Prawdziwy cyrk na kółkach

Tak tylko można chyba nazwać można działania podjęte przez szefów PO w związku z niedawnym głośnym wystąpieniem o. Tadeusza Rydzyka w Brukseli, tj. zarówno wysłanie w tej sprawie przez szefa MSZ Radosława Sikorskiego noty dyplomatycznej do Watykanu, jak i próbę wykorzystania do pacyfikacji niewygodnego zakonnika nuncjusza apostolskiego w Polsce, abp Celestino Migliore.

Mimo że wydarzenia te miały miejsce już dosyć dawno temu, a sprawa jest stosunkowo dobrze znana wszystkim interesującym się choć trochę polskim życiem publicznym, warto jeszcze raz przypomnieć, jak się naprawdę rzeczy miały. Otóż, szef Radio Maryja gościł mniej więcej dwa tygodnie temu w Parlamencie Europejskim w Brukseli, na seminarium dotyczącym energii odnawialnej i geotermalnej, zorganizowanym pod auspicjami eurodeputowanych PiS. „Przejechał” się przy tej okazji ostro po rządzących. Miał wyrazić się m.in. dosłownie: „Nie wiem, gdzie ja żyję, bo w czasach komunizmu nie mieliśmy takich problemów jak teraz. Jesteśmy dyskryminowani, jesteśmy wykluczani, to jest to totalitaryzm”, od razu zaznaczając też, iż nie jest to bynajmniej jakiś żart, ale że mówi to całkowicie na serio.

Mówiąc konkretniej, o. Rydzyk miał na myśli cofnięcie przez rząd Donalda Tuska dotacji na odwierty geotermalne, jakie powstały w ostatnich latach na terenie jego toruńskiego władztwa oraz równolegle cofnięcie przezeń unijnej pomocy na dalszy rozwój Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Jedno i drugie przyobiecał w swoim czasie o. Rydzykowi PiS. Pieniądze na odwierty – w wysokości 27 mln zł – miały wpłynąć na konto fundacji Lux Veritatis w ramach państwowej dotacji Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Podpisano w tej sprawie stosowną umowę. Po przedterminowych wyborach 2007 r. i dojściu do władzy PO tenże fundusz niemal w trybie ekspresowym wypowiedział tą umowę pod pretekstem niekompletnej dokumentacji złożonej przez wnioskodawcę, przede wszystkim w zakresie zabezpieczenia finansowego inwestycji (styczeń 2008 r.). W rezultacie wykonano tą inwestycję głównie z datków społecznych, z dosyć kiepskim zresztą efektami. Z kolei środki unijne – w wysokości tym razem 15 mln zł – miały posłużyć na budowę wydziału informatyki na toruńskiej uczelni, w trybie pozakonkursowym, ramach innych projektów tego typu, złożonych łącznie przez 32 polskie uczelnie. Także i te pieniądze zostały w styczniu 2007 r. anulowane przez minister nauki Barbarę Kudrycką w trakcie tzw. weryfikacji listy. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że i jedna i druga decyzja miała podłoże typowo polityczne – był to po prostu rewanż za bezpośrednie włączenie się RM w kampanię wyborczą PiS.

Z tego to przede wszystkim powodu o. Rydzyk poczuł się tak bardzo dyskryminowany i dlatego to publicznie opisał III RP w tak czarnych barwach. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, powstał natychmiast spór w kwestii interpretacji tych niesłychanie ostrych słów. Oskarżeni odebrali owo określenie: „totalitaryzm” w jak najściślejszym i najbardziej dokładnym tego słowa znaczeniu, zaś redemptorysta i jego otoczenie usilnie tłumaczą, że padło ono wyłącznie w kontekście wspomnianych szykan administracyjno-gospodarczych.

Co gorsze, o. Rydzyk stwierdził również w Brukseli w temacie sił rządzących Polską po 1939 r., co następuje: „Polską nie rządzą Polacy, bo nie mają polskich serc. Nie chodzi tu o krew ani przynależność. Oni nie kochają po polsku, nie mają serca polskiego”. Na marginesie dwie uwagi: teza to cokolwiek niespójna, bo trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie serca bez krwi; jest również rzeczą niezmiernie interesującą, czy to spostrzeżenie dotyczy również rządów pisowskich, które o. Rydzyk tak bardzo wspierał – można odnieść wrażenie, że to właśnie one, zdaniem autora tej wypowiedzi, tak bardzo kochały po polsku, miały tak wielkie polskie serce, mimo braku polskiej krwi i nie przynależenia do Narodu Polskiego w sensie ścisłym. Jednakowoż, tak czy inaczej, dopatrzono się w tej tezie oczywistej, grubymi nićmi szytej ksenofobii.

