Polak, Węgier, dwa bratanki? (c.d. tekstu z 19.12.2011 r.)

Można by to robić, gdyby cała ta burza nie okazała się być typową burzą w szklance wody. Wszystkie głosy krytyki, aczkolwiek tak bardzo głośne i ostre, szybko ucichły – widocznie owa orbanowska konstytucja wcale aż tak bardzo tym „międzynarodowym” kręgom nie przeszkadza i nie jest aż dla nich aż tak wielkim zagrożeniem. Można by to robić, gdyby do tej pełnej tylu wzniosłych zapisów konstytucji nie dołączono unijnej Karty Praw Podstawowych, w efekcie czego zrobił się typowy groch z kapustą.

Powie ktoś: po co szukać dziury w całym. Pewne mankamenty może i występują, ale dobre i to, co Orban zrobił – żeby tylko u nas do tego doszło! Zgadzam się z tym stanowiskiem, wszelako pod jednym warunkiem – zachowajmy elementarną powściągliwość i nie szukajmy rzeczywistego przełomu cywilizacyjnego, tam gdzie go nie ma, gdzie dokonał się on tylko (jak na razie) wyłącznie na papierze. Ten przełom się prawdziwie dokona np. wtedy, gdy nasz nowy węgierski bohater odważy się w ślad za pięknym zapisem konstytucyjnym znieść obowiązujące do dnia dzisiejszego na Węgrzech prawo aborcyjne, jedno z najbardziej liberalnych w Europie całej (aborcja jest tam dostępna na tzw. życzenie i wg samych tylko oficjalnych danych unicestwia co najmniej jedną trzecią poczętych ogółem dzieci, a w rzeczywistości prawdopodobnie więcej). Orban ma ku temu wszystkie potrzebne konstytucyjne atrybuty. Jeśli więc zostanie wprowadzony na Węgrzech zakaz zabijania dzieci poczętych, a większość zwolenników Fideszu, a nawet wszyscy tylko uczestnicy owej węgierskiej krucjaty różańcowej, staną w tej sprawie murem za nim, to wtedy rzeczywiście na serio będziemy mogli mówić o jakichś przełomach cywilizacyjnych, nawet w pewnym sensie o cudach.

Ale na razie węgierskie „cuda” zrodziły się tylko w głowie jednego kapłana-aktywisty, który prawdopodobnie dawno nie zaglądał do głębszej katolickie lektury teologicznej, bo pochłonięty do reszty wielką, smoleńską polityką, zwyczajnie nie miał na to czasu. Nie można patrzeć na dane zjawiska polityczne tak wąsko, tak naiwnie, głównie z perspektywy abstrakcji, a nie życia. Sposób rozumowania ks. Małkowskiego w tej kwestii wydaje mi się w dużej mierze przypominać zachowania tych duchowych, nawet hierarchów kościelnych wysokiej rangi, który tak usilnie – choć oczywiście bezskutecznie – zabiegali, by unijna konstytucja zaczynała się w Imię Boże, co w ich tłumaczeniu byłoby wystarczającym potwierdzeniem, iż UE szanuje i nadal się trzyma chrześcijańskich korzeni Europy. I uważali to za rzecz godziwą i dopuszczalną umieścić ten zapis przed regulacjami godzącymi nie tylko w nauczanie moralne Kościoła katolickiego, ale wręcz nawet w Prawo Naturalne. Pomijam już to fakt, że nie byłby to wcale Bóg w Trójcy Jedyny, ale Bóg nieokreślony, a więc równie dobrze Allach, bóg judaizmu, czy nawet masoński Wielki Budownik Wszechświata, wszak mamy akurat właśnie epokę ekumenizmu i tzw. „wolności religijnej”, włącznie z Watykanem. Załóżmy jednak, że chodziło nawet faktycznie o Boga chrześcijan. Problem jednak w tym, że diabeł wcale nie zamierza się ochrzcić. Tak samo jego wytwory. Kto na serio wierzy w taką możliwość, ten ulega jego zwodniczym podszeptom.

