Rosja i stosunki polsko-rosyjskie w wizji tzw. Ruchu Narodowego – cz. 1

O niechętnym, a nawet wprost wrogim stosunku leaderów tzw. Ruchu Narodowego do Rosji – tak ujmowanej historycznie, jak i zwłaszcza tej współczesnej – było wiadomo już od dawna. Ich reakcja na dramatyczne wydarzenia, do jakich doszło w ostatnich miesiącach na Ukrainie, potwierdza to spostrzeżenie w całej rozciągłości.

Ma się rozumieć, owi rzekomi spadkobiercy i kontynuatorzy polskiego ruchu narodowego w osobach różnych Zawiszów, Winnickich, Kowalskich, Bosaków etc. zaczęli w tej nowej sytuacji, bardzo złożonej i właściwie nieprzewidywalnej, raczej już wystrzegać się otwartego afiszowania się z tą swoją pryncypialną antyrosyjskością. Taka postawa nie za bardzo bowiem współgra z aktualnymi nastrojami politycznymi w Polsce, zwłaszcza tymi panującymi w najbardziej świadomych polskich środowiskach patriotycznych. Stąd to rzucające się w oczy nabieranie wody w usta, stąd ten brak jasnego, klarownego stanowiska w kwestii ukraińskiej i w ogóle w zakresie całościowo pojętej polskiej polityki wschodniej, stąd te wymijające, mocno dwuznaczne wypowiedzi w rodzaju: „jesteśmy tak samo zarówno przeciwko banderowcom, jak i też rosyjskiemu imperializmowi” itp.

Niemniej, dotychczasowa linia geopolityczna, gdyby użyć w tym miejscu tego, uszytego trochę na wyrost określenia, RN pozostaje w dalszym ciągu jak najbardziej w mocy, tyle tylko, iż, z wymienionych już wyżej względów, lansowana jest obecnie w sposób znacznie bardziej dyskretny – nie na ulicy, nie przez aranżowanie karczemnych ekscesów pod rosyjską ambasadą, nawet nie w oficjalnych manifestach głównych wodzów tegoż „narodowego” ruchu (a jeśli już nawet, to raczej tylko w aluzyjnej, mocno enigmatycznej formule), ale np. gdzieś tam w luźnych dyskusjach w trakcie kuluarowych spotkań odbywanych z sympatykami i potencjalnymi członkami RN w terenie, w przeznaczonych dla własnego aktywu wydawnictwach, czy też wreszcie na łamach pism stanowiących nieformalne zaplecze medialne RN.

Za modelowy wręcz przykład zastosowania tego rodzaju taktyki może posłużyć chociażby tekst pt. „Choroba rusofilii”, opublikowany dnia 11 kwietnia br. na portalu narodowcy.net, autorstwa p. Jakuba Siemiątkowskiego. Podaję stosowny link:
http://narodowcy.net/publicystyka/9453-choroba-rusofilii

Oto jego przewodnie myśli, opatrzone krytycznym komentarzem niżej podpisanego (pisownia i interpunkcja cytowanych fragmentów tekstu jak w oryginale). I tak, zaczynając od samego początku, p. Siemiątkowski wywodzi, że:

„Spośród wielu stereotypów jakie krążą o polskich narodowcach jeden odzyskał w ostatnim czasie popularność. Mowa tu o rzekomej rusofili jaka miałaby charakteryzować ruch narodowy zarówno przed wojną, jak i dziś. Szkoda oczywiście czasu na pochylanie się nad maniakami szukającymi „„ruskich agentów”” wszędzie gdzie się da. Problem jest jednak głębszy. Niestety cześć narodowców rzeczywiście choruje na nadmierną sympatię dla Rosji. Przyczyny takiego uczucia, w istocie szkodliwego i irracjonalnego, są dość łatwe do wytłumaczenia.

Nie chodzi tu nawet o pozbawione podstaw przeświadczenie o prorosyjskości endecji (orientacja „prorosyjska” trwała w tym ruchu od ok. 1907 do 1915 roku, a więc zaledwie 7 lat, zaś uczucie pogardy dla Rosjan było wśród ówczesnych endeków zjawiskiem częstym)…”.

