O wojnie w Libii bez upiększeń

Sięgam po to określenie, bo jest już chyba czymś całkowicie oczywistym dla każdego, w miarę uważnego obserwatora rozwoju wypadków w tym kraju, że toczy się tam właśnie otwarta wojna pomiędzy libijskimi siłami zbrojnymi wiernymi Muammarowi Kaddafiemu a rebeliantami i wspierającą ich bezpośrednio „międzynarodową koalicją humanitarną”, niezależnie od tego, że ta ostatnia formalnie tej wojny  Libii nie wypowiedziała, i, jak wszystko na to wskazuje, w ogóle nie zamierza ze względów propagandowo-ideologicznych tego czynić. 

Mamy zatem w tym przypadku do czynienia przede z kolejnym przypadkiem niezwykle instrumentalnego wykorzystania prawa międzynarodowego stosownie do własnych potrzeb i interesów głównych eksponentów i stróżów „demokracji” oraz „praw człowieka” na świecie. Tą bardzo niebezpieczne zjawisko doskonale obrazuje choćby niedawna wypowiedź prezydenta USA. Otóż, Barack Obama, zrzucając na chwilę swą dobroduszną maskę, pozwolił sobie m.in. stwierdzić, że: „(…)Nie ma sprzeczności pomiędzy określeniem interwencji w Libii jako ograniczonej do ochrony ludności cywilnej, a deklaracją, że Muammar Kaddafi musi odejść…”. Dlaczego Kaddafi musi odejść? Ponieważ: „(…)stwarza humanitarne zagrożenie dla swojego narodu”. Zaiste, bardzo to osobliwa interpretacja rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1973. Amerykański prezydent nie sili się tu nawet na szczegółowe tłumaczenie, w czym to „humanitarne zagrożenie” konkretnie się wyraża, nie popiera tego miażdżącego zarzutu żadnymi konkretami i dowodami. A po co dowody? Czyż odbiorcom na całym świecie nie powinna wystarczyć wiara, że w ojczyźnie światowej demokracji zawsze wiedzą i chcą najlepiej? Zresztą, tak naprawdę istotna jest nie tyle siła argumentów, co siła i możliwości oddziaływania pozostającego w dyspozycji całej „społeczności międzynarodowej” aparatu propagandowego, który jest w stanie ubrać w ładne szatki nawet akt największego draństwa i przemocy.

Nie dziwi więc też w najmniejszym stopniu, że Obama zebrał za swoją wykładnię rezolucji 1973 gromkie pochwały ze strony New York Times, który napisał m.in., co następuje : „(…) prezydent Obama słusznie zgodził się wysłać amerykańskie siły do Libii dopiero wówczas, gdy przekonał się, że inne kraje wezmą n siebie cześć odpowiedzialności oraz koszty egzekwowania prawa międzynarodowego. USA już ugrzęzły poważnie w dwóch wojnach i nie mogą być postrzegane jako kraj jednostronnie interweniujący w kolejnym muzułmańskim kraju…”. To wynurzenie rozwiewa wszelkie złudzenia, iż pod rządami obecnej administracji Stany Zjednoczone zaczęły rzeczywiście odchodzić od swej dotychczasowej linii polityki zagranicznej. Co prawda, z wymienionych wyżej powodów trzymają się tym razem za plecami Brytyjczyków i Francuzów, nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, iż bez czynnego ich zaangażowania się militarna interwencja w Libii byłaby absolutnie niemożliwa do przeprowadzenia – to zmasowany atak rakietowy z amerykańskich okrętów podwodnych umożliwił obezwładnienie i, jak się wydaje, zniszczenia libijskiego lotnictwa i przede wszystkim obrony przeciwlotniczej. Bez tego samoloty owej koalicji „humanitarnej” nie mogłyby tak bezkarnie operować w libijskiej przestrzeni powietrznej.

