O co tu naprawdę chodzi?

trybunal-konstytucyjny_25194216Nie widać końca krzykliwego, chwilami wprost karczemnego, a przede wszystkim w gruncie rzeczy niezrozumiałego dla dużej części, a zapewne nawet większości opinii publicznej sporu o Trybunał Konstytucyjny; sporu, który – całkiem niespodziewanie – zdominował prawie całą debatę publiczną już od dobrych kilkunastu dni. Nie zamierzam tu i wręcz nawet nie mogę – jako osoba zupełnie niekompetentna w kwestiach, które są rozbieżnie oceniane i interpretowane nawet przez rozmaite, większe i mniejsze, autorytety prawnicze – wchodzić głębiej w czysto prawny aspekt tej awantury. Chwilami nasuwa się zresztą przypuszczenie, że pewnie i sam król Salomon miałby niemałe trudności z rzetelnym rozstrzygnięciem tych do głębi „zamotanych” kazuistycznych sporów i przetargów i wydaniem jednoznacznego oraz definitywnego wyroku. Nawiasem mówiąc, nasuwa się też i kolejna, bardzo oczywista i prosta refleksja, a mianowicie ta, że to nie tyle sama mnogość i nawet daleko posunięta drobiazgowość spisanych i formalnie zadeklarowanych wszem i wobec regulacji prawno-ustrojowych, lecz przede wszystkim ogólny poziom kultury politycznej i prawnej – cechującej nie tylko wąskie elity, ale również i szerokie masy społeczne danego organizmu państwowego – kultury osadzonej zawsze w skrystalizowanych, mocno ugruntowanych i scementowanych, zazwyczaj wielowiekowych tradycjach politycznych, decyduje w ostatecznym rozrachunku o sprawności i efektywności funkcjonowania określonej formy ustrojowej. Spróbujmy sobie np. wyobrazić podobną awanturę choćby we współczesnej Wielkiej Brytanii, która przecież nie ma (i nie zamierza mieć!) ani (spisanej w jednym dokumencie) ustawy zasadniczej, ani też tym bardziej – w konsekwencji – jakiegoś osobnego trybunału konstytucyjnego (a radzi sobie nad podziw dobrze bez jednego i drugiego). Nie – to jest wprost nie do wyobrażenia, coś takiego nie ma tam po prostu prawa (choćby tylko zwyczajowego) zaistnieć! Inna rzecz, że wszelkie próby porównywania kulawej, w najlepszym razie, „demokracji” w wydaniu III RP z brytyjskim parlamentaryzmem są tu zwyczajnie nie na miejscu.

Przejdźmy jednak do meritum sprawy, a więc do całej polityczno-propagandowej batalii towarzyszącej owym wyrafinowanym proceduralnym sporom i przepychankom, i przyjrzyjmy się pokrótce argumentom i racjom wysuwanych przez obydwie strony konfliktu. I tak np. jeden z czołowych rodzimych funkcjonariuszy propagandy ortodoksyjnego demoliberalizmu p. Jacek Żakowski maluje jego scenariusz w barwach iście apokaliptycznych: „Polityczna zmiana, proponowana przez prezesa Kaczyńskiego, ma bardzo wiele zalet i jedną zasadniczą wadę. Tą wadą jest – jak się okazało – nieusuwalna, chroniczna niezdolność do rządzenia w zgodzie z zasadami demokratycznego państwa prawa. Osiem lat temu ta niezdolność zmarnowała wszystkie wysiłki PiS. Teraz cena może być jeszcze większa. Będzie nią nie tylko unieważnienie PiS-wskich reform, ale też narażenie PiS-wskiej elity na trwałe wykluczenie z polskiej polityki i ryzyko niezwykle kosztownego wyłączenia Polski z zachodniej wspólnoty demokratycznej”. Dalej p. Żakowski zarzuca PiS-owi zamiary wdrażania tychże reform „z pominięciem faktycznej kontroli konstytucyjnej”, albowiem: (…)Faktycznemu zniesieniu tej kontroli – co dość otwarcie mówią czołowi politycy PiS – służy rozpętanie wojny o Trybunał Konstytucyjny. Widać, że PiS chce go nie tyle przejąć, co unieważnić…”. I wylicza dalej hipotetyczne – oczywiście bez wyjątku „nielegalne” – możliwości i sposoby paraliżowania działalności TK przez prezydenta do spółki z obecnym rządem i stojącą za nim większością sejmową.