Rozgniewani i dotknięci do żywego wodzowie PO wysłali więc, a ściślej przekazali za pośrednictwem p. ambasador Hanny Suchockiej, bez zbędnej zwłoki notę dyplomatyczną do Watykanu, konkretnie do Sekretariatu Stanu, z protestem przeciwko poczynaniom o. Rydzyka i zarazem z prośbą o podjęcie działań, mających zapobiec groźbie powtórzenia się tego rodzaju sytuacji w przyszłości, czyli o doprowadzenie o. Rydzyka po prostu do porządku. Mieli w niej, uzasadniając tą osobliwą prośbę, nawet ponoć napisać, że: „takie postępowanie nie zawsze jest zgodne z prawem”, czyli mówiąc wprost stanowi przestępstwo.

Wysłanie owej noty było posunięciem na granicy śmieszności. W obszarze prawa międzynarodowego tego rodzaju nota dyplomatyczna jest zwyczajowo aktem oficjalnego powiadomienia innego państwa o jakimś ważnym wydarzeniu czy fakcie, mającym jakiś związek z tymże prawem; może np. dotyczyć nawiązania wzajemnych stosunków dyplomatycznych, wstąpienia lub wystąpienia do jakiejś organizacji międzynarodowej itp. Natomiast w tym przypadku chodzi wyraźnie o czysto wewnętrzną sprawę III RP. O. Rydzyk podlega, co prawda, jako duchowny władzy Papieża, generała swojego macierzystego zakonu i stosownej watykańskiej kongregacji (wcale jednak nie Sekretariatowi Stanu), ale cieszy się też równocześnie prawami pełnoprawnego obywatela III RP, zaś sama kwestia dotyczy wyłącznie stosunków politycznych panujących w „naszym państwie” i nie ma bezpośrednio nic wspólnego ze sprawami wewnątrzkościelnymi. Z tego to powodu rzecznik Stolicy Apostolskiej o. Federico Lombardi równie szybko odpowiedział, że o. Rydzyk wypowiadał się w Brukseli wyłącznie jako „osoba prywatna”, tylko we własnym imieniu, a nie w imieniu Kościoła katolickiego, zatem Stolica Apostolska w żaden sposób nie może odpowiadać za jego słowa – nie może więc również na nie zareagować w ten sposób, jakby tego chcieli Sikorski z Tuskiem.

Gdy nie wskórano nic w samym Watykanie, spróbowano bezpośrednio na miejscu, u nuncjusza w Warszawie. 30 czerwca doszło zatem do spotkania abpa Celestino Migliore z Tuskiem. I w tym przypadku obydwie strony sporu całkowicie rozbieżnie interpretują okoliczności dojścia do skutku tego spotkania i jego kulisy. Wedle „GW” z tegoż dnia doszło do niego z inicjatywy min. Sikorskiego, co samo w sobie może sugerować, że i nuncjusz podziela opinię o wadze i randze tego tematu, skoro przystał na propozycję rozmowy na tak wysokim szczeblu w trybie natychmiastowym. Z kolei „ND” dowodzi, że było ono planowane już od ponad roku i że stanowiło wyłącznie typowo kurtuazyjną wizytę, jaką nuncjusz apostolski składa zwyczajowo wszystkim ważnym osobom w danym państwie (kraju) po objęciu swego urzędu. Wedle sugestii tej gazety abp Migliore zabiegał o takie spotkanie zaraz po objęciu urzędu (jesień 2009 r.), jednak premier bardzo długo nie znajdował na nie czasu z powodu nadmiaru obowiązków (choć miał czas regularnie grywać w piłkę nożną – hipoteza naprawdę zdumiewająca).

