PiS i SP – bracia syjamscy?

Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że miałem szczerą wolę przeżyć tegoroczną rocznicę katastrofy smoleńskiej w zupełnej ciszy i zadumie nad tą ogromną tragedią, bez jakichkolwiek dyskusji i polemik z wyznawcami kultu „smoleńskiego”. Trudno bowiem dopatrywać czegokolwiek niewłaściwego i zdrożnego w samych, najbardziej nawet rozbudowanych jej obchodach, jeśli nie mają one określonych celów ubocznych. Nie przeszkadza mi więc w niczym sam fakt masowego palenia świeczek na grobach, odprawiania nabożeństw w intencji ofiar katastrofy i ich rodzin, a nawet gromadzenia się tłumów na Krakowskim Przedmieściu.

Naga a brutalna rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej: stopień politycznej instrumentalizacji tych obchodów dla celów własnych organizatorów oraz realizowana konsekwentnie przy okazji niezwykle zawzięta, a przy tym uderzająco toporna antyrosyjska indoktrynacja milionów szczerych Polaków, a, mówiąc dosadniej, usilne robienie im przysłowiowej „wody z mózgu”, sprawiają, że nie można pozostawić z czystym sumieniem tychże praktyk bez jakiejkolwiek reakcji. Bowiem Naród może koniec końców sam tą toporną indoktrynację instynktownie odrzucić, choćby tylko z samego przesytu, ale może też od niej, niestety, i do końca zgłupieć.

Piszę te słowa konkretnie w reakcji na niespotykane retoryczne figury wiceprezesa Solidarnej Polski, p. Jacka Kurskiego, które tenże wygłosił w trakcie swojej ostatniej wizyty w Radiu Zet. Już sam tytuł całego wywiadu „Rosjanie zemścili się za zatrzymanie ich czołgów” wprowadza nas doskonale w temat. Otóż na pytanie p. redaktor M. Olejnik: „Czy pan wierzy, że był zamach, że Lech Kaczyński został zamordowany?, p. eurodeputowany rzecze tak: „Od pierwszego dnia wierzę w to, że Rosjanie z premedytacją dążyli do bardzo wysokiego uprawdopodobnienia, że do takiej katastrofy może dojść. Bezpośrednich dowodów na zamach nie ma, ale Rosjanie mieli oczywisty interes w tym, żeby się zemścić za wyswobodzenie Gruzji i zatrzymanie rosyjskich czołgów i wysłanie sygnału, że doktryna Breżniewa cały czas obowiązuje i kto podniesie rękę na interesy Rosji w dawnej sowieckiej strefie wpływów, zostanie ukarany. Ten interes został zrealizowany” (p. Olejnikowi wyraźnie zagaja tu temat – A.T.).

Nawet bardzo pobieżna analiza tych trzech zdań prowadzi do bardzo ciekawych wniosków. Dowiadujemy się więc z nich przede wszystkim, że te wspomniane rosyjskie knowania są dla p. Kurskiego przedmiotem nie tyle wiedzy, co wprost jakiejś mistycznej wiary. Jednak wiara ta, jak to zresztą często z mistykami bywa, jest obudowana bardzo lichymi dogmatami, a, mówiąc wprost, wcale takowych nie posiada. Czy bowiem można zakwalifikować np. jako dogmatyczne takie oto stwierdzenie: „ ( … ) Rosjanie z premedytacją dążyli do bardzo wysokiego uprawdopodobnienia, że do takiej katastrofy może dojść…”? Przecież tego typu zarzut, to typowe „masło maślane”. Mieści się on w kategorii tych samych karkołomnych sofizmatów, kiepskiego zresztą gatunku, co niegdysiejsza wypowiedź jednego z bardzo uczonych profesorów-filozofow: „ ( … ) Chodzi o to, że wypadek niekoniecznie musiał być zamachem, ale w jakiejś mierze został sprowokowany…”.

Bardzo osobliwie brzmi również stwierdzenie: „(…)Bezpośrednich dowodów na zamach nie ma…”. To oznacza, że dowody na ten „zamach” właściwie są, tyle że nie „bezpośrednie”. Jakie to dowody? Objaśnia to dokładnie dalsza cześć wywodu p. Kurskiego. Ano chodzi tu, o leżące wyłącznie w sferze przypuszczeń, rosyjskie motywacje i interesy. Powtarzając do znudzenia hipotezę (a właściwie już, w jego rozumieniu, niezbitą tezę) o rosyjskiej zemście, p. Kurski robi więc po raz kolejny z przywódców Rosji, a w domyśle głównie samego Putina, polityczne dziecko, nie potrafiące myśleć racjonalnymi kategoriami, i pochłonięte jedną tylko myślą – jakby tu się jak najszybciej i najbrutalniej odegrać na największym swoim rywalu, który w międzyczasie zdążył już zostać oczywistym politycznym bankrutem, tak w kraju, jak i na arenie międzynarodowej.

