Prowokacja, ale czyja?

Muszę szczerze się przyznać, że przyjąłem wiadomość o usunięciu przez Rosjan polskiej tablicy ustawionej na miejscu katastrofy w Smoleńsku w listopadzie ub. roku z wielkim zdziwieniem, zaskoczeniem i konsternacją. Pomyślałem odruchowo – po co dolewają oliwy do i tak buchającego ognia? Czyżby faktycznie, jak to się pisze i mówi dookoła, znajdowali przyjemność w samym celowym dręczeniu i prowokowaniu nas, Polaków? Taki też wydźwięk miały praktycznie wszystkie gorące komentarze medialne. Wystarczy przywołać tu niektóre opisujące to zdarzenie określenia: „skandal”, „prowokacja”, „hańba”, „policzek dla ogółu Polaków”, „nóż wbity w serce Narodu”, itd. Tego rodzaju opinie wydawały mi się, co prawda, od samego początku wyraźnie przejaskrawionymi, trudno jednak było otwarcie z nimi polemizować. Przeciwnie, w wytworzonej atmosferze zaczęły się cisnąć coraz bardziej natarczywie do głowy myśli, że pojednawcza postawa względem Rosji okazała się być jednak nieuzasadnioną i że polska racja stanu oraz własny honor nakazują jak najszybszą jej rewizję.

Nie oszukujmy się jednak – nikomu nie jest łatwo przyznać się do błędu. Także i mnie było ciężko to uczynić, z tej to prostej przyczyny zwlekałem z tym mało przyjemnym krokiem. I wyszedłem koniec końców tym razem na tej zwłoce raczej dobrze, bowiem już w ciągu kilku najbliższych dni zaczęły wypływać informacje rzucające nieco inne światło na ten oficjalny jednostronny, propagandowy obraz.

Przede wszystkim, bardzo szybko okazało się, że owa usunięta przez Rosjan tablica została przytwierdzona do głazu ustawionego na miejscu katastrofy przez władze obwodu smoleńskiego z inicjatywy garstki członków stowarzyszenia Katyń 2010 na czele z pp. Zuzanną Kurtyką Beatą Gosiewską bez jakiegokolwiek pytania się o ich zgodę. Jak wyznał związany z tym środowiskiem p. Dariusz Malusiak, autor filmu „Modlitwa smoleńska”: „(…) Była to półkonspiracyjna wyprawa, ponieważ nie mieliśmy zgody władz białoruskich i rosyjskich na przewiezienie tablicy i zamontowanie na miejscu tragedii”. Jednakowoż sama p. Kurtyka nie widzi w tym fakcie nic złego, argumentując, że przy całej operacji asystowali funkcjonariusze rosyjskich służb specjalnych, a nawet ekipa jakiejś rosyjskiej telewizji, zatem wszystko dokonało się za milczącym przyzwoleniem, a przynajmniej bez otwartego sprzeciwu rosyjskich czynników oficjalnych.

Jeśli nawet rzeczy tak się miały, to trzeba wziąć poważnie pod uwagę hipotezę, iż głównym tego powodem mogło być przede wszystkim zaskoczenie. Poza tym, nie trzeba być zawodowym detektywem by się domyśleć, że Rosjanie nie chcieli robić awantury i szarpać dwóch nieszczęśliwych kobiet – to by mogło doprowadzić polską opinię publiczną do stanu czerwoności. Zresztą, sądzę, że pomysłodawcy całej akcji dobrze sobie to wszystko przemyśleli i nieprzypadkowo delegowali do głównej roli właśnie kobiety, na dodatek o tak znanych i głośnych nazwiskach.

