Trzy poważne przekłamania historyczne w dwóch zdaniach!

Takiej to, niespotykanej wprost „sztuki” dokonał p. Waldemar Łysiak w tekście z cyklu „Łysa prawda” pt. „Głupota Zachodu”, zamieszczonym w tygodniku „Do Rzeczy”, nr 46/046 (9-15 grudnia 2013 r.). Oto stosowny cytat:

„(…)Po Wojnie (I wojnie światowej – AT.) brytyjski premier, Polakożerca Lloyd George, użył dyktatu, by Traktatem Wersalskim zabrać Rzeczypospolitej liczne polskie terytoria i mocno ograniczyć nasz dostęp do Bałtyku. Dwa lata później Zachód starał się przemilczeć i wyciszać triumf Piłsudskiego (odepchnięcie Armii Czerwonej, która realizowała dyrektywę Lenina, by dotrzeć do Atlantyku), a następnie – i to jest szczególnie znaczący przejaw ówczesnej głupoty Zachodu – tamtejsi politycy lekceważyli wezwania Piłsudskiego, by wszcząć przeciwko Hitlerowi wojnę prewencyjną”.
Przekłamanie pierwsze (uczynione metodą zręcznej gry słów) dotyczy Traktatu Wersalskiego. Całkiem surowy politycznie i historycznie czytelnik mógłby wysnuć z bezkrytycznej lektury wywodów p. Łysiaka taki oto wniosek, że konferencja pokojowa i wieńczący ją traktat w Wersalu zostały zrobione m.in. po to, by odebrać Polsce rozległe, strategiczne terytoria, które ta już na ten czas posiadała. Szkoda, że p. Łysiak nie wspomniał w nich nawet słowem, co ten traktat Polsce dał – a dał jej bardzo dużo; dał jej przede wszystkim status niepodległego państwa (wcale jeszcze w tym momencie ostatecznie nie przesądzony) na politycznej mapie Europy, dał jej praktycznie całą Wielkopolskę, dał jej Pomorze Nadwiślańskie z dostępem do morza, umożliwił jej też w konsekwencji zarządzonego plebiscytu uzyskanie znacznej części uprzemysłowionego Górnego Śląska. Oczywiście, wskutek jawnie wrogiej postawy i zawziętego przeciwdziałania czy nawet polakożerstwa wspomnianego L. Georgea i stojących za nim kierowniczych kół światowej diaspory żydowskiej, nie udało się Polsce wejść w posiadanie upragnionego Gdańska, całości Górnego i części Dolnego Śląska, a także południowej części Mazur i Warmii, a tym samym uzyskać granicy zachodniej w jej najbardziej optymalnym dla nas na tamten czas kształcie.

Delegacja polska na konferencji wersalskiej musiała też zaaprobować i podpisać dosyć silnie krępujący politykę wewnętrzną II RP traktat tzw. mniejszościowy. Jednak, w ostatecznym rozrachunku, z polskiego, narodowego punktu widzenia pozytywy Wersalu i tak przecież bezdyskusyjnie przeważały nad negatywami. Więcej – można śmiało powiedzieć, iż było to jedno z największych polskich zwycięstw dyplomatycznych w historii, a zarazem wielki osobisty triumf Dmowskiego i skupiającej się w jego ręku polskiej polityki narodowej. A tu tak wychwalany na wszystkie strony p. Łysiak usiłuje swoimi pokrętnymi wywodami wyraźnie pomniejszyć ciężar gatunkowy tego faktu albo nawet całkiem go zdeprecjonować – bo trudno się doprawdy dopatrzeć innego podskórnego motywu tej, tak bardzo osobliwej interpretacji Wersalu w jego wykonaniu.

