Prezydentura Trumpa a sprawa polska

Niezależnie od jej rzeczywistych, całościowo wziętych kulis i głębszego podłoża, już dzisiaj można z całą pewnością stwierdzić, że elekcja Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta USA istotnie zmienia cały obraz polityki amerykańskiej i co za tym nieuchronnie idzie także i globalnej. Szkopuł jednak w tym, że tego prostego wniosku nie chce za nic w świecie przyjąć do wiadomości praktycznie cały establishment pewnego europejskiego kraju nad Wisłą, zachowujący się – oficjalnie przynajmniej – tak, jakby – wprost przeciwnie – wszytko pozostało i miało dalej pozostać dokładnie po staremu.

W szczególności tyczy się to znanej powszechnie ze skrajnego filoamerykanizmu partii rządzącej, która w pierwszym odruchu na wyborczy werdykt obywateli Stanów Zjednoczonych na pewien czas jakby wprost zaniemówiła, jakby wstrzymała oddech z zaskoczenia i niedowierzania, a następnie skupiła całą swoją energię na deklarowaniu i przekonywaniu wszem i wobec, że także i przy Trumpie relacje polsko-amerykańskie pozostaną w istocie kropka w kropkę takie same, jakie były dotąd. Tego rodzaju przekaz kierowany jest przede wszystkim na „rynek wewnętrzny”, do własnego partyjnego zaplecza i elektoratu, jak i w ogóle do całej opinii publicznej.

Jako pierwsza wystąpiła z tym publicznie (17 listopada, audycja „Gość Poranka”) szefowa Kancelarii Premiera p. Elżbieta Witek, która pozwoliła sobie zaliczyć telefoniczną rozmowę prezydenta Andrzeja Dudy z nowym amerykańskim prezydentem elektem, odbytą kilkadziesiąt godzin po wstępnym przeliczeniu i zsumowaniu głosów, do kategorii „bardzo dobrego gestu”. Cóż, p. Witek powiedziała tu akurat całą prawdę – to był właśnie taki swego rodzaju ceremonialny gest, i tylko gest – nic więcej. To, że prezydent Duda załapał się do grona trzydziestu oficjalnych przywódców poszczególnych państw, którzy mieli do tego czasu przyjemność rozmawiać z Donaldem Trumpem, tak naprawdę o niczym szczególnym wcale jeszcze nie świadczy, a w każdym bądź razie samo w sobie wcale nie potwierdza szczególnych relacji „sojuszniczych” pomiędzy III RP a światowym supermocarstwem – tym bardziej, że np. W. Putin został dopuszczony, czy też poproszony do tego samego telefonu chyba jednak trochę  wcześniej.

Oczywiście  p. Witek następnie skrupulatnie dodała, że – występujący już w roli amerykańskiego prezydenta-elekta – Trump „potwierdził gotowość współpracy i wywiązania się z tych zobowiązań, na które Amerykanie zgodzili się na szczycie NATO” (Kancelaria Premiera w swoim oficjalnym komunikacie ujęła to już wszelako w nieco bardziej ogólnikowy i rozmydlony sposób, a mianowicie, że: „Polska może liczyć na Stany Zjednoczone w każdym aspekcie dwustronnej współpracy”). I również nie ma podstaw i powodów by w tym miejscu p. Witek nie wierzyć, choć to jakby relacja z drugiej ręki.

Dalej następują pryncypialne zapewnienia, że: „Stany Zjednoczone zawsze będą naszym stałym sojusznikiem, będziemy zabiegać o bardzo dobre relacje i mam nadzieję, że tak się właśnie stanie. Amerykanie wybrali, to był ich demokratyczny wybór, którego nikt nie powinien kwestionować, a dobre relacje polsko-amerykańskie zawsze będą dla nas na pierwszym miejscu”. Pomijając już pewną groteskowość i sztuczność, dające się wyczuć w tych dość mocno napuszonych deklaracjach – są to jednak wszystko tzw. oczywiste oczywistości z „masłem maślanym” w jednym opakowaniu. Trudno wszakże o lepszy, o bardziej dobitniejszy manifest polityki bezalternatywnej, o tyle osobliwy i oryginalny, że jakby z pewną domieszką niepewności i wątpliwości w tle.

