Polak, Węgier, dwa bratanki?

Od redakcji: Polecamy uwadze naszych czytelników poniższy bardzo interesujący artykuł na temat polityki Fideszu i Viktora Orbana. Obala on cały szereg mitów i porządkuje elementarną wiedzę w tym zakresie. Należy go odczytywać m.in. w kontekście niedawnego zachwiania się Węgier wobec dyktatu osi Paryż-Bruksela-Berlin w UE (w kwestii ratowania euro) i szybko rosnących notowań partii Jobbik w tym kraju.

Prowęgierskie sympatie mają w Polsce bardzo długą i mocno utrwaloną tradycję. Jednak od dłuższego czasu tradycja ta ma w zasadzie jedynie pewien wymiar sentymentalny, nie znajdując realnego przełożenia na konkrety, na bieżące życie. Ostatni raz obydwa narody stały się dla siebie wzajemnie ważnym punktem odniesienia w 1956 r., kiedy to wydarzenia polskiego października, i węgierskie powstanie narodowe, które wybuchło wkrótce potem, pozostawały ze sobą w oczywistym związku. Krwawe stłumienie tego powstania przez sowieckich interwentów spotkało się w Polsce z powszechnymi, aczkolwiek ograniczającymi się ze zrozumiałych względów do wymiaru nieoficjalnego, wyrazami solidarności i współczucia. Dalszy bieg wydarzeń sprawił jednak, że uczucia te stopniowo słabły. Owszem postulat polsko-węgierskiej solidarności dalej zachował swoją aktualności, ale ta solidarność jakby zawisła w powietrzu. Oba narody karmiły ją w zasadzie tylko wspomnieniami z przeszłości, zaś w dobie dzisiejszej żyły praktycznie całkowicie obok siebie, bez żadnego ściślejszego związku, bez żadnych szerszych wzajemnych kontaktów. Tak było aż do końca PRL-u. Tak było i po nastaniu III RP.

Sytuację odmieniły dopiero dojście do władzy w Budapeszcie centroprawicowej partii Fidesz i jej przywódcy, Viktora Orbana i prowadzona przezeń polityka. Polityka ta, wyraźnie pronarodowa i zwrócona ku obronie tradycyjnych wartości moralnych, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wywołała silny odzew w Polsce, a nawet zaczęła być stawiana za pewien wzór do naśladowania. Dotyczy to szczególnie kręgów mniej lub bardziej ściśle związanych z PiS.

Owo uznanie, a nawet entuzjastyczne pochwały dla prowadzonej przez Orbana polityki doszły aż do tego stopnia, że ks. Stanisław Małkowski, opiekun duchowy środowisk „smoleńskich”, określił ją, przy okazji ogłoszenia rozpoczęcia odmawiania krucjaty Różańcowej w intencji Ojczyzny, mianem „cudu”. Konkretniej mówiąc, ks. Małkowski utrzymuje, że te rzekomo cudowne wydarzenia są wspaniałym efektem podobnej krucjaty różańcowej, która miała miejsce na Węgrzech. Wplata do tego wywodu m.in. heroiczną postać kard. Mindszentego, nie zapomina też przywołać odpowiedniej wypowiedzi kard. Hlonda. Jako katolik nie śmiem nawet wątpić w siłę modlitwy różańcowej. Stąd wszelkie zachęty do niej uważam za bardzo wskazane i potrzebne, byle tylko nie zawierały w sobie jakichś celów ubocznych.