Szybko okazało się również, że władze rosyjskie od samego początku zgłaszały swoje zasadnicze zastrzeżenia wglądem owej tablicy, wskazując na samowolne jej powieszenie na terytorium Federacji Rosyjskiej przez osoby będące obywatelami obcego państwa, nie uzgodnioną treść i brak wersji w języku rosyjskim, co jest – przynajmniej teoretycznie – normą w takich sytuacjach. Jednak nasz MSZ, obsadzony ponoć przez rosyjskich agentów, nie reagował przez prawie trzy miesiące, grając na przeczekanie i najwyraźniej panicznie bojąc się zarzutu o wyrzeczenie się prawdy katyńskiej i zdradę narodową. Przyznał to otwarcie sam min. Sikorski, stwierdzając : „Gdybyśmy nazwali tę sytuację prawną, że doszło do samowolnego zawieszenia tablicy na terytorium obcego kraju, bylibyśmy odsądzani od czci i wiary”. A więc, to, zdaje się, właśnie z tego powodu najpierw polski konsul z Moskwy asystował przy jej wieszaniu, potem zaś usilnie próbowano skłonić Rosjan do pogodzenia się z nią jako z faktem dokonanym albo przynajmniej do odłożenia decyzji o jej usunięciu na czas po uroczystych obchodach rocznicy katastrofy.

W końcu stracili oni jednak cierpliwość i dwa dni przed tymi obchodami usunęli wspomnianą tablicę, zamieniając ją na inną, z dużo bardziej lakoniczną lub nawet – jak to określają niektórzy – ocenzurowaną treścią. Dlaczego to zrobili? Oddajmy znowu głos min. Sikorskiemu: „(…) Tablica została tam umieszczona bez konsultacji z kimkolwiek i nosiła napisy, które były dla gospodarzy nie do przyjęcia, bo sprawa kwalifikacji zbrodni katyńskiej jest kontrowersyjna w Polsce, a co dopiero w Rosji…”.

Władze rosyjskie usunęły z pierwotnej treści oryginalnej tablicy wszystkie słowa łączące w jedną ideową całość oba te wydarzenia: zbrodnie katyńską i katastrofę smoleńską, chodziło im jednak – jak wszystko na to wskazuje – głównie o jedno sformułowanie: „sowiecka zbrodnia ludobójstwa”. Rosja konsekwentnie nie uznaje Katynia za ludobójstwo. A więc, gdyby w tym stanie rzeczy prezydent Miedwiediew zatrzymał się, czy tym bardziej złożyłby kwiaty przed tablicą noszącą taki napis, mogłoby to zostać zinterpretowane jako gest podważający czy też zapowiadający rewizję tej oficjalnej linii. I to był w rzeczywistości główny powód usunięcia tablicy. A że wysoce niedogodne i niezręczne byłoby wycinanie samego słowa „ludobójstwo”, tym bardziej zaś podmienianie go np. na „zbrodnię”, uznano najprawdopodobniej, że lepszym rozwiązaniem będzie usunięcie całości zapisu odnoszącego się do Katynia.

Dlaczego jednak zwlekano z tym tak długo i dokonano tego zaledwie na dwa dni przed przyjazdem polskiej delegacji do Smoleńska na uroczystości rocznicowe. Większość komentatorów upatruje w tym fakcie klasycznej prowokacji, służącej testowaniu polskiej uległości a także dalszej destabilizacji sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju. Niektórzy wymyślili sobie nawet, że Rosjanom chodziło nawet o coś więcej – o dalsze osłabienie polskiego państwa na arenie międzynarodowej. Teza to cokolwiek śmieszna, zważywszy, że polskiego państwa już od dawna nie ma. Istnieje co najwyżej tylko jego nędzna karykatura, tak mizerna i tak niewiele znacząca na arenie międzynarodowej, że aż wprost trudno sobie wyobrazić jeszcze większe jej osłabienie. A co do reszty – być może faktycznie coś w tym jest; być może Rosjanie chcieli się po prostu odegrać na Komorowskim, Tusku, itp. za ich wybitnie dwulicową, grubymi nićmi szytą grę w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Wydaje mi się wszelako, że zadziałał tu silniej motyw dużo bardziej przyziemny. Wymieniono tablicę wtedy, gdy wszystko było już zaklepane, gdy strona polska nie była już w stanie odwołać czy też okroić uroczystości rocznicowych. Wcześniejsze usunięcie tablicy nie tylko Rosjanom nic by nie dało, ale byłoby dla nich  jeszcze bardziej kosztowne propagandowo i ryzykowne.

