Ukraina, Ukraina – i tak w kółko, do znudzenia!

Tematyka ukraińska, a dokładniej zawirowania związane z niedoszłym póki co do skutku zawarciem umowy stowarzyszeniowej państwa ukraińskiego z UE, zdominowała rodzimy dyskurs publiczny i medialny w stopniu niespotykanym od sławetnej „pomarańczowej rewolucji” z przełomu 2004 i 2005 r.

Zdominowała go wręcz do tego stopnia, że gdyby zawitał w tych dniach do naszego kraju jakiś przybysz z odległych, egzotycznych krain, słabo obeznany w miejscowych realiach, niezbyt „kumaty” i z tylko podstawową znajomością języka polskiego, mógłby nawet w końcu dojść do wniosku, iż Polska i Ukraina to właściwie jeden, wspólny organizm polityczny, z dwiema stolicami – nie tylko z Warszawą, ale i z Kijowem. Oraz, idąc dalej, że owa polsko-ukraińska wspólnota zasadza się na pisanej względnie przynajmniej niepisanej unii obydwu krajów, albo że mają one co najmniej podpisane między sobą traktaty o wieczystej, nienaruszalnej przyjaźni, przewidujące w pierwszym rzędzie najściślejszą koordynację ich polityk zagranicznych (w najgorszym zaś razie, że współczesna Ukraina jest po prostu jakimś rodzajem polskiego protektoratu). I, przychodząc już do ostatecznego wniosku, mógłby pomyśleć, że jakiś tam Janukowycz – niepożądany i przez nikogo nieproszony intruz, po części może nawet swego rodzaju uzurpator, na pewno zaś przekonany stronnik i człowiek Moskwy, usiłuje zakłócić, a może nawet wprost przekreślić, wywrócić to strategiczne, polsko-ukraińskie partnerstwo i „braterstwo”.

Może brzmi to cokolwiek ironicznie, ale jaki właściwie inny wniosek taki przybysz mógłby wynieść z bezkrytycznego, mechanicznego oglądania i słuchania ciągłych relacji z tzw. euromajdanu, które przez kilka tygodni obowiązkowo zajmowały co najmniej połowę czasowej objętości praktycznie wszystkich telewizyjnych, i radiowych dzienników i serwisów informacyjnych i miały bezdyskusyjne pierwszeństwo przy podawaniu najnowszych newsów z kraju i ze świata. Przypuszczenie to tym bardziej realne, że właściwie nie można się było przed tą euromajdanowską dialektyką w żaden sposób skutecznie zabezpieczyć: czy to np. siedząc w autobusie itd., z włączonym radiem, czy to posilając się w restauracji, barze, knajpie itd., z chodzącym telewizorem, czy to nawet, do pewnego stopnia, kupując pierwszą lepszą gazetę codzienną – miało się automatycznie z nią przynajmniej mimowolny kontakt. Wciskała się ona, i nadal się wciska, dosłownie z każdej strony – tym bardziej nachalnie, że akurat w tej kwestii media zaliczane oficjalnie do tzw. salonu zmówiły się jakoś zakulisowo z tymi, wcale wpływowymi, mediami tzw. antysalonowymi, działającymi dokładnie tak samo w imieniu i na konto tzw. patriotycznej opozycji. Jedyny skuteczny sposób izolacji – to chyba kupić sobie dostatecznie mocne zatyczki do uszu, względnie siedzieć we własnych bądź wynajętych czterech ścianach i niczego, ale to broń Boże, niczego nie włączać, poza oświetleniem, lodówką, kuchnią, pralką czy mikrofalówką.

Oczywiście, żadnemu z krajowców takie pomieszanie w głowie akurat nie groziło. Niemniej, znakomita większość obywateli ma już serdecznie dość owych nieustannych relacji z ulic wspomnianego Kijowa i tego klimatu podkręcanej do granic możliwości unijnej krucjaty nad Dnieprem. Wprawdzie, polski ogół zdążył już dawno przywyknąć, iż rodzimi notable mają już niejako we krwi załatwianie różnych interesów i spraw „Waszych”, podczas gdy narastające rozliczne polskie problemy są spychane przez nich albo na dalszy plan, albo wręcz całkiem pod dywan.

Ale w tym wypadku przeszli samych siebie. Stopień zaangażowania, wyrażając się bardzo oględnie, albo też ingerencji, mówiąc wprost, przedstawicieli praktycznie wszystkich gałęzi miejscowego establishmentu w sprawy wewnętrzne Ukrainy przekroczył w tym wypadku, i to bardzo wydatnie, nawet poziom ich zaangażowania we wspomnianą „pomarańczową rewolucję”, mimo że z powodu choćby upływu czasu jeden i drugi fenomen zdaje się wyglądać bardzo podobnie.

