Spór o dekadę Gierka cz. 3 (dokończenie tekstu z 12.02.2012 r.)

Wniosek z powyższego wydawał się bardzo prosty – natychmiast zastopować import tych technologii, a w ostateczności ograniczyć je do przypadków absolutnej konieczności. Ale to było proste tylko na papierze – jak to zrobić, skoro nowa polityka gospodarcza PRL-u nabrała już wielkiego rozpędu, skoro społeczeństwu przedstawiono już wizję Polski jako kraju powszechnego dobrobytu i wielkiej potęgi przemysłowej, skoro wreszcie zdążono już podpisać pierwsze układy zacieśniające współpracę gospodarczą z państwami kapitalistycznymi (w 1972 r. z Francją i USA).

Edward Gierek obiecał społeczeństwu, szczególnie klasie robotniczej szybki wzrost poziomu życia i chciał za wszelką cenę słowa dotrzymać. Odwrót nie wchodził więc w grę z przyczyn zasadniczych. Poza tym, a może przede wszystkim na dalsze kontynuowanie zakupów zagranicznych technologii i branie kredytów naciskało coraz potężniejsze partyjne lobby przemysłowe, bo te nowe technologie i dopływ pieniędzy ogromnie wzmacniały jego pozycję w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach.

Toteż umowy gospodarcze z państwami zachodnimi sypią się jak z rękawa. 1973 r. – otwarcie we Frankfurcie n/Menem Banku Polsko-Niemieckiego, wizyta E. Gierka w Belgii i podpisanie w następstwie całego szeregu kontraktów z tamtejszymi firmami. 1974 r. – wizyta E. Gierka w USA i w następstwie zacieśnienie polsko-amerykańskiej wymiany towarowej, podpisanie wieloletnich umów o współpracy gospodarczej z Włochami i Finlandią i Hiszpanią, porozumienie handlowe z Austrią w sprawie zakupu urządzeń dla przemysłu ciężkiego, podpisanie kontraktu z Brytyjczykami na licencyjną produkcję ciągników firmy Massey-Ferguson w Ursusie. Ten bezrefleksyjny pęd ku zagranicznym technologiom i kredytom próbowano zahamować dopiero poczynając od końca 1976 r. (tzw. manewr gospodarczy), gdy już było zdecydowanie za późno.

Bez wątpienia na takim a nie innym obrocie wydarzeń w ogromnym stopniu zaważyły osobiste cechy charakteru, osobowość i sam życiorys I sekretarza KC PZPR. Był on politykiem ze stosunkowo dużym doświadczeniem praktycznym w momencie obejmowania władzy w kraju, ale jednak pozbawionym szerszego, wszechstronnego przygotowania, za co zresztą trudno go winić. Edward Gierek był jednak przede wszystkim typem działacza partyjnego-technokraty, postrzegającego politykę wysoce jednostronnie, przez pryzmat wybitnie gospodarczy. Fascynowały go i pochłaniały gro jego czasu prawie wyłącznie nowe inwestycje, fabryki i budowy, które uwielbiał objeżdżać. Nie lubił natomiast ewidentnie pracy „sztabowej”, czyli ślęczenia w biurze nad stertą papierów. Można zaryzykować tezę, że jako I sekretarz chciał po prostu mniej więcej kontynuować to, co robił wcześniej – i to z dobrym skutkiem – jako sekretarz wojewódzki na Śląsku. tym razem w skali całego kraju. Był też klasycznym patriotą (bo był autentycznym polskim patriotą – to nie podlega żadnej dyskusji) – można rzec – gospodarczym: uważał, że tylko dobrze rozwinięta gospodarczo, dorównująca światowej czołówce, i zamożna Polska będzie rzeczywiście liczyć się w świecie. Trudno nie przyznać mu w tym miejscu racji, jednakże pozostawał jeszcze właściwy dobór środków służących osiągnięciu tego celu – z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że Gierek nie liczył się z całościowymi konsekwencjami nie tylko gospodarczymi, ale i politycznymi tak wielkiego zadłużenia się Polski na Zachodzie.

