Postjagiellońskie mrzonki

Takim to dosadnym sformułowaniem należy podsumować pewne geopolityczne przemyślenia rozwijane i lansowane od pewnego czasu przez gremia kierownicze tzw. Ruchu Narodowego, a uwidocznione choćby w tekście p. Adama Andruszkiewicza, pt. „Intermarium. Nowa Rzeczpospolita?”:
www.narodowcy.net/blogi/intermarium-nowa-rzeczpospolita

Postaram się udowodnić trafność tej oceny, dokonując poniżej rzeczowej analizy głoszonych przez p. Andruszkiewicza niezwykle efektownych i pociągających, szkoda że tylko na papierze, wizji. Dla zachowania klarowności wywodu, będę przytaczał najistotniejsze – w przynajmniej mojej opinii – fragmenty tekstu i opatrywał je z miejsca własnym komentarzem.

Oto samo wprowadzenie do rzeczonego tekstu: „Do niedawna stwierdzenie, iż Unia Europejska może się rozpaść, zaś miejsca USA i Rosji jako dwóch głównych rozgrywających w teatrze międzynarodowej polityki zajmą Chiny, Brazylia czy Indie, były komentowane najwyżej w tonie kabaretowo-rozrywkowym. Dziś, są to scenariusze, które na co dzień kreślą eksperci niezależnie od własnego profilu ideowego. W tej sytuacji nie tylko warto, lecz należy przedstawiać alternatywne możliwości gwarantujące stabilność Polski i regionu. Jedną z nich jest niewątpliwie pomysł współpracy państw niegdyś wchodzących w skład I Rzeczpospolitej”.

Pełna zgoda, że „warto” i „należy” to czynić, trzeba tylko cały czas bacznie się pilnować, aby nie dać się ponieść własnym fantazjom, bowiem papier przyjmie wszystko – życie już nie. Zgoda też co do tego, że na przestrzeni ostatnich kilku lat układ sił na poziomie globalnym uległ dość daleko idącej zmianie i że także na dzień dzisiejszy wydaje się dość płynny i znacznie bardziej nieprzewidywalny, niż to się wydawało jeszcze jakieś dziesięć lat temu. Przestrzegałbym jednak w tym miejscu, odwołując się do popularnego powiedzenia, przed dzieleniem skóry na niedźwiedziu, czy raczej na niedźwiedziach. Z wymienionych głównych podmiotów globalnej polityki bezsprzecznie najbardziej niepewny jest byt i przyszłość UE, włączając w to nawet jej ewentualny rozpad, notabene wcale jeszcze nie tak pewny i przesądzony. USA, faktycznie dość niespodziewanie, utraciły w krótkim czasie rolę absolutnego globalnego hegemona, posiadają jednak nadal realny potencjał i możliwości pozwalające im utrzymać się jeszcze przez wiele, wiele lat w roli światowego mocarstwa nr 1(będzie to pośrednio zależało także w dużej mierze od kierunku polityki chińskiej). Także pogląd o możliwości szybkiego wypadnięcia z grona głównych „rozgrywających w teatrze międzynarodowej polityki”, ba, nawet rozpadu Federacji Rosyjskiej trzeba uznać za typowo życzeniowy. W praktyce, co uwypuklił niedawny kryzys syryjski, zarysowała się w tymże „teatrze” wyraźna triada: USA-Rosja-Chiny. A więc Chiny – rzecz to nie podlegająca dyskusji – już są w tym elitarnym gronie, natomiast pozostałe wymienione potęgi regionalne muszą jeszcze wykonać niemały wysiłek, by do niego dołączyć. Siedźmy więc cały czas mocno w fotelach i trzymajmy się twardo rzeczywistości.

Dalej autor pisze:

Projekt

„„Nowa Rzeczpospolita”” to projekt zainicjowany przez pewne środowisko z Białorusi. Niewiele o tym środowisku wiadomo poza tym, że propaguje restaurację monarchii i ścisły związek m.in. z Polską. Abstrahując od proponowanej formy rządów, warto się takiej propozycji przyjrzeć bliżej”.

A więc, kierownicy RN ekscytują się i biorą niby na poważnie projekt zgłoszony przez pewne środowisko (być może funkcjonujące tylko w wymiarze internetowym), o którym „niewiele wiadomo poza tym, że propaguje restaurację monarchii”. Jak można propagować restaurację monarchii w kraju, który nie tylko, że nie miał nigdy w historii własnego króla czy nawet tylko, powiedzmy, wielkiego księcia, ale który cieszy się statusem państwowym zaledwie od ponad dwudziestu lat? Przecież to jakaś kompletna bzdura, która najlepiej świadczy o całej „powadze” tegoż środowiska i głoszonych przezeń wielkich geopolitycznych projektów (chyba, że ma być to jakaś wspólna monarchia białorusko-polsko-ukraińsko itd. – co skądinąd przedstawia się nie mniej groteskowo). Cała rzecz ma więc faktycznie wyraźnie właśnie taki posmak kabaretowo-rozrywkowy. Poza tym wielce symptomatyczne jest to samo sformułowanie: „pewne środowisko z Białorusi”, skłaniające do postawienia sobie zupełnie podstawowego pytania: czy jest to środowisko skupiające faktycznie etnicznych Białorusinów, czy też przedstawicieli jakiś innych nacji mieszkających w tym kraju (pomijam tu już ten wariant, że cała kwestia może być zwyczajną mistyfikacją)? Tak czy inaczej, łatwo zrozumieć, że p. Andruszkiewicz eksponuje ten wątek przede wszystkim w tym celu, by zasugerować czytelnika, że ta inicjatywa odnowienia I Rzeczpospolitej wychodzi nie z samej Polski, ale z zewnątrz, od sąsiadów, z łona narodu, który żył kiedyś z Polakami w jednym państwie, i przez to samo wydaje się być realniejsza, poważniejsza, i w ogóle możliwa do praktycznej realizacji.

Idźmy dalej: „Nowe państwo, federacja, konfederacja bądź związek zupełnie niezależnych państw obejmować miałby Polskę, Białoruś, Ukrainę, Litwę i Łotwę. Autorzy projektu nie dopisali zupełnie naturalnego uczestnika takiego porozumienia – Estonii, która w razie realizacji takiego scenariusza oraz w obliczu rosyjskiego sąsiada raczej nie mogłaby pozwolić sobie na neutralność – co niniejszym czynię i jednocześnie przechodzę do własnej analizy możliwości odnowienia Rzeczypospolitej.

