Pojednanie przez zapomnienie przeszłości?

„Nowy Ekran” zamieścił pod datą 9 marca 2013 r. krótki tekst autorstwa osoby ukrywającej się pod pseudonimem „pasmail” pt. „Prezydent wszystkich POlaków”. Dotyczy on stosunku Prezydenta III RP Bronisława Komorowskiego do kwestii ludobójstwa polskiej ludności Wołynia i Małopolski Wschodniej, popełnionego przez ukraińskich faszystów spod znaku Tryzuba, na przestrzeni zajmowania przezeń najwyższych funkcji w aparacie władzy tejże III RP, poczynając od wysokich funkcji sejmowych (2003 r.), aż po pełniony obecnie najwyższy urząd głowy państwa.

Autor donosi w nim m.in.: „(…)Przejrzałem harmonogram patronatów Komorowskiego na ten rok. O Obchodach Wołyńskich cisza, chociaż w marcu znalazł czas na obchodzenie 70. rocznicy likwidacji krakowskiego getta. Na wniosek Pana Jacka Majchrowskiego – Prezydenta Miasta Krakowa 16-17 marca 2013 r. Podejrzewam („,,pasmail”” odnosi to do postawy zajętej przez p. prezydenta w 2011 i 2012 r.), że w tym roku będzie podobnie i pomordowane ofiary, często spoczywające w bezimiennych mogiłach, oraz ich rodziny mogą zapomnieć o chociaż symbolicznym uczczeniu przez głowę państwa. (…)Bronisław Komorowski, z zawodu „,,historyk”, podobno nie jest przekonany, że na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy dokonali na Polakach zbrodni ludobójstwa. Udowodnił to wspomnianą odmową patronatu, jak również w 2003 r., w czasie posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP (której członkiem Bronisław Komorowski był w trakcie IV kadencji (2001-2005 r.) Sejmu III RP –A.T.), kiedy niektórzy posłowie postulowali użycie terminu „ludobójstwo”, przeciw czemu przyszły prezydent się sprzeciwiał, upierając się, że były to walki. Później, już jako marszałek Sejmu, przez rok wstrzymywał poddawanie głosowaniu projektu uchwały z okazji 65. rocznicy zbrodni wołyńskiej, w którym zbrodnia ta była określona jako ludobójstwo. Po roku „przepychanek”, w 2009 r. Sejm jednogłośnie uchwalił „skorygowane” oświadczenie mówiące o zbrodniach „,,o znamionach ludobójstwa””.

Do cytowanego właściwego tekstu „pasmaila” załączony został List Otwarty do Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 27 marca 2012 r., który w imieniu Kresowego Ruchu Patriotycznego (KRP) sygnował jego przewodniczący, płk Jan Niwiński (list ten został już wcześniej opublikowany przez wiele znanych portali i stron internetowych, nie tylko tych zajmujących się głównie tematyką kresową). Czytamy w nim m.in.: (…)Po raz kolejny zwracam się do Pana w ważnej narodowej sprawie. Dotyczy ona najokrutniejszego w naszych dziejach ludobójstwa, jakiego dokonali banderowcy na obywatelach polskich Kresów Wschodnich II RP. Mimo upłynięcia 70 lat ofiary tych makabrycznych zbrodni wciąż czekają na godny pochówek, ich szczątki poniewierają się w nieoznaczonych, a w większości nieznanych miejscach.

Jednocześnie zaistniała rzecz bez precedensu w skali świata. Sprawcom tego ludobójstwa nie tylko nie wymierzono kary, nie zostali oni potępieni, ale wznosi się im setki pomników i znaków „sławy” na Ukrainie, w państwach zachodnich i – o zgrozo – w Polsce. Należy podkreślić, że pomnik Romana Szuchewycza – zastępcy dowódcy Batalionu „Nachtigall”, sprawcy pogromu Żydów i profesorów polskich oraz późniejszego dowódcy UPA, bezpośrednio odpowiedzialnego za rzeź Polaków i Ukraińców na Kresach – został wzniesiony w Buffallo w 1968 r. Z kolei pierwszy pomnik Stepana Bandery odsłonięto w Nowym Jorku w 1983 r. Natomiast od kilkunastu lat władze naszego kraju nie zezwalają na postawienie w Warszawie pomnika dla uczczenia pamięci ponad 200 tys. ofiar banderowskiego ludobójstwa.