Długo nie przeczuwał zagrożenia związanego z zaciskającą się nad Polską pętlą kredytową. Miał nawet kiedyś ponoć powiedzieć publicznie, że nie zdarzyło się jeszcze w świecie, by jakieś państwo zlicytowano za długi. W tym przekonaniu umacniało go dodatkowo otoczenie. Np. jego czołowy współpracownik J. Szydlak (w latach 1970-1980 członek Biura Politycznego KC PZPR, a od 1976 do 1979 r. także wicepremier), indagowany przez grupę zaniepokojonych szybkim wzrostem tempa zadłużenia PRL działaczy partyjnych i związkowych, odparował, że martwić to powinni się ci, co dają pożyczki, a nie ci, co je biorą (sic!) Takie podejście do sprawy stanowiło jaskrawy kontrast z postawą nawet osobiście surowego, wręcz ascetycznego Gomułki, któremu zadłużanie kraju, zwłaszcza na Zachodzie, nie mieściło się wprost w głowie. Nic więc dziwnego, że tak długo wyposzczony aparat partyjny szybko zasmakował w nowej, bardziej kolorowej rzeczywistości.

Niewątpliwie ogromnie zaważyła tu jeszcze jednak okoliczność – mianowicie Gierek nie odczuwał – jak wszystko na to wskazuje – i nie wykazywał oznak jakichkolwiek uprzedzeń, wrogości, a nawet tylko zasadniczej nieufności wobec świata Zachodu. Niewątpliwie brało się to z jego życiorysu. W końcu przebywał tam długie lata na emigracji zarobkowej (najpierw we Francji, skąd został wyrzucony („ekspulsowany”) za udział w strajku, a następnie w Belgii). Widocznie dobrze wspominał ten okres swojego życia, skoro był tak otwarty i ufny wobec zachodnich „partnerów”.

Pewne kontrowersje budzą natomiast jego kwalifikacje i umiejętności czysto polityczne. Z jednej strony wykazał sporą biegłość w personalnych grach dworskich, zręcznie eliminując potencjalnych konkurentów i w ogóle nadmiernie ambitnych członków kierownictwa PZPR – choćby M. Moczara, a potem F. Szlachcica. Z drugiej strony tolerował w swoim otoczeniu wiele miernot i nie miał wyraźnie dobrej ręki do umiejętnego doboru współpracowników, a nawet w ogóle zwyczajnego szczęścia do ludzi. Spiskowali przeciw niemu i w końcu zdradzali go nawet ludzie, którzy to praktycznie wyłącznie jego poparciu zawdzięczali całe swoje kariery polityczne – m.in. wspomniany Szlachcic, Z. Grudzień i S. Kowalczyk. Jeden P. Jaroszewicz pozostał do końca wobec niego lojalny, ale i tak Gierek musiał go w końcu poświecić pod przemożną presją całej koalicji jego wrogów, co zresztą było początkiem jego politycznego końca.

Miał do tego jeszcze jedną wadę – która w pewnym stopniu dotyczy zresztą całego rodzaju ludzkiego – lubił bardzo słuchać wieści o osiąganych sukcesach, przez co wszyscy sceptycy i powątpiewający w celowość i korzystny finał obranej polityki mieli do niego dostęp bardzo utrudniony. Krytyka bardzo go mierziła, czego dowodzi przypadek T. Grabskiego – I sekretarza KW PZPR z Konina, który miał odwagę publicznie skrytykować strategię szerokiego otwarcia Polski za Zachód na tzw. Plenum KC PZPR i zapłacił za to wyraźnym zastopowaniem kariery. A ponieważ wyrabiał sobie opinie o rozwoju sytuacji właśnie głównie na drodze konwersacji z otoczeniem, a nie poprzez lekturę (wspomnianą „pracę sztabową”), łatwo zrozumieć, że był stosunkowo łatwy do manipulowania przez różnych politycznych graczy, zwłaszcza przez tych, którzy mieli możliwości selekcjonowania informacji spływających na jego biurko. Byli zaś wśród nich nie tylko różnego rodzaju zwykli obłudnicy i faryzeusze, ale też – z dużym prawdopodobieństwem – ludzie świadomie działający na szkodę Polski.