Związek wymienionych państw skutkowałby powołaniem nowego tworu na arenie międzynarodowej, którego potencjał osiągnąłby automatycznie poziom głównych rozgrywających w Europie, a także ważnego podmiotu w świecie. „Nowa Rzeczpospolita” miałaby łącznie ponad 100 milionów mieszkańców, zaś powierzchnię ok. 1 300 000 km2”.

Skwituję to krótko: łatwo napisać, trudniej, nieskończenie trudniej zrobić.

I dalszy ciąg wywodów p. Andruszkiewicza:

Gospodarka

Połączenie bądź przynajmniej silne powiązanie naszych gospodarek utworzyłoby wielki potencjał na przyszłość, jednak stwierdzić należy uczciwie, że w dniu dzisiejszym odnowiona Rzeczpospolita musiałaby borykać się z wieloma trudnościami.

Pisząc o potencjale, należy wymienić tu bogactwo surowców naturalnych, którymi dysponują przede wszystkim Polska i Ukraina. Węgiel, miedź, rozwinięty przemysł metalurgiczny, żelazo, złoża siarkowodoru, żyzne gleby. Z pewnością mądre reformy i unowocześnienie niektórych gałęzi przemysłu, zwłaszcza u naszych wschodnich sąsiadów, przyczyniłyby się do wzrostu PKB i siły integrujących państw w ogóle. (…)

Niewątpliwie problemem jest jednak zacofanie gospodarcze w b. republikach sowieckich, spowodowane wyniszczającą polityką Moskwy wobec nich. Większość technologii i przemysłu Ukrainy czy Białorusi nie jest w stanie konkurować w świecie, nie mówiąc już o eksporcie na Zachód. Gospodarka tych państw wciąż w wielkiej mierze nastawiona jest na eksport w kierunku wschodnim, do Rosji i innych byłych republik ZSRR, zaś w przypadku problemów wewnętrznych Rosji czy celowego embarga politycznego spowodowanego zmianą wektora polityki zagranicznej swoich byłych satelitów, może stanowić to duży problem”. (…)

Autor obnaża tu swoją daleko idącą niekompetencję w kwestiach, w których usiłuje stawiać kategoryczne sądy. Bardzo trudno jest np. udowodnić praktycznie tezę, jakoby Moskwa (ZSRR) stosowała wyniszczającą politykę (gospodarczą) względem krajów bałtyckich. Wręcz przeciwnie, poziom życia w czasach istnienia ZSRR był tam wyraźnie wyższy niż w innych jego republikach związkowych, włącznie z rosyjską, co przy tej rzekomo wyniszczającej je polityce Moskwy byłoby niemożliwe, a co w konsekwencji spowodowało zresztą znaczny napływ etnicznych Rosjan na ten obszar, z którym to problemem taka np. Łotwa boryka się aż do dnia dzisiejszego. To właśnie drastyczne zerwanie relacji gospodarczych z Rosją i najdalej posunięta integracja polityczna i gospodarcza z strukturami zachodnimi spowodowały w głównej mierze postępujący cały czas regres gospodarczy w tych przecież mało ludnych krajach.

Wydaje się także, że trudno byłoby udowodnić taką tezę także i w stosunku do Białorusi, której praktycznie cały przemysł, szczególnie ten najbardziej liczący się – ciężki, powstał właśnie za czasów ZSRR a ona sama uchodziła za jedną z lepiej rozwiniętych gospodarczo sowieckich republik (przypadek Ukrainy jest dużo bardziej złożony i skomplikowany, nie podejmuję się go oceniać).

Zastawmy jednak czasy przeszłe – w końcu najbardziej liczy się teraźniejszość. A ta zdaje się wyraźnie przeczyć wielkim geopolitycznym projektom p. Andruszkiewicza. Nie trzeba być np. ekspertem gospodarczym i wielkim znawcą stosunków międzynarodowych, by wiedzieć, że w miarę sprawne funkcjonowanie gospodarki i w ogóle państwa białoruskiego oparte jest wyłącznie na ścisłej współpracy z Rosją. Ściślej biorąc, zależy wprost od jej wsparcia. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Rosja wspiera i praktycznie dotuje gospodarkę pozbawionej praktycznie jakichkolwiek liczących się – poza złożami soli potasowej, torfu, no i wielkimi obszarami leśnymi, surowców naturalnych – Białorusi na wiele sposobów, chociażby sprzedając jej ropę naftową i gaz ziemny po cenach praktycznie wewnątrzrosyjskich albo niewiele wyższych, które to surowce przetwarzane są następnie w białoruskich rafineriach na różne produkty pochodne i sprzedawane z wielkim zyskiem do krajów trzecich. Także i sam rdzeń ukraińskiego przemysłu, zlokalizowany w Donbasie, jest ściśle powiązany i zależny od rynku rosyjskiego.

W tym stanie rzeczy ta wyśniona przez p. Andruszkiewicza „odnowiona Rzeczpospolita” nie tylko musiałaby „borykać się z wieloma trudnościami”: jej zaistnienie jest w praktyce całkowitym niepodobieństwem już od samej strony gospodarczej – czyli podstawowego kryterium warunkującego realność każdego poważnego projektu geopolitycznego w dzisiejszym świecie. Co prawda, podaje on prostą receptę i na tę zasadniczą trudność i niedogodność – jest nią oczywiście szybkie osłabienie, a może i daleko posunięta dezintegracja terytorialna Federacji Rosyjskiej, które usuną ją w raczej krótszym niż dłuższym czasie z grona światowych potęg. Do tej kwestii powrócimy niżej, a w tym miejscu powracamy do przerwanych wywodów autora:

Warunki realizacji

Realizacja związku państw b. I RP wymaga jednocześnie zaistnienia sprzyjających warunków zewnętrznych na arenie międzynarodowej jak i woli współpracy wewnątrz omawianego terytorium.