Dużo bardziej reprezentatywną i skonkretyzowaną ilustracją tego przekazu mogą być chociażby spostrzeżenia i opinie p. premier Beaty Szydło, wyrażone przez nią w wywiadzie udzielonym agencji Reutera w dn. 18 listopada br., a więc z górą tydzień po praktycznym rozstrzygnięciu się amerykańskich wyborów. Główna, przewodnia myśl tegoż wywiadu – gdy chodzi naturalnie o kwestię wygranej  Trumpa – sprowadza się do bardzo wygodnego propagandowo zauważenia i wskazania „podobieństw w wygranej Trumpa i PiS”. P. premier uzasadnia to twierdzenie mniej więcej w taki sposób: „W swojej kampanii Donald Trump dotarł do ludzi. Skupił się na ich potrzebach, umiejscowił siebie poza politycznymi elitami. Zmieniło się coś w sposobie postrzegania polityków i w tym, jak ludzie dokonują wyborów. Ludzie nie wybierają polityków, którzy są związani z obecnymi elitami politycznymi. – To jasny sygnał, że ci politycy są oddaleni od rzeczywistości. Ludzie mówią: <<nie, nie chcemy tego>>. W ten sposób Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory w Polsce”.

Cóż, na tym etapie zastosowanej argumentacji można by się owszem generalnie zgodzić z wywodami p. premier. Stanowczo jednak rola „ludzi (ludu)” jest tu wyolbrzymiona – w rzeczywistości i w jednym i w drugim wypadku mieliśmy w ostatecznym rozrachunku do czynienia z wewnętrznym, i to dość miękkim i łagodnym, przetasowaniem w łonie ścisłego establishmentu, inna sprawa, że niejako wymuszonym i stymulowanym nastrojami, potrzebami, oczekiwaniami i w końcu zwykłą frustracją milionowych rzesz tychże „ludzi” – których rzeczywista rola i wpływ wydaja się zresztą cokolwiek większe w amerykańskim przypadku – niż w obecnych polskich realiach. Ma się rozumieć, p. Beacie Szydło jako szefowej rządu wprost nawet nie wypada czegoś podobnego artykułować – takie wnioski nasuwają się jednak nieodparcie.

Zresztą, nie to jest tu najważniejsze, kto tak naprawdę w większym stopniu przyczynił się do wyniesienia D. Trumpa na stołek prezydenta USA – czy całkowicie oddolny sprzeciw i narastający bunt społeczny wobec dotychczasowych porządków, czy też wewnętrzna rozgrywka w łonie amerykańskiego establishmentu. Absolutnie najważniejsze pytanie w tym miejscu i czasie brzmi, jak ten wybór wpłynie na całą amerykańską politykę, zwłaszcza w jej zewnętrznym wymiarze, i na ile oczekiwania i cele obydwu stron są – czy raczej będą – tutaj zbieżne. A nasuwają się co do tego niemałe wątpliwości.

P. premier Szydło, „odnosząc się do budzących kontrowersje wypowiedzi Trumpa podczas kampanii wyborczej (chodzi tu najpewniej choćby o te o W. Putinie czy też o współczesnej roli NATO), stara się, co prawda, bagatelizować i poniekąd rozwiewać problem, stawiając argument, że: „taka jest dynamika kampanii, a kiedy już dochodzi do rządzenia, rzeczywistość jest nieco inna, bardziej spójna”. Innymi słowy, mamy tu bardzo zawoalowane, ale jednak przyznanie, że „demokracja” tzw. kierowana czy też sterowana nie jest – jak to się pokazuje demoliberalnym palcem – tylko domeną współczesnego państwa rosyjskiego, ale także nagą rzeczywistością wielu innych państw i krajów, włączając w to nawet oficjalnie ultrademokratyczny i „prawoczłowieczy” Zachód.

