tym nieoficjalnie patronujących „Majdanowi” USA i Niemiec. Jedyną jego odpowiedzią na rosyjską demonstrację siły okazały się być zapowiedzi bliżej nie sprecyzowanych sankcji i różnego rodzaju ogólnikowe pogróżki, nad którymi Kreml przeszedł po prostu do porządku dziennego. „Rosja jest gotowa gościć tegoroczny szczyt G8, ale jeśli zachodni liderzy nie chcą na niego przyjechać, to nie muszą” – oświadczył na dzisiejszej konferencji prasowej (4 marca 2014 r.) W. Putin. I to jest właśnie chyba najbardziej zaskakujące nie tylko dla rodzimego establishmentu, ale i dla elit politycznych państw zachodnich.

Tak twardym i bezpośrednim językiem współczesna Rosja jeszcze nie przemawiała, nawet podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 r., którą potraktowano koniec końców tylko jako konflikt zbrojny, starcie wpływów gdzieś tam na głębokich peryferiach. Potem był dość długi „reset” w czasie prezydenckiej kadencji Miedwiediewa. Także i początek obecnej kadencji prezydenckiej Putina, choć charakteryzujący się wyraźnym zaostrzeniem stosunków z Zachodem, włącznie z jego punktem szczytowym, związanym z otwartą fazą konfliktu wokół Syrii z sierpnia-września ub. roku, wcale jeszcze nie przesądzał o rozwijającym się na naszych oczach scenariuszu. Zachodni przywódcy (USA, UE, NATO) zdawali sobie cały czas doskonale sprawę z tego, że nie dysponują realnie żadnymi możliwościami przeciwstawienia się Rosji, gdy ta zdecydowała się użyć siły militarnej na Ukrainie, czy to bezpośrednio, czy też tylko w roli straszaka. Liczyli jednak, że ich zdecydowana ofensywa dyplomatyczna, że sama groźba izolacji Rosji na arenie międzynarodowej, że postraszenie jej zerwaniem czy też ograniczeniem współpracy gospodarczej, że takie czy inne ostracyzmy – wystarczą. Nie wystarczyły. Rosji, pozostającej w dobrych relacjach z Chinami, nie da się już skutecznie wyizolować. „My jesteśmy gotowi nadal z wami współpracować, ale skoro nie chcecie, to trudno, wasza wola – obejdziemy się i bez was”. Takie to mniej więcej proste przesłanie płynie ze wspomnianej już konferencji prasowej rosyjskiego przywódcy.

Warto w tym miejscu zauważyć, iż Rosja ma o tyle ułatwioną możliwość rozgrywania kwestii ukraińskiej po swojej myśli, że, prócz będącej pod ręką siły militarnej, dysponuje też całym szeregiem argumentów natury dyplomatyczno-proceduralnej. Jest, co prawda, sama przez praktycznie cały Zachód ciężko oskarżana m.in. o złamanie karty Narodów Zjednoczonych, a także dwustronnych porozumień rosyjsko-ukraińskich, w tym układu z 5 grudnia 1994 r., z udziałem niej samej, a także USA i Wielkiej Brytanii, na mocy którego Ukraina, w zamian za oddanie znajdującej się na jej terytorium broni jądrowej, uzyskała gwarancje integralności swych granic ze strony wszystkich trzech mocarstw-sygnatariuszy. Jest to jednak umowa z dość niskiej półki prawa międzynarodowego, w dodatku Rosja w sensie ścisłym wcale tej umowy dotąd nie złamała. Owszem, balansowała i balansuje cały czas na jej krawędzi, ale można mocno wątpić, czy kompetentny i zarazem obiektywny specjalista w tym zakresie stwierdziłby i udowodniłby jej otwarte naruszenie.