Podsumujmy więc krótko całą „prowokację smoleńską”. Instalacja tablicy była bezpośrednim dziełem dwóch wdów, wychodzących, zdaje się, z założenia, że śmierć ich najbliższych i ból odczuwany po ich stracie dają im jakiejś szczególne przywileje w stosunku do miejsca katastrofy i prawo robienia tam, co tylko uznają za słuszne i właściwe. I te wdowy na własną rękę realizują w pewnym sensie politykę zagraniczną III RP, bo tego rodzaju gesty na obcym terytorium wchodzą w jej zakres, zaś powołane do tego instytucje przez blisko pół roku umywają ręce i nie reagują na coraz to bardziej stanowcze protesty gospodarzy terenu. Zastanówmy się dobrze – kto tu jest tak naprawdę prowokatorem całej tej awantury? Czyż nasz MSZ nie powinien bezzwłocznie uzgodnić ze stroną rosyjską sposobu upamiętnienia ofiar katastrofy ? Byłby to najlepszy sposób jej uniknięcia.

Zapewne wielu, może nawet większości moich rodaków wydaje się, że w działaniach pp. Kurtyki i Gosiewskiej nie ma absolutnie nic zdrożnego; że przeciwnie zasługują one wyłącznie tylko na wielkie pochwały; że mamy święte, nienaruszalne prawo we wszelki możliwy sposób walczyć o prawdę katyńską także na terytorium Rosji, skoro ta od  dawna za wszelką cenę usiłuje ją grzebać względnie zamazywać. Mnie jednak jako żywo kojarzą się one z sytuacją, jaka po nastaniu „wolnej Polski” zapanowała choćby w Oświęcimiu-Brzezince, które to miejsce stało się w praktyce terenem eksterytorialnym a właściwie oddanym w dyspozycję Izraela i światowej diaspory żydowskiej, które zachowują się tam tak, jakby były jego wyłącznymi posiadaczami. Nie widzę żadnego uzasadnienia ani tym bardziej możliwości, byśmy mieli iść w ich ślady.

Także sprawa samej kwalifikacji prawnej zbrodni katyńskiej jest dużo bardziej złożona i skomplikowana, niż to utrzymują „nasi” hurrapatrioci. Jest niezaprzeczalnym faktem, że sami Sowieci usiłowali zaraz po drugiej wojnie doprowadzić do nadania jej statusu ludobójstwa, przypisanego oczywiście Niemcom. A więc, w tej perspektywie dzisiejsze stanowisko Rosji – było nie było, ich sukcesorki – jest nacechowane wielką hipokryzją. Dopóki rzekomymi mordercami pozostawali oficjalnie Niemcy – Katyń był ludobójstwem, gdy okazał się nimi ostatecznie i niepodważalnie ZSRR – już nie.