Przechodząc zaś do kwestii bezwzględnie kluczowej, wyraziła swoje „zaufanie”, że decyzje podjęte przez ostatni szczyt NATO, odbyty latem br. w Warszawie, o rozmieszczeniu tzw. wielonarodowych sił NATO w Polsce i krajach bałtyckich zostaną w pełni wdrożone w życie przez nową amerykańską administrację. W tym miejscu nie ma – i nawet być nie może – najmniejszego zaskoczenia, albowiem owe natowskie, a biorąc sprawę tak bardziej poważnie, amerykańskie bazy na terytorium Polski i do tego jeszcze koniecznie znacznie konkretniejsze instalacje „odstraszające” w Redzikowie, są już od dawien dawna głównym i zasadzie jedynym przedmiotem westchnień i pożądań najszerzej pojętego miejscowego stronnictwa proamerykańskiego, a zarazem w zasadzie jedynym miernikiem podniesienia rangi stosunków z USA do wymiaru prawdziwie „sojuszniczego”. W kontekście owego pożądania blednie wszystko inne. I gdyby ostatecznie się okazało, że Donald Trump decyduje się jednak – i to najlepiej tak do końca – zmaterializować owe tęskne westchnienia, to wszelki dystans i rezerwa względem jego osoby prysną w bardzo krótkim czasie, zaś nieco przygaszony i skonsternowany filoamerykanizm bujnie z miejsca nowym, jeszcze żarliwszym płomieniem.

Póki co jednak panuje chyba spora niepewność, o czym mogą – przynajmniej pośrednio – świadczyć wyrażone w tym samym, cytowanym wywiadzie, nadzieje p. Szydło, że A. Merkel będzie się ubiegać o czwartą już kadencję szefowej niemieckiego rządu, oczywiście z pozytywnym rezultatem –  „Osobiście kibicuję Angeli Merkel i mam nadzieję, że będzie ona kanclerzem”. Ten swego rodzaju wyraz oddania i ukłon w stronę „naszej złotej pani Anieli” – jak to zwykł tytułować niemiecką kanclerz pewien wielce poczytny publicysta – sam w sobie sugeruje, że stosunki na linii Warszawa-Waszyngton niekoniecznie są już tak stabilnie gorące, jak jeszcze parę miesięcy, ba, tygodni temu, i że w tej sytuacji trzeba dodatkowo się zabezpieczyć przez postawienie w większym niż dotychczas stopniu na drugiego głównego protektora i mocodawcę. To, że ta sama „nasza złota pani Aniela” ma też i innego zapamiętałego adoratora wywodzącego się z Polski w postaci tak bardzo znienawidzonego – przynajmniej oficjalnie – w partii rządzącej i jej okolicach D. Tuska, nie ma tu już większego znaczenia, bo tak naprawdę liczy się … racja stanu. „Mamy bardzo dobre stosunki (chodzi tu w pierwszym rzędzie najpewniej o jej osobiste relacje z p. kanclerz) ” – obwieściła p. premier. Niejeden z przedstawicieli tzw. twardego, a właściwie to najtwardszego elektoratu PiS, karmionego od lat wielce odkrywczymi supozycjami o różnych tam np. „kondominiach niemiecko-rosyjskich” – funkcjonujących w Polsce i nad Polską naturalnie, pewnie mocno by się na to żachnął, pewnie byłby zmuszony dość mocno przecierać oczy, czytając owe słowa (wszelako nie będzie musiał szczęśliwie tego robić, gdyż  zwyczajnie Reutera nie czyta, mając nastawione anteny i odbiorniki w całkiem inną stronę) – niemniej można akurat tej deklaracji uwierzyć.