W ogóle jeśli chodzi o wymachiwanie tak prawem międzynarodowym, jak i prawem Ukrainy do samostanowienia, strona zachodnia podejmuje wyjątkowo nieszczerą i bardzo dla siebie ryzykowną grę. Czyż to właśnie nie ona, z kluczową w tym zakresie rolą USA, przeprowadziła całą serii brutalnych agresji zbrojnych na suwerenne państwa, niekiedy pod całkowicie zmyślonymi pretekstami. Wystarczy tu wyliczyć: Serbia, Afganistan, Irak, Libia. Tak się zresztą składa, że w tym ostatnim przypadku doszło, zdaje się, do bezceremonialnej, umyślnej nadinterpretacji i cynicznego „przekręcenia” stosownej rezolucji RB ONZ. Rosja została tym chytrym zabiegiem najzwyczajniej „wydutkana” i mogła sobie tylko bezsilnie protestować. Dziś jednak może w każdym momencie wypomnieć zachodnim „partnerom” ową perfidną manipulację.

Może im także, w kontekście samego Krymu, wypomnieć przypadek Kosowa, które oderwano od państwa serbskiego metodą czysto siłową, przy zastosowaniu głównie zmasowanych nalotów lotniczych, od których mocno ucierpiała również serbska ludność cywilna. Następnie doprowadzono do powstania na tym obszarze nominalnie niepodległego państwa albańskiego, a w praktyce nieformalnego protektoratu USA, a po części także i UE. Wszelkie protesty mocno wtenczas osłabionej Rosji całkowicie zlekceważono. Ta wykorzystała już wkrótce ten precedens po wygranej wojnie z Gruzją, gdy wykreowała pozostające pod jej całkowitą kontrolą quasipaństwowe organizmy Abchazji i Osetii Płd. Wykorzysta go, w razie potrzeby, także i obecnie. Przyjdzie jej to tym łatwiej, że w jaskrawym kontraście do Kosowa, na Krymie nie ma dotąd ani jednej ofiary śmiertelnej. W tym miejscu warto również zaznaczyć, iż w oficjalnym programie Swobody – w nowym rozdaniu jednej z partii rządzących, znajduje się postulat całkowitej likwidacji autonomii krymskiej, wypowiedzenia umowy dzierżawnej i praktycznego wyprowadzenia rosyjskiej floty z Sewastopola. Jeszcze jeden ważki argument, który determinował z pewnością rosyjskie poczynania.

Na tym nie koniec. Włodarz Kremla dopiero teraz wyłożył na stół posiadane karty, podczas wspomnianej już konferencji prasowej z udziałem dość szczupłego grona dziennikarzy. Oficjalnie określił niedawne wydarzenia w Kijowie mianem „niekonstytucyjnego przewrotu i zbrojnego przejęcia władzy”, poprzedzając tą klasyfikację wymownym stwierdzeniem: „Ocena może być tylko jedna”. I dalej rozwinął wątek następująco: „Z tym nikt nawet nie próbuje polemizować. No, niby kto? Dla mnie jest jedno pytanie, na które nie mogę odpowiedzieć ani ja, ani moi koledzy (mowa o przywódcach krajów zachodnich), z którymi, jak państwo wiecie, bardzo dużo ostatnimi czasy, bardzo często omawialiśmy kwestię Ukrainy przez telefon. Pytanie brzmi: po co to było zrobione. Zauważcie państwo, przecież p. prezydent Janukowycz, przy pośrednictwie trzech ministrów spraw zagranicznych krajów europejskich: Polski, Niemiec oraz Francji, w obecności mego przedstawiciela (rzecznika praw człowieka FR, W. Łukina) podpisał między opozycją a władzą wtedy, 21 lutego, to właśnie porozumienie, w ramach którego (…) Janukowycz w zasadzie swoją władzę już oddał, zgodził się na wszystko, czego żądała opozycja. Co więcej, dał rozkaz, aby wyprowadzić wszystkie siły policyjne ze stolicy. Przecież ten rozkaz był wykonany. Pojechał na spotkanie do Charkowa, a jak tylko pojechał do Charkowa, od razu, zamiast żeby zwolnić te wcześniej już zajęte budynki administracyjne (co przewidywała wspomniana umowa), to od razu zajęto i jego rezydencję prezydencką, i budynki rządowe, zamiast tego, aby wykonać postanowienia umowy”.