Zaistnienie silnego podmiotu w środkowej Europie nigdy nie leżało w interesie dwóch potężnych państw sąsiadujących z tym regionem: Niemiec i Rosji. W przypadku rozpoczęcia jakichkolwiek negocjacji w tej materii (przez kogo i z kim? – AT.) należy się spodziewać silnego sprzeciwu wyżej wymienionych, nie wykluczając gróźb interwencji militarnej ze strony Moskwy. Dlatego naturalne wydaje się, iż nawet rozpoczęcie realnej budowy omawianego projektu będzie możliwe jedynie w czasie, gdy zarówno Niemcy jak i Rosja stracą swoją obecną pozycję i zostaną dotknięte poważnymi trudnościami wewnętrznymi. Czy jest to możliwe? Owszem.

Szansa taka rysuje się coraz poważniej na horyzoncie przyszłości naszego regionu. Siła Niemiec jest oparta przede wszystkim na pozycji tego kraju w UE, w której de facto, po osłabieniu Francji i alienacji Wielkiej Brytanii, stały się liderem. Jednym z realnych scenariuszy omawianym dziś w kuluarach przez przywódców Europy jest upadek tych struktur, których jedynym spoiwem jest kapitał (…). Coraz większe problemy finansowe członków UE oraz pogarszające się prognozy gospodarcze na przyszłość wskazują, iż możliwy jest w niedalekiej przyszłości ich demontaż oraz nawrót państw narodowych do polityki protekcjonizmu – w takiej zaś chwili Berlin raczej skupi swą uwagę na zapewnieniu stabilności wewnętrznej własnego kraju niż finansowaniu ingerencji na obcych terenach. (…)

Rosja natomiast, pomimo prób prowadzenia w dalszym ciągu polityki mocarstwowej, z roku na rok słabnie. W związku z rosnącą potęgą państw Azji, przede wszystkim Chin i Indii, raczej nieodwracalne wydaje się tracenie przez Moskwę swoich wpływów na tym kontynencie…”. Dalej autor zwraca uwagę na pogarszające się prognozy demograficzne FR, zwłaszcza dotyczące samych etnicznych Rosjan, na szybki wzrost ludności muzułmańskiej w Rosji („nawet do 15%”), „szeroką patologię społeczną” – ma się zrozumieć na czele z alkoholizmem, a także na narastające dążenia separatystyczne („coraz częściej słyszymy o zamachach w Dagestanie czy Tatarstanie”) jako na przesłanki wskazujące, jego zdaniem, na szybką utratę mocarstwowej pozycji przez Rosję.

Cóż, powtórzę to raz jeszcze – nie dzielmy tak szybko i pochopnie skóry na niedźwiedziu. Wizja szybkiego rozpadu UE jest owszem bardzo pociągająca (jak zresztą i cały projekt „odnowionej Rzeczypospolitej”, nie łudźmy się jednak ani na chwilę, że te same potężne siły międzynarodowe, które tak uporczywie i konsekwentnie wcielały na przestrzeni całych dziesięcioleci ideę integracji europejskiej w życie, teraz same z siebie przeprowadzą demontaż swojego dzieła, kierując się wyłącznie trzeźwą oceną jego kondycji gospodarczej. Oczywistą bzdurą bądź też piramidalnym wprost nieporozumieniem jest myślenie i wmawianie ludziom poglądu, iż jedynym spoiwem UE jest kapitał. Jest całkiem inaczej – ten ponadnarodowy twór jest wytworem w pierwszym rzędzie określonej ideologii – nazwijmy ją, w dużym uproszczeniu, globalistyczną – zaś czynnik stricte gospodarczy gra tu zasadniczo rolę drugorzędną. Obrazuje to najlepiej cały proces tworzenia i potem uporczywego podtrzymywania przy życiu wspólnej unijnej waluty – uwarunkowany w znacznie większym stopniu przesłankami natury polityczno-ideologicznej niż czysto gospodarczej. Poza tym, we wszystkich krajach członkowskich UE zdążyła się już wytworzyć bardzo liczna klasa większych i mniejszych „eurokratów”, połączona ze sobą najróżniejszymi więzami i przede wszystkim własnym osobistym interesem, która będzie bronić istnienia UE aż do wyczerpania wszystkich dostępnych możliwości. Jeśli zatem dojdzie do rozpadu UE, to będzie to raczej rezultat zauważalnego szybkiego wzrostu tendencji nacjonalistycznych w niektórych, liczących się krajach członkowskich, a cały ten proces może mieć bardzo gwałtowny, niekoniecznie pokojowy przebieg.

Tak czy inaczej, akurat Niemcy będą ostatnimi skłonnymi do gaszenia świateł w eurokołchozie, a zwłaszcza do zamknięcia się w sobie, niczym ślimak w skorupie, i skoncentrowania się „raczej na zapewnieniu stabilności wewnętrznej własnego kraju”. To byłaby bowiem najprostsza droga do ich upadku, a przecież polityka niemiecka jest aż do bólu racjonalna. UE może się nawet rozpaść, ale budowa współczesnej wersji Mitteleuropy dalej pozostanie zasadniczym celem i wytyczną polityki Berlina, zaś Polska jest przecież kluczowym komponentem tej konstrukcji. Co więcej, gospodarcze panowanie nad naszym krajem jest jednym z kluczowych elementów obecnej potęgi niemieckiej gospodarki, dlatego też utrata albo tylko poważne zachwianie tego panowania wystawiałoby ją z miejsca na bardzo poważne trudności Zresztą każdy, kto choćby jednym uchem słyszał gdzieś o niemieckim. odwiecznym „Drang nach Osten”, potraktuje te dziecinne w istocie wyobrażenia p. Andruszkiewicza co najwyżej wzruszeniem ramion.

