Po co nam to?

Wczoraj, 20 lutego 2013 r., rozpoczęła się robocza wizyta prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza w Polsce. Prezydent Bronisław Komorowski gości go w swojej prezydenckiej rezydencji w Wiśle. Wczorajszego wieczoru obydwaj politycy rozmawiali, bez kamer, w cztery oczy. Dziś miał dołączyć słowacki prezydent Ivan Gasparowic.

Doniesienia prasowe, dosyć skąpe zresztą, wyraźnie sugerują, że ma być to swoisty sondaż, czy też „podgatowka” pod zaplanowany na 25 lutego w Brukseli szczyt UE-Ukraina. Według oficjalnych komunikatów treścią spotkania trzech prezydentów miało być sprawdzenie (wysondowanie) gotowości obecnych władz ukraińskich do spełnienia warunków, od których spełnienia Bruksela uzależnia ostateczne podpisanie z Ukrainą umowy stowarzyszeniowej (parafowanej wraz z umową o wolnym handlu już w ub. roku).

A jest ich cała masa – łącznie, zdaje się, aż 19. I tak żąda się od Kijowa m.in.: kompleksowej zmiany ukraińskiego prawa wyborczego (ba! nawet zretuszowania wyników ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych poprzez przeprowadzenie nowych wyborów w okręgach jednomandatowych, w których nie wyłoniono zwycięzcy!), „demokratyzacji” ukraińskiej konstytucji (czyli w praktyce zmiany ukraińskiego systemu politycznego w kierunku zwiększenia roli parlamentu), głębokiej reformy sądownictwa i milicji oraz dostosowania gospodarki do wymogów „wolnorynkowych”.

Na pierwszym planie idzie jednak zdecydowanie żądanie gruntownej reformy ukraińskiego systemu penitencjarnego, który podlega ostatnio szczególnie ostrej krytyce UE (ciekawe, że eurokratów jakoś specjalnie nie boli to, co Amerykanie wyprawiają ze swoimi ofiarami np. w Guantanamo?), w tym m.in.: podporządkowania się Ukrainy wytycznym i werdyktom tzw. Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz realizacji zaleceń Rady Europy w zakresie pomocy medycznej dla uwięzionych. W sposób oczywisty chodzi tu konkretnie o dwie bardzo prominentne osoby przebywające aktualnie w ukraińskich więzieniach: b. premier Julię Tymoszenko i ministra spraw wewnętrznych w jej rządzie Jurija Łycenkę – a nuż uda się wydobyć zza krat „piękną” Julię pod pretekstem złego stanu zdrowia!

Już na pierwszy rzut wszystkie te rozbudowane warunki, sprawiające jako żywo wrażenie prawdziwego ultimatum i prowadzące w konsekwencji do ewentualnej gruntownej przebudowy całego ustroju i ukraińskiego systemu prawnego w myśl oczekiwań eurokracji, rysują się jako jawna i bezceremonialna ingerencja w sprawy wewnętrzne Ukrainy, stąd budzą instynktowy opór nie tylko samego Janukowycza i stojącej za nim Partii Regionów, ale w ogóle wszystkich tamtejszych czynników, które nie stoją na gruncie zadeklarowanego, przekonanego „zapadnictwa”. Pytanie tylko, jak długo i w jakim stopniu Ukraina będzie się jeszcze temu naciskowi opierać?

Dotychczasowe i prośby, i groźby nie dały większych rezultatów, jednakże p. prezydent Komorowski nie traci nadziei. Jak stwierdził w wywiadzie dla Polskiego Radia: „Będziemy przekonywali p. prezydenta Janukowycza nie tylko do gestów, ale do rzeczywistego uruchomienia zapowiedzianych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, a ja będę namawiał, tak jak namawiałem rok wcześniej, i dostałem tutaj jakieś zapewnienia, do gestu takiego, który, jak sądzę, mógłby poruszyć wyobraźnię wielu ludzi w świecie zachodnim. Mam na myśli rozwiązanie trudnych problemów, częściowego przynajmniej rozwiązania, dzisiaj odbywających kary więzienia konkurentów politycznych”. Nie ma więc tu bawienia się w jakąś subtelną dyplomację, ale stawia się prosto kawę na ławę: chodzi po prostu jeśli nie o ułaskawienie, to przynajmniej o przeniesienie do aresztu domowego, czy np. o jakiś urlop zdrowotny dla p. Tymoszenko! Jeśli się już raz wydobędzie ją zza krat zwykłego więzienia, to się już zadba o to, by tam z powrotem już nie powróciła. Co na to sam Janukowycz – ano zobaczymy!

