O co tak naprawdę chodziło w tej rozgrywce?

Wielka wrzawa rozpętana wokół wydarzeń związanych z niedawnym wyborem, a właściwie to utrzymaniem Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej nie tylko nie cichnie, ale zdaje się osiągać właśnie swoje apogeum. W medialnym dyskursie zderzają się ze sobą dwie przeciwstawne – przynajmniej w sferze czysto werbalnej – propagandowe narracje. Pierwsza z nich jest forsowana przez szeroko pojętą opozycję o zabarwieniu jednoznacznie demoliberalnym i otwarcie euroentuzjastycznym, czyli głównie PO, Nowoczesną i PSL, druga przez partię rządzącą i różnego rodzaju jej przybudówki. Ta pierwsza zgodnie maluje obraz wielkiej, porażającej swymi rozmiarami klęski, wprost katastrofy dyplomatycznej – co skądinąd, obiektywnie biorąc, odpowiada akurat  rzeczywistości – i w konsekwencji, co było od zawsze największym zmartwieniem i zarazem głównym orężem propagandowym najbardziej pryncypalnych polskojęzycznych „Europejczyków” – pogłębiającej się marginalizacji i izolacji III RP w strukturach unijnych, wliczając w to widmo znalezienia się w samym „ogonie Europy”, z którym to pojęciem utożsamia się uporczywie eurokołchoz. Śpiewkę tego rodzaju, odwołującą się do swoistego psychologicznego szantażu („Jak nie Unia, to Białoruś”), słyszymy w różnorakich wariantach i zabarwieniach już od kilkunastu lat z ust ludzi niejako programowo wyrzekających się niepodległości – i nie ma tu specjalnej potrzeby tego roztrząsać. Skupmy się zatem na drugiej narracji.

Otóż motywem przewodnim tejże są bardziej lub mniej karkołomne  próby dowodzenia i wykazania, że to, co w pierwszym oglądzie i z perspektywy chwili obecnej zakrawa istotnie na druzgocącą klęskę, w głębszym i bardziej długofalowym, można by rzec, perspektywicznym oglądzie mieści w sobie pierwiastek czy też zarodek wielkiego zwycięstwa. Owo zwycięstwo jest upatrywane i ukazywane tutaj zazwyczaj w kategoriach sukcesu tzw. godnościowego – patrzcie, jak to umieliśmy się „postawić” w pojedynkę całej „Europie”, w rezultacie czego nasza międzynarodowa pozycja nie tylko nie osłabła, ale nawet wydatnie wzrosła; a w różnych nieoficjalnych interpretacjach  wprost jako w zasadzie oczekiwany rezultat zręcznej i wyrafinowanej – jakkolwiek oczywiście trudnej do pojęcia dla przeciętnego zjadacza chleba – taktycznej zagrywki prezesa PiS i jego najbliższych współpracowników. W tym ujęciu sprawy potoczyły się rzekomo z grubsza mniej więcej tak, jak się właśnie potoczyć miały, gdyż zasadniczym celem Jarosława Kaczyńskiego miało być celowe pozostawienie swojego głównego oponenta w Brukseli i tym samym możliwie największym stopniu odseparowanie go od polityki krajowej. W imię osiągnięcia tego celu opłaciło się nawet wejść w rozdźwięk z całą resztą unijnej „braci”. I został on osiągnięty z nawiązką, gdyż Tusk nie tylko tkwi dalej na niewiele znaczącej, w gruncie rzeczy marionetkowej posadzie „prezydenta Europy”, ale został jeszcze dodatkowo dotkliwie skompromitowany jako ostentacyjny nominat „niemiecki”, co zamyka mu, a przynajmniej bardzo utrudnia powrót na krajowe podwórko polityczne.

Nie jest wcale prostą rzeczą jednoznaczne i niezbite wykazanie, że tego rodzaju scenariusze są co najmniej mocno naciągane, jeśli nie wymyślane zupełnie ex post, już to z pobudek sensacyjno-spiskowych, już to przede wszystkim w celu jakiego takiego przykrycia klęski i ratowania nadszarpniętego image formacji rządzącej. Niemniej, nietrudno wskazać cały szereg przesłanek i motywów, które wydają się im przeczyć.

Jest faktem, że atmosfera wokół postaci Donalda Tuska na miejscowym gruncie zaczęła – za sprawą określonych działań PiS-u – od pewnego czasu wyraźnie gęstnieć, co można by tłumaczyć właśnie ową chęcią trzymania go w dalszym ciągu na unijnym „wygnaniu”. Wszelako równie dobrze można by to tłumaczyć chęcią dyskredytowania jego osoby na forum polityki unijnej. Tak czy inaczej, rozstrzygnięcie tej kwestii leżało w ostatecznym rozrachunku nie tyle w gestii Jarosława Kaczyńskiego, ani nawet samego zainteresowanego – co nieformalnej „cesarzowej Europy” Angeli Merkel. Ta zaś, gdyby polegać na wynurzeniach pewnych znaczących i dobrze poinformowanych eksponentów obecnego obozu władzy, chociażby posła Jacka Żalka (Polska Razem, wiceprzewodniczący kluby PiS), przybyła nie tak dawno do Warszawy m.in. właśnie i w tym celu, by skłonić, ba, wręcz prosić przywództwo PiS, a zwłaszcza osobiście samego Kaczyńskiego o zaaprobowanie reelekcji (a właściwie tzw. odnowienia mandatu) Tuska. Jednakże, mimo nadzwyczaj ciepłej atmosfery i zdeklarowania ogólnej zbieżności stanowisk obydwu stron w przedmiocie wspólnej obrony wielkiego projektu „europejskiego” – co miało być w ogóle głównym, strategicznym celem tej wizyty, miała usłyszeć akurat w tym punkcie stanowcze „nie”.