Wróćmy jednak do tematu. Oceniając politykę Orbana uczciwie i całościowo, trzeba brać pod uwagę jej szeroki kontekst. Przede wszystkim działa on więc pod presją wspomnianego już Jobbiku, którego przez pewien czas, zdaje się, wspierał jako potencjalnego sojusznika, ale który teraz, w wytworzonych warunkach, stanowi dla niego oczywistą konkurencję. Nie chcąc dopuścić do jego dalszego wzrostu znaczenia, musi zatem przejmować przynajmniej część jego haseł i postulatów. Jeśli więc nie chce utracić szybko swojej obecnej klienteli, jest zmuszony w istocie przyjąć kurs przynajmniej umiarkowanie niezależny wobec Brukseli. Zresztą równocześnie nie tylko nie wspiera wspomnianego Jobbiku, ale cały czas stara się politycznie go izolować i umniejszać jego znaczenie. To po pierwsze.

Po drugie, wcielane przezeń w życie decyzje w obszarze ekonomii, jakakolwiek doraźnie z pewnością dla Węgier bardzo korzystne i pożyteczne, są jednak w końcu typowymi półśrodkami. W końcu lepszym rozwiązaniem byłaby np. te obce biznesy całkiem znacjonalizować, niż nawet wysoko opodatkować. Zastosowane rozwiązanie raczej utrwala więc obecny stan rzeczy, może też utrudnić podjęcie takiego zdecydowanego kroku w przyszłości.

Po trzecie Fidesz nie jest bynajmniej żadną partią „prawicową”, „konserwatywną”, czy tym bardziej nacjonalistyczną. Jest dosyć niejednorodną ideowo partią typowego „środka”. Sam Orban zaś już od początku jej istnienia jest zaliczamy do jej skrzydła liberalnego. Nie jest on też wcale żadnym przeciwnikiem UE, ani nawet twardym eurosceptykiem. Nie tylko nie chce wyprowadzać Węgier z UE, ale opowiada się za dalszym pogłębianiem integracji europejskiej i poszerzaniem UE, zwłaszcza o Chorwację i Serbię.

To tłumaczy, dlaczego mimo wszystkich tych krzyków i pohukiwań prezydencja węgierska w UE przeszła tak gładko i bezboleśnie. Reformy Orbana stanowiły bowiem tak naprawdę dla Brukseli mniejsze zło, mimo tak zajadłej ich krytyki. Węgry bowiem, skutkiem wieloletnich skrajnie nieudolnych rządów socjalistów, stanęły w pewnej chwili przed widmem całkowitego załamania finansowego i bankructwa, które musiałaby pociągnąć fatalne skutki dla całej UE.

Po czwarte, wielkim paradoksem jest to, że nasze czynniki „niepodległościowe” wiążą tak wielkie sympatie z ugrupowaniem, które na poziomie unijnym gra w tej samej drużynie co Platforma (Fidesz należy w Parlamencie Europejskim do tzw. Europejskiej Partii Ludowej, tej samej do której należy PO, włącznie z takimi personami, jak: Buzek, Lewandowski, Saryusz-Wolski itp. Nic więc dziwnego, że przekazanie prezydencji z rąk Orbana w ręce Tuska odbyło się w tak ciepłej atmosferze, z beczułeczką węgierskiego wina w tle.

Po piąte, chwalące tak bardzo Orbana media, na czele z „ND” tuszują, albo przynajmniej bagatelizują, cały czas fakt, że on jest kalwinem. Zaś kalwinom, jeśli dobrze pamiętam, jest raczej obca pobożność maryjna, a tym bardziej odmawianie różańca, i nie wygląda wcale na to, by coś miało zmienić się w tym względzie. Obiektywnie kalwinizm jest herezją i tak do niedawna był oficjalnie przez Watykan traktowany, dopiero poborowi ekumeniści zaczęli bajdurzyć, że wszystkie wyznania chrześcijańskie stoją jakby na równi.