W tym miejscu przerwiemy póki co wywód p. Siemiątkowskiego, by z miejsca odnieść się do lansowanej przezeń tezy o rzekomej niezasadności tezy („przeświadczenia”) o prorosyjskim nastawieniu endecji w perspektywie historycznej. Oczywiście, nasamprzód musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co rozumieć przez ową prorosyjskość, jak ją pojmować. Otóż, obóz narodowy nie był – czego nie trzeba nawet bliżej udowadniać, bo rzecz jest oczywista i właściwie bezsporna – ani przez chwilę swego istnienia jakąś rosyjską marionetką, nie był nigdy ślepym i bezwolnym rosyjskim narzędziem, wyczekującym cierpliwie i potulnie na stosowne dyspozycje, czy choćby nawet sugestie robienia tego czy owego płynące z Petersburga i Moskwy w zamian za łaskę i przychylność tamtejszych czynników rządzących, a tym bardziej za konkretne subsydia pieniężne z ich strony – co się niejednokrotnie zdarzało stojącemu po przeciwnej stronie politycznej barykady obozowi aktywistyczno-niepodległościowemu, który przecież długimi czasy jadł bez najmniejszej żenady prosto z austriackiej, czy też później niemieckiej ręki. W przypadku endecji niczego podobnego nigdy i nigdzie nie wykazano. Patrząc od tej strony, można by więc zaryzykować wręcz stwierdzenie, że nie była ona prorosyjska, a tym bardziej rusofilska, właściwie nigdy – nawet w wyszczególnionym przez autora okresie „trwania orientacji prorosyjskiej” w jej łonie, jako że owa orientacja była wcielana w życie częstokroć wbrew samej Rosji, szczególnie tej Rosji oficjalnej, a wyrażając się dokładniej, wbrew ówczesnemu rosyjskiemu, czy też – jeszcze ściślej – niemiecko-rosyjskiemu establishmentowi.

Ta sama endecja jawi się jednak jako czytelnie prorosyjska, gdy weźmiemy pod uwagę główne pryncypia wypracowanej przez Popławskiego i Dmowskiego orientacji geopolitycznej obozu narodowego oraz realizowanej w ścisłym odniesieniu do niej polityki polskiej, a także endeckiej wizji, zwłaszcza terytorialnej, przyszłego, odrodzonego państwa polskiego. I ta ocena odnosi się do znacznie dłuższego czasu, niż ten, który podaje w swoich powierzchownych wyliczeniach p. Siemiątkowski. Gdyby bowiem ów zarozumiały mentor młodych polskich narodowców zadał sobie choć trochę trudu i w miarę dokładnie przestudiował chociażby zawartość „Polityki polskiej i odbudowy państwa”, a do tego był osobą intelektualnie uczciwą i obiektywną, to nie wyskakiwałby z tego rodzaju mocno uproszczonymi i naciąganymi wyliczankami.

Jeśli bowiem ujmiemy ową prorosyjską orientację endecji jako ogólną polityczną pojednawczość względem Rosji i dążenie do uzyskania z nią w dłuższej perspektywie czasowej jakiegoś strategicznego kompromisu, znośnego i możliwego do przyjęcia dla obu stron (nie zaś tylko doraźnej ugody i pewnych narodowych koncesji np. na terenie samej Kongresówki), to prorosyjska polityka obozu narodowego, a zwłaszcza osobiście Romana Dmowskiego, zaczyna się (na gruncie praktycznym) w jakiejś mierze już przy końcu 1905 r. wraz stanowczym przeciwstawieniem się przezeń usilnie forsowanym na tym terenie działaniom rewolucyjno-powstańczym w wydaniu PPS, a po części także i SDKPiL.