Chodzi tu zwłaszcza o szeroko rozbudowane partyjne lobby żydowskie, które było bardzo niezadowolone z częściowego ograniczenia jego wszechwładzy w epoce Gomułki i Moczara. Nie jest chyba żadnym przypadkiem, że zdecydowaną większość pożyczek zagranicznych zaciągnięto w bankach należących właśnie – jak by inaczej – do światowej finansjery żydowskiej. Wielu ze starszych Polaków pamięta z pewnością jeszcze wizytę prezydenta USA Nixona w Polsce i jego wspólne uliczne przejazdy z Gierkiem, natomiast mało kto wie, że w 1973 r. doszło do osobistego spotkania Gierka z samym P. Rockefellerem, prezesem Rady Nadzorczej „Chase Manhattan Bank” właśnie w sprawie udzielenia PRL pożyczek. Jest też znamienne, że w szerokim zespole prof. Bożyka znajdowali się np. ludzie pokroju E. Lipińskiego czy J. Szczepańskiego, czy też inne osoby związane z ukształtowanym później kryptomasońskim „DiP”.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, uprawniona jest hipoteza, że współpraca gospodarcza Polski z Zachodem i wepchnięcie jej w pętlę kredytową miało w planach tego gatunku doradców Gierka stworzyć dogodne warunki do ukształtowania się tzw. demokratycznej opozycji, a potem, docelowo, do demontażu całego systemu socjalistycznego i zaprowadzenia na jego miejsce bezwzględnego kapitalizmu, wyzuwającego Polaków z prawie całego majątku narodowego.

Jeśli chodzi o same inwestycje ekipy gierkowskiej, to wiele z nich było dobrze trafionych i służy Polsce do dzisiaj, spora część była jednak przejawem niepotrzebnej gigantomanii (choćby Huta Katowice), lub efektem swego rodzaju próżności – np. kolorowa telewizja (która podawana jest często jako wielkie osiągnięcie)– nic by się nie stało, gdyby Polacy pooglądali sobie jeszcze kilka lat czarno-białe telewizory!

Kompletną klapę przyniosła m.in. decyzja o budowie licencyjnej fabryki Massey-Ferguson w Ursusie z kredytu udzielonego przez „Klub Londyński” i „Klub Paryski”. Kredyt ten, podobnie jak wszystkie inne, miał być w założeniu spłacony ze sprzedaży wyprodukowanych zachodnich, „cudownych” ciągników. Jednak wskutek złego oszacowania inwestycji „Ursus” nie był w stanie wywiązać się z warunków umowy i w rezultacie szybko popadł w długi. W ogóle ewidentnie przeinwestowano przemysł ciężki: wydobywczy i elektromaszynowy kosztem lekkiego (szczególnie spożywczego i włókienniczego), czego skutkiem stało się słabe zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły najbardziej potrzebne i pożądane przez ludność.

Polityka gospodarcza PRL lat 70-tych, firmowana osobiście przez Edwarda Gierka, doprowadziła w efekcie do zachwiania się ogólnej równowagi gospodarczej. Stało się to m.in. na skutek dosyć nieudolnej polityki rolnej. Jak już było nadmienione, priorytetem uczyniono rozbudowę wielkich hodowli zwierzęcych (w PGR-wskich kombinatach) z przeznaczeniem na produkcję wielkich ilości eksportowego mięsa. Nie potrafiono jednak równolegle odpowiednio zwiększyć produkcji zbóż i kukurydzy, potrzebnych na sporządzenie pasz dla tego rosnącego pogłowia. W rezultacie konieczny był ich import z Zachodu. Tylko w okresie 1976-1980 zaimportowano stamtąd ok. 39 mln ton gotowych pasz i zboża (w całej dekadzie łącznie ok. 50 mln ton), oczywiście na kredyt, co stawiało opłacalność całego przedsięwzięcia pod ogromnym znakiem zapytania.