Dalej temperatura wywodu już tylko się podnosi. Oto bowiem p. Żakowski wieszczy otwartą polityczną wojnę na wyniszczenie; wojnę, która – jak można wywnioskować – wciągnie w swoje wiry bardzo poważną cześć polskiego społeczeństwa. W przypadku bowiem nie zastosowania się p. prezydenta A. Dudy do kolejnych werdyktów TK (…)Naturalną reakcją opozycji będzie (jego zdaniem) wniosek o postawienie prezydenta przed Trybunałem Stanu. PiS może ten wniosek bez trudu odrzucić, ale zacznie się polityczne piekło, jakiego wolna Polska jeszcze nie widziała (wytł. moje – JM.)…”. Prawda, że mocno powiedziane, a ściślej napisane, naprawdę mocno!

Ale to wcale jeszcze nie koniec wiszących nad Polską zagrożeń i niebezpieczeństw: (…)Jeśli Andrzej Duda zlekceważy środowy, niewygodny dla PiS wyrok Trybunału, prezydent, rząd Beaty Szydło i PiS znajdą się w sytuacji nieporównanie gorszej niż Orban. Bo łamanie konstytucji i zasad państwa prawa będzie oczywiste. Nie tylko Rada Europy, ale też Unia Europejska, NATO, USA w takiej sytuacji będą musiały zająć stanowisko. Polska nie będzie już w jednej grupie z niepokorną Słowacją i kłopotliwymi Węgrami. Wylądujemy obok Białorusi, albo Ukrainy za Janukowycza. Żadna międzynarodowa zachodnia struktura nie będzie mogła udawać, że nic się nie stało. I jest prawdopodobne, że nie będzie chciała. Bo w obliczu populistycznej fali w wielu krajach, ostentacyjne łamanie reguł demokratycznego państwa prawa jest groźne dla całego Zachodu. Wspólnota zachodnia zrobi więc zapewne, co będzie w jej mocy, by polski rząd przywołać do porządku…”.

I wreszcie następuje gromka puenta:”(…)Jeśli prezydent przekroczy w tym tygodniu Rubikon (a wygląda na to, że już przekroczył – JM.) może to fatalnie zaciążyć na bilansie całych rządów PiS-u. Finał może być taki, że PiS-wskie reformy padną wraz z rządami PiS-u…”.:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,141202,title,Jacek-Zakowski-Rubikon-Andrzeja-Dudy,wid,18027007,wiadomosc.html?ticaid=116

 Powyższe perory p. Jacka Żakowskiego mają przede wszystkim ten walor poznawczy, że doskonale obrazują mentalność i sposób rozumowania dość wąskiej oświecono-postępowej elitki, którą ma on zaszczyt i sposobność reprezentować. Wystarczy tylko rzucić okiem na te magiczne slogany-zaklęcia: „demokratyczne państwo prawa” „zachodnia wspólnota demokratyczna” itp., by dojrzeć skalę wyzierającego z nich pustego, a przy tym w gruncie rzeczy fundamentalistycznego doktrynerstwa i postępującej alienacji od zwykłego, przeciętnego Kowalskiego, jego codziennych trosk i problemów. Skoro p. Żakowski jest w każdym calu aż tak pryncypialnie „demokratyczny”, to może wypadałoby wystąpić z pomysłem rozpisania specjalnego referendum, w którym ogół obywateli III RP odpowiedziałoby na dwa następujące pytania: 1. Czy w Polsce rzeczywiście istnieje i funkcjonuje dziś owo „demokratyczne państwo prawa” (w praktyce, nie w teorii albo w warstwie propagandowej)?; 2. Czy jest ono faktycznie zagrożone działaniami obecnego obozu rządzącego? Odczucia, oceny i nawet werdykty wąskiego grona, a raczej gronka członków – upolitycznionego i upartyjnionego po uszy, nie oszukujmy się – TK , jak też przywódców i aktywistów tzw. KOD-u, wśród których przecież nie tak trudno znaleźć osoby, których przodkowie zaprowadzali – i to bardzo „konkretnie” – w Polsce demokrację (tyle że w wersji „ludowej”) już od 1944 r., nie wydają się bowiem do końca obiektywne i miarodajne, delikatnie mówiąc.