Dalej lider Kresowian bez najmniejszych osłonek demaskuje rzeczywistą przyczynę tej z pozoru całkowicie schizofrenicznej sytuacji: (…)Źródła tego kuriozum należy upatrywać u zarania „zimnej” wojny, kiedy zaistniało zapotrzebowanie na bezwzględnych ludobójców, zaprawionych terrorystów, ludzi bez skrupułów moralnych, znających jednocześnie realia sowieckie i język rosyjski, ukraiński i polski. Kryteria te spełniali właśnie banderowcy, melnykowcy i członkowie SS-Galizien. Wszyscy oni zyskali przychylność i opiekę zachodnich demokracji, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Zostali zatrudnieni w służbach specjalnych i jako doradcy rządów tych państw. W zamian zapewniono im bezkarność, wysokie zarobki oraz stworzono warunki do fałszowania historii OUN-UPA. Uzyskali oni także wpływy w Radio „Wolna Europa”, „Głosie Ameryki” oraz paryskiej „Kulturze” (jaki ten świat mały!– A.T.).

Następnie zwraca się osobiście do p. prezydenta Komorowskiego: „(…)Trzykrotnie odmówił Pan patronatu nad uroczystościami rocznicowymi organizowanymi przez środowiska kresowe. (…)Pierwsza Dama odmówiła patronatu nad konkursem dla młodzieży na temat wiedzy o Kresach Wschodnich RP, organizowanych przez Instytut Kresowy. Na miarę skandalu zakrawa fakt, że na Pański wniosek marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna po raz trzeci zdjął z porządku obrad przygotowaną już i zaakceptowaną przez wszystkie kluby poselskie uchwałę ustanawiającą 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian. Co gorsza, również z Pańskiej inicjatywy parlamenty Polski i Ukrainy mają podjąć uchwałę o trwałym pojednaniu miedzy obydwoma narodami, a dokument ten ma być ogłoszony w 65. rocznicę Operacji „Wisła”, która położyła kres banderowskiej irredencie na Rzeszowszczyźnie. Ukraińcy i Polacy nie potrzebują pojednania, gdyż między obu narodami nie było i nie ma wzajemnych pretensji. Natomiast wybór daty ogłoszenia takiego dokumentu stanowi podeptanie pamięci Polaków bestialsko pomordowanych przez UPA i dalsze fałszowanie historii. Stanowczo żądamy wycofania się z tego projektu i ustanowienia przez Sejm 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian…”.

W końcu zaś konkluduje: (…)Tylko prawda może stanowić solidny fundament dobrosąsiedzkich stosunków pomiędzy Polską a Ukrainą. Taką myśl zawarliśmy w haśle obchodów 70. rocznicy: Polska-Ukraina: przyjaźń i partnerstwo; OUN-UPA: hańba i potępienie. A za patrona obchodów obraliśmy żołnierza, poetę i żarliwego przyjaciela Ukraińców, por. Jana Rumla oraz wielkiego patriotę ukraińskiego, niezmordowanego apostoła walki o prawdę historyczną, o honor i godność narodu ukraińskiego – dra hab. Wiktora Poliszczuka…”.

Odnośny link:
www.pasmail.nowyekran.pl/post/89451,prezydent-wszystkich-polakow

Warto w tym miejscu jeszcze krótko dopowiedzieć, że, jeśli chodzi o samą Operację „Wisła”, to została ona oficjalnie potępiona już w 1990 r., u samego zarania „wolnej” Polski, przez Senat III RP. Kilkanaście lat później, 27 lutego 2007 r. potępili ją również we wspólnym oświadczeniu ówcześni prezydenci III RP i Ukrainy: pp. L. Kaczyński i W. Juszczenko, orzekając, iż „była ona sprzeczna z podstawowymi prawami człowieka”. Być może był to efekt zażądania w styczniu tegoż roku przez Światowy Kongres Ukraińców od Polski oficjalnych przeprosin z tego tytułu, połączonych z odszkodowaniami dla osób objętych przymusowymi przesiedleniami! O tym, by obydwaj pozostający w przyjacielskich relacjach pp. prezydenci wspólnie potępili upowskie rzezie na Polakach, czy choćby nawet tylko zgodnie wyrazili swoje ubolewanie nad ogromną liczbą pomordowanych w nich bestialsko ofiar – nic mi dotąd nie wiadomo.

