RN pójdzie z Kukizem?

rn-kukizPo dłuższej zwłoce kręgi, że tak się wyrażę, opiniotwórcze tzw. Ruchu Narodowego, zdobyły się wreszcie na dokonanie jakiejś oceny i podsumowania stylu kampanii wyborczej oraz samego wyniku wyborczego uzyskanego przez kandydata tejże formacji w tegorocznych wyborach prezydenta (III) RP p. Mariana Kowalskiego. Tego trudnego, a przede wszystkim niewdzięcznego zadania podjął się konkretnie – a jakby inaczej – p. Jakub Siemiątkowski – czołowy publicysta RN, aspirujący wyraźnie do pozycji pióra nr 1 tegoż środowiska politycznego, w tekście pt. „Wybory. Narodowy Punkt Widzenia”. Rzeczony tekst ukazał się naprzód w „Polityce Narodowej” z dn. 27 maja br., a następnie, z parodniowym opóźnieniem, został także upubliczniony w dn. 2 czerwca na głównym i najważniejszym portalu internetowym RN narodowcy.net. Najwyraźniej rozmyślnie czekano z tą publikacją aż we własnych szeregach opadnie pierwsza odruchowa fala emocji związanych z tak dotkliwą, wręcz przygniatającą klęską wyborczą. Oto część najbardziej istotnych – oczywiście w przekonaniu niżej podpisanego – przemyśleń i refleksji p. Siemiątkowskiego (tu zaznaczmy jeszcze, że, jak deklaruje autor, artykuł był pisany jeszcze przed ostatecznym rozstrzygnięciem wyborów prezydenckich w ich II turze):

„Minione wybory należały do zaskakujących. Przede wszystkim świetny, 20 % wynik Pawła Kukiza, ale także znacząco mniejsze niż w sondażach poparcie dla Komorowskiego były tym, czego się nie spodziewaliśmy. (…)

Ciężko nie zacząć od wyniku kandydata RN Mariana Kowalskiego. Bez modnego unikania prawdy, powiedzmy to otwarcie – wyniku bardzo słabego. Można oczywiście mówić, że 5 lat temu nie było żadnego kandydata narodowego, tyle tylko, że każdy wie, jakim marginesem byli wtedy narodowcy. 0,5 % to daleko mniej niż wynik RN w wyborach do Parlamentu Europejskiego i wyborach samorządowych. Mając na uwadze specyfikę wyborów prezydenckich, porównajmy to z wynikami innych kandydatów. Grzegorz Braun osiągnął ponad 1/3 więcej głosów, mimo że nie dysponował zapleczem takiego środowiska, jak kandydat RN, mitem też jest jego rzekoma popularność – przecież aż do wyborów, nie licząc naszej „skrajnie prawicowej” niszy, był on właściwie dla społeczeństwa kimś anonimowym. Jacek Wilk, kandydat KNP, mimo potężnego odpływu struktur do partii Korwina osiągnął prawie taki sam wynik jak Kowalski, będąc z pewnością osobą z pewnością daleko mniej rozpoznawalną i charyzmatyczną. Nawet nikomu nieznany Paweł Tanajno, za którym nie stoi nic i o którym nikt chyba nie potrafi czegokolwiek konkretnie powiedzieć, zgromadził „zaledwie” 2.5 razy mniej głosów niż Kowalski.