Oczywiście, wspomniana rezolucja 1973, skądinąd bardzo mętna i nieprecyzyjna w treści, nie daje obiektywnie nikomu żadnego mandatu do obalania libijskiego dyktatora, a tym bardziej do jego fizycznej eliminacji, co by, rzecz prosta, najbardziej dogadzało całej wspomnianej koalicji. Po raz kolejne okazuje się jednak, że prawo międzynarodowe jest naciągliwe niczym guma do żucia; oczywiście, tylko dla tych, którzy mają w swym ręku odpowiednie instrumenty do forsowania i wdrażania w życie jego najbardziej stronniczych i zakłamanych interpretacji. Co tu dużo mówić – już samo zakwalifikowanie uzbrojonych rebeliantów czy też powstańców libijskich jako ludności cywilnej jest całkowitą kpiną z rzeczywistości.

Trudno również logicznie zrozumieć, co konkretnie wspólnego z „ochroną ludności cywilnej” ma bombardowanie baz i garnizonów sił lojalnych wobec Kaddafiego, czy też jego oddziałów znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie rebeliantów, a szczególnie dzielnicy rządowej w Trypolisie. Pomimo oficjalnych francuskich i brytyjskich tłumaczeń, że był to wyłącznie skutek pomyłki, zaś faktycznym celem ataku były centra dowodzenia libijskiej armii, łatwo się domyśleć, że chodziło w istocie o fizyczną eliminację lub przynajmniej zastraszenie libijskiego dyktatora. Trzeba w tym miejscu nazwać rzeczy po imieniu – próba osiągnięcia określonych celów politycznych poprzez  polowanie na przywódcę, było nie było, suwerennego, uznawanego na arenie międzynarodowej państwa jest działaniem typowo bandyckim, niezależnie od wielkości grzechów i przewin tkwiących na jego koncie. Przecież Kaddafi nie został prawomocnie skazany przez jakikolwiek niezawisły sąd czy trybunał ani też wyjęty spod prawa. Zupełnie nie przeszkadza to jednak twierdzić np. doradcom prawnym (!) brytyjskiego premiera Camerona, iż w świetle rezolucji 1973 jego zabicie, np. przy pomocy bomb lotniczych czy rakiet, jest zgodne z prawem międzynarodowym!

Nasuwa się tu oczywista analogia z podobnym amerykańskim atakiem lotniczym z 1986 r., z którego przywódca Libii wyszedł, co prawda, bez szwanku, zginęła jednak jego kilkunastomiesięczna, przybrana córka, zaś kilkoro innych członków jego rodziny zostało rannych. Zresztą, cały scenariusz tamtej amerykańskiej operacji wojskowej był łudząco podobny do „Świtu Odysei”. Także i wtedy Amerykanie przeprowadzili całą serię nalotów na Libię bez formalnego wypowiedzenia jej wojny, prowokując wybuch zbrojnego starcia przeprowadzeniem manewrów w „obronie międzynarodowej żeglugi” w zatoce wielkiej Syrty, którą Kaddafi uznawał za część libijskich wód terytorialnalych.

Chciałbym zostać dobrze zrozumianym. Nie piszę tego bynajmniej z pozycji jego zadeklarowanego zwolennika i obrońcy. W ogóle moja wiedza o sytuacji wewnętrznej w Libii oraz rzeczywistych przyczynach i kulisach wybuchu rewolty jest zdecydowanie zbyt skąpa, by wyczerpująco i obiektywnie zważyć racje obydwu stron. Zresztą, nie to wydaje mi się z naszego, polskiego punktu widzenia najistotniejsze. Samego Kaddafiego od dawna postrzegałem jako dosyć typowego postkolonialnego kacyka, wyróżniającego się spośród wielu mu podobnych głównie ekstrawagancją i zamiłowaniem do różnego rodzaju dziwactw, wcale nie zaś jakimś szczególnym okrucieństwem czy szczególnie zbrodniczymi rządami.

Nie dostrzegam również żadnego uzasadnienia do podważania legalności jego władzy w fakcie zdobycia jej na drodze zamachu stanu i obalenia monarchii króla Idrisa I. Bo skąd wziął się ten król? Czy był sukcesorem jakiejś starożytnej lub legitymującej się przynamniej kilkuwiekowym stażem monarchii? Nic podobnego. Został on na poczekaniu zrobiony owym królem Libii przez plemienną starszyznę i najważniejszych notabli. Był też typowym królem „malowanym”, a dosadniej mówiąc monarchiczną marionetką w rękach Amerykanów, Włochów i Brytyjczyków.