Jedno co pewne i najzupełniej oczywiste, to że p. Żakowski i jemu podobni wprost nie wyobrażają sobie istnienia i publicznego funkcjonowania – przede wszystkim własnego, ma się rozumieć – poza wspomnianą „zachodnią wspólnotą demokratyczną”. I dlatego, żeby w zarodku zażegnać postrzegane w kategoriach wielkiego kataklizmu dziejowego niebezpieczeństwo wyłączenia Polski z owej wspólnoty, podnoszą niezwłocznie zmasowane propagandowe alarmy, by m.in. uwiadomić o rysującym się niebezpieczeństwie różnych możnych i możniejszych tejże wspólnoty. Nie krepują się i nie mitygują się przy tym wcale, że używana w nich argumentacja demaskuje – przynajmniej w oczach każdego myślącego Polaka – na każdym kroku już nie tylko wasalną, ale wprost kolonialną zależność i podległość III RP względem tychże struktur, gdyż dla nich „wolna Polska”, to w każdym wypadku Polska (z nazwy tylko) nie próbująca nawet wychylać nosa spoza brukselskiej i waszyngtońskiej spódnicy. To najzupełniej jasne, że UE czy też Rada Europy będą w taki czy inny sposób próbować wtrącać się i ingerować w zaistniały konflikt czy też kryzys konstytucyjny (bo o otwartym łamaniu konstytucji póki co trudno chyba raczej mówić), rzecz to również całkiem zrozumiała i łatwa do przewidzenia, zwłaszcza w warunkach obowiązywania traktatu lizbońskiego. Już to robią – póki co jednak w dość ograniczonej skali i na niezbyt wysokim poziomie – i zresztą chyba tak już zostanie. Co mają do tego jednak NATO i zwłaszcza USA, naprawdę trudno pojąć. Nasze daleko posunięte uzależnienie od Waszyngtonu widać na każdym kroku, ale nie dotyczy ono raczej drobnych niuansów ustrojowych, bo tak właściwie należałoby rzecz zakwalifikować. Już teraz można się założyć, że akurat USA nie będą się do tej kwestii – przynajmniej otwarcie – wtrącać – bo fakt objęcia steru przez najbardziej konsekwentnie i żarliwie proatlantycką formację polityczną bardzo im odpowiada, nie mają zatem żadnego interesu w jej przeszkadzaniu. Tak czy owak rodzimy światek demoliberalny nie widzi – jak z tego widać jaskrawie – nic zdrożnego i nagannego w nawet brutalnej zagranicznej gwarancji („przywoływaniu do porządku”) obecnego ustroju, mimo że przeciętnemu Polakowi takie praktyki, obecne na kartach naszej historii, kojarzą się jak najgorzej. Co tam jednak przeciętny Polak, co on tam dla niego znaczy – przecież „elita” zawsze wie lepiej.

Jednakowoż p. Żakowski myli się (albo celowo je deformuje i przeinacza) w wielu kwestiach, tak na poziomie analizy sytuacji zastanej, jak i wysuwanych prognoz. Pomijając już fakt, że naprawdę trudno nazwać deklarowane pisowskie reformy – w gruncie rzeczy drugorzędnej wagi – rzeczywistą „polityczną zmianą” (bo nie naruszają one w niczym, ani na polu samej polityki, ani np. – rzecz to niezmiernie ważna – gospodarki i finansów kardynalnych zasad i pryncypiów funkcjonowania obecnego systemu), dziwi i nawet wprost bawi to propagandowe wsadzanie dzisiejszej, rządzonej przez PiS Polski do jednego koszyka z „niepokorną Słowacją” i „kłopotliwymi Węgrami”. Tak bowiem rządząca obecnie partia, jak i sam jej prezes współdziałają i solidaryzują się z Węgrami i z Orbanem głównie na papierze – w praktyce zaś jak dotąd omijają go raczej szerokim łukiem. Trzeba zresztą postawić kwestię zupełnie inaczej, a mianowicie: czy Węgry i Słowacja realnie straciły, a może raczej zyskały, na względnie stanowczej i niezależnej polityce względem Brukseli i państw ścisłego unijnego jądra? A co w końcu z tą Białorusią, której nieszczęsnym losem tak nas gromko straszono w okresie tuż przed referendum akcesyjnym („albo Unia, albo Białoruś)? I co się z tą Białorusią tak naprawdę stało przez dekadę naszego przebywania w UE? Rozpadła się, przestała istnieć, zbankrutowała, przymiera głodem? A może ma się nie gorzej, a pod wieloma względami nawet dużo lepiej, od nas?