Co się zaś tyczy Rosji, ściślej mówiąc FR, to przeróżni zachodni politolodzy, sowietolodzy, technolodzy polityczni itp. wieszczyli jej rozpad i całkowity upadek już od dawna. Wyznaczali przy tym terminy, które należą już dziś do czasu przeszłego, zaś ta sama FR, mimo wielkich problemów i kłopotów, ma się dalej całkiem dobrze; mało tego – wydaje się nawet, że coraz lepiej, i wcale nie „próbuje prowadzić”, lecz całkiem realnie prowadzi politykę mocarstwową (vide: znowu niedawny przykład Syrii). Owszem, pozycja Chin i Indii bardzo poważnie wzrosła i nadal wykazuje tendencje wzrostowe, ale nie oznacza to jeszcze perspektywy automatycznego załamania się wpływów Rosji na kontynencie azjatyckim. Indie bowiem tak naprawdę nie mają z Rosją żadnego poważniejszego konfliktu interesów, czy to natury politycznej, czy to np. gospodarczej, natomiast z Chinami udaje się Rosji znaleźć póki co całkiem znośne warunki współżycia, a nawet współpracy. Syberia, zwłaszcza jej wschodnia część, jest faktycznie zagrożona masową chińską kolonizacją (co jeszcze nie przesądza o jej ewentualnym odpadnięciu od FR), ale już np. w Azji Środkowej rosyjskie akcje stoją nieporównanie lepiej. Kazachstan wybrał już, wydaje się, definitywnie opcję współpracy z Rosją: w konsekwencji Unia Euroazjatycka i wspólny obszar celny Kazachstan-Rosja-Białoruś jest już realną rzeczywistością, a do tej konstelacji dołączą jeszcze zapewne kolejne państwa środkowoazjatyckie, a także i Armenia (ważna dla FR z punktu widzenia utrzymania wpływów na Kaukazie).

Nie można zaprzeczać, że na obszarze FR, zwłaszcza na północnym Kaukazie, występują dosyć silne tendencje separatystyczne, podsycane skądinąd z zewnątrz, jednak ich skala, liczebność i znikomy potencjał polityczny, gospodarczy itd. przejawiających je etnosów (także ich daleko posunięte rozdrobnienie i wzajemne waśnie), przy jednoczesnej silnej centralizacji państwa i determinacji obecnych elit kremlowskich na polu utrzymania jego integralności terytorialnej, zdają się wkluczać ich uskutecznienie.

Co do różnych plag i patologii moralnych, to te faktycznie trawią bardzo dotkliwie współczesną Rosję (w dużej mierze jest to bolesny spadek po ZSRR), ale czy naprawdę lepiej pod tym względem wygląda sytuacja tych dwóch potencjalnie kluczowych, obok Polski, członów „odnowionej Rzeczypospolitej”, czyli Białorusi i Ukrainy. Patrząc z grubsza, wydaje się, że nie (zresztą i sama Polska, nie zapominajmy też i o tym, pogrąża się w coraz większym kryzysie moralnym i cywilizacyjnym). Gdy zaś chodzi o sam alkohol, to wyrażę się może trochę nieelegancko, ale dosadnie: Rosjanie pili go od dawna w ponadprzeciętnych ilościach i jakoś nie rzutowało to nigdy specjalnie negatywnie na jakość i skuteczność prowadzonej przez nich polityki.

„Życie, geopolityczne zwłaszcza, nie znosi próżni. W czasie demontażu struktur unijnych, a także osłabieniu aktywności międzynarodowej Rosji ogarniętej problemami wewnętrznymi kraje pomiędzy Zachodem a Wschodem Europy aby móc się nadal stabilnie rozwijać (wielce interesująca to opinia – wynika z niej domyślnie, że Polska w tej chwili stabilnie się rozwija! – AT.) będą zmuszone do poszukiwania trzeciej drogi. To zależy jednak również, a może przede wszystkim, od woli samych zainteresowanych. Może być tak, że władze w Polsce będą forsować ideę ślepego podążania za Niemcami, które zapewne będą, przynajmniej z początku, podejmować próby utrzymania choćby części struktur unijnych (zwracałem już na to uwagę wyżej – AT.). Z kolei na Białorusi może nadal funkcjonować reżim Łukaszenki, który ostatecznie wyprzeda cały majątek swego państwa Moskwie i będzie przezeń de facto kierowany. Ukraina może zaś pogrążyć się w chaosie wewnętrznych starć, co obserwując sytuację polityczną naszego wschodniego sąsiada, wcale nie jest niemożliwe. Natomiast może być też tak, iż „okrągłostołowe” elity w Polsce zostaną wyparte, na Białorusi pod naporem kryzysu społecznego obecny prezydent będzie musiał ustąpić, zaś sceptyczna wobec serwilizmu w kierunku Kremla część społeczeństwa ukraińskiego zdobędzie zdecydowaną przewagę”.

Nie wchodząc w tym miejscu w szersze komentarze (te padły już powyżej), warto podkreślić owo zakwalifikowanie rządów prezydenta Łukaszenki jako „reżimu” – odnosi się w tym miejscu nieodparte wrażenie, jakby się czytało się jakiś demoliberalny periodyk propagandowy. Autor w nader nieciekawym świetle opisuje też charakter i kształt prowadzonej przez Aleksandra Łukaszenkę polityki. Ja tam nie będę go chwalił ani też ganił, tak się jednak zastanawiam, co by zrobił, będąc na jego miejscu, z Białorusią i Białorusinami p. Andruszkiewicz ze swoimi kolegami z gremiów kierowniczych RN? Proszę mi jednak wybaczyć, że te przemyślenia zostawię już dla siebie. Jeszcze bardziej osobliwe jest określenie polityki prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza „serwilizmem w kierunku Kremla”, bo m.in. i tak można odczytać ostatnie przytoczone wyżej zdanie. Wydaje mi się, że wypada nam sobie tylko życzyć takiego „serwilizmu” rządzących III RP względem Brukseli, Berlina, Waszyngtonu etc.

Idźmy dalej:

Realizacja

Warto jednak zastanowić się, jak można się do wyżej opisanej idei przybliżyć. Uważam, iż w obecnym czasie i warunkach jej osiągnięcie w wymiarze politycznym nie jest możliwe. Jednakże intensywny rozwój komunikacyjny i technologiczny otwiera drogę do współpracy międzynarodowej na płaszczyźnie społecznej, pomiędzy środowiskami dostrzegającymi zalety takiego porozumienia.

