Spór o dekadę Gierka cz. 2, (c.d. tekstu z 08.02.2013 r.)

Zatem – dowodzi prof. Bożyk – zupełnie nie uprawnione jest twierdzenie, jakoby gierkowe pożyczki zostały przejedzone, że znaczące uprzemysłowienie Polski pod jego rządami jest mitem, wreszcie że nie było ono potrzebne, jak to próbuje sugerować „GW”. W jego opinii nawet wszystkie popełnione błędy w polityce gospodarczej Edwarda Gierka nie mogą przekreślać jej całościowego dorobku. Dalej prof. Bożyk wylicza, że na rok 1989 zadłużenie zagraniczne Polski wynosiło już ponad 42 mld USD, choć ekipa Jaruzelskiego nie zbudowała już prawie niczego. Obecne zaś polskie zadłużenie zagraniczne zamyka się gigantyczną sumą 324 mld USD (prof. Bożyk wlicza tu łącznie: długi samego budżetu państwa, samorządów, banków i przedsiębiorstw prywatnych). Równa to się już ok. 55% dochodu narodowego. Natomiast wedle tego kryterium, zdaniem Bożyka najbardziej miarodajnego, poziom zadłużenia Polski gierkowskiej był pięć razy mniejszy.

Rozpatrując kwestię polskiego długu zagranicznego od 1970 r. do dnia dzisiejszego w kategoriach tzw. zdrowego chłopskiego rozumu, można by ująć problem następująco: za Gierka pożyczało się krocie, niemniej budowało się za te pożyczki cały ogrom fabryk, mieszkań i różnych obiektów infrastrukturalnych, tak że przynajmniej pozostał przynajmniej po nich jakiś ślad materialny – i to nie byle jaki. W latach 80-tych, w okresie rządów duumwiratu Kania-Jaruzelski, a potem już samodzielnych, w praktyce dyktatorskich rządów Jaruzelskiego – w następstwie najpierw tzw. rewolucji solidarnościowej i będącego jej skutkiem kompletnego chaosu gospodarczego, potem zaś stanu wojennego i zachodnich sankcji gospodarczych, co wszystko razem doprowadziło Polskę do gospodarczej zapaści – nie budowało się już prawie nic, a dług zagraniczny i tak błyskawicznie narastał (nie jest mi wiadomo, czy zaciągano kolejne kredyty, czy też tylko zwyczajnie nie nadążano ze spłatą odsetek kredytów zaciągniętych w latach 70-tych). Wreszcie tzw. wolna Polska pożycza jeszcze nieporównanie więcej niż Gierek, ale nie buduje już właściwie całkiem nic (chyba że z darowizn unijnych, ale nigdy nie są to inwestycje stricte produkcyjne), a do tego zdołała już prawie całkowicie rozfrymarczyć nie tylko materialny dorobek inwestycyjnej polityki Gierka, ale w ogóle cały dorobek narodowy, będący owocem wytężonej prac pokoleń Polaków od 1945 r., a nawet i wcześniej.

Nietrudno wymienić pozytywy „przerwanej dekady”, jak ją ujął w swojej bestsellerowej książce sam Edward Gierek. Choćby wybudowanie ponad 2 mln mieszkań. Fakt, że były to prawie wyłącznie mieszkania w blokach z tzw. wielkiej płyty, budowane przez tzw. fabryki domów, czyli szare, ciasne, mało wygodne i komfortowe – można było jednak normalnie w nich żyć i funkcjonować. Nie było dla nich zresztą w ówczesnych warunkach żadnej innej alternatywy – chyba tylko zamieszkanie pod mostem. Gdyby nie te nieefektowne, często toporne bloki, to całe rzesze polskich „mieszczuchów” – zarówno rdzennych, jak i tych nowo kreowanych w procesie szybkiej industrializacji kraju – nie miałyby zwyczajnie się gdzie podziać. W dodatku były to mieszkania nieporównywalnie tańsze od dostępnych obecnie. Kto żył w tamtych czasach, ten pamięta, że ludzie ciągnęli do nich niczym muchy do miodu, zaś zwyczajny, przeciętny „mieszczuch” wynosił się wtedy dumnie ponad nawet bogatego „wsioka”. Porównajmy to z warunkami obecnymi.