Wypada też, mając zwłaszcza na względzie czytelników zupełnie nie obeznanych w temacie, wspomnieć parę słów o samym autorze cytowanego powyżej listu, jak też o padającym w jego treści nazwisku por. Jana Rumla.

Otóż, płk WP Jan Niewiński ps. „Sokół” (ur. 1920) to ostatni z żyjących jeszcze organizatorów i dowódców placówek polskiej samoobrony na Wołyniu. Jako żołnierz ZWZ i następnie AK dowodził mianowicie, w sposób bardzo umiejętny i skuteczny, samoobroną wsi Rybcza w ówczesnym powiecie krzemienieckim. Obecnie funkcję Przewodniczącego istniejącego od 2004 r. Kresowego Ruchu Kresowego, a także równocześnie Ogólnopolskiego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na ludności polskiej Kresów Wschodnich. Pomimo zawansowanego wieku, niezmordowanie walczy o przełamanie zasłony milczenia, jaką powszechnie okrywa się tą niezmiernie tragiczną kartę polskich dziejów.

Z kolei por. Zygmunt Jan Rumel, ps. „Mały” (ur. 1915) był utalentowanym i uznanym poetą, a zarazem oficerem Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, oddelegowanym do tworzenia VIII (wołyńskiego) Okręgu BCH, którego był komendantem. Dnia 10 lipca 1943 r., udał się, wraz z dwoma towarzyszącymi mu osobami, na polecenie polskich podziemnych władz cywilnych, do lokalnej kwatery tzw. Służby Bezpeky OUN-B w celu nakłonienia na drodze pokojowych negocjacji dowódców UPA do zaprzestania rzezi ludności polskiej i uzgodnienia warunków wspólnej walki z Niemcami. Musiał być rzeczywiście bardzo otwarcie i przyjacielsko nastawiony wobec Ukraińców i ufny w ich dobre intencje, ponieważ w geście dobrej woli zrezygnował z jakiejkolwiek zbrojnej ochrony. Ta daleko posunięta naiwność i zarazem błędne odczytanie przez czynniki kierownicze miejscowego polskiego podziemia, tak cywilne, jak i wojskowe, właściwych intencji i zamiarów banderowców w stosunku do całej zamieszkałej na Wołyniu ludności polskiej, kosztowało go życie. Natychmiast po przybyciu na miejsce został on, wespół z towarzyszami, zamordowany – jak wszystko na to wskazuje – w bestialski sposób. Według przekazów rodzinnych, został rozerwany końmi. Por Rumel był również zresztą oficjalnym patronem poprzednio obchodzonej 65. rocznicy obchodów rzezi wołyńskiej (2008 r.).

Jego misja była z góry skazana na całkowite nieporozumienie, gdyż OUN-B była właśnie w przededniu zdecydowanej już i szczegółowo zaplanowanej, szeroko zakrojonej akcji eksterminacyjnej wołyńskich Polaków, jaka nastąpiła już następnego dnia, 11 lipca 1943 r., w postaci tzw. „krwawej niedzieli”, która stanowiła samo apogeum rzezi wołyńskiej. W tym dniu oddziały OUN-B i bojówki SB OUN zaatakowały znienacka i dosłownie starły z powierzchni ziemi ponad 150 polskich wsi i mniejszych kolonii. Wykorzystywano przy tym powszechnie fakt gromadzenia się ludności polskiej na Mszach św. w kościołach, które otaczano szczelnym pierścieniem i następnie mordowano wszystkich zgromadzonych, bez względu na płeć i wiek. Kolejnym etapem było mordowanie wszystkich pozostałych mieszkańców tychże wsi, jakich tylko zdołano znaleźć i schwytać. W rezultacie tej niezwykle starannie przygotowanej i przeprowadzonej akcji eksterminacyjnej oraz całkowitego zaskoczenia rozwojem wypadków zarówno polskiej ludności cywilnej, jak i struktur polskiego podziemia na Wołyniu, – spośród mieszkańców wytypowanych do likwidacji polskich wsi uszło z życiem zaledwie kilka procent ich mieszkańców. Okazała się więc ona morderczo skuteczna.