Wynikałoby zatem z tego, że Tusk przypomniał sobie o nuncjuszu dopiero wtedy, gdy pojawiła się konkretna sprawa, osobisty interes do załatwienia. Kto jest bliżej prawdy, nie podejmuję się wyrokować – nie mam zaufania do obydwu mediów ( tak, tak, to wcale nie pomyłka, drogi czytelniku!). Jedno jest jednak pewne – że inicjatywa tego spotkania wyszła ze strony pp. Tuska i Sikorskiego. Jego przebieg, poruszane tematy i końcowy efekt są wszelako przedmiotem dalszych, daleko idących rozbieżności. I tak wspomniana „GW” donosi, iż: „Nuncjusz jest przeciw angażowaniu się księży w politykę” i dalej: „Jak ustaliśmy, abp Migliore zgodził się z premierem, że podobne wypowiedzi są niedopuszczalne w ustach księdza”. Jednakże wartość tej deklaracji jest już w punkcie wyjścia wysoce wątpliwa z powodu oparcia się na całkowicie anonimowych źródłach informacji. Z kolei „ND” spekuluje, że sprawę brukselskiego wystąpienia o. Rydzyka poruszono podczas tego spotkania niejako jedynie „tylko przy okazji”, mimochodem, zaś cały towarzyszący mu szum medialny i budowanie napięcia miało przysłonić całkowite fiasko wcześniejszych zabiegów w Watykanie. Tak czy owak, jest całkowicie pewne, że spotkanie nuncjusza z premierem nie przyniosło żadnych wymiernych rezultatów, przynajmniej w tej kwestii. Na to resztą chyba nikt o zdrowych zmysłach nie liczył – było najzupełniej oczywiste, że abp Migliore nie da się użyć do jakichkolwiek konkretnych działań dyscyplinujących o. Rydzyka, skoro wykręcił się wcześniej od tego sam watykański Sekretariat Stanu.

Mimo to, nie bardzo rozumiem wszystkich tych, którzy tak bardzo użalają się na smutnym losem dyskryminowanego dyrektora Radio Maryja. Bo owa dyskryminacja dotyczy przecież wcale nie np. zamykania mu ust, tylko pieniędzy. Czyli: kasa, kasa, i jeszcze raz kasa. Gdyby PO powstrzymała się od wspomnianych swoistych działań odwetowych i nie zabrałaby o. Rydzykowi tychże pieniędzy, to i on zapewne nie posunąłby się tak daleko w swoich, poczynionych w Brukseli sądach. O. Rydzyk pokazał też po raz kolejny, że obce są mu najbardziej elementarne arkana dyplomacji – wcale nie odbiegł w swej wypowiedzi zasadniczo od rzeczywistości, powiedział tylko przysłowiowe jedno słowo za dużo. Także owo porównanie obecnego systemu rządzenia do czasów komunizmu (PRL-u) wydaje się niezbyt trafne i fortunne, zwłaszcza, że jego autor żył sobie w tamtych czas spokojnie w demokratycznym i dostatnim RFN-ie, nie będąc osobiście narażony na żadne szykany czy represje, dotykające krajowców na miejscu (możliwe jednak, że, dokonując tego porównania, miał w rzeczywistości na myśli rządy SLD).

Cała sprawa ma zresztą jeszcze jeden szczególny smaczek, o którym nikt jednak jakoś głośno nie mówi. Mianowicie: czyż nie jest co najmniej lekko kuriozalną sytuacją to, iż szef rozgłośni, która w swoim czasie tak mocno, przynajmniej w słowach, opierała się wchodzeniu Polski do UE; która opisywała jej unijna przyszłość w tak czarnych, apokaliptycznych barwach – teraz tak usilnie nadstawia ręce po unijne srebrniki i gotowy jest toczyć o nie bezpardonową wojnę. Czyżby te prognozy były na szczęście mylne, zaś unijna rzeczywistość okazała się być dla ogółu Polaków znacznie mniej bolesna a nawet przyjemna? I jak w ogóle można godzić pryncypialny tzw. eurosceptycyzm, jaki dalej oficjalnie obowiązuje w RM, z takim ochoczym garnięciem się pod garnuszek Brukseli? Jak można kogoś otwarcie i szczerze krytykować, a tym bardziej na serio zwalczać, a jednocześnie wydzierać od niego pieniądze? Szuka to doprawdy – wyjątkowa!

Na koniec jeszcze jedno przypuszczenie – odczuwam jakoś wrażenie, że cała ta historia jest niczym innym, jak tylko typową medialną „wrzutką”, mającą służyć odgrzaniu przygasających nieco społeczno-politycznych napięć, by tym bardzo prostym sposobem zapędzić jak najwięcej Polaków do urn wyborczych w zbliżających się wyborach parlamentarnych.

Andrzej Turek