Nie jest naszym celem pastwienie się nad wynikiem Mariana Kowalskiego, osoby skądinąd bardzo przyzwoitej. Nie chcemy też deprecjonować wysiłku setek wolontariuszy RN, poświęcających kampanii swój czas i pieniądze. Chodzi o wyciągnięcie wniosków, przemyślenie kilku spraw przez tych kolegów, którzy angażują się w działalność RN. Zapewne nie do osiągnięcia był wynik naprawdę przyzwoity – to, co się dało, zebrał Kukiz, a po części Korwin-Mikke. Czemu jednak Kowalski dostał mniej głosów niż Braun? Wcale nie jest już tak anonimowy jak kiedyś, podobnie Ruch Narodowy nie jest zupełnie nieznany, szczególnie wśród młodzieży. Po prostu szwankował przekaz, jaki wykreowano. Nie chodzi tylko o to, że kulturyście, mającemu zadatki na trybuna ludowego, zasugerowano założenie garnituru i okularów, choć do najrozsądniejszych rozwiązań to nie należało. Istotne było co innego. Dla bardzo wielu ludzi w Polsce to, co mówił jego konkurent Grzegorz Braun, było mieszaniną oszołomstwa i wariactw. Tyle tylko, że kandydat tego typu, kandydat antysystemowy, nie walczy o głos statystycznego Polaka, ale o to, by w ogóle zaistnieć w mediach, przekonać jakąkolwiek grupę społeczną, jakiekolwiek środowisko. Opowieści o poczynaniach pewnej mniejszości narodowej wielu zrażą, ale znajdzie się niejeden taki, którego zjednają. W minionej kampanii wyborczej widać było, że Braun mówi dokładnie to, co mu w głowie siedzi, a jakąkolwiek poprawność polityczną ma za nic. Podobnie było zresztą z (być może krótkotrwałym) sukcesem Korwina z zeszłego roku. Można a nawet należy zarzucać mu wiele, ale nie to, że jest taki sam jak inni, że ugnie się pod dyktatem liberalnych mediów. Jak się okazało, imponuje to większej liczbie osób niż stonowany, „racjonalny” i mało radykalny (wbrew słowom jednego z liderów RN) przekaz, jaki zaprezentował Kowalski. Dobrym odniesieniem są słowa węgierskich kolegów z Jobbiku, którzy dziś, będąc drugą siłą polityczną w swoim kraju, walcząc o wyniki ponad 20 %-centowe, starają się nieco tonować swój przekaz. Kiedy jednak walczyli o to, by w ogóle zaistnieć, o to, by ktokolwiek rozważał ich poparcie, nie patyczkowali się, mówili otwarcie o swoich poglądach, także tych bardzo kontrowersyjnych. Dziś są na szczycie, mogą wdrażać część swoich poglądów w życie, patrzy na nich cała nacjonalistyczna Europa, a nasza partia narodowa zachowuje się tak, jakby miała pozycję niemal taką jak PiS, kreując się na ruch umiarkowany i stateczny.

Jeden z moich przyjaciół, z którym na ogół zgadzam się w ocenie poszczególnych wydarzeń politycznych, stwierdził ostatnio, że wyniki RN w kolejnych wyborach to dowód na to, że w Polsce nie ma dziś i nie było w ostatnich latach miejsca na partię stricte nacjonalistyczną. Wydaje się to niekonsekwentnym stwierdzeniem. Może po prostu należało (i należy) iść innym szlakiem? Skoro sukcesy wyborcze odnoszą inne siły „antysystemowe”, to nie ma przesłanek do twierdzenia, że odpowiednio opakowane hasła nacjonalistyczne również nie przebiłyby się do powszechnej świadomości.

To nie jest przecież tak, że „antysystemowi” Polacy są uczuleni akurat na partie nacjonalistyczne, mając skłonności do popierania akurat liberałów takich jak Korwin-Mikke bądź niesprecyzowanych ideowo kandydatów jak Kukiz. Z porażek trzeba wyciągać wnioski i tego oczekuje wyborca od partii, którą popiera.

Omawiając wybory prezydenckie, nie godzi się oczywiście pominąć świetny wynik Pawła Kukiza. Do jego analizy potrzebne byłyby szczegółowe dane dotyczące glosującego nań elektoratu, można jednak stwierdzić, że tak dobry wynik „antysystemowca” bynajmniej nie popierającego liberalnych ekonomicznie haseł podważa tezę o wielkiej popularności ekonomicznych haseł Korwina-Mikkego. Oczywiście, niemało jest młodzieży wierzącej w te niemalże libertariańskie slogany, niemniej jednak ciężko nie zauważyć, że ich powielanie nie jest jedyną receptą na sukces partii antyestablishmentowej. Pod rozwagę tym, którzy chcieliby z partii narodowej robić konserwatywno-liberalną.

Sam Kukiz program miał niesprecyzowany. Poza niezbyt przemyślanymi JOW-ami nie proponował w zasadzie nic, poza zdawkowymi wypowiedziami na ten czy inny temat. To, co przebijało się w jego przekazie, to silny patriotyzm i brak konkretów, które miałyby z niego wynikać. Być może zresztą o tak dobrym wyniku zadecydowało właśnie to. Istotne, że perspektywa tworzenia przez niego partii aspirującej do niezłego wyniku wyborczego na jesieni łączyć się będzie z brakiem odpowiednich kadr. To Kukiz (z racji wysokiego wyniku) będzie tym, który predysponowany jest do jednoczenia pozapisowskiej prawicy, wysoce prawdopodobne, że będzie się posiłkował kadrami, którymi dysponują środowiska pozostałych kandydatów „antysystemowych” (którzy wypadli znacznie słabiej). Z czysto politycznego punktu widzenia jest to dla niektórych jedyna szansa przetrwania. Problemem może być zagrożenie ideowym zatraceniem się w większym ciele politycznym, choć dla tych, którzy reprezentują idee narodowe i tradycjonalistyczne zagrożenie to jest znacznie mniejsze niż w wypadku kandydowania z list rozważanych niegdyś, określonych ideowo konserwatywnych liberałów…”. Całość artykułu p. Siemiątkowskiego dostępna jest pod poniższym linkiem:

http://narodowcy.net/publicystyka/11149-wybory-narodowy-punkt-widzenia

Przyznając w najbardziej ogólnym zarysie rację wywodom p. Siemiątkowskiego, warto a nawet wręcz trzeba odnieść się krytycznie do kilku kwestii szczegółowych. Zacznijmy może od z całą pewnością bardzo dotkliwej i przykrej prestiżowo dla kierownictwa RN kwestii „porażki” Mariana Kowalskiego w niejako korespondencyjnym pojedynku z Grzegorzem Braunem. Nie wydaje mi się, żeby ten ostatni zyskał nieco bardziej przyzwoity wynik tylko dzięki opowieściom o „poczynaniach pewnej mniejszości narodowej”, skądinąd rzeczywiście przybierających mocno sensacyjną, by nie rzecz fantastyczną formę (podczas gdy dla kontrastu Kowalski unikał podejmowania tego tematu jak ognia). Nie mniejsze, a zapewne większe znaczenie miały tu niekwestionowana inteligencja, elokwencja (niczego w tym zakresie nie ujmując Kowalskiemu), i ogólna błyskotliwość, a nawet wręcz swoisty czar osobisty Brauna – było nie było osoby bez najmniejszej dyskusji kwalifikującej się do ścisłej czołówki intelektualnej III RP, do tego tak towarzysko ustosunkowanej i z naprawdę poważnym dorobkiem zawodowym w tak istotnej dziedzinie twórczości kulturalnej. Tego rodzaju walory (a nie samo uporczywe demaskowanie „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym”) okazały się być w oczach wspomnianej „skrajnie prawicowej niszy” mimo wszystko lepszą rekomendacją do ewentualnego sprawowania godności głowy państwa niż te zadatki na trybuna ludowego, które niewątpliwie posiada czołowy działacz RN z Lublina. Te ostatnie są niewątpliwie bardzo cenne i przydatne w walce politycznej, jednak póki co raczej nie w przypadku wyborów prezydenckich, ale w potyczkach trochę niższego szczebla.

Wydaje mi się jednak, że wchodzenie w tego rodzaju personalne porównania (czy to z Braunem, czy to nawet z Wilkiem i Tanajną) nie ma tu większego sensu – trzeba podejść do kwestii w kategoriach znacznie bardziej ogólnych. Główne i najważniejsze pytanie brzmi bowiem następująco: co konkretnie p. Marian Kowalski miał do zaproponowania bardziej lub mniej narodowo (czy też nacjonalistycznie) usposobionemu wyborcy? Ano, zapowiadał w pierwszym rzędzie ułatwienie mu dostępu do broni palnej (może w ramach swoistej licytacji właśnie z Braunem!), wspieranie rodzimej przedsiębiorczości poprzez niższe i prostsze podatki, poza tym głosił m.in. postulat konieczności likwidacji ZUS-u oraz efektywnego, skutecznego opodatkowania zagranicznych hipermarketów i w ogóle wszystkich korporacji, panoszących się dziś całkowicie swobodnie w Polsce niczym w jakiejś XIX-wiecznej afrykańskiej czy też azjatyckiej kolonii. Do tego dochodziła wizja silnej prezydentury, a nawet wręcz postulat wprowadzenia systemu prezydenckiego na wzór USA – te właśnie wątki pojawiały się najczęściej i przebijały się najmocniej w przekazie medialnym w toku kampanii wyborczej kandydata RN. Poza tym gdzieś tam na drugim planie, w mniej eksponowanych propagandowo deklaracjach programowych, Kowalski podkreślał m.in. potrzebę, a może i konieczność zachowania „publicznej własności polskich lasów i wód”, „konstytucyjnego i traktatowego zagwarantowania polskiej własności ziemi rolnej”, „polonizacji sektora bankowego”, co zostało jeszcze dodatkowo umajone (teoretycznie) może i chwytliwymi, ale jeszcze mniej konkretnymi, w gruncie rzeczy oderwanymi hasłami w rodzaju: „praca w Polsce najpierw dla Polaków” albo „polska ziemia i polski handel w polskich rękach”.