Tak samo zupełnie nie przemawia do mnie zarzut, że rządy Kaddafiego to rodzaj klasycznej, totalnej dyktatury. A w jaki inny sposób można zapewnić stabilność i realną suwerenność na zewnątrz państwu skleconemu w sposób całkowicie sztuczny z trzech wyraźnie odrębnych części składowych: Trypolitanii, Cyrenajki i Fezzanu; posiadającemu granice wykreślone linijką na mapie przez dawnych kolonizatorów; zamieszkałemu przez kilkanaście dosyć luźno związanych ze sobą, nie posiadających wyraźnego poczucia jedności narodowej plemion; w dodatku państwu świeżemu, pozbawionemu w zasadzie jakiejkolwiek tradycji państwowej. Zresztą, proszę mi wskazać w tej części świata jakikolwiek kraj, w którym realnie wdrożono w życie zasady zachodniej liberalnej demokracji. Czy np. mieszkańcy sąsiedniej Algierii i Egiptu cieszyli się większymi swobodami politycznymi? I dlaczego żadna „społeczność międzynarodowa” nie kiwnęła nawet palcem, gdy algierska junta wojskowa brutalnie rozprawiała się z tamtejszą partią islamistyczną, gdy ta wygrała jak najbardziej demokratyczne wybory? A czemuż to nie wytyka się zupełnego braku demokracji np. Bahrajnowi? Przecież stanowiący zdecydowaną większość jego mieszkańców szyici są od dawna uciskani przez sunnicką mniejszość, a rządzący nim absolutny król Kalifa kazał niedawno potraktować protestujących demonstrantów ostrą amunicją. Ta brutalna pacyfikacja opozycji w Bahrajnie nie spotkała się jednak z żadnymi protestami  ze strony Zachodu; wprost przeciwnie, przyjęto ją powszechnie z aprobatą. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – ponieważ jakiekolwiek procesy demokratyzacyjne w tym kraju przyniosłyby ze sobą nieuchronny wzrost wpływów Iranu. To najlepiej pokazuje hipokryzję i używanie klasycznych podwójnych standardów przez głównych heroldów światowej „demokracji” i głosicieli „prawoczłowieczego” bełkotu.Także i powody interwencji w Libii nie wynikają wcale z autentycznego zatroskania o dolę zwykłych Libijczyków – to jest najzupełniej jasne. Gdzie zatem szukać faktycznych jej przyczyn? Przyznam się, że jest zagadnienie dosyć skomplikowane i bardzo niejednoznaczne – do dnia dzisiejszego można się zastanawiać, o co naprawdę tutaj chodzi? Z tego względu będę unikał stawiania jakichś rozstrzygających wniosków – ograniczę się tylko do przedstawienia kilku nasuwających się najbardziej prawdopodobnych hipotez.

Musimy postawić sobie przede wszystkim pytanie, jaki konkretny interes mają członkowie owej koalicji w wmieszaniu się do libijskiej wojny domowej. Można tu wskazać cały szereg potencjalnych motywów, choć trudno jest określić, który z nich odegrał dominującą rolę. Dosyć powszechnie wymienia się jako główną przyczynę podjęcia decyzji o rozpoczęciu nalotów lotniczych na Libię względy osobistej kariery politycznej Sarkozy’ego i Obamy. Ten pierwszy ma kiepskie notowania w perspektywie zbliżającej się walki o reelekcję i bardzo potrzebował jakiegoś spektakularnego, błyskotliwego sukcesu, którego musiał szukać właśnie głównie na polu polityki zagranicznej. W tym kontekście interwencja w Libii, gdyby oczywiście zakończyła się sukcesem, byłaby czytelnym nawiązaniem do francuskiej spuścizny kolonialnej. Z kolei w oczywistym interesie Obamy, i w ogóle USA, leżało przysłonięcie przedłużających się wojen w Afganistanie i Iraku wojskową operacją przeciwko Kaddafiemu, która wydawała się łatwą do przeprowadzenia i której można było nadać pozory szlachetnej akcji humanitarnej.