Spróbujmy jednak choć trochę skorzystać z wyobraźni i spojrzeć – choć dziś grozi to od razu zarzutem wręcz o zdradę stanu – na sprawę z perspektywy Moskwy. Otóż, Rosja jest głównym prawnym sukcesorem ZSRR na arenie międzynarodowej z wszystkimi wynikającymi z tego korzyściami i przywilejami, na czele ze stałym miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ale też i z całym bagażem jego zbrodniczego dziedzictwa. Jest chyba najzupełniej oczywiste dla każdego, że  w przypadku oficjalnego uznania Katynia za ludobójstwo musiałaby uczynić też to samo np. z Wielkim Głodem na Ukrainie w latach trzydziestych ub. wieku, eksterminacją i wywózką a Syberię całych narodów i grup etnicznych i w końcu z ogromem zbrodni popełnionych na samych Rosjanach. Z tej perspektywy można by śmiało stwierdzić, że cały okres istnienia ZSRR, poczynając od samej rewolucji bolszewickiej, a kończąc na śmierci Stalina, to było jedno, wielkie ludobójstwo, którego pierwszą i zarazem główną ofiarą byli właśnie Rosjanie. Nieprzypadkowo Putin podkreślił w czasie swojego przemówienia w Katyniu, że spoczywa tu znacznie więcej Rosjan niż Polaków. Jednak większość współczesnych Rosjan z wielu względów nie chce dokonywać tak wielkiego katharsis, przeprowadzać tak bolesnego, kompleksowego rozliczenia się z własną historią; wolą oni raczej odwoływać się do tego, co w tamtym czasie było dla ich kraju korzystne i chwalebne, a pomijać raczej milczeniem to, co było bolesne i tragiczne. To musi zasadniczo wpływać także i na postawę rosyjskich władz. Możemy takie podejście do omawianej kwestii krytykować, może się nam ono głęboko nie podobać (choć sami dalecy jesteśmy od chłodnej, obiektywnej oceny własnej historii), ale, na miłość Boską, nie próbujmy dyktować Rosjanom, jakie tablice i gdzie mają wieszać na swoim własnym terytorium.

Samo pojęcie ludobójstwa zostało, rzecz ciekawa, wprowadzone do języka prawnego przez polskiego prawnika pochodzenia żydowskiego Rafała Lemkina jeszcze przed II wojną światową, a następnie dużo bardziej szczegółowo zdefiniowane w II Konwencji ONZ ws Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa z 1948 r. Nie będę tu przytaczał jego definicji w całości, wspomnę tylko, że w największym skrócie oznacza ono zbrodnię przeciwko ludzkości, celowe wyniszczenie całości lub części narodów, grup etnicznych, religijnych i rasowych zarówno poprzez fizyczne zabójstwa, kontrolę urodzin, przymusowe odbieranie dzieci czy stworzenie warunków obliczonych na wyniszczenie. Czy zbrodnia katyńska spełnia te kryteria? Wedle polskiej prokuratury i IPN-u  jak najbardziej. Także Sejm RP uznał kilka lat temu Katyń za: „zbrodnię wojenną noszącą znamię ludobójstwa”. Nie mam najmniejszego zamiaru i powodu, by taką kwalifikację w jakikolwiek sposób kwestionować. Nie mam też nic przeciwko stawianiu tablic ku czci ofiar Katynia z takim określeniem na terytorium Polski. Nie podtykajmy ich jednak bezceremonialnie pod nos drugiej stronie, by następnie, w obliczu jej stanowczej reakcji, robić potem obrażone miny i obłudnie krzyczeć o prowokacji. Jeśli mamy na to ochotę, doprowadźmy najpierw do uznania naszego stanowiska na arenie międzynarodowej przez stosowne organa, a do tego droga bardzo daleka. I to wcale nie względu na ogarniające cały świat wszechpotężne rosyjskie wpływy, tylko z powodu bardzo surowych i restrykcyjnych zasad postępowania w tego rodzaju sprawach. Wystarczy tu wspomnieć, że jak dotąd żaden ze znanych prawników z zagranicy nie poparł oficjalnie naszego postulatu, zaś wszelkie próby międzynarodowego uznania nawet największych zbrodni – rzecz jasna, poza Holokaustem – za ludobójstwo napotykają na ogromne trudności i przeszkody. Dość powiedzieć, że mimo usilnych wysiłków nie powiodły się ukraińskie starania o uznanie przez Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy za ludobójstwo Wielkiego Głodu. Podobnie do dnia dzisiejszego Turcja broni się skutecznie przed takim zakwalifikowaniem straszliwych rzezi Ormian.

