„Polska” polityka zagraniczna legła na samym dnie

'Polska' polityka zagraniczna legła na samym dnieWicepremier i minister obrony narodowej w rządzie Ewy Kopacz, p. Tomasz Siemoniak pozwolił sobie wystąpić w trakcie niedawno zakończonej 51. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa z następującą deklaracją: „Polska <<dobrze życzy>> najnowszej misji pokojowej kanclerz Merkel i prezydenta Francji Francois Hollande’a, lecz nie może poprzeć inicjatywy, której szczegółów nie zna. (…) Trudno mówić o poparciu Polski, bo nie jesteśmy autorem tej propozycji”. P. minister zaznaczył przy tym, że te „dobre życzenia” wynikają z troski o pokój i o „zachowanie integralności terytorialnej Ukrainy oraz jej stabilnej przyszłości”:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Tomasz-Siemoniak-Polska-dobrze-zyczy-misji-Merkel-ale-trudno-mowic-o-poparciu,wid,17242086,wiadomosc.html?.

Wyrażając te niezbyt dobrze zawoalowane żale urażonego „mocarstwa”, p. Siemoniak pospieszył od razu z zapewnieniem, iż: „o silnej pozycji Polski świadczy fakt, że przed wyjazdem Merkel do Kijowa i Moskwy minister spraw zagranicznych Niemiec Frank-Walter Steinmeier poinformował polityków polskich w Warszawie o tej inicjatywie”. Chciałoby się powiedzieć – no, no, to jest już coś, takie wzajemne konsultowanie polityki zagranicznej z głównym europejskim hegemonem; szkopuł tylko w tylko, że odbywa się ono każdorazowo wyłącznie w jedną i tą samą stronę, w tym akurat wypadku zresztą z pewnym dyskomfortem p. Siemoniaka, którego niemieccy dyplomaci jakoś widać nie wprowadzili dostatecznie jasno i szczegółowo w koronkowe plany swojej pani kanclerz. A może jednak próbowali to zrobić, tylko sam p. Siemoniak nie dość sprawnie porusza się w zawiłościach dyplomatycznego języka i skutkiem tego wszystkiego dobrze nie zrozumiał. Może wreszcie – czego absolutnie wykluczyć nie można – jego przywołana powyżej deklaracja ma paradoksalnie pełną aprobatę strony niemieckiej i stanowi w praktyce realizację jednej i tej samej gry, tyle tylko, że granej na kilku fortepianach, oczywiście różniących się diametralnie wielkością.

Jak by nie było, przesłanie wynikające ze słów p. Siemoniaka jest jak najbardziej czytelne – Polska, ściślej zaś III RP, neguje, a przynajmniej nie wierzy w celowość prowadzenia i w powodzenie jakichkolwiek negocjacji z krwiożerczym i skrajnie zaborczym, agresywnym Putinem, dając zdecydowane pierwszeństwo opcji solidnego dozbrojenia Ukrainy w natowską broń, co skądinąd musi pociągnąć za sobą jeszcze większą eskalację konfliktu zbrojnego toczącego się obecnie na jej wschodnich rubieżach, z nieobliczalnymi konsekwencjami nie tylko dla niej samej, ale również całego kontynentu i świata. I z tego powodu wyraźnie dystansuje się od dyplomatycznych prób położenia kresu krwawym walkom ukraińsko-rosyjskim choćby na drodze doraźnego zawieszenia broni.

Można jednak i wysnuć ze słów p. Siemoniaka znacznie dalej idący wniosek, a brzmi on tak: Nie chcemy pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie, zwłaszcza pod rosyjskie dyktando. W konsekwencji p. minister Siemoniak ustawia nas wizerunkowo – mniejsza o to, czy w pełni świadomie, czy też w jakiejś mierze mimowolnie – swoją monachijską mową w bardzo nieciekawej i niekorzystnej roli kreatora ciągłego zamętu i konfrontacji tak w oczach Rosjan, jak i przeważającej części opinii publicznej w Europie Zachodniej. Na tym tle główne państwa zachodnioeuropejskie, zwłaszcza Niemcy, nawet stawiając Rosji twarde warunki przy negocjacyjnym stole, mogą dalej chodzić w aureolce „gołąbków pokoju” i czynników daleko posuniętego umiarkowania. I może właśnie m.in. o to w całej tej szopce chodzi.