W jednym trzeba w każdym bądź razie p. Żakowskiego pocieszyć i uspokoić – żadne dyscyplinarne wyłączenie z „zachodniej wspólnoty demokratycznej” (UE) absolutnie Polsce nie grozi. Powód tego jest prosty – byłoby to, owszem, rozwiązanie niesłychanie kosztowne, ale w każdym wypadku kosztowniejsze dla unijnych hegemonów niż dla nas.

Z kolei strona pisowska szermuje, ujmując kwestię w dużym skrócie, argumentacją, że TK w obecnym swym kształcie i składzie osobowym jest instytucją w sposób oczywisty nieobiektywną, niemiarodajną i ewidentnie stronniczą, bo obsadzoną praktycznie wyłącznie przez ludzi bardziej lub mniej związanych z jedną partią polityczną, która na dodatek znalazła się właśnie w ławach opozycji. W tej sytuacji można się więc z góry spodziewać i obawiać, że może ona próbować blokować wszystkie ważniejsze pisowskie reformy, związane z bardzo konkretnymi obietnicami wyborczymi (co jest, jak by nie patrzeć, uprzedzaniem faktów); nadto TK powinien przecież jakoś odzwierciedlać bieżące nastroje społeczne i aktualny układ sił na scenie politycznej – a więc trzeba coś z tym fantem zrobić, i to zaraz, bezzwłocznie, nawet gdyby się to miało wiązać z bezceremonialnym naginaniem, a przynajmniej bardzo uznaniowym podejściem do obowiązującego porządku prawnego (skoro oni to robili, to i nam wolno). Do tego dochodzą zwyczajowe stwierdzenia, że ów TK stoi na straży zastanych „układów” korzyści i przywilejów, a choćby tylko własnych lukratywnych synekur – i trzeba koniecznie z tym skończyć.

To wszystko można zrozumieć, ale jak ocenić wypowiedź samego Jarosława Kaczyńskiego, iż „naród nie może być ograniczany przez elementy konstytucji” (czy jakoś podobnie) w kontekście tego, że wespół z własnym śp. bratem sam bardzo wydatnie przyczynił się do tego, że tenże sam naród polski (bo o nim chyba tu mowa) został nieporównanie bardziej skrępowany i ograniczony więzami bezdusznej unijnej biurokracji, których zwieńczeniem jest właśnie traktat z Lizbony. Przecież to są słowa całkowicie bez pokrycia, o znamionach czystej demagogii! W dodatku obydwie strony konfliktu zachowują się tak, jakby nie wiedziały (a raczej po prostu udają ową niewiedzę), że w istocie osiemdziesiąt, czy nawet dziewięćdziesiąt procent prawodawstwa i tak jest narzucane Polsce z zewnątrz, z Brukseli, i że prawo unijne jest bezwzględnie nadrzędne (przynajmniej w wypadku Polski) nad krajowym, więc i rola tegoż TK jest – siłą rzeczy – mocno ograniczona i dekoracyjna i chyba nie warta aż takich politycznych zapasów.