Poza wymordowaniem wielu tysięcy całkowicie bezbronnych ofiar (szacuje się, że na przestrzeni całego lipca 1943 r. zginęło na Wołyniu nawet do 17 tys. Polaków), w sposób zaplanowany metodycznie niszczono także wszystkie materialne ślady polskości na tym obszarze: paląc i niszcząc wszystkie zabudowania, włącznie z kościołami, a nawet wycinając drzewa owocowe, tak że zamienił się on w jednej chwili w całkowite pustkowie. Szczególnie dramatyczny i makabryczny przebieg miała rzeź Polaków w miejscowości Poryck, gdzie napastnicy wtargnęli wprost do miejscowego kościoła, masakrując w jego wnętrzu zgromadzonych wiernych, włącznie z miejscowym proboszczem, ks. Bronisławem Szawłowskim, którego zastrzelono przy ołtarzu, w trakcie odprawiania Mszy św. 11 lipca 2003 r. odbyły się w tej miejscowości obchody 60. rocznicy rzezi wołyńskiej z udziałem prezydentów obu krajów: Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy, w trakcie których osłonięto pomnik pomordowanych. O tych obchodach, o związanych z nimi dwuznacznościach i o rzutującym niezmiernie negatywnie na stosunki polsko-ukraińskie problemie szybkiego rozrostu ruchu neobanderowskiego na Ukrainie traktuje tekst autorstwa drugiego z wymienionych patronów planowanych obchodów 70. lecia zbrodni wołyńskiej, dr hab. Wiktora Poliszczuka, zamieszczony w nr 7-8-9 Nowego Przeglądu Wszechpolskiego 2011 i, dostępny w postaci elektronicznej na stronie internetowej pisma (baner strony zamieszczony jest na piastpolski; odnośny link:
www.npwmag.pl/archiwum/2011/7-8-9.pdf

Dla dopełnienia powyższego obrazu trzeba koniecznie wspomnieć, że płk Jan Niewiński napisał bardzo podobny w swym przesłaniu list również do poprzedniego prezydenta RP, śp. Lecha Kaczyńskiego (datowany na 28 lipca 2008 r.). Po krótkim osobistym przedstawieniu się, pisze z goryczą: „(…)Z bólem i smutkiem przeżywam poczynania Pańskiej kancelarii i decyzje Pana Prezydenta dotyczące problemów kresowych. W kancelariach prezydenckich od czasów Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego do dziś panuje zły duch depolonizatora Chełmszczyzny, stypendysty Hitlera – faszysty, melnykowca i – o tragiczna ironio – Kawalera Orderu Orła Białego, Bohdana Osadczuka, i jego wychowanicy, Bogumiły Berdychowskiej. Mój smutek pogłębia fakt, że głosowałem na PiS i na Pana w wyborach prezydenckich, pamiętając Pańską patriotyczną postawę jako prezydenta Warszawy. W mej pamięci pozostaje też wspaniałe, patriotyczne wystąpienie Pańskiego brata Jarosława, określającego rzeź wołyńską jako „,,zbrodnię ludobójstwa w najczystszym tego słowa znaczeniu, a Ci, którzy nie chcą tego uznać, stoją po stronie zbrodniarzy…”.

Dalej następują słowa podziękowania za budowę Muzeum Powstania Warszawskiego i za pozytywne zaopiniowanie przez prezydenta Kaczyńskiego projektu budowy pomnika polskich ofiar banderowskich czystek etnicznych w stolicy Polski oraz wskazanie kilku potencjalnych miejsc jego lokalizacji (pierwotnie wybrano Plac Grzybowski, potem zmieniono tą lokalizację na Plac Szembeka, jednak budowa pomnika nie ruszyła praktycznie z miejsca, aż do dnia dzisiejszego to szczytne przedsięwzięcie tkwi w martwym punkcie). Niestety – jak stwierdza płk Niewiński – prośba o objęcie budowy pomnika pomordowanych Kresowian prezydenckim patronatem honorowym pozostała bez jakiejkolwiek odpowiedzi.

