Spór o dekadę Edwarda Gierka cz.1

Gdy L. Miller wnosił swoją propozycję ogłoszenia AD. 2013 Rokiem Edwarda Gierka, nie przypuszczałem, że wyniknie z tego aż taka burza medialna. Było z góry wiadomo – także i chyba samemu wnioskodawcy – że to przy obecnym składzie Sejmu absolutnie nie przejdzie: sprzeciw tak PO, jak i PiS był z góry murowany. Ostatecznie obydwie te formacje mają przecież „solidarnościowy” rodowód, którym bardzo się szczycą. Był to zatem od początku do końca zabieg wyłącznie socjotechniczno-propagandowy. Z braku innych możliwości i pomysłów powiększenia elektoratu obecne kierownictwo SLD – ugrupowania czystego niemal typu zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, w pełni akceptującego obecną, bandycką postać „polskiego” kapitalizmu – usiłuję się teraz postawić w roli dobrze kojarzonego społecznie obrońcy dziedzictwa PRL-u. Trzeba mieć doprawdy wyjątkowy tupet by to robić, bo przecież tenże sam Miller i spółka brali bezpośredni udział w rozbiórce i likwidacji tego dziedzictwa.

Ale – co tam – przeciętni ludzie już pewnie tego nie pamiętają albo ulegli już prawie do szczętu politycznemu skołowaniu. W dodatku jest okazja: 100. rocznica urodzin przywódcy PRL rodem z Sosnowca. Jest okazja, to trzeba więc ją wykorzystać, pomimo że jakieś 20, ba jeszcze 10 lat temu miało się tego samego Gierka za nic. W dodatku panuje akurat ku temu bardzo korzystny społeczny klimat: Edward Gierek jest od pewnego czasu upamiętniany coraz to nowymi ulicami, placami itd. w coraz to nowych polskich miastach.

Polityczny cel tego przedsięwzięcia jest aż nadto jasny i klarowny: próba sięgnięcia jednym, prostym, tanim, nic nie kosztującym chwytem po spory zastęp coraz to większej masy ludzkiej wzdychającej do tamtych dobrych, spokojnych, PRL-owskich czasów (wszystkie badania wskazują, że ponad połowa Polaków ocenia je pozytywnie; nic dziwnego przy obecnej mizerocie). Głównie zaś chodzi „towariszczom” z dobrze napchanymi portfelami i pokaźnymi kontami w bankach, nie tylko miejscowych, o odzyskanie choćby części socjalnie ukierunkowanego elektoratu z okresu świetności SLD (2001-2005 r.), który następni uwiedli „kaczyści”. Jego utrata była prostą konsekwencją stoczenia się kierowanej również wtenczas przez Millera partii w warstwie gospodarki na pozycje ortodoksyjnie liberalne, zaś w warstwie ideowo-cywilizacyjnej jej ześlizgiwania się na pozycje libertyńsko-demoliberalne.

Wyborcy, wywodzący się z szeroko rozumianego obozu PZPR i organizacji satelickich, ale nie tylko – w ogóle wszyscy wspominający z nostalgią może trochę szare i siermiężne, ale jednak w sumie bezpieczne, spokojne, charakteryzujące się dużą łatwością życia czasy PRL-u, głosując już w 1993 r., a zwłaszcza w kolejnych wyborach, ławą na SLD w myśl prostego hasła: „komuno wróć”, naprawdę wierzyli, a przynajmniej łudzili się, że ta „komuna” rzeczywiście powróci. To znaczy – że powróci praca, bezpłatna opieka zdrowotna, półdarmowe pobyty w sanatoriach i kolonie dla dzieci, że będą z powrotem naprawdę przestrzegane prawa pracownicze itp. – a nie propagandowe slogany o Marksie, Engelsie i Leninie i czerwone płachty na publicznych urzędach.

