Polityczne wspominki po Euro 2012

Polityczne wspominki po Euro 2012 Polscy kibice piłki nożnej niedługo pocieszyli się Euro 2012. Co prawda, chyba tylko nieoprawni optymiści – których skądinąd u nas nie brak – liczyli na jakieś wymierne sukcesy naszych reprezentantów, ale też nikt chyba nawet w najczarniejszych snach nie zakładał, że ich występ zakończy się aż takim blamażem. Nie chodzi tu nawet tyle o wyniki rozegranych meczów ani nawet o końcowe (ostatnie) miejsce w tabeli, ale o wyjątkowo marny styl i poziom gry polskiej drużyny i okazaną przez nią, a także i przez cały sztab szkoleniowy, kompletną bezradność i bezsilność w kluczowych, decydujących o ewentualnym awansie chwilach. Co tu dużo gadać – dalszy los obu drużyn, które wyszły z naszej grupy, a z którymi nasi piłkarze nie mogli sobie nijak poradzić: Grecji i Czech, zdeklasowanych odpowiednio przez Niemcy i Portugalię, wymownie oddaje nasze aktualne miejsce w europejskiej hierarchii piłki nożnej.

Ale, jako rzekłem, nie widzę w tym żadnego zaskoczenia ani też wielkiej niespodzianki in minus. Ot, jakie „polskie” państwo, jaka jego kondycja, taki i polski sport, a w każdym bądź razie jego koronna i chyba najbardziej „upolityczniona” dyscyplina: piłka nożna. Rozumieją to, przynajmniej podświadomie, chyba nawet najbardziej zagorzali kibice, którzy posmętnieli do tego stopnia, że nie mają nawet specjalnej ochoty komentować i analizować rozegranych meczów, rozważać straconych szans, ba, nie mają nawet ochoty porządnie publicznie się pozłościć!

W tym stanie rzeczy także i światek medialny dłuższy czas zajmował się nie tyle golami Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, co roztrąbionymi na cały świat chuligańskimi zamieszkami w Warszawie, do jakich doszło 12 czerwca, tuż przed meczem Polska-Rosja. Wytworzył się w tym temacie naprawdę niezły mętlik medialny, z rożnych stron padają różnego rodzaju sensacyjne ustalenia i teorie. Jedną z takich teorii, lansowaną szczególnie ochoczo przez media sympatyzujące z PiS-em i całym, skupionym wokół tej formacji nurtem „niepodległościowym”, jest próba przedstawienia tych kompromitujących Polskę wydarzeń w konwencji rosyjskiej, a ściślej, putinowskiej prowokacji. W tym to kontekście próbuje się bronić i rozgrzeszyć z wszelkiej winy nawet najbardziej agresywnych rodzimych ulicznych chuliganów, którzy stanęli jakoby tylko w obronie naruszonej przez Rosjan polskiej godności narodowej. Jaką jednak to konkretną korzyść miałby odnieść Kreml z tej zainscenizowanej, a przynajmniej zainspirowanej przez siebie prowokacji? Różnego pokroju „prawicowi’ publicyści, spełniający – co bardzo znamienne – już od dawna funkcję dyżurnych rusofobów, wykazują się w tym miejscu niezmierną spostrzegawczością i wnikliwością. Jeden z czołowych przedstawicieli tego gatunku, p. Piotr Semka wydedukował sobie np., co następuje: „Jeśli komuś zamieszki w Warszawie były na rękę, to Putinowi. Wskrzesiły stereotyp ślepej rusofobii Polaków i przykryły antyputinowskie demonstracje w Moskwie”. Skoro tak, to trzeba zadać p. Semce i jego politycznym kolegom proste pytanie: co konkretnie zrobili, by tej prowokacji (w domyśle) zapobiec?

Tym tropem myślenia poszedł red. Jan Engelgard, rozprawiając się w doprawdy mistrzowski sposób z tym iście mitomańskim twierdzeniem w tekście pt. „Im więcej „rosyjskich agentów” , tym większa rusofobia” (mysl.polska.org). Pozwolę sobie zacytować tu jego obszerne fragmenty: „(…)Generalnie rzecz biorąc, od 2012 r. rządzą u nas rosyjscy agenci, namiestnicy Moskwy, usłużni lokaje składający hołdy carowi. Taka jest diagnoza Naimskich, Sakiewiczów i Wildsteinów oraz tych, którzy uznają ich za wyrocznie i geniuszy, za kwintesencję polskiego patriotyzmu. Jednak każdy myślący człowiek musi zadać sobie fundamentalne pytanie – skoro tak, to skąd u nas takie gigantyczne pokłady rusofobii już nie tylko politycznej, ale i tej narodowej, nienawistnej, bezrozumnej? ( … )Skąd tylu idiotów, dla których każdy Rosjanin to kacap, stalinowiec, morderca i prymityw?