Cały problem dotyczy owego pojęcia cudu. Wedle tradycyjnej wykładni teologicznej KK cud jest wydarzeniem, który nie może być wywołany w żaden sposób siłami samej tylko natury (człowieka), lecz zawsze wymaga nadzwyczajnej, bezpośredniej ingerencji Boga w porządek naturalny świata. Ostatnimi czasy pojęcie cudu tak bardzo jednak spowszedniało i uległo takiej banalizacji, że różne „cuda” mnożą się dosłownie z dnia na dzień, a ich stwierdzenie nie potrzebuje wcale żmudnych dochodzeń ani ścisłych teologicznych uzasadnień. Okazuje się również, że wkraczają one coraz silniej, również w tym przypadku, także i do sfery polityki. Mieliśmy już, co prawda, „Cud nad Wisłą”, który w istocie nie był prawdziwym cudem w ścisłym tego słowa znaczeniu, choć miejscami o sferę cudowności wyraźnie się ocierał, biorąc pod uwagę kilka wydarzeń bardzo opatrznościowych, niekoniecznie muszących się zdarzyć. Określenie to, funkcjonujące skądinąd w określonym kontekście, ukuli jednak ludzie świeccy, politycy i publicyści, i z tego punktu widzenia można je zrozumieć i zaakceptować. Tu mamy jednak sytuację diametralnie inną, bowiem współczesny „cud” węgierski ogłosił bardzo znany duchowny katolicki, ani nie myśląc konsultować tego odkrycia z odpowiednią watykańską kongregacją. Skoro jednak tuż po śmierci Jana Pawła II pozwolono ogłosić spontanicznie jego świętość ludowi rzymskiemu, znaczy że w tym zakresie wszystko jest już praktycznie dozwolone.

Czy ostatnie wydarzenia na Węgrzech mają jednak w sobie cokolwiek cudownego? Gdy chodzi o samo zwycięstwo Fideszu w wyborach, to mówienie o jakimkolwiek „cudzie” jest całkowitym nieporozumieniem, a nawet niedorzecznością. Wobec ogromnej niepopularności i fatalnego bilansu wieloletnich rządów socjalistów, „cudem” byłoby raczej zwycięstwo tych ostatnich. Fidesz był w zaistniałej sytuacji na to zwycięstwo wręcz skazany – jedyną kwestią do rozstrzygnięcia mogły być tylko jego rozmiary. Faktycznie, osiągnął on ostatecznie wynik doprawdy imponujący, który dał mu bezwzględną większość w parlamencie i w konsekwencji możliwość samodzielnego rządzenia, a nawet zmiany konstytucji. Trzeba jednak pamiętać, że gdyby wygrał nawet w znacznie skromniejszych rozmiarach, to i tak nie przyniosłoby to większej szkody węgierskiemu interesowi narodowemu, gdyż na polu walki zostawała jeszcze jedna, jeszcze bardziej pronarodowa partia Jobbik, która uzyskała dosyć znaczącą pozycję w parlamencie, zaś przy słabszym wyniku Fideszu miałaby jeszcze mocniejszą, bo obie partie rywalizowały w zasadzie o ten sam elektorat. A więc, przy takim obrocie sprawy, zamiast pod monopartyjne rządy Fideszu, Węgry dostałyby się pod koalicyjny rząd Fidesz-Jobbik, z prawdopodobnie wcale nie gorszymi, a może wręcz jeszcze lepszymi efektami.

Zastanówmy się dobrze z kolei nad charakterem i rezultatami prowadzonej przez Fidesz i Orbana polityki, która wywołała tyle rozgłosu, tyle głosów sprzeciwu i krytyki w całej UE, a także u naszych eurofanatyków i demoliberałów. Trudno zaprzeczyć, że wyłamuje się ona wyraźnie ze standardowego wzorca panującego wszechwładnie w unijnym świecie. Jak na realia niewielkiego, ośmiomilionowego kraju członkowskiego UE przeprowadzone przez Orbana reformy są głębokie, nie na tyle jednak, by całkowicie zmieniały i obalały dotychczasowy ustrój i polityczny porządek w kraju nad Dunajem. Niemniej zmiany są wyraźne i wydają się być, przynajmniej z naszej perspektywy, wysoce pozytywne. Trudno nie pochwalić bowiem nałożenia na obce zagraniczne podmioty gospodarcze: banki (prawie100% wszystkich istniejących na Węgrzech), sieci handlowe, energetykę, telekomunikację itp. stosunkowo wysokich podatków. Podobnie wprowadzenie istotnych elementów polityki prorodzinnej, w postaci choćby ulg podatkowych dla rodzin wielodzietnych, jak też działania na rzecz nacjonalizacji prywatnych, pozostających dotąd w rękach międzynarodowego, kapitału funduszy emerytalnych. Uznanie budzą też działania zmierzające do ograniczenia tzw. autonomii, zaś w praktyce samowoli Narodowego (?) Banku Węgier i poddania go pod kontrolę parlamentu (przydałaby się bardzo i u nas).