Rozczarowali się okrutnie, bo socjaldemokratyczni teraz już „towariszci” poprowadzili nie mniej antyspołeczną politykę od tzw. prawicy. Okazało się, że miast troski o to, by lud miał co jeść i pić, by miał gdzie mieszkać i choć trochę pieniędzy w kieszeni, niezbędnych w nowej, na wskroś konsumpcyjnej rzeczywistości, głównym wyznacznikiem lewicowości mają być odtąd zabiegi o szeroko rozumianą „tolerancję” dla różnych odmieńców, równouprawnienie kobiet, hasła antyklerykalne itd. – słowem coraz większy „luz” w sferze kulturowo-cywilizacyjnej. Wprawdzie sam Miller trzymał się raczej z dala od tego rodzaju „unowocześnień”, ale już patronujący nieoficjalnie „towarisczom” z prezydenckiego pałacu Kwaśniewski wyraźnie się ku nim skłaniał. Tym bardziej zaś takie postacie postępowych lewicowców jak: Kalisz, Senyszyn itd., a także w sumie cała, wyłaniająca się właśnie młoda, SLD-owska fala. Najgorsze zaś, iż okazało się zaraz, że dogmat „wolnego rynku” dalej jak najbardziej obowiązuje, z fatalnym dla ludu pracującego skutkiem.

Gdy więc wyłonili się z oddali bracia Kaczyński ze swoim chwytliwym hasłem „Polski solidarnej”, wielu dało się uwieść. Wiadomo – odtąd będziemy dzielić ojczysty chleb solidarnie, a przynajmniej solidarniej – tak to podświadomie brzmiało. Aliści szybko przyszło kolejne wielkie rozczarowanie. Ten szumny postulat okazał się wyłącznie pustym hasłem, zaś bliźniacy, a zwłaszcza Jarosław, zajęli się głównie walką z tzw. układem i rugowaniem swoich koalicyjnych sojuszników z głównego nurtu polityki. W rezultacie oddali na tacy władzę na wskroś liberalnej PO. Potem przyszła tragedia smoleńska, owocująca nowym wybuchem zażartej antyrosyjskości w szeregach samego PiS i w jego rozbudowanych przybudówkach, połączonej z obsesyjnym wręcz zwalczaniem „komuny” i wszelkich pozostałości po niej. Sentymentalny elektorat postpeerelowski musiał się poczuć nieswojo…

Nowy-stary wódz SLD doskonale o tym wie i próbuje teraz odzyskać utraconą klientelę. Czy mu się uda? Można raczej w to wątpić. Nawet wśród swoich ma jak najbardziej zasłużoną reputację głównego grabarza lewicy, zaś nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się kolejny raz pchał do tego samego bagna. Ale – część może da się skusić – bo przecież, jak dotąd, innego wyboru poza bagnem różnego zabarwienia i różnej woni po prostu nie ma. Może więc zechce zmienić jedno bagno na inne, troszkę przytulniejsze – choćby tylko w swoich wyobrażeniach.

Mniejsza jednak o SLD i samego Millera. Osobiście najbardziej mnie zadziwił i zaskoczył ten cały wielki medialny szum i ta cała wielka fala protestacji, jaka się przelewała kilkanaście dni przez media. „Solidarnościowy” establishment, pogrążony na co dzień w rozlicznych swarach, teraz razem, naprawdę „solidarnie”, od „GW” i Michnika zaczynając, a na PiS-ie kończąc, przystąpił do energicznej krytyki jego pomysłu, lejąc samego bohatera przysłowiową kłonicą gdzie tylko popadnie, na prawo i lewo. I tak Gierek okazał się być w ich opinii m.in. typem skrajnego nieudacznika, sztandarowym patronem fuszerek, a nawet katem robotników, dzieckiem stalinizmu i nade wszystko betonowym komunistą!