Czyżby więc Matka Boża miała ratować Węgry, posługując się człowiekiem, ignorującym maryjne dogmaty i jej szczególnie miejsce w Boskim porządku Zbawienia. Nie twierdzę, że jest to całkiem niemożliwe, ale wydaje mi się to jakieś bardzo dziwne, bardzo kontrowersyjne.

Mówiąc o tej kwestii, warto również zauważyć, że w Polsce traktuje się powszechnie Węgry jako kraj na wskroś katolicki.

A wcale tak nie jest. Węgry są od wieków krajem o ludności religijnie mieszanej. Są one tylko mniej więcej w połowie katolickie. Obok tego żyje tam spora liczba prawosławnych, jeszcze większa protestantów, szczególnie właśnie kalwinów. Nie brak też wyznawców judaizmu. W dodatku katolicyzm dominował tam przez kilka ostatnich wieków przede wszystkim wśród prostego ludu, chłopów. Zdecydowana większość węgierskiej elity, tzn. szlachta, a jeszcze bardziej arystokracja, była od dawna kalwińska (a jednocześnie masońska). Trudno powiedzieć dokładnie, jak to wygląda dzisiaj. Są jednak powody do przypuszczeń, że jest podobnie.

Ale smoleńscy bojownicy z Krakowskiego Przedmieścia i ich duchowi mentorzy poszukują przede wszystkim na gwałt „cudów”, gdzie tylko się da. Albowiem z niedostatku racjonalnych argumentów muszą kierować swoich wyznawców w sferę mistyki, a ściślej pseudomistyki. I na tym to podkładzie zrodził się i ów węgierski „cud”.

Wydaje się, że Orban jest tak wychwalany także z innego powodu; z powodu, który, być może, odgrywa tak naprawdę większą rolę, niż nawet jego polityka czysto wewnętrzna. Mianowicie, jest on wyrazicielem orientacji proamerykańskiej, pronatanowskiej, a zarazem antyrosyjskiej, choć może nie tak zaciekłym, jak Lech Kaczyński. W swoim czasie wypowiedział się m.in. następująco: „Nie zgodzimy się, aby ktokolwiek pretendował do posiadania sfery wpływów poza swoimi granicami”. Wyraźna aluzja do Rosji i Putina.

Wszelkie próby tworzenia w obecnej chwili ściślejszej polityki polsko-węgierskiej to budowa przysłowiowych zamków na piasku. Trudno znaleźć tu realną wspólnotę poważnych interesów i wzajemnych korzyści. Nadto, zbliżając się zbytnio do Budapesztu, narażamy na szwank nasze relacje ze Słowacją i Rumunią. Warto również pamiętać, że nie zawsze żyliśmy z Węgrami w tak wielkiej przyjaźni. Tak było za Piastów, za Ludwika Węgierskiego i za Jadwigi. Ale już Zygmunt Luksemburczyk kumał się przeciwko Polsce z Krzyżakami.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że Węgry, a przynajmniej węgierska kalwińska arystokracja prowadziła bardzo niekorzystną dla Polski politykę po powstaniu Austro-Węgier i odbudowie tym sposobem niepodległości związanego z Habsburgami państwa węgierskiego. To właśnie politycy węgierscy parli, w jeszcze większym stopniu niż austriaccy Niemcy, do ścisłego sojuszu z bismarckowskimi, a potem wilhelmińskimi Niemcami. To na współpracy z tą potęgą, stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla całego narodu polskiego, budowali swoją przyszłość. Przeciwstawiali się też stanowczo wszelkim próbom podniesienia pozycji polskiej Galicji w ramach monarchii habsburskiej. Wreszcie, w końcu lat 30-tych XX w. zbytnio prowęgierska, a jednocześnie skierowana przeciwko Czechosłowacji polityka Becka postawiła Polskę samotną oko w oko z Hitlerem i spowodowała jej zgubę.

Jan Matusiewicz