Szczególnie ciekawe i osobliwe poglądy zaprezentował kandydat RN w przedmiocie polityki zagranicznej i ściśle fasadowego charakteru istniejącego nominalnie państwa polskiego. Otóż, zadeklarował powrót do prawdziwej i jak najbardziej realnej suwerenności bez żadnego głębszego ruszania wytworzonego status quo w postaci rewizji krępujących lub wprost likwidujących ją kagańcowych traktatów czy też wystąpienia z tłamszących ją na każdym kroku organizacji między i ponadnarodowych. Oto mała próbka tego rozmytego, nafaszerowanego czystą demagogią stylu: „Jako prezydent będę stał na straży suwerenności RP. Zamiast czepiania się cudzych klamek i deklarowania polskiej podległości wobec możnych tego świata – niezależność i samowładność Polaków.(…) Ani Rosja, ani Unia Europejska nie mogą rządzić w Polsce. Dlatego zagwarantuję suwerenność państwa i odmówię podpisania każdego aktu prawnego wymierzonego w polską suwerenność oraz będę dążył do wypowiedzenia Traktatu Lizbońskiego i unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego”.

Nie trzeba posiadać nawet szczególnej wiedzy politycznej, by dostrzec uderzającą gołosłowność i całą życzeniowość tego rodzaju szumnych deklaracji. Pomijając już w gruncie rzeczy groteskową sugestię, jakoby to Rosja (nawet bardziej niż UE, skoro wymieniona została przed nią!) rządziła obecnie w Polsce, jest czymś zupełnie jasnym i oczywistym, iż zupełnie podstawowym warunkiem odzyskania – i to tylko na względnym poziomie – owej, tak mocno artykułowanej niezależności, suwerenności, a tym bardziej „samowładności Polaków” jest wystąpienie III RP z UE (a w obecnych realiach pewnie także i z NATO), w zakresie zaś częściowym przynajmniej gruntowna renegocjacja warunków członkostwa Polski w UE na wzór brytyjski. To pojmuje i rozumie każdy jako tako wyedukowany politycznie wyborca, tym bardziej o poglądach narodowych (czy też wprost nacjonalistycznych). I dlatego tenże wyborca nie miał żadnego powodu głosować „na narodowe masło maślane”, na kandydata, który, jak to zgrabnie i dosadnie określił jeden z czołowych konserwatywnych publicystów, „nie wiedzieć czemu nazwał się narodowym”.

Żeby można było z całym przekonaniem stwierdzić, że w Polsce faktycznie nie ma miejsca na partię „stricte nacjonalistyczną” (w ramach porządku tzw. demokracji liberalnej), trzeba by najpierw taką formację wykreować i doprowadzić ją do startu w wyborach, które dałyby jakąś miarodajną odpowiedź w tym zakresie. Tzw. Ruch Narodowy, pomijając samą nazwę, w żadnym razie taką partią bowiem nie jest i to nie tylko w zakresie bieżącego, podporządkowanego wymogom socjotechniki przekazu medialnego, ale i samych pryncypiów ideowo-programowych. Jest on w gruncie rzeczy, jak to po części był łaskaw przyznać sam p. Siemiątkowski, formacją o dość wyraźnym profilu konserwatywno-liberalnym, zatem „korwinopodobnym”, tyle że udrapowaną zewnętrznie na „narodową” modłę i podobieństwo. Samego zaś Mariana Kowalskiego, wieloletniego aktywistę UPR, dotyczy to w szczególności.

Inna sprawa, że p. Siemiątkowski (i ci, w imieniu których się wypowiada) teraz, po czasie, dość wyraźnie od Kowalskiego się dystansuje – taki wniosek nasuwa uważna, słowo po słowie, lektura przytoczonego fragmentu tekstu jego autorstwa. I nietrudno domyśleć się głównej przyczyny tego dystansu. Nie chodzi tu nawet o to, że tenże zaprezentował zbyt „mało radykalny” przekaz (który, gdyby tylko sprawy potoczyły się inaczej i gdyby uzbierał, powiedzmy, dwa, trzy procent głosów, zostałby z dużą dozą prawdopodobieństwa uznany za jak najbardziej trafiony i właściwy) i zakończył wyborczą rywalizację „na tarczy”. Chodzi o rzecz nieporównanie bardziej istotną i kłopotliwą z punktu widzenia bieżących planów większości kierownictwa RN; mianowicie o to, że to właśnie Marian Kowalski bodaj najmocniej z całej stawki kandydatów wypowiadał się – i to nie raz – krytycznie na temat lansowanych przez Kukiza (i tych, którzy za nim stoją) JOW-ów! Aż do chwili rozstrzygnięcia wyborczego była to zresztą nie tylko jego prywatna opinia, ale i pogląd dominujący w tymże kierownictwie, zbieżny i dobrze korespondujący z partykularnym interesem RN.