W ostatnim czasie byłem uczestnikiem kilku debat polsko-ukraińskich, których grupy uczestniczące stanowiła w większości aktywna społecznie młodzież akademicka z obu krajów (…) Ciekawostką był fakt, że Ukraińcy poproszeni o wskazanie zagrożeń międzynarodowych dla swej ojczyzny, na pierwszym miejscu wymieniali Rosję, na ostatnim zaś – Polskę. Nie była to jednak spowodowana obecnością Polaków kurtuazja, a zwykła, sucha kalkulacja polityczna. Znamienny jest również fakt, że większość z nich wypowiadała się za zacieśnieniem relacji z Polską. Temat, który tradycyjnie najbardziej poróżnia Polaków z Ukraińcami – działalność UPA i pomniejszych organizacji nacjonalistycznych na terenie byłych polskich Kresów południowo-wschodnich – wykazał również pewien potencjał płaszczyzny do porozumienia. (…)

Jednakże nawet przy odwróceniu sytuacji, tzn. zaistnieniu dogodnych warunków międzynarodowych i wewnątrzpolitycznych, jeśli projekt nie będzie posiadał poparcia społecznego w krajach zainteresowanych, szanse na realizację będą niewielkie i mogą zostać zaprzepaszczone przez naciski oddolne”. (…)

Mnie by przede wszystkim najbardziej ciekawiło, gdzie konkretnie odbyły się te debaty – w Polsce, czy też na terytorium Ukrainy. Jeśli na Ukrainie, to by znaczyło, że liderzy RN bezpośrednio uczestniczą w prowadzonych tam prometejskich krucjatach. Bardziej prawdopodobne jednak, że odbyły się one w Polsce, gdzie studiuje cała masa Ukraińców, korzystających z różnych stypendiów, z różnych programów współpracy polsko-ukraińskiej itd. W tym kontekście ich postawa i głoszone poglądy jawią się jako jak najbardziej logiczne i zrozumiałe. Ludzie ci chcą współpracy z Polską po prostu dlatego, że sami są osobiście jej beneficjentami. Nie obawiają się też nas w żadnym razie, bo zdają sobie doskonale sprawę ze skali obecnej polskiej słabości, uległości i spolegliwości, której sami doświadczają. Polska to dla nich swego rodzaju pomost, przepustka do wymarzonej „Europy”, tej pisanej naprawdę z dużej litery. Tak więc można faktycznie w tym miejscu uwierzyć, iż jest to „zwykła, sucha kalkulacja polityczna” – tyle tylko, że nie odbierałbym jej osobiście wcale aż tak pozytywnie.

Poza tym wodzowie RN wykazują – co uwidacznia się też i w tekście p. Andruszkiewicza – wyraźną tendencję do bagatelizowania czy swego rodzaju przechodzenia do porządku dziennego nie tylko nad rzezią wołyńską i innymi zbrodniami dokonanymi przez OUN-UPA na Polakach podczas II wojny światowej, ale także i nad obecnymi dążeniami i działalnością jawnie neobanderowskiej „Swobody”, której przecież nie wybrały do ukraińskiego parlamentu jakieś tam krasnoludki, ale żywi ludzie. Jak to ładnie i dyplomatycznie ujęte: „wykazał również pewien potencjał płaszczyzny do porozumienia”! To znamienne, że w/w bardzo krytycznie odnoszą się do współczesnej rosyjskiej polityki historycznej, podobnie też i do niemieckiej, natomiast jakoś specjalnie nie wadzą im neobanderowskie pochody uliczne z pochodniami oraz pomniki Bandery, Szuchewycza i innych ludobójców z UPA, które coraz gęściej przyozdabiają ulice i place zachodnioukraińskich miast (ciekawe, czy stałyby one nadal w tej ich „odnowionej Rzeczypospolitej”!).

Czy tego rodzaju projekt znajdzie dostateczne poparcie społeczne w krajach będących przedmiotem ich zainteresowania. No właśnie – osobiście bardzo wątpię w możliwość uzyskania takiego poparcia ze strony znakomitej większości etnicznych Białorusinów, jak też i większości ludności wschodniej, a po części nawet i centralnej Ukrainy. Litwinów w dającej się ogarnąć przyszłości w tego rodzaju kombinacji trudno sobie wprost wyobrazić. Co więcej, wysoce dyskusyjna jest też ewentualna aprobata dlań ze strony samej polskiej opinii publicznej.

Międzymorze a endecja

Z pewnością idea Jagiellońska (pisane z dużej litery – AT.), w sensie geopolitycznym w czasach współczesnych częściej określana ideą Międzymorza, jest o wiele bardziej kojarzona z obozem piłsudczykowskim niż myślą polskiego ruchu narodowego. Skąd więc przychylne analizy dla tej koncepcji na łamach stricte narodowego pisma.

Tematykę państw opisywanego regionu podjął jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Roman Dmowski. Pisał o Międzymorzu w kontekście niemieckich prób dominacji w Europie, zwłaszcza Środkowo-Wschodniej. Lider polskich narodowców upatrywał w silnych państwach Europy Środkowej jedyną szansę na zatrzymanie wschodniej ekspansji politycznej Berlina, przypominał również jednak o dwóch przeszkodach: dobrych stosunkach łączących elity Węgier i Ukrainy z władzami niemieckimi”.

Mamy tu do czynienia już ze zwykłych szalbierstwem intelektualnym, mającym na celu wykazanie rzekomej ciągłości poglądów propagowanych obecnie przez tychże przywódców RN z geopolityczną myślą samego Dmowskiego i tym samym udowodnienie ich rzekomo prawowiernej „endeckości”. P. Andruszkiewicz ma tu zapewne na myśli przede wszystkim słynny memoriał Dmowskiego „Problems of Center and Eastern Europe” z marca 1917 r., przeznaczony dla czołowych osobistości politycznych i ludzi mających wpływ na opinię publiczną w krajach ententy. Otóż, faktycznie dziełko to omawia położenie i polityczne perspektywy wszystkich narodów żyjących na całym obszarze, który określa się obecnie właśnie najczęściej Międzymorzem, jednakże nie pada w nim jakakolwiek wzmianka o potrzebie i możliwości budowy jakiegoś jednego, skupiającego je bloku politycznego, jak to wynika domyślnie z jego wynurzeń. Główną myślą przewodnią „Problems…” jest próba uzasadnienia konieczności odbudowania silnej Polski jako największej i najpewniejszej zapory dla ekspansjonistycznych zapędów Niemiec na całym tym obszarze i tym samym, w rezultacie, kluczowego „czynnika równowagi europejskiej”, poza tym nakreślenie i uzasadnienie polskich aspiracji terytorialnych (nadto kategoryczny postulat rozbicia Austro-Węgier). Jak dobrze wiemy, argumentacja użyta przez Dmowskiego okazała się nadzwyczaj przekonująca.

