Straszak „ruskiego agenta” nadal bardzo skuteczny

Pomimo trwającego oficjalnego zbliżenia polsko-rosyjskiego straszak „ruskiego” agenta” wciąż pozostaje bardzo skuteczną bronią w wszelkiego rodzaju grach politycznych. Mało tego, sięgają po niego bardzo ochoczo nawet ci, którym przypisuje się, przynajmniej oficjalnie, opinię partii otwarcie prorosyjskiej. Chodzi mi tu konkretnie o znamienny incydent, który miał miejsce około 10 dni temu, tuż przed sejmowym głosowaniem nad zgłoszonym przez PiS wnioskiem o votum nieufności dla ministra Obrony Narodowej Bogdana Klicha.

Otóż, przedostała się wtedy nagle do mediów pogłoska, iż Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest rzekomo w posiadaniu dokumentów wskazujących na zbyt zażyłe kontakty wiceministra gospodarki i szefa PSL Waldemara Pawlaka z bliżej nieokreślonymi przedstawicielami rosyjskiego biznesu, a poprzez tych, także rosyjskich służb specjalnych. Notatkę zawierającą szczegółowe informacje w tym względzie miał rzekomo przedstawić na posiedzeniu kolegium ds. służb specjalnych szef ABW Krzysztof Bondaryk.

Można z dużą dozą prawdopodobieństwa podejrzewać, że ten rewelacyjny wyciek nastąpił za wiedzą, a nawet może z inspiracji najbliższego otoczenia samego premiera, który chciał w ten sposób sprowadzić do parteru dąsającego się koalicyjnego partnera. Pawlak i jego partyjni koledzy nie tylko zwlekali bowiem z oficjalną deklaracją koalicyjnej lojalności wobec PO w sprawie Klicha, ale niejednokrotnie pozwalali sobie na publiczne wyrażanie swojego krytycyzmu wobec jego osoby.

Ponadto Pawlak o tyle był dobrze wybranym celem dla tego rodzaju operacji, że kilka miesięcy temu osobiście firmował swoim nazwiskiem bardzo niekorzystną dla Polski umowę gazową z Rosją. To, że został do tego kroku praktycznie zmuszony z tytułu zajmowanego stanowiska; że nie miał praktycznie jakiegokolwiek pola manewru i wreszcie, że zaistniała sytuacja jest zbiorową winą całego szeregu kolejnych rządów – nie daje mu w zaistniałych warunkach żadnych możliwości swobodnego i rzeczowego przedstawienia swoich racji i tym samym szans na skuteczną obronę przed zarzutem wysługiwania się wielkiemu sąsiadowi ze wschodu. Na dzień dzisiejszy „prawdą” jest nie to, co znajduje odbicie w rzeczywistości, ale to co kreują media. A już przed plotką, że ktoś kuma się po cichu z „ruskimi” nie sposób uciec, a tym bardziej się obronić. Jest ona niesłychanie groźna dla każdego adresata z uwagi choćby na samą liczbę chronicznie chorych „na Moskala”, szczególnie tych znajdujących się w rozmaitych kręgach opiniotwórczych. Kto tylko w tej sytuacji nie wykazuje się dostatecznie krytycznym stosunkiem do Rosji we wszystkich dziedzinach życia, temu dorabia się szybko maskę „ruskiego agenta” i zdrajcy narodu. Rzecz ciekawa, że serwilizm i skrajne służalstwo wobec Brukseli, Berlina czy Waszyngtonu nie prowokuje już tych ludzi do tak stanowczych reakcji; zazwyczaj traktują je z dużo większą wyrozumiałością i pobłażliwością, a w praktyce nierzadko po prostu rozgrzeszają już w punkcie wyjścia. Ale niech tylko przyczepią ci – mniejsza o to, czy słusznie, czy nie – łatkę rusofila – polityczna śmierć zagląda ci od razu w oczy.

Z tej perspektywy patrząc, nie ma co się specjalnie dziwić, że i tym razem straszak, choć szyty tak grubymi nićmi, zadziałał – Pawlak oraz jego partyjni towarzysze woleli nie „wywoływać wilka z lasu” i karnie podnieśli ręce za Klichem, dzięki czemu ten utrzymał stanowisko, choć pewnie nie na długo. Dodatkowym smaczkiem w tej sprawie są jednak bliskie związki min. Klicha z Niemcami. Jest on mianowicie współzałożycielem tzw. Instytutu Studiów Strategicznych (ISS), sponsorowanego finansowo min. przez niemieckie fundacje: Adenauera, Neumanna i Eberta. Fundacje te są zaś z kolei w znacznej części dotowane z niemieckiego budżetu. Oczywiście, p. Klich, piastując swoje ministerialne stanowisko, nie może pełnić oficjalnie w ISS żadnej funkcji. Zastępuje go tam jednak skutecznie żona.

Skoro więc, jak to rozgłasza wielu, istnieje tak daleko idąca zbieżność polityki Niemiec i Rosji wobec Polski, to wydawać by się mogło jak najbardziej logicznym, że „rusofilski” Pawlak z własnej, nieprzymuszonej woli sam powinien stanąć w obronie swojego rządowego kolegi, bez potrzeby machania mu przed oczami owym groźnym straszakiem. Rzecz miała się jednak całkiem inaczej. Mamy więc kolejną przesłankę wskazującą na to, że tego rodzaju teza nie jest bynajmniej do końca zasadna. Niemcy w rzeczywistości uprawiają oficjalną rusofilię głównie u siebie. Jeśli chodzi o zbliżenie i współpracę polsko-rosyjską, to popierają je tylko w tym wymiarach, które przynajmniej pośrednio służą też i ich interesom. Niezależnie od tego nie wahają się jednak równolegle siać w Polsce różnymi nieoficjalnymi kanałami, choćby przy pomocy będących w ich władaniu brukowców, rusofobii. Po co to im potrzebne? Odpowiedź narzuca się sama. Wszelkie zgrzyty i konflikty na linii Warszawa-Moskwa od dawna ułatwiają im politykę wschodnią i robienie dobrych interesów z Rosją. A takich interesów, kosztem Polski, zrobili już ogromną masę.

Andrzej Turek