Aż trudno wprost uwierzyć, że jeszcze w 2005 r. braciom Kaczyńskim zupełnie nie wadziło poparcie udzielone przez syna Edwarda – prof. Adama Gierka prezydenckiej kandydaturze Lecha. Przeciwnie, mocno o nie zabiegali i chyba bardzo je sobie cenili, skoro nowo kreowany prezydent-elekt już w czasie wieczoru wyborczego osobiście dziękował mu za poparcie. Mało tego, jeszcze w kampanii prezydenckiej 2010 r. Jarosław Kaczyński usiłował się łasić i przymilać zarówno do tegoż A. Gierka, jak i szerzej – do mieszkańców Śląska i Zagłębia, łaskawie wyrokując, że Gierek był „komunistą, ale jednak patriotą”. Jednak tym razem te umizgi poszły na darmo, bo A. Gierek już dużo wcześniej poparł Szmajdzińskiego, gdy zaś ten zginał tragicznie w Smoleńsku, po długich wahaniach i rozterkach, zdecydował się ostatecznie dać sygnał do poparcia Komorowskiego na zasadzie „mniejszego zła”. I Ślązacy oraz Zagłębiacy faktycznie odprawili Kaczyńskiego z kwitkiem.

W sztabie Kaczyńskiego zasługi –owszem – łatwo się zapomina (przekonał się o tym dotkliwie choćby śp. A. Lepper), ale tego rodzaju „zdrad” nie wybacza się nigdy. Może dlatego właśnie ta tak bezlitosna krytyka całego gierkowskiego dorobku, przypominającą chwilami jako żywo myśliwską nagonkę z całą sforą szczekających zajadle kundelków. Oczywiście podłoże tej antygierkowskiej antypeerelowskiej agitacji jest dużo głębsze. Cała polityczno-moralno legitymacja obecnego układu PO-PiS opiera się na ich rzekomych zasługach wynikających z mitu wyzwolenia Polski spod władzy „komuny” i odzyskania tym prostym sposobem „niepodległości”. Stąd właśnie te nerwowe reakcje i te próby ustawiania opinii publicznej, że cały okres PRL to był w zasadzie dla Polski czas całkowicie stracony; to wskazywanie istniejących wtedy wszelkich możliwych niedogodności życia, z jakimi musiał się zmagać przeciętny obywatel. A im dalej od czasów tego strasznego „komunizmu”, tym bardziej i ta „antykomunistyczna” propaganda się nasila.

Dzisiejszy wyznawcy idei „antykomunistycznej”, a zwłaszcza ich bezkrytyczni zwolennicy, chyba nie wiedzą – co to naprawdę jest komunizm. Bo w tzw. Polsce Ludowej owej „komuny” w klasycznej postaci tak naprawdę nigdy nie było. Co najwyżej, funkcjonowała ona do 1953-1956 r. Ale i wtedy istniały niezależne enklawy, niezależne polskie bastiony, których w innych krajach bloku wschodniego nie uświadczysz: uciśniony, ale mimo to wciąż potężny Kościół oraz gnębieni, ale wciąż niezależni ekonomicznie i gospodarujący na swoim chłopi. Już pod koniec lat 40-tych sam Gomułka odważył się publicznie wystąpić z tezą, że kolektywizacja rolnictwa w polskich warunkach nie jest wcale potrzebna, czego skądinąd o mało nie przypłacił głową. Ale polskie prywatne rolnictwo i własność rolna się obroniły. Ten stan rzeczy miał się nijak do komunistycznych miazmatów. Zresztą, co tu dużo mówić – nawet partia rządzącą nie nazwała się oficjalnie komunistyczną, a robotniczą – samo to określenie było w polskich warunkach trudno strawne. W późniejszych zaś latach rygory systemu i nacisk ideologiczny ulegały, oczywiście poza sferą czysto polityczną, stopniowemu rozluźnianiu.