W samym przemyśle powstało za Gierka ok. 800 tys. miejsc pracy, dzięki czemu uniknięto prawdopodobnie rzeczywistego bezrobocia. Nastąpiła znaczna rozbudowa szkolnictwa i bazy medycznej. Co zaś najistotniejsze – wzrosły bardzo wydatnie zarobki, zaś ceny przez długie lata stały praktycznie w miejscu. Rezultat oczywisty – wyraźny wzrost poziomu życia. Także i polska wieś bardzo zyskała na gierkowskich rządach (choć niekoniecznie samo polskie rolnictwo), dzięki stosunkowo wysokim cenom płodów rolnych, a zwłaszcza powszechnej dostępności niskooprocentowanych kredytów, które to procenty na domiar wszystkiego po kilku latach całkowicie niwelowała inflacja. Bywało i tak, że pożyczyłeś równowartość krowy, a za kilka lat wystarczyło wyhodować i sprzedać cielę – i już masz dług spłacony. To właśnie te kredyty i bardzo korzystny, w porównaniu do obecnego, przelicznik cen mięsa, mleka, zbóż, warzyw i owoców w stosunku do materiałów budowlanych doprowadził – mimo utrudnionej dostępności tych ostatnich – do wzmożonego wiejskiego budownictwa mieszkaniowego. Można więc bez większej przesady powiedzieć, że Gierek zastał polską wieś drewniano- słomianą, a zostawił już po większej części murowaną, mimo tego, że były to budynki o stosunkowo niskim standardzie, budowane często z pustaków tzw. żużlowych i kryte przeważnie eternitem.

Do tego dochodzi niezmiernie istotny, a prawie zupełnie dziś zapomniany fakt objęcia właśnie w tym czasie całej ludności wiejskiej bezpłatną opieką lekarską. Jednym słowem, okres gierkowski wyróżniał się bezdyskusyjnie największym poziomem i łatwością życia całego polskiego społeczeństwa na całej przestrzeni istnienia PRL-u – z obecną, „wolną” Polską nawet już nie porównując. Nic też dziwnego, że starsze pokolenia zwykłych Nowaków i Kowalskich wspominają go i będą długo jeszcze wspominać z łezką w oku, mimo kręcenia głową przez całe rzesze politologów i socjologów, a szczególnie różnych zawodowych „antykomunistów”. Patrzą oni nań przez pryzmat własnej egzystencji, a nie z perspektywy zawiłych tajników wielkiej polityki i makroekonomii. I trudno wymagać od nich innej perspektywy.

A jednak – trzeba sobie to powiedzieć jasno i brutalnie – tamten cywilizacyjny awans Polski był awansem zdecydowanie na wyrost. To zabrzmi niepopularnie, ale nie byliśmy w stanie wypracować sami, wyłącznie w oparciu o własne siły, aż tyle w tak krótkim czasie. Nie było warunków do stania się w ciągu 10 lat „drugą Japonią” w tamtych realiach geopolitycznych, gospodarczych, ustrojowych, społecznych etc. Dziś, z perspektywy obecnej, ciężkiej i źle rokującej rzeczywistości, nawet tylko podświadomie chwytamy się pozytywów przeszłości, ale zazwyczaj nie chcemy wiedzieć, jaka jest ich faktyczna cena, jak ciężko przyszło nam za nie zapłacić. W jakimś stopniu polityka forsownej industrializacji kraju na bazie zachodnich kredytów, forsowana przez ekipę gierkowską, jest właśnie praprzyczyną tego, co przeżywamy teraz.

Nie oznacza to absolutnie, że sam Edward Gierek chciał i dążył do tak tragicznego rozwoju wydarzeń. O to nie można go żadną miarą posądzić. On chciał czegoś zupełnie innego – zbudowania naprawdę silnej, nowoczesnej – można nawet rzec – wielkiej Polski, liczącej się w całym świecie. Ale – niestety – każda polityka prowadzi, obok pozytywów, także i do pewnych skutków ujemnych. Nie ma w realnej polityce rozwiązań doskonałych, wyłącznie korzystnych, zaś dobrymi chęciami – jak wszyscy wiedzą – piekło jest wybrukowane. Poza tym, i w latach 70-tych, u jego boku, i zwłaszcza później, byli ludzie, którzy, pchając Polskę w kierunku zacieśnienia więzów z Zachodem, zgoła inne, wcale nie polskie, cele mieli na uwadze. I jego błędem, może nawet winą, było to, że on tych ludzi w swoim otoczeniu tolerował, że się ich słuchał – na zgubę własną i wszystkich Polaków.