W dalszej części listu znajdujemy opis różnych krętactw i uników typowych dla establishmentu III RP w tego rodzaju sprawach: „(…)Aby uniknąć smutnych doświadczeń z poprzednich obchodów Pan Jarosław Kalinowski przeprowadził rozmowy z Sekretarzem Generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Panem Andrzejem Przewoźnikiem, w których wyraził pragnienie, aby obchody 65. rocznicy miały charakter uroczystości państwowych pod jednym kierownictwem.

Niestety, sprawom nadano kierunek, który mijał się z naszym celem. Od tego czasu z Kancelarii Prezydenta zaczęły wypływać różne informacje na temat obchodów 65. rocznicy „wydarzeń wołyńskich”. Obchody te miała organizować kancelaria Pana Prezydenta. W ramach tych obchodów miała się odbyć 20 czerwca br. Konferencja Naukowo-Historyczna pod honorowym patronatem Pana Prezydenta. Jednak w toku przygotowań doprowadzono do chaosu informacyjnego, poprzez częste zmiany decyzji, w tym m.in. wykreślenie z tytułu konferencji słowa ludobójstwo oraz wycofanie wcześniej zadeklarowanego patronatu. Natomiast ukazała się informacja, że w dniach 10-13 lipca w Sopocie odbędzie się XIX Festiwal Kultury Ukraińskiej, nad którym patronat honorowy objął prezydent RP Lech Kaczyński…”. W tym miejscu autor zaznacza, że jest to data najmniej stosowna dla tego rodzaju imprezy, z powodów wyżej już wyłuszczonych. Dalej znajdujemy opis skrajnie już bezczelnych matactw, mających jeden oczywisty cel – rozmycie przesłania, rozproszkowanie i maksymalne obniżenie rangi obchodów rocznicowych.

W końcu płk Niewiński precyzuje oczekiwania swoje i ogółu Kresowian oraz ich potomków: (…)Kresowianie, żywo dotknięci Pana dotychczasowym niezrozumiałym stosunkiem do prawdy o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, oczekują od Pana Prezydenta
-natychmiastowego publicznego potępienia tego ludobójstwa i wskazania jego sprawców,(…)
-zaangażowania Pana autorytetu dla szybkiego urzeczywistnienia idei wzniesienia w Warszawie pomnika ku czci ofiar ludobójstwa itd….”.

Odnośny link: www.zwpsw.fora.pl/sprawybiezace,5/list-otwarty-pulkownika-jana-niewinskiego-do-prezydenta-rp,345.html

Cóż, w pełni doceniając determinację, odwagę i dobre intencje płk Niewińskiego, nie mam osobiście większych złudzeń co do tego, że wyrażone przezeń oczekiwania zostaną spełnione przez prezydenta Komorowskiego, podobnie jak to było w przypadku jego pośrednika. Jest wysoce prawdopodobne, że niedługo doczekamy oficjalnej uchwały Sejmu potępiającej Operację (w oficjalnej nowomowie: Akcję) „Wisła”, jako zbrodnię – jakby inaczej – „komunistyczną” na „Bogu ducha winnej” ludności ukraińskiej i łemkowskiej, ale nie dostrzegam zupełnie politycznej woli ani klimatu do ustanowienia w najbliższym czasie postulowanego przezeń Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian. Łatwo przejrzeć, że tego rodzaju uchwała sejmowa będzie miała za praktyczny cel relatywizację, przynajmniej częściowe zrównanie w odbiorze społecznym obu wydarzeń: ludobójczych, antypolskich czystek UPA i przymusowych wysiedleń Ukraińców i Łemków, dokonanych w ramach Operacji „Wisła”. Określenie „zbrodnia komunistyczna” z pozoru nie jest wymierzone w polską rację stanu, ale tylko z pozoru. Słowo „komunistyczna” szybko bowiem zejdzie na dalszy plan, bo przecież można będzie swobodnie mówić, że za „Wisłą” stali w gruncie rzeczy „polscy komuniści”. W ten prosty sposób zbrodnia „komunistyczna” stanie się rychło zbrodnią „polską”. Stąd zaś będzie już tylko krok do wytworzenia przez ukrainofilską propagandę propagandowego obrazu wielkich prześladowań ludności ukraińskiej w Polsce i przeciwstawienia ich zbrodni banderowskiego ludobójstwa na terenie Wołynia i Małopolski Wschodniej. W efekcie obie „zbrodnie” będą się po prostu „znosić”.