(…)Postawmy kropkę nad „i”. Skoro to wszystko było „rosyjską prowokacją” mającą na celu skompromitowanie Polski, to zobaczmy, kto brał czynny i ochoczy udział w tej „prowokacji”? Kto podburzał tych „patriotów” do napaści na Moskali? Łatwo ich wskazać – to głównie „Gazeta Polska” z panami Sakiewiczem i Lisiewiczem, to Bronisław Wildstein wręcz kipiący jakąś atawistyczną nienawiścią Do Rosji, to wreszcie szmatławce typu „Superexpress” ( … ), to także niestety „Nasz Dziennik”, mający coraz mniej wspólnego z tym, czego można by oczekiwać od gazety uznającej się za katolicką. Do tego chóru dołączyły media z pozoru skłócone z wymienionymi wcześniej – Newsweek Tomasza Lisa, czy Wiadomości TVP1.

Pytanie więc brzmi tak – jeśli Putinowi zależało na takim przebiegu wydarzeń, to dlaczego wyżej wymienieni wzięli w tym udział? Dlaczego wyszli naprzeciw tym oczekiwaniom? Ciśnie się na usta stwierdzenie – im więcej tej mitycznej „rosyjskiej agentury”, tym większa w Polsce rusofobia. Nie wierzę oczywiście w teorię rosyjskiej prowokacji na Euro 2012, ale jeśli był jakiś jej ślad, to jej wykonawcami byli wyżej wymienieni. Jeśli iść tym tropem rozumowania, to Rosja nie potrzebuje w Polsce żadnej agentury – otrzymuje to co chce za darmo. Od głupców uznających się za wielkich obrońców narodu polskiego…”.

To bardzo przytomne spostrzeżenie. Jestem gotów podpisać się pod nim z niewielkimi tylko korektami. Mianowicie, teza o tych gigantycznych pokładach rusofobii wydaje mi się cokolwiek przesadzona. Obracając się na co dzień wśród stosukowo dużej liczby rodaków, spotykam u przeciętnych Kowalskich i Nowaków dużo objawów niechęci i różnych uprzedzeń w stosunku do Rosji i Rosjan, ale bynajmniej nie rzeczywistej nienawiści, czy jakieś otwartej, czynnej wrogości. Najwięcej zaś się widzi chyba daleko posuniętej obojętności, a zwłaszcza daleko posuniętej ignorancji, braku elementarnej wiedzy i o rosyjskiej historii, i o aktualnej sytuacji w tym kraju. Tu i ówdzie trafia się oczywiście namiętny, ostry krytyk Putina; znajdują się jednak także i tacy, którzy doskonale rozumieją tło całej tej antyrosyjskiej nagonki i jej oczywistą bezsensowność i szkodliwość dla polskiego interesu narodowego. Zadeklarowana rusofobia jest zatem przede wszystkim domeną przytłaczającej większości światka politycznego i medialnego, i to z niego wylewa się ten nienawistny jad zakażający szerokie kręgi społeczne. Nadreprezentacja rusofobów różnego autoramentu w tymże światku aż bije po oczach.

Wielkim błędem byłoby jednak kwalifikować tych ludzi jako głupców, a ich działalność jako głupotę. Owszem, ich skrajnie wrogi stosunek do Rosji przyjmuje często znamiona prawdziwej obsesji, ale jest rodzaj obsesji połączony paradoksalnie z wielkim politycznym wyrachowaniem – posiada on ściśle określony podkład polityczno-ideologiczny. Ludzie ci bardzo dobrze wiedzą, czego chcą, mają określone, ściśle sprecyzowane cele, nie mające nic wspólnego z dobrem polskiego narodu, choć czasami nadmiar trawiących ich emocji i nurtującej w nich żółci kładzie się cieniem na skuteczności ich poczynań.