Czy to się komuś spodoba czy nie, uważam i ośmielę się wypowiedzieć to otwarcie, że w tym kontekście w sprawie Katynia Rosja i tak zdobyła się na stosunkowo dużo – przyznała się do zbrodni, której tak długo i uparcie zaprzeczał jej poprzednik; przeprosiła za nią, co prawda dosyć enigmatycznie, min. choćby Jelcyna, przekazała nam najbardziej istotne zachowane dokumenty i archiwalia. Doszło do ekshumacji zwłok pomordowanych i zbudowania cmentarzy wojennych nie tylko w Katyniu, ale także w Miednoje i Piatichatkach. Czy oficjalne uznanie przez nią mordów na polskich jeńcach uczyni nas naprawdę usatysfakcjonowanymi? A może niektórym chodzi nie tyle o ich samych, o ich pamięć i prawdę historyczną, co przede wszystkim o celowe jątrzenie i zadrażnianie stosunków polsko-rosyjskich. Jeśli tak, to trudno doprawdy znaleźć inną kwestię, która lepiej by się do tego nadawała. Czy nie można było np. napisać na tej nieszczęsnej tablicy: „(…)zginęli w drodze na uroczystości upamiętnienia pomordowanych w Katyniu”.

Otóż nie i łatwo domyśleć się dlaczego. Termin: „ludobójstwo” niesie ze sobą dużo większy negatywny ładunek emocjonalny niż samo określenie „zbrodnia”, a przecież zadeklarowani szerzyciele „prawdy smoleńskiej” w łączności z prawdą katyńską grają właśnie głównie na naszych emocjach. Jeśli jednak zabiega się tak usilnie o tą prawdę w pełnym jej wymiarze, to trzeba być konsekwentnym, trzeba traktować wszystkich sprawców zbrodni na Polakach na równi, a nie dzielić ich pod katem doraźnych, bieżących uwarunkowań politycznych na tych, których się kompleksowo rozlicza, i na tych, którym się wyraźnie „odpuszcza”. A więc, jeśli domagamy się od Rosji przyznania zbrodni katyńskiej statusu „ludobójstwa”, to powinniśmy tego samego żądać wobec Ukrainy w stosunku do rzezi wołyńskiej i innych zbrodni nacjonalistów ukraińskich popełnionych na Polakach, zwłaszcza na bezbronnych cywilach. Tak się składa, że w kręgach PiS padało nawet takie określenie, ale w okresie przed „pomarańczową rewolucją”. Później jednak Jarosław Kaczyński wraz ze swoim otoczeniem jakby zaniemówił. Po prostu w imię wizji polityki wschodniej III RP prezydenta Lecha Kaczyńskiego i „strategicznego partnerstwa” z juszczenkowską Ukrainą uznano w tym przypadku poświęcenie prawdy historycznej za całkiem możliwe. Stąd nikt ani słowem nie pisnął, gdy już w 2007 r. Juszczenko zrobił Bohaterem Ukrainy Romana Szuchewycza – komendanta UPA i głównego odpowiedzialnego za rzeź wołyńską. Konsekwentnie nie reagowano na wszelkie przejawy narastającego na Ukrainie kultu UPA i jej „bohaterów”. W końcu taki ponoć czuły na polską pamięć historyczną śp. prezydent Kaczyński nawet słowem się nie odezwał, gdy jego ukraiński „przyjaciel” poszedł już na całość, wynosząc do panteonu ukraińskich bohaterów samego Banderę. Okazuje się zatem, że prawda historyczna podlega bieżącym uwarunkowaniom i może być przedmiotem gry politycznej – w relacjach z jednym państwem można iść na wszelkie ustępstwa w tym zakresie, zaś z drugim nie można cofnąć się nawet na krok. A przecież, jeśli Katyń jest ludobójstwem, to rzeź wołyńska jest nim tym bardziej, tu przecież mordowano ludność polską bez względu na płeć i wiek, w celu „oczyszczenia ukraińskiej ziemi z obcych elementów”.

