To się dopiero nazywa polityka rodzinna!

Rozkręcająca się coraz bardziej tzw. afera taśmowa pokazała jak dłoni opinii publicznej kulisy funkcjonowania wielkiego przedsiębiorstwa politycznego pod szczytna nazwą PSL, skądinąd od dawna doskonale znane wszystkim choć trochę interesującym się rodzimą polityką. Ujawniona pierwotnie przez „Puls Biznesu” treść nagranej ukrytą kamerą rozmowy dwóch prominentnych działaczy tej partii: przewodniczącego Kołek Rolniczych Władysława Serafina i świeżo zdymisjonowanego prezesa Agencji Rynku Rolnego Władysława Łukasika stała się od razu wdzięcznym tematem najpierw dla wszelkiego gatunku tabloidów i brukowców, a potem i dla poważniejszych pism. Na medialnym celowniku znalazł się w pierwszej kolejność główny bohater ujawnionych – nie wiadomo, czy świadomie, czy też bezwolnie – przez Łukasika rozlicznych nieprawidłowości w spółkach rolnych Skarbu Państwa, dyrektor Elewarru (spółki zajmującej się głównie skupem i sprzedażą zbóż, rzepaku i kukurydzy) p. Andrzej Śmietanko. Ten traktował zarządzaną przez siebie instytucję po prostu jak prywatny folwark, a co najmniej tłustą arendę.

Wedle wyliczeń „Faktu” (nr 169 (2661),21-22.07.2012) p. dyrektor wyciskał na tej posadzie aż 800 tys. zł rocznie! Na tą iście bajońską sumę złożyły się: zasadnicza miesięczna pensja w wysokości 29 tys. zł, specjalna premia kwartalna w wysokości 44,5 tys. zł i dodatkowo wynagrodzenie z tytułu zasiadania w radach nadzorczych dwóch spółek-córek Elewarru w kwocie 14 tys. zł miesięcznie. A że i tego było mu za mało, załatwił sobie dodatkowo jeszcze dodatkowo tzw. bonus specjalny w postaci 3 procent zysków firmy (rocznie dawało to około 160 tys. zł). Na tym nie koniec – Śmietanko uwielbiał też zagraniczne delegacje i wojaże po różnych egzotycznych krajach, oczywiście na pełen koszt firmy i z należnym w końcu eksministrowi komfortem. No i tym sposobem uskładała się cała ta pokaźna kwota.

Gdy te praktyki zostały w końcu ujawnione a sprawą zajęły się NIK, CBA i prokuratura, p. dyrektor został w ekspresowym trybie odwołany prze swojego peeselowskiego zwierzchnika, który dotąd dziwnym trafem niczego nie widział. Byłoby jednak największą naiwnością sądzić, że – poza utratą twarzy – poniesie jakiekolwiek wymierne konsekwencje prawne czy finansowe swoich praktyk. Nie tylko nie będzie musiał oddać ani złotówki z wydartego państwowego grosza, ale jeszcze, dzięki sprytnie sformułowanej umowie, dostanie na odchodne dodatkowe 200 tys. zł odprawy. Żeby zaś mimo wszystko rodzinie Śmietanków bieda nie zaglądnęła jakimś cudem w oczy, Śmietanko junior właśnie wyjeżdża do ambasady RP w Sztokholmie, gdzie obejmie świetną fuchę sekretarza wydziału promocji handlu i inwestycji.

Casus Śmietanki, choć skrajny, nie jest bynajmniej odosobniony. Przy okazji wyszło m.in. na jaw, że w tym samym Elewarze i kontrolowanych przez niego podmiotach ciepłe posadki znaleźli również członkowie rodzin trzech innych czołowych działaczy PSL: brat posła Kłopotka (pensja 7,5 tys. zł miesięcznie), syn żelaznego posła Żelichowskiego (9 tys. zł) i brat b. prezesa Kalinowskiego (ok.10 tys. zł). To tylko oczywiście sam czubek wielkiej góry lodowej („ludowej”).