Jeśli natomiast chodzi o p. prezydenta Komorowskiego, to pełen jest on zaraźliwego optymizmu: „Jeszcze dwa lata temu wszyscy mówili, że nie uda się wynegocjować umowy Ukraina-UE, a się udało. To jest wielki sukces Ukrainy, ale to jest także w jakiejś mierze…cząstka tego sukcesu jest sukcesem polskiej konsekwentnej polityki wobec Ukrainy i reprezentowania interesu Ukrainy w procesie zbliżania do świata zachodniego. Więc trzeba próbować, trzeba zabiegać. Ważne jest to, żeby podtrzymać na Ukrainie siły, osoby, polityków, ale i także w ramach polityki państwa ukraińskiego jako całości tą wolę szukania swojego miejsca w ramach integrującej się Europy”.

Na ile te oczekiwania przełożą się na życie, trudno dziś wyrokować. Jedno jest wszakże pewne – p. prezydent będzie starał się na wszystkie sposoby „obrabiać” swojego ukraińskiego gościa, tak by ten zmiękł, i w efekcie mogło dojść do uroczystego podpisania umowy stowarzyszeniowej w zaplanowanym wstępnie terminie – na listopadowym szczycie tzw. Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Oj, byłby to wielki „sukces” „polskiej” dyplomacji, byłby! Pewnie nawet PiS by zgodnie świętował!

Widzimy więc, że wymienione kraje buforowe UE: III RP, Słowacja i Litwa odgrywają rolę swojego rodzaju forpoczty wciągającej powoli Ukrainę w obszar bezpośredniego i po pośredniego wpływu UE. To właśnie konkretnie w związku z tym zleceniem p. prezydent nawiedził 16 lutego Wilno (oficjalną okazją były obchody 95 rocznicy Dnia Odrodzenia Państwa Litewskiego). Wraz z p. prezydent Grybauskaite omawiał wtedy bynajmniej nie problemy dotykające polską mniejszość na Litwie (bo te mają rozwiązać się ponoć same po wejściu AWPL do litewskiej koalicji rządowej), ale właśnie podział zadań obydwu krajów w ramach tegoż Partnerstwa Wschodniego. Nawiasem mówiąc, rzucało się w oczy, że ta ostatnia traktuje go jkaby trochę z góry (wiadomo, b. unijna komisarz – to nie byle kto, oj nie!).

A więc gra idzie ciągle ta sama gra: właściwy dyspozytor i mocodawca (Bruksela, a szczególnie Berlin) wszystkim dyryguje, ale sam trzyma się przezornie z dala. Nie chce zadrażniać i tak już dosyć napiętych stosunków z Moskwą, ale oddziaływuje na Kijów w pożądanym dla siebie kierunku za pośrednictwem powolnych sobie wasali, zachowując cały czas możliwość odwrotu, gdyby coś poszło nie tak. W międzyczasie Ukraina jest, siłą samej inercji, coraz bardziej wciągana w unijną i okołounijną przestrzeń gospodarczą, a zachodnie (głównie niemieckie) koncerny coraz mocniej penetrują jej rynek. A co będzie dalej, na ile będzie się można posunąć – czas to pokaże. Grunt, aby stworzyć sobie dostatecznie silne podstawy do ewentualnej przyszłej ekspansji, dobrą bazę wypadową.