Mimo to, do dnia dzisiejszego nazywanie tych wydarzeń po imieniu napotyka, nawet w Polsce, na wielkie opory, uroczystości rocznicowe są nader skromne i zdawkowe, zaś ofiary rzezi zostały upamiętnione na terenie Ukrainy tylko jednym pomnikiem w Porycku, postawionym notabene jeszcze za prezydentury Kuczmy. I nie żąda się w tym przypadku od władz Ukrainy jakichkolwiek przeprosin ani zadośćuczynienia. Katyńskich bojowników ta sprawa jakoś dziwnie mało obchodzi. Powtarza się często, że nie można zbudować dobrosąsiedzkich stosunków kosztem prawdy historycznej, ale to stwierdzenie tyczy się tylko do Rosji, do Ukrainy i Litwy (zbrodnia ponarska) już nie. Dopiero od niedawna zaczyna się śmielej mówić o banderowskich zbrodniach i narastających lawinowo upowsko-faszystowskich tendencjach na współczesnej Ukrainie, jednak często w tonacji obciążającej winą za to zjawisko obecną ekipę Wiktora Janukowycza, tak jakby była to kwestia kilku ostatnich miesięcy, jakby neobanderowcy spadli nagle z nieba, a nie długo gnieździli się pod opiekuńczymi skrzydłami Juszczenki. To tak właśnie ma wyglądać rzekoma walka o polską pamięć historyczną, prowadzona przez Polaków z krwi i kości?

Albo co ma wspólnego z prawdą historyczną powszechne określanie Katynia  jako zbrodni rosyjskiej? Przecież każdy, kto faktycznie dociekał tej prawdy, wie doskonale, że nie popełniono jej wcale w imię rosyjskich, narodowych czy państwowych celów. Wiadomo także powszechnie, że wśród jej sprawców etniczni Rosjanie stanowili wyraźną mniejszość, a głównych winowajców – tak na poziomie sędziów, jak i katów –  trzeba raczej szukać w dwóch niewielkich krajach, jednym kaukaskim, a drugim bliskowschodnim. Kto jak kto, ale osoby związane z IPN-em powinny o tym doskonale wiedzieć i w tamtą przed wszystkim stronę kierować swoje zarzuty. Żeby mieć moralną podstawę domagania się od kogoś prawdy, trzeba najpierw samemu nią żyć.  Tylko, że tu wcale nie o rozliczenia historyczne tak naprawdę chodzi. Główną idee-fixee tych ludzi jest szczucie wszelkimi sposobami Polaków na Rosję. Pokazuje to najlepiej przebieg demonstracji a raczej awantury 9 kwietnia przed rosyjską ambasadą w Warszawie. Co prawda, trudno było się w zasadzie spodziewać innego scenariusza, zważywszy że jej organizatorem była organizacja „Naszość”, kierowana przez niejakiego Piotra Lisiewicza, członka redakcji „GP”, od lat wyćwiczona i zaprawiona w różnych antyrosyjskich ekscesach. Niemniej zapowiedzi organizatorów sugerowały, że będzie ona miała znacznie bardziej cywilizowany przebieg.

Nie miałbym jej uczestnikom niczego za złe, gdyby np. spokojnie złożyli na ręce rosyjskiego ambasadora petycję ze swoimi oczekiwaniami, postulatami, a nawet żądaniami ws katastrofy smoleńskiej. Ale publiczne palenie w tym miejscu kukły Władimira Putina jest działaniem – nie zawaham się użyć tego słowa – niedopuszczalnym i odrażającym, tak samo jak wykrzykiwanie słowa: „morderca”. Jako Polakowi i polskiemu patriocie doprawdy wstyd mi za tych ludzi.