Niewątpliwie coś tu jest na rzeczy, skrajną naiwnością byłoby jednak wyobrażać sobie, żeby przy podejmowaniu tak ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji główną i rozstrzygającą rolę decydowały osobiste interesy jednostek, choćby najwyżej postawionych. Mogły one odgrywać bardzo istotną rolę, musiały się jednak zgadzać z ogólnymi interesami geopolitycznymi USA, Francji, Wlk. Brytanii i pozostałych członków wspomnianej koalicji. O tych kwestiach pisałem już nieco w poprzednim tekście pt. „Nowa humanitarna wojna” i odsyłam właśnie do niego zainteresowanego tematem czytelnika. W tym miejscu pozwolę sobie tylko uzupełnić zarysowane tam poglądy kilkoma dodatkowymi uwagami, jakie nasunęły się mi w międzyczasie.

A więc, przede wszystkim trzeba patrzeć na wydarzenia w Libii w szerszym kontekście fali niepokojów społecznych i dążności rewolucyjnych, jaka wzbiera od kilku miesięcy w wielu krajach arabskich. Nie czuję się na siłach wypowiadać w sposób autorytatywny na temat ich przyczyn, podłoża, charakteru i ewentualnych dalekosiężnych skutków. Wydaje mi się jednak, że nie powinno się tych wszystkich wydarzeń jakoś na siłę ujednolicać, czy sprowadzać ich do wspólnego mianownika. Nie doszukiwałbym się też w nich jednej, wspólnej sprężyny sprawczej – każdy z  objętych nimi krajów: Tunezja, Egipt, Syria, Bahrajn, Libia, itp. ma bowiem swoją własną, odrębną specyfikę, inne położenie geopolityczne, uwarunkowania polityczne, gospodarcze, społeczne, etniczne, itd., jakkolwiek tunezyjski przykład z pewnością podziałał zaraźliwie na inne kraje i bardzo ośmielił istniejące w nich dotychczas przytłumione siły opozycyjne.

Wydaje się wszelako, że w najbardziej ogólnym i na dzisiaj bardzo jeszcze powierzchownym rozrachunku owe procesy rewolucyjne czy też demokratyzacyjne, jak kto woli, mogą w większości przypadków doprowadzić do wysoce niepożądanych skutków z punktu widzenia interesów USA, Izraela, NATO, a pewnej mierze także i UE (bo czynniki te tworzą, pomimo zachodzących pomiędzy nimi pewnych różnic, w istocie jeden szeroki blok geopolityczny). Z całą pewnością siły te nie mogą sobie pozwolić na bierne przyglądanie się wydarzeniom, bo to prosta droga do szybkiego tracenia wpływów w całym regionie, które i tak w czasie kilku ostatnich lat mocno osłabły. Jednak praktyczne możliwości ich oddziaływania np. na rozwój wydarzeń w takim Egipcie, nie mówiąc już o Syrii czy Iranie, są bardzo mocno ograniczone. Z tej perspektywy patrząc, tak daleko idąca destabilizacja sytuacji wewnętrznej w Libii stworzyła wymienionym czynnikom taką szansę. Akurat w tym przypadku upadek Kaddafiego nie niesie dla nich jakikolwiek zagrożeń, poza tym, co jeszcze znacznie ważniejsze, znów mogą tu występować z ulubionej dla nich pozycji obrońców praw człowieka. Co więcej, szybkie i łatwe obalenie Kaddafiego, czego zapewne się spodziewano i na co bardzo liczono, stworzyłoby znacznie korzystniejszy klimat do ewentualnej agresji na Iran w nie dalekiej przyszłości. Nie bez znaczenia było zapewne również i to, o czym już nieco wspominałem, iż skupienie głównej uwagi międzynarodowej opinii publicznej właśnie na Libii zepchnęło w głęboki cień  brutalną pacyfikację szyickiej opozycji –z walnym wkładem sił saudyjskich – w Bahrajnie – kraju wprawdzie miniaturowym, jednak bardzo ważnym z punktu widzenia trwałości prozachodnich monarchii absolutnych z Półwyspu Arabskiego, których trwałość, których trwanie i stabilność leży w najlepiej pojętym interesie całego Zachodu i jeszcze bardziej Izraela.