Dla samej natomiast Polski stowarzyszenie Ukrainy z UE, a tym bardziej jej akces, nie przyniesie jakichkolwiek korzyści; przeciwnie – tylko same straty i dodatkowe zagrożenia. Rezultatem podpisania umowy stowarzyszeniowej będzie m.in. zwiększony eksport zachodnich wyrobów przemysłowych na Ukrainę i znaczny wzrost importu przez UE ukraińskich płodów rolnych. Tym sposobem zwiększy się znacząco konkurencja dla naszego i tak ledwie zipiącego rolnictwa, a tysiące TIR-ów zaczną jeszcze bardziej rozjeżdżać nasze liche drogi. Zaś perspektywy bezpośredniego akcesu Ukrainy do UE rysują się doprawdy jak w jakimś czarnym śnie: wystarczy sobie wyobrazić rzeszę kilka milionów ukraińskich gastarbeiterów, którzy zwalą się do Polski, gotowi pracować za 1/2, czy nawet 1/3 dzisiejszej płacy minimalnej, by zrozumieć, co to może oznaczać dla przeciętnego Polaka, zwłaszcza mającego problemy ze znalezieniem pracy. Nie muszę też chyba wspominać o poważnym zagrożeniu wzrostem przestępczości w przygranicznych regionach (wiadomo – niezwykle rozbudowana i wszechobecna ukraińska mafia nie będzie zasypiać gruszek w popiele), a także patologiach moralno-cywilizacyjnych (współczesna Ukraina to jedno z głównych centrów prostytucji w Europie). To są tylko aspekty najbardziej prozaiczne, typowo przyziemne.

A przecież dla nas, świadomych polskich patriotów, dużo więcej ważą aspekty polityczne, wynikające z polskiej racji stanu. Przecież Ukraińcy to nie żadni nasi przyjaciele, ale naród nastawiony do nas albo wysoce obojętnie, albo też, w znacznym procencie, wprost wrogo i nienawistnie. Prawie nikt jakoś nie chce zauważyć ogromnego niebezpieczeństwa wynikającego dla Polski ze zdumiewającego wprost renesansu ideologii i ruchu neobanderowskiego. Rodzima klasa polityczna udaje, że problem nie istnieje, bo takie ma wytyczne z zewnątrz, a on lawinowo narasta. Nie jest to zresztą ani problem nowy, ani świeży, chodzi raczej o samą zmianę jego formy i oblicza.

Zorganizowany ruch neobanderowski istniał i wzrastał na Ukrainie właściwie już od czasów rozpadu ZSRR. Ograniczał się jednak dotąd głównie do sfery historyczno-społecznej, skupiając się na mitologizacji wyczynów upowskich herosów i nie uczestnicząc bezpośrednio w grze politycznej. Widocznie jego zagraniczna centrala za Oceanem i miejscowi aktywiści chcieli sobie najpierw przygotować odpowiednio mocne zaplecze intelektualne i organizacyjne, nadto trzeba było dość długiego czasu na odpowiednią polityczno-historyczną indoktrynację ukraińskich mas. Dopiero sławetna „pomarańczowa rewolucja” stała się jego prawdziwym inkubatorem. Kolejne lata przyniosły narastającą falę wznoszenia pomników Banderze, Szuchewyczowi, Melnykowi i spółce, uroczystych greckokatolickich nabożeństw ku ich czci, czy też coraz liczniejszych, owianych na wskroś nacjonalistycznym duchem, ulicznych przemarszów, ze słynnym, corocznym marszem „chwały” UPA w Kijowie na czele.

