Polska wspólnikiem Niemiec w ratowaniu UE

Miłościwie panująca Niemcom a zarazem główna rozdawczyni kart w całej UE, p. Angela Merkel po raz kolejny wykazała swoją osobliwą łaskawość dla mizernej Polski. W specjalnym „europejskim” wywiadzie, udzielonych jednocześnie szóstce starannie wybranych wielkich europejskich dzienników, do którego to czcigodnego grona zakwalifikowała się także, jako reprezentantka „nowej Europy”, „Gazeta Wyborcza” (obok niemieckiego Suddeutsche Zeitung”, francuskiego „Le Monde”, brytyjskiego „Guardian”, włoskiego „La Stampa” i hiszpańskiego „El Pais” – ho, ho, to dla „GW” nie byle jakie wyróżnienie!), zadeklarowała gotowość otworzenia dla III RP drzwi, co prawda bardzo wąskich, do grona członków-decydentów tzw. paktu fiskalnego: „To odpowiedź na postulat Polski, która w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii chce wejść do paktu i czeka na zapewnienie, że jako obserwator będzie brała we wszystkich jego szczytach”.

W języku dyplomatycznym brzmi to nie najgorzej, ale tylko dla zupełnego laika. Cóż bowiem ta deklaracja znaczy w praktyce? Ano, że najpierw wyłożymy wielką kasę na ratowanie unijnego molocha, bez jakiejkolwiek sensownej potrzeby i pożytku dla Polski w przyszłości, a potem być może wpuszczą – oczywiście, nie nas, tylko rodzimych zapalonych euroentuzjastów – tylnymi, kuchennymi drzwiami do salonu, gdzie możni UE będą się naradzać, co m.in. zrobić z tymiż naszymi pieniędzmi. Status obserwatora wszelako przesądza jednak z góry, że nie będą oni dopuszczeni ani do głosowań, ani nawet do stawiania konkretnych, wiążących wniosków. Trudno się też spodziewać, żeby posadzono ich przy głównym stole, nawet przy jego końcu. Raczej zasiądą przy osobnym, odpowiednio mniejszym stoliczku, albo, w gorszym wypadku, przyjdzie im na stojąco wystawiać szyje zza pleców obradujących. W tej sytuacji pozostanie im robienie co najwyżej błagalnych min i rozpływanie się w uniżonych prośbach, a przede wszystkim gromkie oklaski, z którą to rolą zrośli się zresztą już od dawna. Ale przynajmniej będą mogli obserwować…

Wszytko dzięki „groźbom” D. Tuska, że jeśli Polska nie zostanie dopuszczona, a mówiąc dokładnej całkiem odepchnięta od wspomnianego pomieszczenia, to do owego sławetnego paktu w ogóle nie wejdzie. W tym kontekście obietnice p. kanclerz, jakkolwiek bardzo ogólnikowe i mgliste, są więc pewnym krokiem naprzód. Bardzo nieznacznym, ale jednak. Ale i to miejsce pod wspomnianym stołem, czy tuż obok niego, może okazać się ostatecznie dla naszych eurofanatyków nieosiągalne, gdyż swoje veto w tym przedmiocie stawia dalej uparcie Paryż.

Korzystając z okazji, p. kanclerz nie zapomniała też pochwalić szczególnej europejskiej gorliwości p. Radosława Sikorskiego, bijącej z jego słynnego listopadowego, berlińskiego przemówienia. Co jednak dużo bardziej istotne, podzieliła się z zadeklarowanymi Europejczykami swoją wizją przyszłości zjednoczonego kontynentu i własnymi receptami na przezwyciężenie trapiącego dziś UE ciężkiego kryzysu. Już sam tytuł wywiadu „Europa, nasze szczęście” (specjalny dodatek do „GW” ( i w/w gazet) pt. „Europa”, 26.01.2012 r., s.1-5) najdokładniej oddaje tok myślenia i kierunek działania rzeczywistego przywództwa UE.