Po objęciu steru partii przez Gierka nastąpiła dalsza ich liberalizacja. W komunistyczne dogmaty mało kto już wierzył nawet wśród samej partyjnej elity – szczególnie dotyczy to funkcjonariuszy narodowości rdzennie polskiej. Owszem, oficjalnie dalej obowiązywał ich światopogląd materialistyczno-ateistyczny, ale po cichu nawet członkowie KC mogli od czasu od czasu spełniać praktyki religijne, chrzcić i posyłać do pierwszej Komunii św. swoje pociechy, i nikt specjalnie ich się nie czepiał, oczywiście pod warunkiem, że robili to zręcznie i dyskretnie, w odległych parafiach na prowincji lub przy okazji „zwiedzania kościołów”. Do tego nadal dominowało prywatne rolnictwo, dobrze miało się prywatne rzemiosło, zaś Kościół przeżywał właśnie apogeum swoich nie tylko religijnych, ale i polityczno-moralnych wpływów. Jeśli coś można z tego punktu widzenia Gierkowi zarzucić, to chyba jedynie wyraźne preferowanie PGR-ów, wynikające zresztą nie tyle z samych założeń obowiązującej oficjalnie ideologii, co z przyjętej linii polityki gospodarczej. PRL wyróżniała się pod tymi wszystkimi względami spośród całej reszty państw „demokracji ludowej” i nie miała wśród nich w zasadzie odpowiednika. Stąd można by określić co najwyżej tamten system mianem „socjalkomunistycznego”, ale w żadnym razie nie czystej, klasycznej „komuny”. Ta ostatnia, to istniała w CSRR, NRD, a zwłaszcza w ZSRR, Albanii, CHRL i KRLD ( tam przetrwała do dzisiaj).

Przechodząc jednak do samego meritum – główny zarzut stawiany dzisiaj Gierkowi, szczególnie przez „GW”, to pogrążenie Polski w ogromnych długach, które spłacamy do dzisiaj, a im dłużej spłacamy, tym końca tego spłacania nie widać, przeciwnie – lawinowo rosną. Jak naprawdę wygląda sprawa z tymi długami i ile „kasy” rzeczywiście pożyczył on na Zachodzie? Niegdysiejszy szef zespołu ekonomicznych doradców Gierka, prof. Paweł Bożyk wyłożył w opublikowanym niedawno na „Nowym Ekranie” artykule pt. „Prawda o długach Gierka”, że ekipa Gierka i Jaroszewicza zapożyczyła PRL łącznie na ok. 20 mld USD. Z tego zdecydowana większość poszła na cele czysto inwestycyjne, a tylko nie więcej niż ¼ na sfinansowanie zakupu surowców i różnych półfabrykatów, potrzebnych do uruchomienia i kontynuacji produkcji w nowo wybudowanych za te właśnie zagraniczne kredyty fabrykach, oraz na zakup pasz przeznaczonych dla wykarmienia stad hodowanych z myślą o eksporcie mięsa i jego przetworów. Prof. Bożyk przypomina również, że Gierek nie tylko pożyczał krocie, ale do samego końca pozostawania u władzy regularnie spłacał wszystkie zaciągnięte pożyczki, dokonując w międzyczasie ogromnych inwestycji (40 % procent całości inwestycji w całym okresie PRL-u). W latach 70-tych wybudowano w sumie ponad 500 dużych zakładów przemysłowych różnego rodzaju branż, elektrociepłowni, dróg szybkiego ruchu i innych obiektów infrastruktury publicznej.

Są wśród nich i takie, bez których istnienia nie można sobie wprost dzisiaj wyobrazić funkcjonowania kraju, na czele z ogromnym kompleksem energetycznym w Bełchatowie, rafinerią w Gdańsku, Portem Północnym, Centralną Magistralą Węglową, czy słynną „gierkówką”, która połączyła wreszcie na dobre Śląsk ze stolicą. Także i obecnie najbardziej dochodowa kopalnia węgla w Bogdance została wybudowana w tym właśnie okresie.

(c.d. wkrótce)

Jan Matusiewicz