Wszystkie te posunięcia wywołały całą lawinę krytyki ze strony środowisk liberalno-lewicowych na samych Węgrzech, jak i zwłaszcza płynącej z Brukseli, skąd posypały się otwarte głosy protestu i przestrogi przed widmem grożącej rzekomo Węgrom populistycznej, nacjonalistycznej autokracji, a nawet – według śmielszych komentatorów – „putinizacji”. Temat był wałkowany również na wszelkie strony i u nas. Przodowała tu szczególnie tradycyjnie „GW”, która co rusz rozdzierała szaty nad węgierskimi „anomaliami’. Całkowicie przeciwny kurs przyjął natomiast np. „ND”, na którego łamach zaczęto wypisywać coraz większe pochwały pod adresem Orbana i jego dokonań.

Największa burza wybuchła jednak dopiero po szybkim, a bezwzględnym przeforsowaniu przez Fidesz nowej węgierskiej konstytucji. Był ku temu autentyczny powód, bowiem obowiązująca dotychczas pochodziła jeszcze z czasów Węgierskiej Republiki Ludowej. Nie znając całej jej treści, ograniczę się tu do wyliczenia jej najważniejszych zapisów. Zmienia ona przede wszystkim samą nazwą państwa z „Węgierskiej Republiki” po prostu na „Węgry”, nie tykając jednak, ma się rozumieć, praktycznie żadnego z elementów jego demokratycznego (a właściwie demoliberalnego) ustroju. Zatem jest to zapis o charakterze głównie ideowo-symbolicznym, odwołujący się do pewnego sentymentu, czy nostalgii za przeszłością. To samo można zresztą powiedzieć w odniesieniu do zapisu o wielkiej roli korony św. Stefana na całej przestrzeni istnienia państwa i narodu węgierskiego. Zaakcentowano też w nowej konstytucji chrześcijański charakter państwa przez umieszczenie w niej m.in. początku węgierskiego hymnu narodowego i państwowego: „Boże zbaw Węgrów i obdarz ich swymi łaskami”. Wprowadzono też – co się u nas szczególnie podkreśla i pochwala, zapis o obronie życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci oraz definicję małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Dało to niektórym polskim publicystom a nawet politykom, powód do twierdzenia, że oto na Węgrzech zachodzi autentyczny, wielki przełom cywilizacyjny. Z regulacji natury bardziej praktycznej warto wymienić zapis o forincie jako o narodowej walucie, sugerujący jednoznaczne odrzucenie przez Węgry przyjmowania euro.

To musiało wywołać prawdziwą burzę, zarówno ze strony węgierskich zwolenników „postępu”, jak też zwłaszcza ze strony całego „postępowego” świata. Ci pierwsi zarzucili Orbanowi chęć cofnięcia kraju do XVIII w. Jeszcze bardziej oburzał się cały „postępowy” świat. Odpowiednie jego agendy uznały nawet nową węgierską konstytucję jako sprzeczną z prawami człowieka! Dlaczego – ponieważ ich zdaniem może ona w konsekwencji prowadzić do zakazu aborcji i „małżeństw” homoseksualnych (sic!). Podobno swoje uwagi miał nawet sam Sekretarz Generalny ONZ. Cóż, najlepiej to obrazuje w jakim to świecie dziś żyjemy: w świecie na wskroś liberalnym, masońskim, w którym cały tradycyjny porządek moralny, płynący z chrześcijaństwa, ma zostać unicestwiony. Tym bardziej można by podziwiać Orbana za determinację, twardość, samodzielność i konsekwencję; za niezwykłą wprost odporność na wszelkie naciski z zewnątrz.

(c.d. wkrótce)

Jan Matusiewicz