W tym i innych swoich pismach ze znacznie późniejszego już okresu przywódca obozu narodowego optował konsekwentnie za ścisłym sojuszem zwłaszcza z Rumunią (wynikało to m.in. z braku jakichkolwiek kwestii spornych, dzielących oba państwa), głosił konsekwentnie potrzebę poprawnej współpracy, a nawet zbliżenia z Czechosłowacją, ale odrzucał już całkowicie w samym punkcie wyjścia postulat sojuszu z Węgrami – jako czołowym aliantem, a po części i wasalem, Niemiec, tak w realiach przedwojennych, jak i powojennych, zaś Ukraińcom odmawiał w zasadzie prawa do samodzielnego bytu państwowego, nie dlatego, żeby ich osobiście nienawidził, tylko dlatego, iż uważał, że po prostu do niego nie dorośli.

„Opinia, że idea Międzymorza należy wyłącznie do myśli geopolitycznej sanacji jest nieporozumieniem. Wynika ono głównie z faktu, iż powstała w okresie, kiedy II RP uporządkowała sprawy wewnętrzne i zaktywizowała się na arenie międzynarodowej, endecja była w opozycji spowodowanej autorytarnymi rządami obozu sanacyjnego i nie miała wpływu na kierunek działania Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.

Faktycznie opinia taka jest nieporozumieniem, bo tę samą idę głosił również, z większym może nawet jeszcze naciskiem niż sanacja, choćby i gen. Władysław Sikorski. Natomiast nie znajdziemy jakiejkolwiek znaczniejszej wzmianki na ten temat w dziełach pisanych i w publicystyce głównych liderów endecji, czy też, szerzej ujmując, obozu narodowego w całym okresie istnienia II RP, za wyjątkiem przedstawicieli dość marginalnych grup narodowo-radykalnych, które wyłamały się z niego w połowie lat trzydziestych.

Powyższy pogląd tak samo mylnie sugeruje, że II RP „uporządkowała swoje sprawy wewnętrzne i zaktywizowała się na arenie międzynarodowej” dopiero pod rządami Piłsudskiego. Tymczasem stało się to już w okresie rządów parlamentarnych, po zwycięskim zakończeniu wojny z Sowietami i rozstrzygnięciu kwestii Śląska. Co więcej, obóz narodowy miał w tym okresie silny wpływ na polską politykę zagraniczną. Wynikało to m.in. z tego faktu, że przez okrągły rok, w okresie od czerwca 1921 r. do czerwca 1922 r., funkcję ministra spraw zagranicznych II RP (kolejno w rządach: I Wincentego Witosa, I i II Antoniego Ponikowskiego) pełnił Konstanty Skirmunt, w swoim czasie b. członek Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu i bliski współpracownik Dmowskiego. Poza sojuszem z Francją, podstawową wykładnią linii polskiej polityki zagranicznych w rozumieniu Skirmunta było dążenie do zbliżenia się Polski z państwami tzw. Małej Ententy (Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia) i zbudowania na tej drodze silnego bloku antyniemieckiego w Europie Środkowej, wspieranego dodatkowo przez Paryż. Dążenia te nie przyniosły wymiernych efektów, jednakowoż nie wolno zapominać, że to głównie Piłsudski doprowadził do obalenia rządu Ponikowskiego właśnie z powodu swojego zasadniczego sprzeciwu wobec kierunku polityki realizowanej przez Skirmunta. Tak czy owak, tworzenia jakiegokolwiek bloku politycznego na obszarze całego Międzymorza w ścisłym tego słowa znaczeniu polityka ta nie przewidywała. Na tym nie koniec. Ster polskiej polityki zagranicznej wrócił raz jeszcze w ręce obozu narodowego po postaniu II rządu Witosa (tzw. Chjeno-Piasta), który funkcjonował od końca maja do połowy grudnia 1923 r. Spoczywał on personalnie w rękach najpierw Mariana Seydy, a potem, przez kilka ostatnich tygodni istnienia tego gabinetu, w rekach samego Dmowskiego, a forsowana przez nich linia polskiej polityki zagranicznej nie odbiegała w głównych zarysach od polityki Skirmunta. A więc, opinie głoszone w tym miejscu przez p. Andruszkiewicza są co najmniej nieścisłe.

„Nawet jeśli przyjmiemy tezę, iż propagowanie związku państw pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym należało w XX głównie do polityków sanacyjnych, nic nie stoi na przeszkodzie, by dziś tę koncepcję promowali działacze ruchu narodowego. Dlaczego? Obóz narodowy zawsze kreował na pierwszy plan dany interes Polski, nie zaś sentymenty. „„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów, wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony””. Uważam, iż ta XIX-wieczna dewiza brytyjska najlepiej oddaje sens myśli geopolitycznej, jaką kierował się i powinien kierować w przyszłości polski obóz narodowy”.

Nic bardziej mylnego i bardziej błędnego. Ta słynna dewiza była i jest uwarunkowana przede wszystkim specyficznym, wyspiarskim położeniem geograficznym tejże Wielkiej Brytanii. Przez całe stulecia naczelną zasadą brytyjskiej polityki w stosunku do całego kontynentu było zatem dążenie do utrzymania na całym jego obszarze względnej równowagi sił, neutralizującej możliwość wyłonienia się w kontynentalnej Europie jednego, zdecydowanie dominującego mocarstwa, które by siłą rzeczy zagrażało własnej mocarstwowej pozycji Anglii na samych wyspach, i zwłaszcza w koloniach. Przez większość tego czasu za owo główne zagrożenie uznawano w Londynie Francję, stąd wzięła się m.in. tradycja tak ścisłej współpracy Wielkiej Brytanii z Prusami, uwarunkowana jeszcze dodatkowo oczywistym brakiem kolizji interesów miedzy obydwoma zainteresowanymi stronami, jako że Prusy bardzo długo nie przejawiały jakichkolwiek aspiracji kolonialno-zamorskich, zaś Wielka Brytania zaprzestała w praktyce jakikolwiek prób ekspansji terytorialnej w samej Europie. Z chwilą jednak, gdy polityka tych samych Prus doprowadziła do zjednoczenia Niemiec i do podjęcia przez nie ekspansji w koloniach, polityka brytyjska wykonała daleko idący zwrot, zbliżając się do odwiecznego rywala, czego finalnym rezultatem był wybuch I wojny światowej. Otóż, położenie geograficzne Polski jest całkiem inne i bardzo utrudnia, jeśli nie wprost nie wyklucza, politykę opartą na tego rodzaju ciągłym balansowaniu.