Dlaczegóż to jednak kolejny wybór „naszej złotej pani Anieli” jest aż tak bardzo pożądany? Oto odpowiedź, nad wyraz jasna i klarowna: „Polityka kanclerz Merkel jest przewidywalna, a stabilizacja to coś, czego Europa  potrzebuje” – niezależnie od wszelkich zastrzeżeń związanych z jej polityką migracyjną. Warto zresztą w tym miejscu podkreślić, że – co bardzo symptomatyczne – kwestia ta stanowiła w ogóle centralny punkt i motyw rzeczonego wywiadu. Jeszcze bardziej godna zauważenia i podkreślenia jest jednak ta okoliczność, że słowa te padły w momencie, gdy jeszcze nie było oficjalnej, stanowczej deklaracji samej zainteresowanej o stanięciu do obrony kanclerskiego fotela i gdy panowała jeszcze w tym względzie niejaka niepewność. Albowiem „Żelazna Angela”, a nawet „Matka Narodu” – bo taka to właśnie, niezwykle poważna, aczkolwiek oczywiście tylko nieformalna, tytulatura przysługuje jej w samych Niemczech – dopiero kilka dni później oficjalnie zadeklarowała, że pójdzie śladami swego dawnego mentora H. Kohla, który to był właśnie niemieckim (RFN-wskim) kanclerzem aż całych lat szesnaście. W dodatku ową deklarację pani kanclerz poprzedziła ostatnia, prezydencka wizyta B. Obamy w Niemczech (17 listopada), podczas której wychwalał on ją na wszelkie możliwe sposoby, nazwał ją „(swoją) wielką sojuszniczką i przyjaciółką” i praktycznie wprost wzywał niemieckie społeczeństwo do jej kolejnego wyboru. W tej sytuacji trzeba było zatem koniecznie pospieszyć z owym wyrazem poparcia, solidarności i poniekąd – w pewnej mierze – hołdu. I to jest właśnie przypuszczalnie główne tło przytoczonej deklaracji p. premier Szydło. Widać z tego wyraźnie, że polityka zewnętrzna rządu PiS, wspieranego zresztą wiernie w tym zakresie także i przez nominalną opozycję – polega nawet nie tyle na oparciu się na Stanach Zjednoczonych jako takich, ale na jak najdokładniejszym wpisaniu się w określony, funkcjonujący w ich obrębie układ polityczny.

Gdyby założyć, co wydaje się uprawnione, że poszczególne opinie p. premier pozostają ze sobą w pewnym elementarnym związku przyczynowo-skutkowym, że są wyrazem jednej zbiorczej refleksji i nie są całkowicie oderwane jedna od drugiej, i przeczytać to jedno krótkie zdanie tak „pomiędzy wierszami”, wychodziłoby z tego ewidentnie, że D. Trump aż tak bardzo przewidywalny – jak A. Merkel – już nie jest, i że przynajmniej niektóre jego zapowiedzi i projekty wieszczą raczej – do pewnego stopnia przynajmniej – zmianę, a nawet wprost – sięgając po to niepokojące słowo – destabilizację obecnego globalnego i europejskiego porządku. To, że sama już Polska spełnia w ramach owej „stabilnej” Europy rolę swoistego neokolonialnego folwarku, nie stanowi tu już oczywiście większego problemu, tym bardziej, że sam wspomniany Obama określił podczas przywołanej wizyty w Berlinie UE mianem „jednego z największych osiągnięć ludzkości”. I jakże mu tu nie przyklasnąć? Zresztą owa wizyta z całym jej przesłaniem stanowiły ewidentnie część niezwykle szeroko zakrojonej, realizowanej nie tylko na samym gruncie amerykańskim, ale wprost międzynarodowej kampanii, mającej na celu stworzenie pewnych tzw. faktów dokonanych i niejako uprzedzające wpłynięcie na politykę nowej amerykańskiej administracji w takim stopniu, w jakim jest to tylko możliwe i wykonalne.

cdn.

Janusz Włodyka