Przede wszystkim więc, p. kanclerz stanowczo zaznacza, iż Niemcy mocno wykosztowały się już przy budowie wspólnego unijnego domu i nie mogą w nieskończoność dalej już tyle do niego dopłacać ani też utrzymywać jego biedniejszych mieszkańców: „Przy wszystkich sięgających miliardy euro pakietach pomocowych i parasolach ratunkowych także i my, Niemcy, musimy uważać, by na koniec nie zostać z pustymi kieszeniami – bo nasze możliwości też nie są nieskończone – a z tego nie byłoby żadnej korzyści dla Europy”. To zastrzeżenie nasuwa kilka dosyć oczywistych spostrzeżeń. Po pierwsze wzmianka o „pustych kieszeniach” dowodzi, że p. kanclerz bierze pod uwagę niebezpieczeństwo całkowitego załamania się gospodarczego UE. To jeszcze jedno potwierdzenie, że taki scenariusz realnie wchodzi w grę. Po drugie, stara się ukazać Niemcy jako główną opokę i fundament całej unijnej konstrukcji. Jakakolwiek rysa na tym fundamencie pociąga więc za sobą wielkie niebezpieczeństwo dla wszystkich segmentów unijnych budowli. Trzeba więc podpierać go z całych sił, wzorem R. Sikorskiego. Pani kanclerz, podkreślając ten wielki finansowy wkład Niemiec w zbudowanie zjednoczonej Europy, pewne kwestie skrupulatnie jednak przemilcza. Przemilcza mianowicie olbrzymie korzyści, jakie uzyskały i ciągną dalej niemieckie korporacje (czy tylko niemieckie?) dzięki „sprywatyzowaniu” najlepszych kąsków przemysłu nowych krajów członkowskich i totalnym opanowaniu ich rynków wewnętrznych. Zostawmy jednak tą kwestię na boku, by nie oddalać się zbytnio od głównego wątku.

Dalsze wywody p. kanclerz nie pozostawiają najmniejszych złudzeń co do projektowanego w kręgach unijnych mędrców dalszego kierunku rozwoju i ewolucji UE: „Wskutek obecnego kryzysu osiągnęliśmy zupełnie nowy poziom współpracy w Europie: mamy już poniekąd europejską politykę wewnętrzną. A więc nie możemy już traktować się nawzajem wyłącznie dyplomatycznie, w białych rękawiczkach, lecz musimy – tak jak w każdej polityce wewnętrznej – mówić o problemach wprost, nie owijając w bawełnę, i w ten sposób je rozwiązywać”. A więc, wynikałoby z tego wręcz, że tenże kryzys nie jest wcale taki zły z punktu widzenia eurokracji, ale że jest wręcz jej, jako swoisty straszak, potrzebny i pożyteczny dla wzmacniania swojej władzy. Pewnie, że mamy już „poniekąd” europejską politykę wewnętrzną – najlepiej dowiodły tego wymuszone ordynarnie przez międzynarodową finansjerę dymisje Papandreu w Grecji i samego Berlusco w Italii. A więc, żyjemy już, mości Panie i Panowie, nie tylko formalnie, po ratyfikacji Lizbony, ale i praktycznie w superpaństwie europejskim. Teraz zaś nadchodzi właśnie czas dalszego zacieśniania unijnych więzów.

Albowiem jedyną receptą na kryzys i na niepewną przyszłość może być tylko – więcej i więcej integracji, więcej i więcej Europy – biada temu, kto by chciał ratować się samotnie, w pojedynkę; kto zbytnio ogląda się na boki; względnie nie utrzyma się w „głównym nurcie integracji”. Koniec wszelkich złudzeń; życie jest brutalne, a słabsi muszą się po prostu podporządkować „europejskiej racji stanu”: „Euro wzmocnimy tylko wtedy, gdy będziemy ściślej integrować naszą politykę, krok po kroku oddawać narodowe kompetencje wspólnej Europie. (…)Pakt fiskalny ma służyć właśnie temu, by można było rozliczyć z tych zobowiązań. Europejskie instytucje muszą mieć większe uprawnienia do kontroli – i więcej zapału do działania”.