Jeśli natomiast chodzi o rok 1915, to p. Siemiątkowski wiąże, zdaje się, definitywny – w jego własnej wykładni – kres prorosyjskiej orientacji w dziejach obozu narodowego z faktem wyjazdu Dmowskiego z Rosji na Zachód. Istotnie, Dmowski opuścił wtenczas Rosję, gdyż – trzeba powiedzieć to jasno – jego polityka na gruncie rosyjskim utknęła w zasadzie w miejscu, natrafiając na twardy opór i sprzeciw wspomnianej niemieckiej-rosyjskiej biurokracji; ponadto rozwój wypadków wojennych sprawił, że zaczął się powoli chwiać rosyjski monopol odnośnie powojennego rozstrzygnięcia kwestii polskiej i w konsekwencji otwierały się dla niego realne możliwości efektywnego działania na jej rzecz właśnie na gruncie zachodnim – w pierwszym rzędzie francuskim i brytyjskim. Nie pociągało to jednak bynajmniej za sobą jakiejkolwiek znaczącej rewizji dotychczasowego stosunku obozu narodowego względem Rosji. Oddziałując na rozwój wypadków w Londynie czy Paryżu, Dmowski pozostawał np. dalej w regularnym kontakcie z tamtejszymi rosyjskimi dyplomatami, większość zaś ówczesnej elity przywódczej obozu narodowego pozostała dalej w tejże Rosji, pracując tam dalej z niemałym pożytkiem dla sprawy polskiej.

Aby nie być w tym miejscu gołosłownym, pozwolę sobie przywołać w tym miejscu osobiste świadectwo Dmowskiego dotyczące poruszanej kwestii, zawarte w wspomnianej już jego fundamentalnej pracy, sumującej historię i osiągnięcia kierowanej przezeń polskiej polityki narodowej:

„(…) Byliśmy w momencie ostatecznego centralizowania w Komitecie Narodowym (Polskim) polskiej akcji po stronie państw sprzymierzonych. Akcja ta rozwijała się autonomicznie w paru ośrodkach, związanych wspólnością myśli i dążeń i komunikujących się ze sobą w miarę możności. Poza ludźmi, którzy współdziałali z nami w kraju i mieli swą główną organizację w warszawskim Kole Międzypartyjnym, główne ośrodki, poza naszą grupą na zachodzie Europy, znajdowały się w Rosji i w Ameryce.

W Rosji przez długi czas kierował akcją polityczną przeniesiony z Warszawy do Piotrogrodu Komitet Narodowy. Jego miejsce zajęła w następstwie Polska Rada Międzypartyjna, której w nowym, rewolucyjnym okresie przypadła bardzo ważna rola. Była to rola trudna, wobec tego że, jak już wspomniałem, w owym okresie koła aktywistyczne w Rosji się rozzuchwaliły i nie przebierały w środkach walki, obok tego zaś propaganda rewolucyjna i w polskim środowisku robiła podboje. Wśród rosnącego szybko chaosu rewolucyjnego, w walce z napaściami i intrygami przeciwników, występujących pod sztandarem polskim (chodzi tu zwłaszcza o A. Lednickiego i jego popleczników – AT.), w końcu zaś w walce z bolszewikami i z Niemcami, zaczynającymi gospodarzyć w Rosji, organizowano liczne masy Polaków w Rosji i spieszono im z pomocą, szła syzyfowa praca nad tworzeniem wojska polskiego, obrona interesów polskich w walce z coraz bardziej wikłających się stosunkach z rządami rosyjskimi, wreszcie organizacja współdziałania z przedstawicielami i misjami państw zachodnich. Praca ta wymagała większej ilości sił niż akcja na Zachodzie i miała ich też więcej. Tam pracował główny zastęp działaczy naszego obozu, jak zmarły jesienią 1917 roku jeden z głównych twórców naszej polityki Zygmunt Balicki, dalej: Gościcki, Jaroński, Wasiutyński, Załuska, S. Grabski, S. Zieliński, Zdziechowski, Nowodworski, ks. Lutosławski, Harusewicz, Wasilewski, Niklewicz, Jasiukowicz, Sadzewicz, Hłasko, Bartoszewicz, Michejda, Raczkowski i inni. (…)Po zapanowaniu ostatecznym bolszewizmu i po pokoju brzeskim rychło przyszedł nieunikniony koniec tej akcji. Ludzie zaczęli wracać do kraju…” („Polityka polska i odbudowa państwa, W-wa 1989, t. II, s. 79-82).