Trzeba by poza tym koniecznie rozszerzyć listę rozsadników tej moskalofobii, bardzo trafnie sformułowaną przez red. Engelgarda. To bardzo różnorodne i różnobarwne towarzystwo. Zalicza się tu np. koślawa resztówka po giertychowskiej Młodzieży Wszechpolskiej, która po upadku patronującej jej pierwotnie formacji szybko zeszła do roli nieformalnej młodzieżowej przybudówki PiS-u. Zalicza się tu po trosze także i bliźniaczy jej pod wieloma względami tzw. ONR. Zaliczają się do tego grona również i ośrodki stricte intelektualne, chociażby postępowi katolicy, a ściślej judeochrześcijanie z „Frondy”, czy też zadeklarowani atlantyści z Fundacji Republikańskiej. Nikt jednak nie przebije oczywiście na tym polu „Solidarnych 2010”, czy dowodzonej przez p. Lisiewicza „Naszości”.

Pełno takich ludzi i wśród szeroko pojętych osobistości życia publicznego, tzw. celebrytów. Nasuwa mi się tu choćby postać p. Wojciecha Cejrowskiego, który nie boi się wędrować boso po różnych egzotycznych krajach, pełnych jadowitych węży, za to na wszelkie sposoby od lat artykułuje swój lęk przed Rosją, tą „złowrogą, antypolską potęgą”.

Wedle przewrotnej interpretacji Janusza Palikota, który nie omieszkał donieść o tym w specjalnym liście samemu Putinowi!, uczestnicy warszawskich zamieszek mają jakoby reprezentować „niewielką cześć polskiego społeczeństwa o skrajnych poglądach narodowo-katolickich. Faktycznie, bandy nastoletnich zawodowych zadymiarzy, sfrustrowanych, złych na cały świat i potrzebujących chronicznie wroga, kompletnie bezmyślnych i bezrefleksyjnych, a tym samym bardzo łatwych do sprowokowania i instrumentalnego politycznego wykorzystania przez zręcznego manipulatora, to reprezentatywna próbka zarówno polskich środowisk katolickich, jak i ruchu narodowego! Tego rodzaju twierdzenia nie tylko kompletnie zniekształcają rzeczywistość, ale i służą dalszej eskalacji napięcia. Ciekawe, jak p. Palikot wytłumaczyłby fakt gremialnego wygwizdania odgrywanego przed meczem rosyjskiego hymnu państwowego? Czy to także była robota skrajnych kręgów narodowo-katolickich? Przecież stadionowa publika nie składała się bynajmniej w większości z tzw. ultrasów ani też innych stadionowych awanturników, którym odmówiono po prostu biletów, a tym bardziej z rydzykowych „moherów”, wymachujących różańcami w geście protestu i sprzeciwu. Taki a nie inny system dystrybucji biletów spowodował, że – prócz pewnej liczby szczęśliwców, którzy uzyskali te bilety w drodze losowania – zasiadły na Stadionie Narodowym głównie tzw. „wykształciuchy”, czyli „młodzi, wykształceni i z dużych miast”, karmiący się na co dzień lekturą „Gazety Wyborczej”, wspomnianego lisowego ( a w istocie amerykańsko-niemieckiego) „Newsweeka”, itp. czytadeł dla proeuropejskiej, oświeconej inteligencji, sączących od lat antyrosyjski jad, tylko w sposób znacznie bardziej wyrafinowany i umiejętny, niż „Gazeta Polska” i pokrewne jej pisma. Czyż to właśnie nie tenże „Neewsweek” przyozdobił czasem swoją okładkę bardzo sugestywnym wizerunkiem Franciszka Smudy, upozowanego na Piłsudskiego, w legionowej maciejówce na głowie, i niemniej szokującym tytułem: Polska-Rosja, Bitwa Warszawska 2012? Jak to fajnie współgra z alarmami głównego rusofoba kraju, niedościgłego w tym fachu J. Szaniawskiego, który całkiem na poważnie przyrównywał przemarsz rosyjskich kibiców do ofensywy Tuchaczewskiego na Warszawę w 1920 r.

Że te chuligańskie zamieszki nie były bynajmniej spontanicznym dziełem samych kiboli, że usilnie ich do nich podszczuwano, dokumentuje to najlepiej film nagrany przez p. Zbigniewa Juźkowa, zawierający wypowiedzi i relacje bezpośrednich świadków, a po części też i uczestników tych wydarzeń, znanych działaczy narodowych z Warszawy, pp. Jerzego M. Zielińskiego i Sławomira A. Zakrzewskiego. Rozmijają się one bardzo znacznie z obrazami kreowanymi przez wysokonakładowe polskojęzyczne media różnych odcieni. Pozwoliłem sobie zamieścić ten film poniżej. Warto go obejrzeć, dla wyrobienia sobie głębszej opinii o podłożu i przebiegu tych kompromitujących Polskę burd.

Andrzej Turek