O co zatem tu naprawdę chodzi? Można postrzegać spór o TK w kontekście typowych gier i rywalizacji czysto partyjnych. W tej dość zawężonej optyce PO zrobiła typowy skok na Trybunał zaraz po tym, gdy po majowej porażce Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich stało się w gruncie rzeczy jasne, że nie ma ona już dalej możliwości i widoków utrzymania się przy władzy. W ekspresowym zatem tempie przeforsowano odpowiednią nowelizację ustawy o TK, która nie tylko istotnie wzmocniła rangę i prerogatywy tego organu, ale pozwoliła również obsadzić go w komplecie ludźmi sobie powolnymi, a przynajmniej wygodnymi i niegroźnymi. W tej bezceremonialności i pazerności posunięto się nawet do tego, że obsadzono z góry (na mocy i w zgodzie z tą właśnie nowelizacją) nie tylko trzy mandaty sędziowskie, które wygasały jeszcze za kadencji poprzedniego Sejmu, ale także i dwa, które wygasły już za kadencji Sejmu obecnego (co zostało właśnie, pod naciskiem wypadków, zakwestionowane niedawno przez tenże sam TK). Niewykluczone, że zamyślono przekształcić TK w naprawdę poważną i silną władzę blokującą, coś na podobieństwo irańskiej Rady Strażniczej, i pod podszewką stania właśnie na straży demokracji, praw człowieka itp. paraliżować, gdzie i jak tylko się da, poczynania nowej ekipy rządzącej – i przy zastosowaniu tej nader prostej strategii szykować sobie grunt pod powrót do ław rządowych. PiS w tej sytuacji zastosowało taktykę podobnie bezkompromisową i bezceremonialną. Nie mając perspektyw „odbicia” TK przeciągu kilku najbliższych lat, podjęło zawiłą i skomplikowaną grę, która – jak to akurat słusznie wskazuje p. Żakowski, co racja, to racja – ma na celu właśnie jego „unieważnienie”, a raczej sparaliżowanie (jako że nawet ewentualna perspektywa zalegalizowania wszystkich jego niedawnych pięciu nominatów nie da mu większości). Obydwie strony okopały się przy tym mocno na obranych pozycjach i jakiekolwiek wyjście kompromisowe wydaje się dziś trudne do uskutecznienia.

Czy jednak jest faktycznie polityczna walka na śmierć i życie, czy te widowiskowe zmagania nie mają czasem drugiego dna? Czy przypadkiem nie chodzi tu w tle o utrzymanie, a raczej powrót do nieco nadwerężonej osi polaryzacji politycznej, jaka funkcjonowała od mniej więcej dziesięciu już lat. Wszak formacja demoliberalna głównej i w zasadzie jedynej racji dla swojego utrzymania się na powierzchni życia politycznego, a nie tylko gdzieś tam na jego marginesie, nie mówiąc już o powrocie do władzy, może właśnie upatrywać jedynie w przybraniu szatek obrońcy demokracji – jakiekolwiek inne argumenty i atuty wypadły już jej z rąk. W dodatku cała ta awantura o TK obiektywnie bardzo sprzyja przeprowadzeniu wewnętrznego przetasowania w jej łonie, tzn. wysunięciu na pierwszy plan (co też się i dzieje, choć z dość ograniczonym rezultatem) nominalnie świeżej Nowoczesnej, a schowaniu nieco w cieniu zużytej i mocno skompromitowanej PO. Z pewnością nie przeszkadza to również PiS-wi, który dalekroć bardziej woli, a raczej jest mu prostu wygodniej i nieporównanie bezpieczniej, mieć naprzeciw siebie stabilną i trwałą opozycję zdeklarowanych, otwartych kosmopolitów i liberałów, niż, w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej, narodowych czy też nacjonalistycznych radykałów, pomijając nawet już kwestię autentyczności i wiarygodności tychże. Wszak rolę obrońcy praw i godności narodu zarezerwował już właśnie dla siebie.

Co więcej, nie można tu nawet wykluczać pewnych inspiracji zewnętrznych. Właśnie ten wątek podniosła ostatnio w świetnym tekście pt. „Anarchia – prezent na Święta i Nowy Rok” p. prof. Anna Raźny; pozwolę sobie tu zacytować krótki, a bardzo wymowny jego fragment: (…)Jednak bardziej realny jest, niestety, pesymistyczny scenariusz. Występuje w nim zewnętrzna siła – zarządzająca kryzysem konstytucyjnym i rodzącą się z niego anarchią. Komuś zależy na tym, aby Polskę doszczętnie osłabić poprzez wyprowadzenie ludzi na ulicę i zniszczenie wszystkiego, co się tylko da…”. Lektura ze wszech miara godna polecenia:

http://konserwatyzm.pl/artykul/13392/anarchia-prezent-na-swieta-i-nowy-rok

Jan Matusiewicz