Nasuwa się również przypuszczenie, że niebagatelną rolę w podjęciu decyzji o ataku na Libię mogły odegrać względy rewanżu i zemsty za cały bagaż grzechów i win Kaddafiego, popełnionych przez niego w stosunku do „społeczności międzynarodowej” w przeciągu całych trzydziestu lat rządów. A było tych grzechów bardzo wiele – od likwidacji amerykańskich i brytyjskich baz wojskowych poczynając, a na Lockerbie kończąc. Co prawda, po zamachu na Word Trade Center i amerykańskim ataku na Afganistan Kadddafi, jako jeden z kolejnych, potencjalnych celów „antyterrostycznej” krucjaty, nie widział innego wyjścia, jak tylko pokajać się, ubrać się w pokutny wór i dokonać publicznego mea culpa. Tak też uczynił i trwał zasadniczo wiernie w tej postawie aż do wybuchu owej arabskiej fali rewolucyjnej. Ale wszystkie te publiczne obejmowania się z zachodnimi politykami nie oznaczały wcale definitywnego rozgrzeszenia, lecz raczej typowe chwilowe przymkniecie oka. Gdy więc tylko pojawiły się dogodne warunki do wyrównania starych porachunków, natychmiast sobie o tych grzechach przypomniano.

Nie sposób jeszcze dzisiaj powiedzieć, czy libijska rewolucja zrodziła się  na miejscu, w sposób spontaniczny, na zasadzie prostego rezonansu wypadków w Tunezji i Egipcie, czy też została zainspirowana i umyślnie sprowokowana przez jakieś siły zewnętrzne. Tak samo trudno też do końca określić jej faktyczne przyczyny. Jest wysoce wątpliwe, by leżały one tylko w sferze trudnych warunków życia i ucisku politycznego. Zapewne życie przeciętnego mieszkańca Libii pod rządami Kaddafiego nie było usłane różami. Jednak z drugiej strony poziom życia był, jak na afrykańskie warunki, wcale znośny, o ile dobrze mi wiadomo najwyższy w skali całego kontynentu, licząc oczywiście całą ludność kraju. Kaddafi zbudował na handlu ropą swoją wielką osobistą czy też rodzinną fortunę, ale z drugiej strony zapewnił swoim poddanym m.in. dostęp do bezpłatnej służby zdrowia i szkolnictwa. Kto wie, czy istotnym katalizatorem rewolty nie były tak naprawdę głównie antagonizmy plemienno-etniczne połączone z konfliktami na tle podziału zysków z eksportu libijskiej ropy i tendencjami separatystycznymi niektórych części składowych państwa, głównie zaś Cyrenajki. Nie ma póki co żadnych dowodów na to, że Zachód przyłożył do niej czynnie swoją rękę, nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że przyglądał się jej z zadowoleniem i rosnącą aprobatą.

Wskazuje na to czytelnie choćby wypowiedź b. prezydenckiego ministra, a obecnie eurodeputowanego PE Marka Siwca, który stwierdził: „(…)Dramaturgia konfliktu w Libii pokazała nieporadność krajów postkolonialnych, mówię przede wszystkim o Francji. Kiedy się wydawało, że ta rewolucja, która się rozpoczęła, zmiecie Kaddafiego, to wszyscy czekali. (…) Tu nie chodzi o tych ludzi, tylko o Kaddafiego. Pierwszy przegrany tej rewolucji (w momencie gdy rebelianci znaleźli się na skraju klęski) prezydent Sarkozy wyskoczył jak Filip z konopi i poparł nieistniejące władze Libii (tzw. Narodową Radę Tymczasową), wbrew jakiejkolwiek logice prawa międzynarodowego, tak się po prostu nie robi. Kaddafi zyskuje przewagę i wtedy Francja ad hoc wymyśla nową wojnę…”.

A więc początkowo liczono, i rozwój wypadków faktycznie na wskazywał, że zrewoltowani Libijczycy sami, własnymi rękami usuną, a może i zlinczują Kaddafiego. Nieoczekiwanie jednak szala obróciła się szybko na drugą stronę i siły dyktatora znalazły się o krok od zdławienia rebelii. A to była dla wspomnianej Francji i innych krajów członkowskich „Świtu Odysei” perspektywa naprawdę mało ciekawa. Ich co najmniej dwuznaczna postawa w najbardziej krytycznym dla Kaddafiego czasie mogłaby spowodować, że ten w razie ostatecznego zwycięstwa zmieniliby całkowicie front, np. wstrzymując, czy też wprowadzając ograniczenia w dostawach swojej ropy, i w ogóle odchodząc od dotychczasowej pojednawczej polityki. Zatem trzeba było coś z tym fantem zrobić. I jeśli nawet były pewne wahania w tej kwestii, to wojownicze poczynania Sarkozy’ego przechyliły ostatecznie szalę.