P. Lisiewicz publicznie wykrzyczał: „Nie zgadzamy się na brak prawdy, na przemilczanie, i na to, co się stało rok temu w Smoleńsku, i na to, co się działo przez cały rok, kiedy to usiłowano zniszczyć w nas pamięć, i na to, co stało się dzisiaj, kiedy pod osłoną nocy usunięto tablicę”. Doprawdy trudno to wszystko logicznie zrozumieć. Oczywiście, można się domyśleć, że tą „prawdą” są kolejne, sensacyjne odkrycia „GP”, i że wszyscy, w tym Rosja, powinni tą „prawdę” bezdyskusyjnie przyjąć. Jednak nazwanie kogoś mordercą bez posiadania twardych dowodów to czyn stojący w oczywistej sprzeczności z cywilizacją łacińską, której jednym z fundamentów było przecież rzymskie prawo. Najwidoczniej więc p. Lisiewicz i jego towarzysze nie mieli nigdy z nią do czynienia…! Swoją drogą uderza wprost zwierzęca nienawiść nie tyle nawet do Rosji jako takiej, co do samej osoby Putina, w którym jakby się ucieleśnia wszystko zło panujące w tym kraju. Owi bojownicy o „prawdę smoleńską” nie mają bowiem szczególnych pretensji do Miedwiediewa, ani nawet do Anodiny, ale prawie wyłącznie do Putina, zaś skala ich wrogości wobec niego wyraźnie wzrosła po niedawnym skazującym wyroku dla Chodorowskiego. Jeśli kogoś to boli, to niech się owszem awanturuje, ale niech wciąga do tych swoich brudnych gier całej rzeszy otumanionych Polaków, a zwłaszcza pamięci najlepszych synów polskiego narodu, którzy zginęli w Katyniu dla Polski i tylko dla Polski.

Oczywiście, napotyka się tłumaczenia, że kukły Miedwiediewa nie można było spalić, bo to oficjalna głowa państwa, a zatem taki czyn byłby już przestępstwem. Odpowiem na to, że ta granica jest bardzo płynna, a premier FR to też osoba oficjalna. Tak naprawdę jednak Miedwiediew jest od początku pod jakąś swoistą ochroną, zaś Putinem straszy się nawet polskie dzieci z godną lepszej sprawy konsekwencją.

Chcąc zachować zdolność do logicznego myślenia, zwłaszcza politycznego, lepiej się trzymać od tych apostołów „prawdy smoleńskiej” daleka. Do jak wielkiego politycznego i moralnego obłędu ich działania prowadzą, świadczy najlepiej wypowiedź p. Andrzeja Melaka, także spod rosyjskiej ambasady: „(…) Dlatego musimy tu być, bo jedna zbrodnia nieosądzona sprzed 71 lat i nie ukarana zrodziła prawdopodobnie drugą zbrodnię, zwaną już drugim Katyniem…”. Wyrażę się jasno i dobitnie, bez względu na wszelkie możliwe konsekwencje – takie porównanie jest absolutnie nie do zaakceptowania, urąga ono przede wszystkim pamięci najlepszych synów Polski, którzy właśnie za nią i tylko za nią, nie za jakieś międzynarodowe interesa całkiem kogo innego, umierali w Katyniu. Tymczasem wśród pasażerów rozbitego prezydenckiego Tupolewa było przecież wielu takich, którzy niedługo przed przylotem do Smoleńska przykładali czynnie rękę do grzebania polskiej suwerenności. Fakt, że śmie się dziś publicznie sprowadzać do tego samego poziomu jednych i drugich, świadczy najlepiej do jakiego żałosnego stanu zeszliśmy. Tego rodzaju poczynaniom trzeba powiedzieć twarde – Nie! Już sama nazwa Katyń 2010 jest bowiem prowokacją.

Andrzej Turek