„Stawianie przez niektóre środowiska neoendeckie dogmatu orientacji rosyjskiej, a więc przeciwnej wobec opisywanej idei, jest nie tylko niezrozumiałe, ale i szkodliwe. Fakt, iż Roman Dmowski głównie w oparciu o Rosję starał się odbudować niepodległą Polskę wynikał z ówczesnej sytuacji w Europie; z przekonania, jak się później okazało zresztą słusznego, że obóz państw centralnych będzie przegranym w czasie Wielkiej Wojny. Ponadto budowanie związku państw Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Polski, Białorusi, Ukrainy i Litwy było po prostu w owym czasie niemożliwe. Był to jak wiadomo okres silnych nacjonalizmów w tych krajach, zwłaszcza Litwini i Ukraińcy nie wyobrażali sobie funkcjonowania w ścisłym związku z Polakami. Z tego właśnie faktu wynikała lansowana przez Dmowskiego koncepcja inkorporacyjna, nie zaś z powodu jakiejś urojonej prorosyjskości i nieprzychylności wobec narodów I Rzeczypospolitej…”.

Cóż, mogę tylko pogratulować młodemu działaczowi RN, że był w stanie tak wnikliwie wejrzeć w myśli Dmowskiego – ja by się na taką czynność nawet nie poważył. Wielka jednak szkoda, że nie czytał on, albo też „przeleciał” nazbyt pobieżnie, bez należytego wmyślenia się w treść tej książki, chociażby jego „Politykę polską i odbudowanie państwa” z 1925 r. W tej to swojej fundamentalnej pracy Dmowski zawarł bowiem, można tak powiedzieć, swoje wytyczne co pożądanego kształtu polityki polskiej w perspektywie długoterminowej, a rysują się one całkiem odmiennie, niż to wyobraża sobie ten młody, powiedzmy, narodowiec. Gdyby bowiem p. Andruszkiewicz był faktycznie obeznany z pisarską spuścizną Dmowskiego, to nie pisałby np. takich komunałów, że główną przesłanką jego polityki było przekonanie, iż obóz państw centralnych przegra „Wielką Wojnę”. Nie, to nie było do końca tak! Dmowski zapewne mocno wierzył i bardzo liczył na klęskę obozu państw centralnych, jednak główną dźwignią kierującą tokiem jego myślenia i postępowania było nieugięte, twarde przekonanie, że państwa te, konkretnie zaś Niemcy, są śmiertelnym, nieubłaganym wrogiem Polski, i główną przeszkodą na drodze wiodącej do odzyskania przez nią rzeczywistej niepodległości. Należało zatem niejako z miejsca stanąć po drugiej stronie.

Co się zaś tyczy owego dogmatu, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w sposób dalece bardziej dogmatyczny, miejscami ocierający się wprost o całkowitą sztuczność, a nawet śmieszność, propagowana jest właśnie idea prometejska, czy też „Jagiellońska”, której p. Andruszkiewicz jest tak gorącym orędownikiem. I może jeszcze kwestia owej „urojonej prorosyjskości” Dmowskiego. Otóż, Dmowski rzeczywiście nie był nigdy prorosyjski w takim sensie, w jakim byli prorosyjscy np. konserwatywni ugodowcy tamtego czasu. Nigdy zatem nie głosił i nie zgadzał się z ideą zrzeczenia się niepodległości, zadowolenia się w zamian tylko np. nawet najszerzej idącą autonomią, i w konsekwencji trwałego podporządkowania Polski Rosji. Nie był też ani przez moment powolnym rosyjskim narzędziem; raczej wprost przeciwnie – był wielokrotnie przez tą oficjalną, carską wtedy jeszcze Rosję traktowany co najmniej nieżyczliwie. Natomiast był niewątpliwie prorosyjski w tym sensie, że przez praktycznie całe swe dojrzałe życie polityczne głosił potrzebę dobrosąsiedzkich stosunków i współpracy polsko-rosyjskiej i wydaje mi się, że nie ma żadnych powodów, aby ten fakt teraz jakoś ukrywać czy maskować, albo wręcz za tego wielkiego polskiego męża stanu się wstydzić.

W końcowej części swego artykułu p. Andruszkiewicz uderza jeszcze mocno w nutkę swoistego kresowego sentymentalizmu, głosząc miraże, jakoby najlepszym i właściwie jedynym sposobem odzyskania przez Polskę jakiegokolwiek realnego wpływu na ziemiach wchodzących przed II wojną światową w skład terytorium II RP (a także polepszenia bytu mieszkającej tam jeszcze obecnie polskiej mniejszości!) jest właśnie budowa jego wyśnionej Rzeczypospolitej. Na sam koniec wysuwa postulat rozszerzenia owych inicjatyw integracyjnych także na kraje tzw. Grupy Wyszehradzkiej, co więcej występuje z tezą, iż to właśnie od nich należałoby właściwie tą integrację zaczynać.

Przystępując do całościowej oceny tekstu p. Andruszkiewicza, należałoby złożyć mu przede wszystkim autentyczne wyrazy podziękowania za łaskawe objaśnienie pewnych kwestii, które były dotąd obecne w retoryce RN, a których praktyczne zrozumienie było rzeczą wysoce trudną, jeśli nie wprost niemożliwą. Chodzi mi tu oczywiście o osławione hasło – „na Wilno i Lwów marsz”(czy jakoś tam podobnie). Dziś już przynajmniej wiemy, że ten pochód w kierunku obydwu wymienionych miast ma się odbywać nie żadną tam drogą zbrojną, ale po prostu na drodze budowy tej nowej czy też „odnowionej” Rzeczypospolitej.