Wymienieni przez Dmowskiego z nazwiska działacze endeccy robili w tym czasie na gruncie rosyjskim dla sprawy polskiej wszystko to, co było tylko wówczas możliwe do zrobienia, na drodze utrzymywania poprawnych kontaktów i, jeśli tylko pojawiały się takie możliwości, konstruktywnej współpracy czy to z kolejnymi rządami carskimi, a nawet – w pewnej mierze – porewolucyjnymi, czy to z względnie przychylnymi Polsce rosyjskimi kołami politycznymi i wojskowymi. I trzeba stwierdzić tu jasno: bez elementarnej tolerancji ze strony tychże rosyjskich czynników oficjalnych, a zwłaszcza bez niekwestionowanej przychylności dużego odłamu rosyjskiej opinii publicznej, cała ta szeroko zakrojona polityka polska byłaby niemożliwa do zrealizowania, nie tylko na samym odcinku rosyjskim, ale i w swym wymiarze całościowym. A zatem owa czasowa wykładnia p. Siemiątkowskiego odnośnie „trwania orientacji prorosyjskiej” w obozie narodowym jest w sposób oczywisty niezasadna.

. Zwróćmy zresztą uwagę na to, że zwinięcie endeckiej działalności politycznej i organizacyjnej (w pierwszym rzędzie na gruncie wojskowym, ale nie tylko) w Rosji nastąpiło bynajmniej nie wskutek swobodnej decyzji strony polskiej, lecz zostało wymuszone w prostej linii ugruntowaniem się tam rządów żydobolszewickich, które nie zamierzały w żadnym wypadku dalej jej tolerować, czego tragicznym przejawem stał się bezwzględny mord dokonany przez Czekę w wrześniu 1918 r. na braciach Marianie i Józefie Lutosławskich.

Na tym nie koniec. Powie ktoś, że nastanie systemu komunistycznego w Rosji zamknęło definitywnie kartę rosyjską w endeckiej optyce geopolitycznej. Ktoś inny – a znajdzie się zapewne takich wielu – powtórzy skwapliwie za p. Siemiątkowskim, iż endecy w głębi serca tak naprawdę zawsze pogardzali Rosjanami, nawet wtenczas, gdy na zewnątrz wyciągali do nich rękę z ofertą współpracy i kompromisu, samego czasu „trwania orientacji prorosyjskiej” nie wyłączając. Cóż, wielka szkoda, iż autor nie sprecyzował w tym miejscu konkretnie: którzy endecy? Przecież endecja, to był bardzo liczny i dość mocno zróżnicowany wewnętrznie obóz polityczny. Tak więc – endek endekowi nierówny. Endekiem był formalnie przez pewien czas np. i taki Władysław Studnicki, a ów nie tylko pogardzał Rosjanami, ale wręcz ich nienawidził, składając tego dowody na każdym kroku. I było niewątpliwie wielu innych endeków ożywionych podobnymi uczuciami, zwłaszcza wśród tych, którzy starali się ową prorosyjską politykę Dmowskiego na różne sposoby zastopować i unicestwić (wydawało się im bowiem, iż „Dmowski liże buty carowi”), wzniecając na tym tle przeróżne „secesje” i „frondy” w samym obozie narodowym w okresie przed wybuchem I wojny światowej. Czy różni endecy takiego właśnie pokroju – egzystujący przeważnie tylko gdzieś na jego obrzeżach, nie do końca pojmujący nawet samą jego myśl i stawiane sobie przez ścisłe kierownictwo endecji cele polityczne – mogą być dla nas punktem odniesienia w tej kwestii? Chyba nie.

Oczywiście, nawet i samego Dmowskiego trudno posądzać o jakąś nadmierną estymę wobec „braci-Moskali”. Przecież osobiście wielokrotnie ostro, bez żadnych wahań i ceregieli, krytykował publicznie rosyjską politykę względem Polski, nie wahając się nawet określić ją w samej Dumie mianem „azjatyckiej ”! Przecież to właśnie on zawsze demonstracyjnie rozmawiał z rosyjskimi politykami wyłącznie po francusku, pomimo bardzo dobrej znajomości rosyjskiego. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony przecież nie kto inny, tylko ten sam Dmowski napisał, co następuje:

„(…)Istotą naszej polityki względem Rosji nie były kombinacje z jakimikolwiek czynnikami przemijającymi – widzieliśmy konieczność porozumienia się z tym, co jest trwałe w Rosji, z narodem rosyjskim, rozumieliśmy znaczenie tego porozumienia i dla nas, i dla Rosji. Zrządzeniem losu urzeczywistniliśmy ostateczny cel naszych wysiłków bez udziału Rosji. Skutkiem tego w świadomości polskiej zbyt zatarło się poczucie, że ułożenie na przyszłość naszego stosunku do Rosji jest najważniejszym zadaniem całej naszej polityki. I w tej dziedzinie podstawą dalszej polityki naszego państwa ma być to, co myśmy zapoczątkowali.