Dalej Putin m.in. zręcznie argumentuje, iż sprzeczne z konstytucją działania nowych władz kijowskich wzburzyły ludność wschodniej i południowo-wschodniej części Ukrainy, a przed wszystkim dobitnie podkreśla: „Z prawnego punktu widzenia prezydentem Ukrainy jest Wiktor Janukowycz”. I właśnie ten sam Janukowycz poprosił go właśnie na piśmie o interwencję w celu zaprowadzenia ładu i porządku na Ukrainie, a w zasadzie to nawet o „udzielenie pomocy bratniemu narodowi ukraińskiemu”. Nic dodać, nic ująć – kolejny majstersztyk rosyjskiej polityki i dyplomacji – niezależnie od tego, czy ktoś się z tą argumentacją zgadza, czy nie. Proponowane zaś przez Putina i Rosję rozwiązanie kryzysu ukraińskiego, to w ogólnych zarysach powrót do wspomnianego porozumienia z 21 lutego, utworzenie rządu porozumienia narodowego, a w dalszej perspektywie uchwalenie na drodze referendum nowej konstytucji, zabezpieczającej równe prawa i poczucie bezpieczeństwa wszystkim obywatelom Ukrainy – co należy odbierać jako dość czytelny postulat federalizacji państwa. W sumie wynika z tego, iż Rosja deklaruje w tym momencie gotowość do, jak to się fachowo mówi, deeskalacji konfliktu i podjęcia dialogu politycznego z nowymi władzami w Kijowie oraz wspierającym je Zachodem, jednak na własnych warunkach. I należy raczej zakładać, że ten ostatni będzie musiał taką właśnie formułę tegoż dialogu zaakceptować – nie ma praktycznie innego wyboru (całość wystąpienia W. Putina jest dostępna m.in. na: wp.pl, wystarczy wpisać: „Konferencja prasowa Władimira Putina).

Nasuwa się w tym kontekście oczywisty wniosek, że to roznamiętniona ukraińska opozycja sama dała Rosji karty do tej gry, że sama stworzyła dogodne preteksty do jej interwencji i militarnego nacisku. Jest przecież bezdyskusyjnym faktem, że to właśnie ona pierwsza już po paru godzinach jednostronnie złamała, oficjalnie pod presją radykałów z „Majdanu”, świeżo podpisane porozumienie, żądając natychmiastowej dymisji Janukowycza. Ten w odpowiedzi ulotnił się ze stolicy. Nawet gdyby przyjąć, że interpretacja faktów w wykonaniu Putina jest dość wyraźnie naciągana, jako że Janukowycz w żadnym spotkaniu w Charkowie tak naprawdę nie uczestniczył (być może nie znalazł już tam żadnego oparcia); nawet gdyby przyjąć i tę lansowaną dość powszechnie wersję, że po prostu celowo zniknął, by w ten sposób uchylić się od podpisania przewidzianej do uchwalenia w tymże porozumieniu ustawy przywracającej konstytucję Ukrainy z 2004 r., należało przystąpić do usunięcia go z urzędu w sposób nie budzący jakichkolwiek prawnych wątpliwości.

A zatem, przy wykorzystaniu rutynowej w takich przypadkach procedury impeachmentu, a nie jakieś enigmatycznej uchwały, że przestał być prezydentem, bo porzucił swój urzędu. Tym bardziej, że z wszystkich dostępnych informacji wynika, że przegłosowano ją jeszcze przed upływem wspomnianych 48 godzin. Załóżmy tu nawet, ze wspomniana ustawa miała być w tym czasie i uchwalona, i do tego jeszcze podpisana przez prezydenta, co nie jest wcale do końca takie pewne – być może zachowywał on konstytucyjne prawo podpisania jej w znacznie dłuższym terminie. Należało w takim wypadku odczekać przynajmniej te dwie doby od momentu parafowania porozumienia i dopiero wtedy brać się do usuwania Janukowycza z prezydenckiego fotela.