Kompleksowe przyczyny tego smutnego stanu rzeczy są wyłożone jak dłoni w obu cytowanych listach płka Niewińskiego, jak i w anonsowanym czytelnikowi tekście autorstwa Wiktora Poliszczuka. Historia musi w tym – i nie tylko w tym – wypadku po prostu podporządkować się polityce, w tym zwłaszcza tzw. polityce historycznej, gdzie na pierwszym miejscu stawia się nie tyle ustalenie nagich faktów historycznych, co ich interpretację względnie całkowite zamilczanie, stosownie do bieżących potrzeb politycznych. A te ze strony establishmentu III RP pozostają cały czas niezmienne – mimo pozornej różnicy opcji i wszystkich drugorzędnych różnic pomiędzy PO i PiS, nadal ich celem nadrzędnym pozostaje przybliżanie i w perspektywie integracja Ukrainy ze strukturami zachodnimi, szczególnie z UE, a jakiekolwiek nagłaśnianie sprawy banderowskiego ludobójstwa stoi temu ewidentnie na przeszkodzie. Widać z tego, że polityka wschodnia III RP, mimo występowania w niej pewnych niuansów, jest w gruncie cały czas jednakowa, zwłaszcza w stosunku do Ukrainy.

Dlatego to wszyscy prezydenci i premierzy III RP, poczynając od Wałęsy i Mazowieckiego, chodzą wokół swoich ukraińskich odpowiedników doprawdy „na paluszkach”. Tej reguły trzymał się Kwaśniewski, potem szczególnie Kaczyński; nie inaczej postępuje też i obecnie miłościwie nam panujący Bronisław Komorowski – wspominana uchwała sejmowa ws. zbrodni wołyńskiej została zdjęta (w 2011 r.) z porządku obrad Sejmu, właśnie głównie dlatego, aby nie urazić przypadkiem wizytującego akurat Polskę prezydenta Janukowycza.

P. prezydent Komorowski martwi się bowiem głównie obecnie, jak wydostać z więzienia „piękną” Julię i jednocześnie nie zepchnąć Ukrainy z proeuropejskiego kursu. W tym kontekście przypominanie się ukraińskiemu koledze z problemem upowskiego ludobójstwa na Polakach jest politycznie całkowicie niecelowe – kogo bowiem tak naprawdę obchodzą polskie trupy sprzed 70 lat, zwłaszcza chłopskie, skoro OUN-UPA została praktycznie już rozgrzeszona nawet z wiodącego udziału w Holokauście ukraińskich Żydów.

Także i Janukowycz, Partia Regionów i stojący za nią donieccy oligarchowie nie mają najmniejszej potrzeby ani politycznego interesu wchodzić w drogę ukraińskim nacjonalistom. Proszę zauważyć, że decyzje Juszczenki o nadaniu Banderze i Szuchewyczowi tytułu Bohatera Ukrainy zostały anulowane nie z przyczyn – powiedzmy – merytorycznych – a jedynie czysto formalnych – braku ukraińskiego obywatelstwa (obaj byli pierwotnie obywatelami polskimi). A i za tak umotywowaną decyzję – podjętą zresztą bezpośrednio przez ukraińskie sądownictwo – spotkała go wielka fala krytyki, która musiała go przekonać, że nie warto ryzykować otwartego starcia z rosnącą liczbą ich sympatyków i wielbicieli. Stąd można w ciemno zakładać usztywnienie jego stanowiska w tej kwestii.