Rządy sowieckie w Rosji przeminą, ale Rosja zostanie i stosunek do tego, co w niej trwa, do narodu rosyjskiego, jest ważniejszy stosunku do przemijających rządów…” (tamże, s. 194).

Czy mógł to napisać człowiek ogarnięty rzeczywistym uczuciem pogardy wobec Rosjan, zwłaszcza napisać około roku 1925 (wtedy ukazało się pierwsze wydanie cytowanego dzieła Dmowskiego), gdy system komunistyczny w Rosji zapuszczał coraz mocniej swoje korzenie, coraz bardziej się umacniając i ogarniając swym złowrogim oddziaływaniem właściwie wszystkie wymiary życia, zaś sam naród rosyjski znalazł się w poniżającym stanie w zasadzie całkowitego ubezwłasnowolnienia, pozbawiony praktycznie całej elity przywódczej, bezwzględnie eksterminowany fizycznie i zepchnięty do stanu egzystencji właściwie na warunkach biologicznego minimum, bez realnych widoków wydostania się z tego straszliwego upadku. Który z polskich polityków tamtej doby, poza właśnie Dmowskim, wierzył wtenczas w możliwość jego przetrwania i emancypacji? Kto był w stanie sięgnąć myślą i wyobraźnią, jak to czas pokazał – trafnie, całe dziesięciolecia naprzód?

Nawiasem mówiąc, warto w tym miejscu zaznaczyć, bo rzuci to nam naprawdę interesujące światło na całą twórczość p. Siemiątkowskiego, iż omawiany tu tekst jego autorstwa został pierwotnie opublikowany w jednym z tegorocznych numerów tygodnika „Polska Niepodległa” (z 7 kwietnia br.), co jest wyraźnie zaznaczone pod jego internetowym przedrukiem na narodowcy.net. Sprawa jest godna uwagi ze względu na pewne „smaczki” towarzyszące temuż pismu.

Otóż, tak się składa, że fundatorem i wydawcą w/w tygodnika, którego pierwszy numer ujrzał światło dzienne początkiem września ub. roku, jest niejaki Piotr Bachurski – ten sam, który dobrych kilka lat powołał do życia, wykreował i wydaje do dzisiaj m.in. „Warszawską Gazetę” – pismo o mocnym zabarwieniu patriotyczno-„smoleńskim” (a przy okazji także kryptopisowskim). P. Bachurski jest zresztą we własnej osobie jego redaktorem naczelnym.

„PN”, której start był mocno reklamowany – co bardzo znamienne – m.in. na łamach portali fronda.pl i niepoprawni.pl, pozostaje, rzecz jasna, w ściślej symbiozie ze wspomnianą „WG”, a nawet, do pewnego stopnia, jest wprost jej klonem, jako że kilku członków ścisłego zespołu redakcyjnego tej ostatniej zaangażowało się, zwłaszcza w początkach istnienia nowego tygodnika, w redagowanie także i „PN”. Na chwilę obecną dominują w nim jednak już zdecydowanie aktywiści RN, zwłaszcza ci młodzi i najmłodsi, na czele z R. Winnickim i aktualnym prezesem MW T. Pałaszem, którzy regularnie zapełniają jej łamy (w stopce redakcyjnej widnieje także m.in. osoba P. Holohera). Gazeta mocno eksponuje również postać innego czołowego leadera RN Mariana Kowalskiego, sam zaś p. Siemiątkowski (pisujący równolegle także i do „Polityki Narodowej” – oficjalnego organu RN) należy do jej wiodących publicystów, zwłaszcza właśnie w zakresie spraw rosyjskich i ukraińskich. Tym samym „PN” stanowi swoisty „miszmasz” „narodowo-niepodległościowy”, w ramach którego polska (nominalnie) idea narodowa została pożeniona z bardzo mocną zaprawą „niepodległościową”, jakkolwiek widoczna przewaga działaczy i sympatyków RN wśród piszących oraz regularne zapełnianie przez nich większości stronic kolejnych wychodzących numerów „PN” zdążyło już wywołać utyskiwania niektórych środowisk „niepodległościowych”, iż miał być „nowy tygodnik opinii, a zamiast tego mamy (w zasadzie) biuletyn partyjny RN”.