Powiedzmy sobie to szczerze i brutalnie: tego rodzaju wyrażane pod publiczkę „mocarstwowe” deklaracje bez pokrycia ocierają się najzwyczajniej w świecie o śmieszność. Ani bowiem nie mamy konkretnego tytułu do czynnego uczestnictwa w toczących się obecnie negocjacjach i przetargach dyplomatycznych ws. Ukrainy, ani też nie dysponujemy realnym potencjałem gospodarczym czy militarnym, który by nas predestynował do członkowstwa w tzw. formacie normandzkim (Niemcy, Francja, Rosja i sama Ukraina). Nadęty minister jakoś nie chce zauważyć, że jest kilka chyba cokolwiek silniejszych od nas krajów unijnych (żeby wymienić choćby tylko Wielką Brytanię czy Włochy), które są również istotnie zainteresowane rozwojem sytuacji na Ukrainie, a muszą przecież zadowolić się tylko pośrednim wpływem na poczynania firmowane oficjalnie nazwiskami pp. Merkel i Hollandea. Tu decydują naprawdę tylko możni tego świata, a sama, choćby najbardziej gorliwie spełniana, rola „adwokata europejskich dążeń Ukrainy” nie jest żadną przepustką do tego ściśle ekskluzywnego klubu. Rozumie to zresztą coraz lepiej rodzima opinia publiczna.

Nie sposób oczywiście w żadnym razie potraktować monachijskich wypowiedzi p. Siemoniaka w kategoriach niespodzianki. O długiego już czasu stara się on bowiem udowodnić, że jest oddany Ukrainie, dodajmy pomajdanowej Ukrainie, całą duszą i ciałem. Nie tylko jest wielkim orędownikiem uskutecznienia pomysłu stworzenia wspólnej brygady polsko-ukraińsko-litewskiej, mającej w najśmielszych założeniach wydatnie przybliżyć Ukrainę do NATO (co jak na razie idzie dosyć opornie), nie tylko stara się energicznie zabiegać o wymierne wsparcie sił ukraińskiej „junty” za pośrednictwem tzw. funduszu powierniczego NATO, nie tylko oręduje gdzie i jak tylko może za jak najszybszym bezpośrednim członkowstwem Ukrainy w tym pakcie, ale na domiar wszystkiego już od paru miesięcy wprost przebiera nogami, by zacząć dostarczać Ukrainie polską broń „na korzystnych warunkach”, tzn. w praktyce za półdarmo albo po cenach iście symbolicznych.

Rzecz jednak w tym, że wspomniana konferencja to nie jakiś tam podwórkowy klub dyskusyjny, służący swobodnemu wyrażaniu pragnień i myśli, a zwłaszcza marzeń uczestników, lecz prestiżowe forum wymiany poglądów w obszarze bezpieczeństwa międzynarodowego na najwyższym szczeblu. Z tej perspektywy patrząc, wystąpienie min. Siemoniaka stanowi w najlepszym wypadku poważny dyplomatyczny zgrzyt, i to z kilku powodów. Po pierwsze, w sytuacji nieobecności zarówno prezydenta, jak i premiera, głównym reprezentantem i wyrazicielem stanowiska III RP na konferencji powinien być naturalną koleją rzeczy urzędujący minister spraw zagranicznych, p. Grzegorz Schetyna, skądinąd obecny na miejscu. P. Siemoniak powinien zaś sobie raczej podyskutować z zachodnimi kolegami po fachu gdzieś tam w kuluarach. Jak czytamy w komunikacie rzecznika MSZ, p. Marcina Wojciechowskiego, zamieszczonym dn. 8 lutego br. na oficjalnej stronie internetowej MSZ, p. minister Schetyna miał w Monachium powiedzieć m.in., co następuje: „Im więcej będzie ofiar, tym częściej będziemy pytani, czy można pozwolić umierać Ukraińcom, czy może jednak trzeba pomóc im się bronić. (…)Obowiązkiem wolnego świata – UE i USA jest pomoc, wsparcie dla tych, do których się strzela, którzy giną w Donbasie”. Dalej zaś czytamy, iż: „Minister wyraził wsparcie dla misji mediacyjnej zainicjowanej przez Francję i Niemcy – Każda misja, w której uczestniczą państwa UE, też te największe jak Francja i Niemcy, musi mieć wsparcie całej Unii – powiedział minister Schetyna…”.