Wydaje się jednakowoż, że dalej mylnie oceniano sytuację – zakładano, że sukcesy dyktatora biorą się głównie z jego miażdżącej przewagi militarnej nad uzbrojonymi głownie tylko w kałasznikowy rebeliantami, i że skoro tylko Libijczycy zobaczą na niebie idące im w sukurs zachodnie samoloty, wypowiedzą mu otwarcie posłuszeństwo i ruszą ławą na Trypolis. Nic takiego się jednak nie stało – okazało się, że rządy Kaddafiego są, może poza Cyrenajką, dalej popierane, a przynajmniej biernie tolerowane przez zdecydowaną większość ludności, zaś obca ingerencja i naloty jeszcze bardziej je uwiarygodniają. Wszystko na wskazuje, że nie doceniono również jego determinacji i odwagi. Niemniej, podstawowy cel został osiągnięty. Uratowano rebeliantów przed pewną już klęską i doprowadzono do całkowitej destabilizacji Libii. Co prawda, spodziewano się osiągnąć znacznie więcej, ale z dwojga możliwości – szybkie stłumienie rewolty i umocnienie się Kaddafiego albo destabilizacja kraju – nieporównywalnie korzystniejsza dla praktycznie całego Zachodu jest ta druga możliwość. Trudno przewidzieć dokładnie, jak dalej będzie rozwijać się sytuacja, ale jest mało prawdopodobne, że Kaddafi zdoła ostatecznie rozstrzygnąć na swoją korzyść starcie z tak potężną koalicją, choć zapewne łatwo i szybko się nie podda, jeśli w ogóle. A więc zapowiada się w Libii przede wszystkim na długą, wyniszczającą wojnę, być może również partyzancką.

Najwyższa pora na ocenę postawy władz III RP i w ogóle całego, rodzimego establishmentu w omawianym przedmiocie. Jak powszechnie wiadomo, Tusk i Sikorski jednoznacznie wykluczyli możliwość militarnego zaangażowania się naszego kraju w „Świt Odysei”, deklarując jedynie ewentualnie pomoc humanitarną. I należy uznać to stanowisko za słuszne, niezależnie od tego, czy u jego podłoża leżał tylko zdrowy rozsądek i świadomość całkowitego braku jakichkolwiek sił, by ważyć się na przyłączenie się do nowej awantury wojennej, czy też decyzja ta była przede wszystkim prostym odbiciem postawy Berlina. Oczywiście, strojący się cały czas tak uporczywie w patriotyczne szaty PiS widzi sprawy zupełnie inaczej. I tak np. p. poseł Karol Karski zagrzmiał: „(…)Odcinając się od politycznego przesłania Rady Bezpieczeństwa ONZ, staliśmy się rzecznikami niemieckich i rosyjskich interesów w Libii. (…) Polska postąpiła tak samo jak Niemcy, Rosja i Chiny. A przeciwnie w stosunku do tego, jak postępuje w tek chwili cały świat demokratyczny. (…)Jest to błąd, który osłabia pozycję Polski na arenie międzynarodowej…”. Zaś nieoceniona p. Anna Fatyga pozwoliła sobie oświadczyć, iż: „(…)Jarosław Kaczyński wypowiedział się w tej sprawie publicznie, mówiąc, że społeczność międzynarodowa jest zobowiązana do zdecydowanego działania. Musimy uniknąć zwielokrotnionego zagrożenia powtórzeniem się Srebrenicy…”.  Nie omieszkała również dodać, że: „(…)Gdy prezydentem był Lech Kaczyński, a premierem Jarosław Kaczyński zajmowała (Polska) miejsce przy stole negocjacyjnym demokratycznego świata ( tzn. szła krok w krok za Tel Avivem i Waszyngtonem)…”. i wreszcie zarzekła się: „(…)Gdyby jakieś kalkulacje polityczne – które mi trudno sobie jednak wyobrazić – nakazywały ograniczenie polskiej ekspansji (!), Jarosław Kaczyński zabiegałby o nawet symboliczny polski udział, żeby pozostać przy stole…”.
Wynika z tego, że w tego rodzaju optyce udział naszych żołnierzy w amerykańskich wojnach kolonialnych w Iraku i Afganistanie to są  przejawy polskiej ekspansji! Aż trudno uwierzyć, że wypowiada to osoba będąca jeszcze niedawno polskim (?) ministrem spraw zagranicznych. Nie wiadomo zresztą, w czym miałby konkretnie wyrażać się ów symboliczny udział – pewnie trudno byłoby znaleźć nawet kilka w pełni sprawnych F 16, zdolnych choćby dolecieć do Libii. Zupełnie nie wiadomo, czy się z tego głośno śmiać czy też płakać.
A więc, kolejny raz możemy się przekonać, że wg PiS-owskiej wizji świata polski interes narodowy zbiega się zawsze z celami USA, Izraela i owej „społeczności międzynarodowej”. I to jest główne przesłanie i recepta na pomyślną przyszłość naszego kraju tej to oficjalnie ultrapatriotycznej partii, która sprowadza ów patriotyzm do tak groteskowej i infantylnej postaci, tak że, przynajmniej w tym przypadku, nawet taki kosmopolita i uznany bywalec świata, jakim jest Radosław Sikorski, zachowuje dużo więcej rozsądku. Najbardziej groteskowe w tym wszystkim jest to, że ludzie ci: pp. Kaczyński, Fotyga, Karski, itd. kreują się twardo na głównych strażników polskiej suwerenności. Jedno nie współgra bowiem absolutnie z drugim. Jak można zabiegać i podkreślać znaczenie (choćby nieszczerze) suwerenności własnego kraju, podważając jednocześnie otwarcie suwerenność innych państw.