Zwróćmy jednak uwagę na pewne różnice. Po pierwsze, niezależnie od praktycznie identycznej obróbki medialnej na miejscu i gorącego orędownictwa za ukraińskimi prozachodnimi „demokratami” w Brukseli, różni rodzimi polityczni emisariusze zaczęli nawiedzać Ukrainę dopiero wtedy, gdy „pomarańczowa rewolucja” była nakręcona już na „maksa”. Także dobiegający powoli do końca swej podwójnej prezydenckiej kadencji Aleksander Kwaśniewski przyjechał do Kijowa (wespół z V. Adamkusem) przeprowadzać mediację między zwalczającymi się ukraińskimi obozami politycznymi na formalną prośbę urzędującego jeszcze prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy. Miał też doborową asystę w postaci J. Solany z ramienia UE, J. Kubisza z ramienia OBWE i także B. Gryzłowa jako reprezentanta FR. A przecież dobrze wiemy, że to jednostronne zaangażowanie się po stronie „pomarańczowych” szybko wyszło Polsce bokiem.

Tym razem najzagorzalszy i zarazem najgorętszy miejscowy prometeista Jarosław Kaczyński pojechał do Kijowa w praktyce już pomagać rozkręcać na większą skalę owe pronuijne i zarazem bezpośrednio wymierzone w pełni legalne władze sąsiedniego państwa protestacje, zaś urzędujący premier III RP Donald Tusk – wprawdzie na drodze nieformalnej, ale zawsze – pochwalił ten wyczyn i udzielił p. Kaczyńskiemu własnej aprobaty. Dopiero po tym wstępnym rozpoznaniu terenu i przetarciu szlaku przez tutejszych harcowników, ruszyli nad Dniepr różni, bardziej lub mniej ważni, unijni oficjele, a w końcu także i sędziwy neokoński jastrząb McCain. Czy to nie jest włażenie w cudze sprawy „z buciorami”? Dopowiedzmy sobie jeszcze, że cała sprawa była tym bardziej dobitnym przejawem „poszanowania” „demokracji” i suwerenności Ukrainy, że wydarzenia na tzw. euromajdanie przypominają chwilami jako żywo pełzający zamach stanu. Tradycje kozaczyzny weszły, widać, ponad wszelką wątpliwość do jej kulturowego dziedzictwa i politycznego obyczaju. Te najdalej posunięte groźby i wyzwiska, rzucane pod adresem Janukowycza przez rozentuzjazmowanych przywódców wiecujących na ulicach Kijowa (włącznie z deklaracjami w rodzaju: „jak podpiszesz coś nie po naszej myśli, to nie masz po wracać na Ukrainę”), jako żywo przypominają bowiem złowrogie pomruki historycznego kozackiego majdanu albo też siczy, rozeźlonej na sprawującego chwilowo władzę atamana.

Cóż, jak już wspomniałem, co kraj – to obyczaj. My mieliśmy swoje liberum veto (które co poniektórzy chcieliby teraz wskrzeszać, bo w Polsce jakoby za „za mało wolności obywatelskiej”). Ukraińcy mają zaś swój majdan (w tym wypadku: euromajdan, czyli właściwie taki aksamitny, oświecony majdan), który zbiera się co jakiś czas, w razie takiej potrzeby, i wyręcza regularną, urzędową władzę w jej funkcjach: decyduje (a przynamniej chce decydować) o kierunkach polityki zagranicznej państwa, stawia żądania natychmiastowej amnestii osadzonych w więzieniach, abstrahując całkowicie od porządku i norm prawnych itp. Trudno jednak znaleźć logiczne powody, dla których mielibyśmy ten osobliwy zwyczaj przenosić do siebie, nad Wisłę, mimo że wielu rodzimym politykom, a właściwie politykierom, najwidoczniej spodobało się do tego stopnia, iż aż krzyczeli gromko: „Sława Ukrainie”. Ci ostatni, mówiąc żartobliwie, skoro tak bardzo uskrzydla ich kijowska atmosfera, skoro tak bardzo podniecają ich upowskie proporce, bez żadnej szkody dla kraju mogliby sobie spokojnie tam pozostać i osobiście wspomóc mający dość wyraźne problemy z przywództwem ukraiński obóz nacjonalistyczno-prounijny. W sumie szkoda, że nie można na to realnie liczyć…

Gdyby konsumować ślepo, wyłączając wyższe zmysły, tę zmasowaną medialną mantrę, można by nabrać najzupełniej fałszywego przekonania, że ukraińskie stowarzyszenie (a w dalszej kolejności może i pełne członkostwo) z UE, równa się w zasadzie być albo też nie być dla Polski. Ale na taką propagandową strawę może pójść, za przeproszeniem, tylko pozbawiony całkiem zdrowego rozsądku i elementarnej umiejętności praktycznej kalkulacji dureń względnie całkowicie oderwany od życiowych realiów, przepojony do gruntu prometeizmem-mesjanizmem, namiętny czytelnik „Gazety Polskiej” oraz tem podobnych pism-szczekaczek.

Tym to sposobem mamy w omawianej kwestii sytuację jako żywo trącącą czasami PRL-u (zwłaszcza z okresu propagandy urbanowskiej) – „elyty” wiedzą i mówią swoje, ulica swoje…

Andrzej Turek