Łaskawy protektor i sponsor młodych „endeków” p. Bachurski, to zresztą prawdziwy „niszowy magnat medialny”, jak go określają niektórzy znawcy polskojęzycznego rynku medialnego. Oprócz wymienionych tytułów politycznych jest bowiem właścicielem i wydawcą kilku liczących się pism ekonomicznych – w pierwszym rzędzie „Gazety Finansowej”. Że to naprawdę nietuzinkowa postać, ukazuje to choćby krótki opis jego sylwetki zamieszczony na łamach GF24 online, w składzie redakcji: „Kieruje całokształtem działań „„Gazety Finansowej””, zarządza działalnością organizacyjną, ekonomiczną oraz finansową, nadzoruje działania marketingowe. Posiada dwudziestoletnie doświadczenie pracy na rynku wydawniczym. Jest wydawcą czołowych polskim pism ekonomicznych – „„Gazety Finansowej””, „„Home & Market””, „„Biznes Open””, „„Gentleman”” (wszystkie tytuły aspirujące do miana elitarnych – AT.). Realizuje wiele projektów wydawniczych. Przez dziesięć lat mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych. Posługuje się biegle językiem angielskim”.

I jak tu uznać RN za organizację rzeczywiście antyestablishmentową, czy nawet tylko antysalonową, skoro posiada tak eliciarskich patronów. Bo chyba nikt poważny nie będzie próbował przekonywać, iż p. Bachurski stworzył (i to w czasach, gdy prasa ma coraz bardziej pod górkę) i oddał do dyspozycji młodych, „nowoczesnych narodowców” całkiem nowy tygodnik tylko dlatego, że miał akurat taki kaprys. Raczej trudno uwierzyć też w tłumaczenie, że jest to wyłącznie efekt czystej kalkulacji biznesowej wydawcy. Podobnie, że łaskawy sponsor daje im całkowicie wolną rękę, że mogą sobie pisać w „PN” całkiem swobodnie co tylko zechcą i forsować nawet zupełnie przeciwstawny punkt widzenia na pewne kwestie, niż ten obecny i obowiązujący w „WG, czy w „GF”.

Przede wszystkim jednak intrygować musi kwestia, jaki wpływ na stanowisko i stosunek p. Siemiątkowskiego do Rosji mają tak rozlegle amerykańskie konotacje jego pryncypała. Bardzo trudno znaleźć bowiem wśród osób tego pokroju ludzi odnoszących się do niej życzliwie, a nawet tylko względnie neutralnie – w tym przypadku zdeklarowana rusofobia jest w zasadzie regułą. Zresztą „GF” opowiada się w konflikcie ukraińskim wyraźnie po stronie tzw. junty kijowskiej, więc i reszta członów tego minikoncernu medialnego musi się z grubsza dopasować do tego stanowiska – to całkiem logiczne. P. Siemiątkowski nie ma zaś z tym chyba najmniejszych kłopotów, jako że już wcześniej „zabłysnął” jawnie probanderowskimi wstawkami, które dobrze harmonizują z treścią omawianego tekstu. O tym jednak już w kolejnej odsłonie tego artykułu.

PS. Niniejszy tekst został przygotowany do publikacji już jakiś czas temu, postanowiłem jednak rozmyślnie wstrzymać się z tym krokiem, nie chcąc narażać się na zarzut celowego (w domyśle rozbijackiego, a może i agenturalnego!) podważania wiarygodności i niszczenia wizerunku RN w toku trwającej kampanii wyborczej do PE. Także i po samych wyborach należało odczekać przynajmniej tych kilka dni, aby nie stwarzać z kolei wrażenia sadystycznego kopania leżącego na łopatkach (przynajmniej w tej chwili) środowiska politycznego.

(c.d. wkrótce)

Andrzej Turek