Wymieniony tabloid pisze, że w rezultacie wejścia w koalicję rządową z PO i związanego z tym podziału łupów PSL-owi dostało się kilkadziesiąt tysięcy etatowych stanowisk, które zdążono natworzyć we wszelkiego rodzaju państwowych spółkach rolnych, agencjach, urzędach i wszelkiego rodzaju innych instytucjach funkcjonujących w obszarze rolnictwa. To żadna sensacja – o dawna wiadomo, że owo stronnictwo to tak naprawdę jedna wielka „zielona” rodzina, a ściślej ogromna sieć quasibiznesowa, misternie spleciona z setek i tysięcy układów wzajemnych korzyści. Ta ogromna pajęczyna rozciąga się od samego dołu, od najskromniejszej funkcji sołtysa czy radnego gminnego, i pnie się coraz wyżej, i wyżej, aż po ministerstwa i inne najwyższe urzędy państwowe, a nawet lukratywne stołki w Brukseli.

To zjawisko nie jest jeszcze samo w sobie ani szczególnie osobliwe i wyjątkowe, ani też domagające się bezwarunkowego potępienia. Jest to bowiem w końcu nieodłączny element funkcjonowania systemów demokratycznych. Nie tylko w naszej groteskowej „demokracji”, ale i, wydawać by się mogło, w tak utrwalonych i wysoko cywilizowanych jej postaciach, jak choćby niemiecka czy austriacka, zwycięskie w wyborach, tworzące rząd partie dzielą skrupulatnie miedzy siebie praktycznie całość państwowych posad, poczynając od ministra, a kończąc na zwykłej sprzątaczce i portierze. I wszystkie te posady, niezależnie od rangi, są bardzo pożądane jako pewne, stosunkowo dobrze płatne i, co bardzo ważne, rokujące bezpieczną i solidną emeryturę. Decydując się więc na udział w wyborach i poparcie konkretnej partii, wyborca zgadza się też pośrednio także i na to, że w razie sukcesu właśnie ona poobsadza swoimi członkami i sympatykami owe etaty. Także i w sytuacji, że pewna grupa ludzi skupiona w jednej organizacji politycznej wzajemnie się wspiera, trudno się dopatrzeć w gruncie rzeczy czegoś szczególnie nienormalnego czy zdrożnego.

Ale wszystko musi mieć swoją właściwą miarę. Można by więc zaakceptować zaistniałą sytuację, gdyby nie kilka bardzo zasadniczych „ale”: 1)liczba tych biurokratycznych posad została u nas rozmnożona do monstrualnych wprost rozmiarów, odwrotnie proporcjonalnie do kondycji polskiego rolnictwa – im gorzej się żyje przeciętnemu mieszkańcowi polskiej wsi, tym więcej tych rolniczych biurokratów. Stanowi to jaskrawy kontrast w stosunku do wspomnianych ich zachodnich odpowiedników, którzy potrafią dbać nie tylko o zasobność swoich kieszeni, ale i pomyślny byt tamtejszych bauerów (notabene, warto zwrócić uwagę, że pretekstem i powodem rozbudowy ogromnej biurokracji rolnej było członkostwo Polski w UE: wiadomo – trzeba nieustannie wszystko liczyć, składać sprawozdania, mierzyć ogórki, dzielić unijne fundusze, a przede wszystkim doglądać, czy polskie rolnictwo umiera w tempie zgodnym z życzeniami Brukseli i zachodniej konkurencji…); 2)przypisane do tychże posad pensje są często niewspółmiernie wysokie w stosunku do średniej krajowej, zaś umieszczeni na nich ludzie nie wytwarzają żadnych dóbr poza produkcją całych stosów zadrukowanego papieru.