Powstaje zatem zasadnicze pytanie: skąd wziął się ten pośpiech? Procedura impeachmentu wymaga przynajmniej kilka dni czasu, a tu chciano załatwić sprawę w ciągu kilku godzin. Komu zatem tak bardzo zależało na jak najszybszym ostatecznym wyeliminowaniu Janukowycza. Czy zagrały tu głównie emocje? A może brak było w tym momencie możliwości zgromadzenia dostatecznej liczby deputowanych w Werchownej Radzie dla porządnego przeprowadzenia wspomnianej procedury, co, nawiasem mówiąc, mogło wynikać z wytworzonej przez bojowników „Majdanu” atmosfery powszechnego zastraszania i terroru. A może brak było także dostatecznych dowodów, by postawić Janukowyczowi skonkretyzowane zarzuty i w rezultacie cały ten spektakl przybrałby szybko formy groteskowe? To są oczywiście tylko pytania retoryczne, na które pewnie nie uzyskamy nigdy dokładnej odpowiedzi. To jedno nie ulega wątpliwości, że ukraińska opozycja „proeuropejska” sama sobie bardzo tymi gwałtownymi, pochopnymi ruchami zaszkodziła. To nie koniec jej ewidentnych błędów. Po co było np. tak demonstracyjnie od razu, z miejsca, pozbawiać język rosyjski statusu języka urzędowego, na równi z ukraińskim? Najwidoczniej trzej muszkieterowie i ich towarzysze na serio uwierzyli, że Zachód bezwarunkowo stanie za nimi murem, co by nie robili. No, to się bardzo mocno przeliczyli!

Weźmy jeszcze bardziej kuriozalny przypadek. Gdy Rosja napięła już muskuły na całego, szef „Prawego Sektora” Dmytro Jarosz wezwał oficjalnie na pomoc czeczeńskiego terrorystę nr 1, niejakiego Doku Umarowa, w swoim czasie samozwańczego przywódcę tzw. Emiratu Kaukaskiego, przedstawiciela skrajnego (wahhabickiego) skrzydła islamskich ugrupowań terrorystycznych operujących na terytorium Rosji, współpracującego z samą Al-Ka’idą . W jaki konkretnie sposób tenże Umarow miałby pomagać dzielnym tryzubom, łatwo się domyśleć. P. Jarosz zrobił tym samym doskonałą „reklamę” ukraińskiej rewolucji „narodowej” w całym świecie.

Jakież było moje zdziwienie, gdy jeden z czołowych piewców idei „jagiellońskiej” wystąpił publicznie z taką oto sugestią, że tenże Jarosz to w ogóle taki dziwny, nieobliczalny człowiek – może nawet jakiś zakamuflowany agent Moskwy. Jak były tego rodzaju podejrzenia, to, za przeproszeniem, po jakiego grzyba było angażować tego Jarosza i jego sotnie w budowę i ochronę „Majdanu”. Wychodzi na to, że tenże Jarosz, walczący dzielnie na czele swoich bojówek na „Majdanie”, był dobry, bo pewnie nikt inny tego ryzykownego zadania by się nie podjął. Teraz jednak, gdy zaczął robić różne głupoty, krzyżujące szyki bardziej oświeconym politykom z tegoż „Majdanu”, którzy wcześniej długo się chowali za jego szerokimi barami, staje się zły i w sumie już niepotrzebny. Najprościej więc zrobić z niego super zamaskowanego człowieka Moskwy. W końcu może i sam „Majdan” pójdzie na jej konto…

Andrzej Turek