Trzeba przyjąć do wiadomości, że ruch neobanderowski święci obecnie na Ukrainie prawdziwe triumfy, może jeszcze nie tyle polityczne, ale z pewnością propagandowo-ideowe. Dotyczy to przynajmniej całej zachodniej Ukrainy, a w pewnej mierze i centralnej. Nikt ale to nikt z Ukraińców nie zamierza też przepraszać słabej i w gruncie rzeczy samo podkładającej się Polski. Ludobójcze wyczyny herosów UPA albo poszły w całkowitą niepamięć – jako że obecnie eksponuje się prawie wyłącznie jej heroiczną walkę z Sowietami, albo też są – na razie jeszcze po cichu – całkowicie rozgrzeszane, a nawet pochwalane, jako dozwolone i usprawiedliwione historycznymi okolicznościami i rzekomo uprawnionym odwetem za „wielowiekowe krzywdy”, jakich Ukraińcy doznali ze polskiej strony. Ulice ukraińskich miast są już upstrzone dziesiątkami pomników wodzów UPA (sam Bandera posiada ich już ok. 10), włączając w to głównego odpowiedzialnego za rzeź wołyńską Dmytro Klaczkiwskiego, ps. „Kłym Sawur”.

Rosnącemu w siłę ruchowi neobanderowskiemu i pokrewnym mu ideowo formacjom politycznym, często oficjalnie z grzeczną, „demokratyczną” metką, oparcie moralne zapewniają też – może w stopniu jeszcze większym, niż to było w latach 1943-1944 – hierarchie duchowne zarówno Ukraińskiej Cerkwi greckokatolickiej (oficjalnie: Kościoła katolickiego obrządku bizantyńsko-ukraińskiego), jak i jednej z dwóch największych obecnie wspólnot prawosławnych na Ukrainie – tzw. Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Kijowskiego Patriarchatu. Obydwa wymienione Kościoły dominują zaś łącznie wyraźnie na całej zachodniej i środkowej Ukrainie. Najlepszą Ilustracją tego stanu rzeczy może być fakt, że – jak podał publicznie do wiadomości łaciński metropolita Lwowa, abp Mieczysław Mokrzycki – nie udało się dotąd wypracować awizowanego wcześniej wspólnego listu ukraińskiego Kościoła katolickiego z hierarchami greckokatolickimi, jako że żadna z proponowanych przez nich wersji nie była w jego odczuciu satysfakcjonująca: „(…)Granice zostały rozmyte. Strona ukraińska nie jest gotowa do debaty na ten temat…”. I znowu trzeba podziwiać abpa Mokrzyckiego za prawość i odwagę. Ale jak może być inaczej, skoro właśnie dochodzą pogłoski o szykowanej właśnie beatyfikacji metropolity Szeptyckiego, którą w swoim czasie zablokował swoim stanowczym sprzeciwem Prymas Wyszyński.

Ostatnie złudzenia rozwiewa wypowiedź urzędnika administracji prezydenta Ukrainy Serhija Lowoczkina z dn. 7 lutego br., w której deklaruje on, iż Wiktor Janukowycz nie wyklucza swojego udziału w obchodach 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej, wyrażając przy tym zarazem nadzieję, że odbędą się one w konwencji „możliwej do przyjęcia przez obydwie strony”. Jaśniej już nie można było tego wyrazić – użycie słowa: ludobójstwo w jakimkolwiek kontekście jest absolutnie niedopuszczalne i będzie potraktowane przez stronę ukraińską jako jawna obraza; wszystko ma się odbyć mniej więcej na zasadzie wyznania wzajemnych win, mniej więcej równych po obydwu stronach.

Wtóruje mu obecny zwierzchnik Ukraińskiej Cerkwi greckokatolickiej, arcybiskup większy Halicza i Kijowa Światosław Sawczuk: (…)Pragniemy leczyć rany przeszłości, żeby ta przeszłość nie zatruwała nam przyszłości. Naszą przyszłością jest wspólne życie, wspólne życie w rodzinie narodów europejskich…” (źródło: internetowe wydanie tvn.24). Komentarz pozostawiam czytelnikom.

Andrzej Turek