Natomiast prywatne rolnictwo zostało wyraźnie zaniedbane. Skutki nie kazały długo na siebie czekać. W drugiej połowie lat 70-tych doszło do znacznego zmniejszenia się całościowej produkcji rolnej, najbardziej zresztą drastycznego właśnie w rolnictwie skolektywizowanym (przyczyny oczywiste: powszechne marnotrawstwo, znacznie niższa wydajność pracy, złe zarządzanie). Na domiar wszystkiego przyplątał się tragiczny nieurodzaj roku 1980-tego.

Dodatkowo ceny żywności pozostawały zamrożone praktycznie przez całą dekadę. Chcąc podnieść społeczną aprobatę dla rządów PZPR, Gierek obiecał to na wstępie swoich rządów. W konsekwencji płace ciągle rosły, a ceny żywności, m.in. chleba, mięsa i mleka, stały cały czas w miejscu. Taka sytuacja musiała się – szybciej czy później – skończyć daleko idącym rozregulowaniem gospodarki. Wzrost bowiem płac i tym samym przyrost ilości pieniądza na rynku, w połączeniu z coraz większą ilością osób zatrudnianych przez przemysł i mieszkających w miastach oraz niedostatkiem wyrobów przemysłu lekkiego: mebli, odzieży itd., siłą rzeczy musiał generować wzrost popytu na żywność – zwłaszcza zaś na mięso, które stało się szybko towarem deficytowym.

Po prostu zaniedbane i przeciążone polskie rolnictwo nie było w stanie nastarczyć takiej jego ilości, która by zaspokoiła potrzeby eksportowe, wykarmiła „braci” na Wschodzie, a jednocześnie zapełniła sklepowe półki w kraju. Próba podwyżki cen żywności z czerwca 1976 r., niefortunnie pomyślana (zbyt drastyczna) i przeprowadzona, przyniosła w rezultacie burzliwe protesty radomskie (wg wszelkiego prawdopodobieństwa celowo wzniecone przez wiadome czynniki) z bardzo poważnymi konsekwencjami doraźnymi i długofalowymi. Nastąpił powrót do status quo, co jeszcze bardziej pogłębiło niedobory rynkowe.

Pod koniec lat 70-tych polska gospodarka ugrzęzła na dobre w przygotowanej misternie pułapce. Pętla zadłużeniowa zacisnęła się już tak mocno, że koszty obsługi długu zagranicznego zaczęły przewyższać wartość całego eksportu dewizowego. Dla ratowania sytuacji rozpoczęto więc eksport czego się tylko dało, m.in. węgla po zaniżonych cenach. Mimo to budżet PRL trzeszczał coraz bardziej w szwach – zaczęło brakować już środków na import niezbędnych surowców i podzespołów. Rezultat – przestoje fabryk i zakłócenia cyklu produkcyjnego, a w konsekwencji spadek – po okresie burzliwego wzrostu – produkcji przemysłowej i dochodów większości społeczeństwa. Słowem – typowe błędne koło.

Całościowy więc bilans próby budowy „drugiej Japonii” ujawnia skutki dalece odmienne od zakładanych, a polityka Edwarda Gierka okazuje się być wcale nie tak dobrą i jednoznacznie dla Polski pożyteczną, jak to sugerują instynktowne, odruchowe odczucia Polaków z perspektywy obecnego czasu. Nie może oznaczać to jednak bynajmniej moralno-politycznego przyzwolenia do totalnej krytyki, a nawet wprost prób demonizowania jego postaci, jakie miały miejsce niedawno na łamach „prawicowych” mediów (co charakterystyczne, Edward Gierek został już wcześniej potraktowany wprost haniebnie „z buta” przez swoich towarzyszy z „lewicy” – nie tylko zamknięto go prawie na rok internowania w warunkach nieporównanie gorszych niż solidarnościowych styropianowców, lecz także, w ramach szczególnie chamskiej szykany, zabrano mu emeryturę). Dla wydania zaś miarodajnego osądu potrzebne są przede wszystkim kompleksowe, obiektywne badania historyczne tego zagadnienia.

Jan Matusiewicz