Koncepcja forsownego uprzemysłowienia Polski w wydaniu ekipy gierkowskiej opierała się na bardzo prostych założeniach. W związku z coraz to bardziej zarysowującą się za Zachodzie recesją i kryzysem gospodarczym i równolegle wyraźnym odprężeniem na linii ZSRR i satelici-Zachód (UW-NATO) powstała możliwość wzięcia tam stosunkowo – przynajmniej teoretycznie – tanich kredytów. Weźmiemy więc te kredyty dla błyskawicznej, forsownej modernizacji i rozbudowy naszego przemysłu. Następnie ten szybko rozbudowany przemysł da nam taki wzrost eksportu, że te kredyty szybko spłacimy i w ogólnym bilansie osiągniemy same korzyści. Przy okazji uniknie się niebezpieczeństwa pojawienia się bezrobocia i tym samym nieuchronnych zaburzeń społecznych, które mogą podważyć system władzy, a nawet sam ustrój. Skoro klasa robotnicza zaczyna się burzyć (grudzień 1970 r.), to najlepiej ją po prostu kupić, a nie kontynuować beznadziejne próby jej ideologicznej indoktrynacji.

Nie mniejszą rolę grały tu i motywy głównie ambicjonalne: chęć wejścia do grupy najbardziej uprzemysłowionych państw świata, zerwania z „siermiężnym” stylem i polityką Gomułki, wyjścia z roli zaścianka, jakiejś tam europejskiej prowincji. Jak Polska będzie naprawdę silna gospodarczo, to i jej znaczenie polityczne odpowiednio wzrośnie. Wzrośnie nie tylko jej pozycja w obozie państw socjalistycznych, ale stanie się ona wręcz swego rodzaju pomostem pomiędzy tym obozem a kapitalistycznym Zachodem.

Co innego jednak teoretyczne założenia, a co innego życie. Na przeszkodzie pomyślnej realizacji tego niezwykle ambitnego planu stanęła w pierwszym sama nieudolność i ograniczenia wbudowane w ówczesny system gospodarczy – jego ociężałość, gnuśność, mała elastyczność, niedostatek odpowiednio przygotowanych kadr itd. To samo w sobie powodowało, że wiele inwestycji i technologii wdrażanych było z dużym opóźnieniem. Poza tym, samo wyprodukowanie odpowiedniej ilości wyrobów przemysłowych na eksport nie oznaczało jeszcze wcale sukcesu – trzeba je było też realnie sprzedać za granicą za „ciężką walutę”. A kraje zachodnie nie były wcale aż takie skore otwierać się szeroko na import produktów z tych nowo wybudowanych polskich fabryk. Po co kupować coś, co można albo produkuje się już u siebie. W dodatku po 1973 r. (wojna Joom Kippur i jej konsekwencje) cały praktycznie Zachód pogrążył się w potężnym kryzysie energetycznym: państwa arabskie zaczęły walczyć najprostszym orężem gospodarczym, podnosząc kilkakrotnie ceny ropy naftowej. Kraje zachodnie nie miały innego wyjścia – wobec braku alternatywnego dostawcy musiały kupować ropę po cenach, jakich zażyczyli sobie panowie szejkowie. W rezultacie same popadały w deficyt handlowy i zwyczajnie brak im było środków na import wytworów polskiego, świeżo wybudowanego przemysłu.

To jeszcze nie wszystko – szybko okazało się, że działa jeszcze dużo poważniejsza bariera dla szybkiego wzrostu polskiego eksportu do tych krajów. Mianowicie, te wytwory szybko stały się przestarzałe technologicznie, przynajmniej według obowiązujących w nich standardów i norm. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że kredyty zaciągane przez ekipę Gierka na Zachodzie, to nie były zasadniczo – powiedzmy – „wolne” pieniądze, z którymi pożyczkobiorca może sobie swobodnie zrobić co zechce. Były to w większości typowe kredyty produkcyjne – powiązane i służące zakupom określonych technologii, a nawet całych fabryk. I te fabryki, zainstalowane w Polsce, produkowały rzeczy, które stały się szybko niekonkurencyjne. Ponieważ opierały się one na technologiach jeszcze sprzed kryzysu energetycznego, były one teraz, w nowych warunkach gospodarczych, ewidentnie zbyt energochłonne, a po części i materiałochłonne. Zachód właśnie przeprowadzał prawdziwą rewolucję technologiczną, stąd prosty wniosek, że dalsze zakupy tych technologii mijają się w zasadzie z celem – łatwo było przewidzieć, że sprzedaż za granicę wyprodukowanych w oparciu o nie produktów będzie niedługo bardzo trudna albo wprost niemożliwa.

(c.d. wkrótce)

Jan Matusiewicz