Teraz jednak sytuacja nagle diametralnie się zmieniła, a leaderzy RN poczuli się zmuszeni do zmiany zdania w tym przedmiocie dosłownie z dnia na dzień. Nie sądzę, żeby zachwycili się tymiż JOW-ami naprawdę szczerze. Postawieni słabiutkim wynikiem Kowalskiego w wyjątkowo trudnym położeniu przed zbliżającymi się szybko wyborami parlamentarnymi, widzą po prostu jedyną szansę ratunku w doczepieniu się do tworzącej się właśnie partii, czy raczej listy Kukiza. Wykoncypowana przez p. Siemiątkowskiego diagnoza: „Z czysto politycznego punktu widzenia jest to dla niektórych jedyna szansa przetrwania” zdaje się w pierwszym rzędzie dotyczyć właśnie RN! A jeśli tak, to trzeba się niezwłocznie od tegoż Kowalskiego przynajmniej częściowo zdystansować się, schować go w cieniu, wytworzyć wrażenie, że choć był ściśle partyjnym kandydatem RN, to jednak w gruncie rzeczy działał na własną rękę i mówił, co sam uważał za stosowne. I wydaje się, że był to jeden z głównych motywów przyświecających refleksjom i ocenom, z którymi wystąpił p. Siemiątkowski.

To przypuszczenie zostało jeszcze bardziej, a w zasadzie to nawet w pełni uwiarygodnione przez taki a nie inny przebieg kongresu RN, jaki odbył się w międzyczasie (13 czerwca) w Warszawie. Już bez żadnych osłonek zadeklarowano na nim, że partia ta „przygotowuje się do wrześniowego referendum (w sprawie ewentualnego wprowadzenia JOW-ów, zaprzestania finansowania partii politycznych z budżetu państwa i wprowadzenia pewnych zmian podatkowych ) i do wyborów parlamentarnych”. Będzie w tym referendum agitować oczywiście za JOW-ami (jak i zaprzestaniem wspomnianego finansowania). W jakim celu i w imię jakich motywów? „Po to, by narodowe poglądy zagościły również na Wiejskiej” – oto deklaracja głównego wodza RN R. Winnickiego. Co prawda, nie ma jeszcze formalnego porozumienia w kwestii wspólnego startu wyborczego, ale utrzymywane są „życzliwe relacje z poszczególnymi podmiotami antysystemowego pospolitego ruszenia”, które dają szansę na „sformowanie oferty wyborczej, która przemebluje polską scenę polityczną” – zadeklarował tenże Winnicki. Aby zaś jakoś podnieść wartość RN w oczach własnych i potencjalnych koalicjantów, przypisał też kierowanej przez siebie formacji zasługę „współudziału w zatopieniu Palikota i jego szajki”, jak również podniósł tą okoliczność, że w minionych wyborach prezydenckich łącznie aż jedna trzecia głosów padła na kandydatów ( „antysystemowych”), którzy mówili teraz o tym, co RN głosi już od paru ładnych lat (czyli z kolei zasługa przygotowania gruntu).

Jak się sprawy ułożą ostatecznie, trudno dziś wyrokować. Wydaje się jednak naprawdę prawdopodobne, że „narodowe poglądy” faktycznie zagoszczą na jesieni na Wiejskiej a to dzięki paru sejmowym fotelom, jakie przypadną Winnickiemu i kilku innym członkom ścisłego kierownictwa RN właśnie dzięki aliansowi z Kukizem. Nic, zwłaszcza w polityce, nie ma za darmo, ceną tego więc będzie przypuszczalnie przyłożenie ręki do zabetonowania sceny politycznej III RP na dłuższy okres czasu (tak, najpierw trzeba będzie stosownie wykazać się w referendum przed muzykiem-politykiem!), jak również samolikwidacja, a przynajmniej dalsze rozwodnienie już i tak „narodowego” tylko oficjalnie RN. Ale i na to znajdzie się pewnie jakieś górnolotne uzasadnienie…

Andrzej Turek