Jak by na to nie patrzeć, słowa to mocno wieloznaczne, jeśli nie wprost dwuznaczne (ich treść pozostawmy już w tym miejscu na boku). Poza tym, dokładnie nie podano, jaką formę i charakter miało powyższe oświadczenie min. Schetyny oraz kto konkretnie był jego adresatem. Nikt o nim szerzej nie słyszał, nie jest bowiem, w przeciwieństwie do wynurzeń min. Siemoniaka, eksponowane w mediach. Można przypuszczać, że po niedawnym „wystrzale” o rzekomo tak wielkim ukraińskim wkładzie w wyzwolenie KL Auschwitz, który postawił Schetynę w sytuacji jawnej wojny z rosyjskimi władzami i całym praktycznie światem tamtejszych mediów, musiał on najzwyczajniej w świecie przysiąść sobie gdzieś z boku i nie wypowiadać się zbyt głośno, nie afiszować się nadmiernie ze swoją osobą, by nie psuć niepotrzebnie dodatkowo atmosfery przed zbliżającymi się kluczowymi mińskimi rokowaniami. W roli głównego reprezentanta III RP zastąpił go więc Siemoniak – ze skutkiem już opisanym.

Po wtóre, z tego co mi przynajmniej wiadomo, reprezentant żadnego liczącego się kraju członkowskiego UE i NATO – nie mówimy tu oczywiście o USA – nie podzielił dotąd oficjalnie stanowiska zajętego przez p. Siemoniaka, chociaż wszyscy zdają sobie oczywiście doskonale sprawę z tego, że szanse na pozytywny finał negocjacji w Mińsku są bardzo, ale to bardzo ograniczone. Chyba bodaj tylko bardzo energiczna i bojowa prezydent niewielkiej Litwy przyznała się otwarcie, że … jej kraj już dostarcza broń (póki co „defensywną”) Ukrainie. Biorąc jednak pod uwagę czysto litewskie możliwości w tym zakresie, wszyscy zainteresowani mogą raczej machnąć na spokojnie ręką. Zresztą ta sama p. Grybauskaite, w tym samym wywiadzie udzielonym „Deutsche Welle”, wyraziła jednocześnie, acz bez specjalnego entuzjazmu, swoje zrozumienie i poparcie dla dyplomatycznych wysiłków tandemu niemiecko-francuskiego i swoją osobistą ufność wobec Frau Angeli.

Po trzecie wreszcie, co najbardziej kuriozalne, nawet sam występujący w tymże Monachium z płomiennym o „konkretne wsparcie niepodległej Ukrainy, w tym także militarne” prezydent Poroszenko, nie pozwolił sobie – bo w wytworzonej sytuacji pozwolić sobie po prostu nie mógł – na tego rodzaju dystansowanie się od inicjatywy wykoncypowanej w berlińskich i paryskich gabinetach dyplomatycznych. Mało tego, tuż przed spotkaniem w Mińsku dowiadujemy się oto z ust samego min. Schetyny, że ewentualne wdrożenie nowych unijnych sankcji wobec Rosji zostało odroczone co najmniej do przyszłego poniedziałku na prośbę nie kogo innego, tylko … władz kijowskich, które, spychane coraz bardziej do narożnika, nie chcą ryzykować ostatecznego i chyba definitywnego fiaska mińskich rozmów jeszcze przed ich rozpoczęciem.

Wychodzi więc na to, gdyby brać oczywiście słowa min. Siemoniaka całkiem na poważnie i wiążąco, że Warszawa przebija w tym momencie – przynajmniej deklaratywnie – swym antyrosyjskim zacietrzewieniem … nawet sam Kijów, wybiegając daleko przed szereg unijnych i natowskich hufców. W Berlinie zaś mogą, mimo zaistnienia tego pozornego dysonansu, takiej sytuacji tylko przyklasnąć, oczywiście nie za głośno…

 

Andrzej Turek

 

Dodano: 10.02.2015 r.

 

  1. Już po powrocie z Monachium p. Siemoniak zadeklarował w  rozmowie z „Financial Times”, że III RP wyśle polską broń na Ukrainę, skoro tylko zaświeci „zielone światło” z Waszyngtonu. Czy trzeba jaśniejszego wyłożenia kart na stół?! Czy ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, jakie są faktyczne priorytety tego nominalnie „polskiego” ministra?!…