Niemniej, stanowiącą jego główną polityczną emanację partia „Swoboda” (zał. 1991 r., zarejestrowana – 1995 r.) tkwiła długie lata na politycznym marginesie. Może nie na całkowitym, bo startujący do wielkiej politycznej kariery, ubiegający się o schedę po Kuczmie Wiktor Juszczenko przyjął ją już w 2002 r. do swojej wyborczej koalicji „Nasza Ukraina”, czego efektem był mandat deputowanego ukraińskiej Rady Najwyższej dla jej szefa – Oleha Tiahnyboka. Cóż, trudno się dziwić, że polityk mający za żonę kobietę wywodzącą się właśnie z tychże banderowskich kręgów dobiera sobie właśnie takich koalicjantów. Jest też całkowicie zrozumiałe, że z kolei tenże Tiahnybok poparł z kolei jego kandydaturę na prezydenta Ukrainy w czasie „pomarańczowej rewolucji” (2004 r.). Bardziej zastanawia postawa Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego, tak mocno wspierających tegoż Juszczenkę. Co ja mówię – wcale nie zastanawia: oni po prostu robili to, co zlecił Waszyngton, i to, jak wiele na to wskazuje, z całą sumiennością i wewnętrznym przekonaniem!

Jednak, startując samodzielnie, „Swoboda” dość długo wlokła się jeszcze w ogonie: w wyborach parlamentarnych 2006 i 2007 r. otrzymała śladowe poparcie, zaś sam jej szef zebrał w wyborach prezydenckich 2010 r. zaledwie niespełna 1,5% oddanych głosów. Pierwszy sukces przyniosły jej dopiero wybory samorządowe 2009 r., kiedy to zdobyła w obwodzie tarnopolskim aż 35 % poparcia. Można to było jednak wytłumaczyć lokalną specyfiką – to jest właśnie główny bastion współczesnego integralnego ukraińskiego nacjonalizmu. Rok później, również w wyborach samorządowych, uzyskała bardzo dobre wyniki na całej zachodniej Ukrainie, i to był już niechybny zwiastun jej dalszej politycznej ekspansji.

Mało kto jednak chyba się spodziewał, że w jesiennych wyborach 2012 poprze ją już aż co dziesiąty glosujący Ukrainiec. Okazało się przy tym, że „Swoboda” nie jest wcale skazana na status partii regionalnej, mocnej i posiadającej bazę społeczną tylko w obwodzie tarnopolskim, lwowskim, względnie w innych rejonach zachodniej Ukrainy, ale że zaczyna się też realnie zakorzeniać także i w centrum, a nawet na wschodzie kraju (np. w Dniepropietrowsku potrafiła złamać 5-procentowy próg wyborczy).

Nie jest też bynajmniej skazana na żadnego rodzaju polityczną izolację, ani na samej Ukrainie, ani – co szczególnie znamienne – za granicą. Jej skrajnie nacjonalistyczny, zbudowany na czytelnej zasadzie: „Ukraina dla Ukraińców”, program nie ściąga nań żadnych politycznych anatem. Nawet mocno przejawiające się w jej działalności wątki antysemickie jakoś nie przeszkadzają „politycznie poprawnym” czynnikom zachodnim, które tak ganią Janukowycza, że więzi Julię w niehumanitarnych warunkach. Zabezpiecza ją przed tym, jak się wydaje, ścisła współpraca z innymi partiami „demokratycznej” opozycji” – „Batkiwszczyzną” (partią utworzoną właśnie przez Tymoszenko) i nowo powstałym UDAR-em Witalija Kliczki. I pomyśleć, że w swoim czasie tzw. środowiska niepodległościowe rozpuszczały plotki, iż „Swoboda” jest po cichu inspirowana i utrzymywana przez Janukowycza i stojących za nim oligarchów, a może i przez samą Rosję. Najbardziej antyrosyjska partia na Ukrainie działa za rosyjskie pieniądze – to ciekawe!

Tylko dziecko uwierzy w tą bajkę: faktyczni mocodawcy siedzą w USA i Kanadzie. Także i Prusak – ten tradycyjny protektor ukraińskich nacjonalistów, z pewnością patrzy nań łaskawym okiem. Poza tym na miejscu „Swoboda” może liczyć na wsparcie politycznego bankruta Juszczenki (wydaje się też, że po części przejęła jego elektorat), a także, co znacznie istotniejsze, większości duchowieństwa ukraińskiej cerkwi greckokatolickiej, w tym również jej wielu hierarchów.