Pierwszy raz dowiaduję się też, że śp. p. prezydent nie tylko „zatrzymał rosyjskie czołgi”, ale wręcz „wyzwolił Gruzję”. W tejże kategorii wyliczania jego zasług Kurski przelicytował nawet jego rodzonego brata z najgorętszymi jego zwolennikami. Wszelako chyba najbardziej twórczym wynalazkiem jest jego spostrzeżenie, że doktryna Breżniewa nadal obowiązuje. Jak może obowiązywać, skoro odszedł od niej już Gorbaczow? Gdyby ona „cały czas” obowiązywała, to moglibyśmy sobie tylko pomarzyć o członkostwie w umiłowanej UE i NATO, zaś sam p. Kurski siedział by teraz pewnie w jakiejś podziemnej kryjówce i uprawiał antysowiecką (antyrosyjską) konspirację, zamiast dywagować spokojnie przy kawie z p. Moniką.

W kontekście przytoczonych wywodów całkowicie nielogicznie brzmi zresztą kolejna deklaracja p. eurodeputowanego, wygłoszona wkrótce po nich: „(…)Solidarna Polska chce bardzo poważnie przyczynić się do przybliżenia się do prawdy w sprawie Smoleńska”. Jaki jest jednak sens dalszego poszukiwania czy też przybliżania się do tej prawdy, skoro autor tej deklaracji w zasadzie już ją zna? Czy nie lepiej powiedzieć wprost: „do znalezienia dowodów lepiej ilustrujących tą prawdę”? A jak, w kontekście tychże wywodów, zakwalifikować z punktu widzenia logiki jeszcze jedną jego wypowiedź: „ ( … ) Pani redaktor, w tej sprawie nic nie wiemy. W dwa lata po katastrofie my nic nie wiemy i nie wierzę, żebyśmy pod rządami tej władzy czegokolwiek się dowiedzieli…” (ale, ma się w domyśle rozumieć, wszystko wyjdzie szybko dokładnie na jaw po dojściu do władzy SP (PiS-u)?!

Gdyby p. Kurski został wychowany i obracał się na co dzień w kręgu cywilizacji łacińskiej, gdyby właściwa jej kategoria Prawdy miała dlań rzeczywistą wartość; gdyby podchodził do sprawy naprawdę uczciwie, to wyartykułowałby swoje pretensje wobec Rosji dużo bardziej prościej i konkretniej: np. oskarżam Was o to, że nie ścięliście brzozy rosnącej zbyt blisko lotniska, że nie chciało się Wam wymienić nawet spalonych żarówek przy pasie startowym, że nie pomyśleliście też, lekceważąc całkowicie wizytę prezydenta Polski, o wybudowaniu specjalnie na tą okoliczność konkretnej wieży kontroli lotów i nie sprowadziliście z Moskwy ILS-u; wreszcie, przechodząc do samego meritum, że perfidnie wznieciliście sztuczną mgłę, że celowo błędnie naprowadzaliście prezydencki samolot, że w decydującej chwili odpaliliście bombę próżniową, ciśnieniową i nie wiadomo jeszcze jaką itd. To byłoby postawienie sprawy rzeczywiście godne twardego mężczyzny, w tym wypadku słynnego politycznego „bulteriera” z Gdańska. A tak dostajemy kolejny raz tylko następną porcję mętnych insynuacji.

Piszę te słowa wcale nie jako zawołany rosyjski adwokat-wolontariusz. Piszę je przed wszystkim z powodu zatroskania o rozum polityczny moich rodaków, na który wyznawcy „kultu smoleńskiego” robią bezustanne zamachy i próbują całkowicie go wykoleić. Odnoszę się do odkryć p. Kurskiego także i dlatego, że pokazują one jak na dłoni, że Solidarna Polska to nie żadna nowa polityczna jakość na „prawicy” – to kolejny klon i prosta mutacja PiS, różniąca się od macierzystej rośliny tylko barwą rumieńca: jej posmak pozostaje ciągle ten sam. A więc: ta sama pryncypialna proamerykańskość i antyrosyjskość, ten sam „eurosceptycyzm” a nawet „eurorealizm”, ten sam demagogiczno-populistyczny styl uprawiania polityki, zupełnie podobne psudopatriotyczne slogany i ta sama miałkość programowa, ta sama tendencja do instrumentalnego wykorzystywania uczuć religijnych dla własnych, bardzo przyziemnych interesów politycznych… Pole rywalizacji sprowadza się jedynie do kwestii ambicjonalno-personalnych (wszak Ziobro nigdy nie stanie się dla Kaczyńskiego adoptowanym bratem-bliźniakiem), do licytowania się przed elektoratem „smoleńskim” w kwestii rozmiarów kultu osoby śp. prezydenta. Jedyną istotniejszą różnicą jest tutaj bardziej rodzinne i „katolickie” opakowanie SP, wynikające zresztą z przyrodzonej niejako przewagi w tym zakresie jego lidera nad wodzem PiS. I to byłoby wszystko…

Andrzej Turek