Radosław Sikorski dał już wszystkim czytelną wskazówkę, w jaką stronę należy iść. Nic dziwnego, że p. Merkelowa nie może się wręcz go nachwalić, niemniej dyskretnie dystansuje się od samej koncepcji „Stanów Zjednoczonych Europy”. Jest to jednak odcięcie tylko formalistyczne, które nikogo rozsądnie myślącego i umiejącego czytać miedzy wierszami nie może zwieść: „Moją wizją jest unia polityczna, gdyż Europa musi pójść zupełnie własną drogą”. Jak ta droga ma konkretnie wyglądać? „Więcej kompetencji oddamy Komisji Europejskiej, która będzie jak europejski rząd. Do tego silny Parlament Europejski. Niejako drugą izbę tworzyć będzie Rada Unii Europejskiej z szefami rządów. I w końcu mamy Europejski Trybunał Sprawiedliwości – jako Sąd Najwyższy. Tak mogłaby wyglądać – w nieokreślonej przyszłości – Unia Europy” – jednoznacznie podsumowuje p. kanclerz.

Czym tego rodzaju organizm różniłby się od dzisiejszych USA? Ja dostrzegam tylko jedną zasadniczą różnicę. W USA wszystkie stany są generalnie równouprawnione. W tym przypadku będziemy zaś mieli dwa stany absolutnie dominujące, dość liczną grupę stanów trochę niższej kategorii, następnie stany podrzędne-podupadłe, i w końcu stany ostatniej kategorii, a właściwie bantustany, czy też nieformalne protektoraty stanów wiodących. W której kategorii zmieści się III RP? Opowiedzmy sobie na tak postawione pytanie sami!

W sumie trzeba potraktować przesłanie p. kanclerz – niezależnie od stopnia realności zarysowanych w nim scenariuszy, który, dzięki Bogu, nie wydaje się zbyt wielki – jako bardzo ważny głos w toczącej się obecnie wzmożonej dyskusji nad przyszłością UE. Ważny, bo przede wszystkim po raz kolejny dowodzący, że unijny establishment będzie bronił absurdalnego już w punkcie wyjście i w gruncie rzeczy przegranego już projektu do grobowej deski, nieporównanie bardziej uporczywie i zacięcie od tych, co kiedyś deklarowali bronić „socjalizmu niczym niepodległości”. W tym stanie rzeczy rozpowszechniające się już szeroko przekonanie, że „Unia sama się rozleci” jest przejawem skrajnego infantylizmu i politycznej naiwności.

W tym kontekście aż dziw bierze, że streszczone powyżej w ogromnym skrócie europejskie expose p. Merkel nie znalazło większego oddźwięku w krajowej prasie, zwłaszcza tej „niepodległościowej”, „patriotycznej” etc, która przecież przywykła tradycyjnie zbijać swój kapitał na straszeniu niemiecką dominacją. No cóż, taka np. „Gazeta Polska” zajęta jest akurat prawie całkowicie opisywaniem – jej zdaniem – daleko istotniejszej i bardziej aktualnej dla ogółu Polaków kwestii –katastrofy smoleńskiej. Zresztą, jak tu rozgrzebywać ten temat, skoro sam wodzu „niepodległościowców” w swoim czasie umożliwił podstępne narzucenie Polsce eurotraktatu, a potem wielokrotnie wzywał do tworzenia wspólnej europejskiej armii ( zapewne przeznaczonej tylko i wyłącznie do wojny z Rosją, której i tak nie będzie). Toż to temat bardzo niebezpieczny i niewdzięczny.

Andrzej Turek