Cała paradoksalność, a nawet wręcz paranoidalność wytworzonej sytuacji polega też na stopniu alienacji PSL – jak najsłuszniej uznawaną powszechnie za najbardziej „obrotową” partię – od mas polskich rolników. Zdążyło się ono bowiem już przekształcić w praktyce w samowystarczalny, pasożytniczy twór, który, zwłaszcza w warunkach niskiej frekwencji wyborczej, jest w stanie utrzymywać się na powierzchni tylko dzięki głosom swoich stosunkowo licznych swoich członków i członków ich rodzin i niczym kleszcz ssać publiczne pieniądze.

To wszystko są sprawy zupełnie oczywiste. Niejasna jest tylko kwestia, kto tak naprawdę stoi za uruchomioną aferą, komu ona służy i jest potrzebna? Można napotkać m.in. na dosyć liczne sugestie, że jej osnową są walki frakcyjne w PSL-u, związane z planowanym na jesień br. jego kongresem. Wedle niektórych przecieków, taśma z nagraniem sekretnych wyznań rozgoryczonego zapewne dymisją eksprezesa Łukasika została dostarczona mediom przez osoby z bezpośredniego otoczenia Serafina i za jego przyzwoleniem. Ten ostatni oczywiście stanowczo temu zaprzecza. Trudno sobie jednak wyobrazić, że nie miał on faktycznie nic wspólnego z nagraniem, a potem upublicznieniem treści rozmowy. Raczej nie zadziałały tu służby specjalne, bo rozwój wydarzeń byłby inny. Trudno też zakładać typową prowokację dziennikarską, bo w tym wypadku niemożliwa byłaby instalacja kamery bez włamania się do raczej hermetycznego gabinetu szefa kółek.

W tej sytuacji wiele faktycznie wskazuje na motyw wewnątrzpeeselowskich rozgrywek. Bardzo znamienny jest choćby fakt, że rozmowa miała miejsce ponoć jeszcze w styczniu, a ujrzała światło dzienne dopiero teraz. Ktoś musiał w tym mieć konkretny interes. Sprawa wydaje się klarować, gdy weźmiemy pod uwagę powszechną opinię, że to właśnie bezpośrednio odpowiadający za prawidłowe funkcjonowanie ARR i wszystkich podległych jej spółek rolnych minister rolnictwa Marek Sawicki był jedynym groźnym konkurentem Waldemara Pawlaka do prezesury w stronnictwie. Jakie miał w ręku atuty – tego łatwo się domyśleć w świetle ujawnionych rewelacji. To on właśnie trzymał w swoim ręku główny klucz do obsady wszystkich tych fuch i tym prostym sposobem mógł tworzyć sobie liczną klientelę. Tymczasem akurat wybucha afera, której naturalną konsekwencją musi być jego dymisja. I tak się właśnie dzieje – tym prostym sposobem konkurent jest utrącony w przedbiegach, zaś Pawlak może odtąd spać spokojniejszym snem. Coś tu może być na rzeczy, gdy się uwzględni, że Serafin uchodzi za jego zaufanego człowieka, zaś Śmietanko to bliski znajomy Sawickiego.

Zakładając, że ten trop jest prawdziwy, mimo wszystko trudno zrozumieć, że dopuszczono przy okazji do wylania takiego kubła pomyj na całą partię, że zdecydowano się na posunięcie, które musi przecież bardzo poważnie odbić się na jej wiarygodności. Jest to do pomyślenia jedynie w sytuacji, w której wewnętrzne napięcie w PSL osiągnęło już poziom krytyczny; tak wielki, w którym myślenie kategoriami interesu ogólnopartyjnego zeszło już na drugi plan – być może panowie „ludowcy” uznali, że po eliminacji „Samoobrony” mają już na polskiej wsi zapewniony trwały monopol i wolną rękę, zatem teraz cała ich uwaga idzie w kierunku wydzierania sobie lukratywnych stanowisk i korzyści. Tak czy inaczej, wygląda na to, że w „zielonej” rodzinie mocno iskrzy.

Janusz Włodyka