Przekłamanie drugie dotyczy oczywiście domniemanych wielkich zasług Piłsudskiego, włożonych rzekomo w odparcie bolszewickiego ataku na świeżo odbudowaną, niepodległą Polskę (zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 1920 r.). Na Zachodzie istotnie powszechnie albo nie zdawano sobie całkiem sprawy z wagi tego zwycięstwa dla całego kontynentu (i tak też jest zasadniczo do dzisiaj), albo też najzupełniej celowo pomniejszano polskie zasługi w powstrzymaniu tej niszczycielskiej, grożącej nie tylko samej Polsce, ale i całej Europie, nawały. Jednakże – na Boga – po co do tego mieszać Piłsudskiego, który, jak to już praktycznie wszystkim wiadomo, złożył w krytycznym momencie warunkową dymisję z funkcji Naczelnego Wodza na ręce premiera Witosa i praktycznie opuścił krwawiącą polską armię, szukając pocieszeń i natchnień nie w ścisłych sztabowych naradach, lecz w ramionach swojej ówczesnej konkubiny, a późniejszej małżonki. Przecież całością sił polskich w Bitwie Warszawskiej dowodził tak naprawdę gen. Rozwadowski i to on jest faktycznym architektem tego wielkiego polskiego zwycięstwa. Wiedzą o tym doskonale – jak już wspomniałem – praktycznie wszyscy interesujący się tematem; tylko najbardziej zaślepieni, bezkrytyczni wielbiciele „Marszałka” nie chcą tego, niezmiernie przykrego dla nich, faktu przyjąć do wiadomości – dla nich dalej bowiem ważniejsza jest pieczołowicie tworzona i podtrzymywana kłamliwa legenda Piłsudskiego jako „zbawcy Polski”, niż naga historyczna prawda. Czyżby do tego grona „naginaczy” polskiej historii zaliczał się także i p. Łysiak? Wnioskując z jego cytowanej powyżej twórczości, trzeba niestety postawić odpowiedź twierdzącą. Przy okazja propozycja ciekawej lektury dla wszystkich zainteresowanych tematem Bitwy Warszawskiej 1920 r.:
www.npwmag.pl/archiwum/2010/7-8-9.pdf
www.npwmag.pl/archiwum/2010/10-11-12.pdf
www.npwmag.pl/archiwum/2011/1-2-3.pdf

Wreszcie przekłamanie trzecie – tzw. wojna prewencyjna. Cała kwestia nie jest jeszcze, co prawda, do końca wyjaśniona, ale póki co nie wykryto żadnych dowodów, które by wskazywały na to, że tenże Piłsudski planował albo myślał o takowej wojnie całkiem na serio. Ani więc tak całkiem na poważnie nie wzywał wcale nikogo na Zachodzie do wspólnego, zbrojnego spacyfikowania Hitlera już na samym starcie jego rządów, ani też nie podjął ku temu żadnych konkretnych przygotowań wojskowych na czysto polskim gruncie. Zaaranżował tylko formalne konsultacje sztabowe, na bardzo niskim zresztą szczeblu, z Francją (z którą zresztą zerwał już parę lat przedtem czynną współpracę wojskową), a to, jak większość przesłanek na to wskazuje, wyłącznie w tym celu, by zyskać lepszą pozycję przetargową (i zarazem alibi na użytek polskiej opinii publicznej) do zaplanowanych już rokowań z Hitlerem, których rezultatem stał się zawarty w styczniu 1934 r. polsko-niemiecki pakt o nieagresji. Całe zagadnienie tzw. wojny prewencyjnej można więc w ogólnym zarysie zaliczyć po prostu do kategorii zwyczajnego blefu. A że świadomość takiego właśnie stanu rzeczy jest dla p. Łysiaka najwyraźniej niedościgła – to już jego osobisty problem, którego nie powinien wynosić na zewnątrz i mieszać w głowach ludziom, biorąc się za materię, w której jest co najmniej niekompetentny (gdyż nie chcę mu tu stawiać otwartego zarzutu, że głosi rozmyślnie nieprawdę!).

Tak to wygląda owa „łysa prawda” naprawdę! I pomyśleć, że ten uznany pisarz i publicysta o wielkim dorobku twórczym uznawany jest cały czas przez całą rzeszę swoich zagorzałych fanów za prawdziwą wyrocznię w najszerzej pojętej płaszczyźnie polskiego życia zbiorowego. Właściwie – strach pomyśleć…

Andrzej Turek