W tych warunkach Tiahnybok wyrasta na poważnego kandydata w kolejnych wyborach prezydenckich (2015 r.). Co prawda, na razie wyżej stoją akcje Tymoszenko ( lub ewentualnie innego kandydata „Batkiwszczyzny”) i Kliczki, ale kto wie, jak będzie za rok, czy dwa. Narastający kryzys gospodarczy, panosząca się korupcja, brak jasnych perspektyw, ekonomiczna beznadzieja, w połączeniu z typowymi dla Ukraińców kompleksami i zarazem agresją może wytworzyć w efekcie mieszankę doprawdy wybuchową, na której może on wysoko zajechać. W każdym bądź razie „demokratyczna” trójka nie musi uzgadniać wspólnego kandydata przeciwko Janukowyczowi już w pierwszej turze tychże wyborów, bo jego zwycięstwo w pierwszym podejściu wydaje się niemożliwe. W tej sytuacji samodzielny występ Tahnyboka, choćby nawet nie przyniósł zwycięstwa, w sposób oczywisty mocno podwinduje notowania neobanderowców ze „Swobody”.

Jakie perspektywy niesie to dla Polski, łatwo przewidzieć. To nie tylko kontynuacja skrajnie zakłamanej akcji propagandowej, która stara się uczynić z bojców UPA bojowników i męczenników za wolność Ukrainy, to nie tylko przyzwolenie na akcję totalnego zakłamywania historii stosunków polsko-ukraińskich, szczególnie w XX w., ale wprost zagrożenie integralności terytorialnej Polski także od wschodu. Wszak Tiahnybok nie kryje się z poglądem, że obecne granice Ukrainy są niesprawiedliwe i trzeba je rozszerzyć m.in. o Łemkowszczyznę, Nadsanie, Chełmszczyznę i nawet część Podlasia. To że chwilowo „Swoboda” ściszyła taktycznie nieco antypolską retorykę – nic nie znaczy.

Jednak rządzący III RP nie kierują się w żadnym razie jakimiś tam polskimi interesami narodowymi; oni realizują po prostu szeroko zakrojone zachodnie plany geopolityczne. O co tu faktycznie chodzi? Wyjawiają to sami Ukraińcy. I tak Taras Czornowił (syn znanego ukraińskiego dysydenta i czołowego polityka na Ukrainie w latach 90-tych ub. wieku, Wiaczesława Czornowiła) wyjaśnia czytelnie w wywiadzie radiowym: „Polska i Słowacja to kraje, które z nami sąsiadują i są zainteresowane, by Ukraina nie trafiła do strefy wpływów Rosji i nie utraciła zalążków demokracji, które się u nas pojawiły”. A więc wszystko na wschodzie dalej przez pryzmat Rosji, bez względu na koszty i straty.

Czy namowy i (może) połajanki Bronisława Komorowskiego dadzą zakładany efekt. Po zakończonym spotkaniu trzech prezydentów wyrażono zgodnie umiarkowany optymizm, zaś sam Janukowycz deklarował publicznie wolę przeprowadzenia głębokich reform, które „zbliżą Ukrainę do reguł obowiązujących w zachodnich demokracjach”. Deklarował też niezłomną wolę sfinalizowania umowy stowarzyszeniowej i następnie akcesu jego kraju do unijnej wspólnoty. Na ile były to słowa szczere i ubrane w konkretne plany, a na ile zwykła propagandowa gra, nie sposób dziś powiedzieć. Dwie rzeczy wydają się być jednak całkiem oczywiste: 1)że w najbliższych miesiącach dojdzie do twardych, uporczywych ukraińsko-unijnych targów; 2) że w perspektywie najdalej kilku lat Ukraina będzie musiała faktycznie wybrać pomiędzy dwoma opcjami: albo wejście do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu i co za tym idzie do Unii Eurazjatyckiej, albo też zbliżenie i docelowo integracja z UE, o ile ta oczywiście przetrwa; pole do dotychczasowej ukraińskiej polityki lawirowania pomiędzy Wschodem i Zachodem szybko bowiem się zawęża. Ale to już temat na osobny artykuł.

Andrzej Turek