Całość zaś pachnie i ocieka na każdym kroku retoryką typową dla mediów szeroko ujętego nurtu okołopisowskiego (a po części także i „salonowego”). Bynajmniej to nie zadziwia i nie zaskakuje w kontekście cytowanych już na naszym portalu podziękowań p. Andruszkiewicza pod adresem tej części aktywu „gazetopolskiego”, która raczyła się zjawić na warszawskim MN 2013 r. Można by więc uznać całe te jego wywody po prostu za smutny wynik zaczadzenia się jednego z działaczy RN zbyt gorliwą lekturą pism p. Tomasza Sakiewicza i spółki. Byłoby to jednak naiwne i fałszywe postawienie problemu.

Po pierwsze więc, p. Andruszkiewicz to nie pierwszy lepszy członek RN, lecz, jak to wynika z dostępnych danych, wiceprezes Zarządu Głównego Młodzieży Wszechpolskiej a jednocześnie członek podlaskiego sztabu RN, a więc dosyć znaczna już figurka w obrębie tego politycznego środowiska. Po wtóre, co jeszcze o wiele bardziej istotne, w bardzo podobnym tonie wypowiadają się także i inni czołowi leaderzy RN.

Potwierdza to dobitnie choćby przebieg debaty na temat: „Ruch Narodowy a Rosja”, przeprowadzonej 27 listopada ub. roku przez redaktorów „Polityki Narodowej” (głównego pisma RN) we współpracy z Centrum Edukacyjnym Powiśle (CEP), a upublicznionej na sztandarowym portalu internetowym RN: www.narodowcy.net/blogi/ruch-narodowy-a-rosja

Główną rolę w tej debacie gra nie kto inny, jak niejaki dr Tomasz Szczepański, szef stowarzyszenia „Niklot”, przedstawiony oficjalnie zebranej publiczności następująco: „w przeszłości szef działu Międzymorza w Konfederacji Polski Niepodległej, aktywny w Stronnictwie Narodowym (którym? – AT.), autor wielu publikacji o tematyce wschodniej, piszący właściwie stale w naszym magazynie (tj. wspomnianej „Polityce Narodowej”). Pozostałymi uczestnikami tej debaty byli: pełniący rolę gospodarza Rafał Mossakowski – ze wspomnianego CEP, prowadzący debatę Konrad Bonisławski – red. naczelny tejże „Polityki Narodowej”, red. tego samego pisma Jan Sosnowski, Tomasz Rola – redaktor naczelny portalu kresy.pl i przede wszystkim Artur Zawisza, zaprezentowany oficjalnie jako lider RN i członek jego Rady Decyzyjnej.

Już samo uczestnictwo dr Szczepańskiego w tejże debacie, a także samo uczestnictwo wspomnianego „Niklota” („sygnatariusza deklaracji ideowej Ruchu Narodowego”!) w RN zakrawa na jakąś aberrację ideowo-polityczną, biorąc pod uwagę już choćby tylko formację ideowo-polityczną samego założyciela KNP Leszka Moczulskiego.

Nie dziwota zatem, że w toku prowadzonej dyskusji słyszymy a to ukuty przez środowisko Sakiewicza i spółki głupawy slogan o rzekomym niemiecko-rosyjskim kondominium, sprawowanym jakoby obecnie wspólnie przez obydwa wymienione państwa nad Polską; a to przestrogi przed grożącymi na równi Polsce dwoma imperializmami : niemieckim i rosyjskim (Szczepański); a to tezę, iż III RP „coraz bardziej ewoluuje w stronę państwa wasalnego” (oczywiście względem Rosji) – co jest chyba jedynym twórczym wkładem w dyskusję p. Bonisławskiego. Zagrożeń z innych kierunków szacowni dyskutanci oczywiście nie widzą, bądź je bagatelizują (skoro UE ma się sama rozpaść, to właściwie nie ma co się jej aż tak bać!).

Pada też wielokrotnie oklepana Giedroyciowa fraza o jakoby fundamentalnym znaczeniu Ukrainy dla „niepodległości Polski”, przemilcza się za to skrupulatnie i zamiata po dywan kwestię rzezi wołyńskiej, jak i współczesnych antypolskich ekscesów ukraińskich integralnych nacjonalistów ze „Swobody” i pokrewnych jej organizacji (stara się o to m.in. sam p. Zawisza). Przewodnim zaś, głównym motywem całego dyskursu jest zaś usilne i gromkie odżegnywanie się wszystkich siedzących za stołem od jakkolwiek bądź rozumianej prorosyjskości, postrzeganej jako grzech najcięższy, w istocie śmiertelny i niewybaczalny.

O merytorycznym poziomie całego przedsięwzięcia świadczy zaś najlepiej fatalna wprost gafa popełniona przez samego wodza RN, skądinąd w niektórych momentach dyskusji mówiącego najbardziej „do rzeczy” z całego grona zebranych; wiadomo – doświadczony polityk. Otóż, p. Zawisza, odwołując się do postaci i polityki Dmowskiego, prawi w pewnym momencie coś takiego: „(…)począwszy od tytułu jednej z fundamentalnej prac Dmowskiego „„ Między Rosją a Niemcami””, to nieprzypadkowe ujęcie tematu u założyciela tegoż obozu…” (41. minuta całego nagrania).

Otóż, Sz. P. Arturze, pragnę panu (i pańskim kolegom!) uświadomić, że coś się panu chyba bardzo pomyliło. Dmowski, z tego co mi wiadomo, nic takiego nigdy nie napisał. Książka o bardzo podobnym tytule, tyle że niejako odwróconym: „Między Niemcami a Rosją” wyszła natomiast spod pióra Adolfa Bocheńskiego, i stało się w roku 1937, a więc blisko 30 lat po ukazaniu się pracy Dmowskiego „Niemcy, Rosja i kwestia polska” (1908), którą to przypuszczalnie miałeś pan na myśli. Ten błąd, wynikły, mam nadzieję, tylko z nadzwyczajnego pańskiego rozkojarzenia, jest tym bardziej brzemienny w skutkach, że obydwie książki zawierają całkiem inną treść, i, przede wszystkim, zupełnie inne przesłanie.

W świetle powyższego, nie ma chyba już zatem potrzeby dalej udowadniać, że pomimo deklaratywnego, czysto werbalnego odwoływania się do tradycji endeckiej, tenże współczesny „Ruch Narodowy” p. Zawiszy et consortes stoi w praktyce jednoznacznie na pozycjach prometejsko-atlantyckich, tożsamych całkowicie z PiS-em i jego jawnymi przybudówkami.

Andrzej Turek