Z naszego, polskiego punktu widzenia sytuacja wewnętrzna w Libii ma bowiem, a przynajmniej mieć powinna, całkowicie drugorzędne znaczenie. To, co powinno nas najbardziej zajmować i niepokoić to fakt, że mamy do czynienia tutaj z kolejnym przypadkiem bezceremonialnego naruszenia suwerenności kolejnego państwa na świecie, i to w sposób o wiele jeszcze bardziej dowolny, instrumentalny i cyniczny, niż to miało miejsce dotychczas. Okazuje się, że coraz mniej potrzeba do uzasadnienia tego rodzaju działań. Jeśli nawet Kaddafi dopuszczał się w przeszłości aktów terroryzmu, nie usprawiedliwia to wcale odpłacania mu tym samym. Zresztą, jego grzechy mocno wyolbrzymia się z pobudek propagandowych. Doskonale rozumieją to choćby Serbowie, którzy na własnej skórze nie tak najlepiej odczuli, jak wygląda zbrojna „obrona praw człowieka”. Nic więc dziwnego, że masowo protestowali przeciwko nalotom na Libię pod hasłem: „Stop agresji USA i UE! Wolność dla Libii”.

Stwarzają one bowiem kolejny, bardzo niebezpieczny precedens. Czy można np. całkowicie wykluczyć sytuację, że i u nas, na jakiejś przygranicznej części terytorium III RP, zbuntuje się np. jakaś mniejszość narodowa, niby w obronie swych demokratycznych praw. Bunt osiągnie taką postać i rozmiary, że aby odzyskać kontrolę nad zbuntowanym rejonem trzeba będzie w końcu użyć fizycznej siły. Jednak wtedy owi uciskani bojownicy o prawa człowieka wystąpią z prośbą o pomoc do ONZ-u – i już mamy na karku siły międzynarodowe, które zaprowadzą tam własny porządek. To niby całkiem fantastyczne, nierealne – bynajmniej! Trzeba uwzględniać wszelkie możliwe scenariusze. Polecam to zagadnienie pod rozwagę samozwańczym strażnikom i obrońcom polskiej „suwerenności”, a zwłaszcza ślepym, bezkrytycznym ich wyznawcom.

Andrzej Turek