Z lektury niektórych tytułów prasowych związanych bardziej lub mnie ściśle z opcją rządzącą można było wyczytać opinię, że sprzeciw ten „został przyjęty do wiadomości” przez panią kanclerz. Jeśli tego rodzaju konstatacja była oparta na ścisłych informacjach – a można  mniemać, że tak – to należy z tego wnioskować, że owo wyartykułowanie sprzeciwu względem reelekcji Tuska nie spotkało się z miejsca z jednoznaczną, negatywną reakcją czy dezaprobatą p. kanclerz. Brak zaś takiej natychmiastowej dezaprobaty mógł stać się zachętą do podjęcia próby wygryzienia Tuska z Brukseli przy  wykorzystaniu osoby p. Jacka Saryusz-Wolskiego. Być może założono, że Merkel zdecyduje się w imię wyższych, strategicznych celów poświęcić – po większych lub mniejszych bólach i wahaniach – swego dotychczasowego faworyta. Podstawowym, wyjściowym tego warunkiem było wszakże znalezienie mu godnego zamiennika. I takiego zamiennika – trzeba to pokreślić – nadzwyczaj sprawnie i skutecznie wynaleziono. Bo któż inny, niż właśnie p. Jacek Saryusz-Wolski można powiedzieć, główny prekursor idei integracji europejskiej na polskim gruncie, zajmujący się nią na gruncie naukowym już w latach 70-tych u. wieku, pierwszy pełnomocnik rządu III RP ds. integracji europejskiej (1991 r.), następnie sekretarz Komitetu Integracji Europejskiej za premierostwa J. Buzka, stały bywalec unijnych salonów, poseł do Parlamentu Europejskiego (z ramienia PO) nieprzerwanie od 2004 r., b. wiceprzewodniczący PE, a następnie przewodniczący komisji spraw zagranicznych PE z ramienia Europejskiej Partii Ludowej (EPL-ED), wreszcie w ostatnim czasie  wiceprzewodniczący samej EPL-ED, nie wyliczając tu już różnych piastowanych przezeń pomniejszych funkcji i stanowisk, nadawał się lepiej do tej roli? Któż inny był, pomijając brak zwyczajowych kwalifikacji proceduralnych, bardziej możliwy do zaakceptowania przez Angelę Merkel i całą brukselską śmietankę jako postać w rodzaju właśnie takiego ulepszonego Tuska, a zarazem kandydat bezstronny i kompromisowy dla wszystkich zainteresowanych? Żadnego innego, podobnego mu kandydata tak głęboko siedzącego w sprawach unijnych i o zbliżonych kwalifikacjach fachowych nie dało się po prostu wynaleźć, ani nawet wprost pomyśleć. Jest wysoce prawdopodobne, że ponawiane co i rusz deklaracje przywództwa PiS, iż utrzymanie się Angeli Merkel na fotelu kanclerza Niemiec stanowi najlepszą opcję dla Polski, miały m.in. za cel dodatkowo zmiękczyć jej opory w tym względzie.

P. kanclerz nie uległa jednak ostatecznie tej swego rodzaju presji, być może kierując się po trosze urażonym ego niepodzielnej władczyni Europy, a być może wychodząc z założenia, że pozbycie się całkowicie powolnego jej człowieka w tak trudnych i napiętych czasach może spowodować tylko dodatkowe, niepotrzebne turbulencje na unijnych salonach, i tym samym grozić dalszym osłabieniem i tak mocno już zagrożonej jej pozycji w zbliżającej się wewnątrzniemieckiej rozgrywce wyborczej. W efekcie po dłuższym milczeniu, które można było wziąć za milczącą aprobatę dla wspomnianej personalnej gry PiS, a przynajmniej za oznakę poważnego wahania, Berlin oświadczył właściwie w ostatniej chwili, za przysłowiowe „pięć dwunasta”, że stoi jednak na gruncie reelekcji Tuska – stawiając tym samym władze warszawskie w zasadzie przed faktem dokonanym. Ponieważ jednak decyzja już zapadła, kandydatura Saryusz-Wolskiego była już postawiona, trzeba było coś z tym fantem zrobić, gdyż odwrót oznaczałby w tym momencie całkowitą kompromitację i blamaż, także w sensie wizerunkowym. Próbowano więc do samego końca ratować sytuację poprzez rozpaczliwe próby pozyskania poparcia choćby krajów Grupy Wyszehradzkiej dla tej kandydatury. Czechy i Słowacja zdystansowały się jednak szybko od takiej opcji, deklarując się karnie za Tuskiem, wobec czego ostatnią deską ratunku pozostał Victor Orban. Ten zaś na kilka rozstrzygających dni nabrał zwyczajnie wody w usta, a już po przybyciu na miejsce, do Brukseli, opowiedział się również, choć jakby z pewnym ociąganiem, po jego stronie. W tej sytuacji premier Szydło znalazła się w całkowitym osamotnieniu.

Warto przytoczyć tu sedno uzasadnienia takiego, a nie innego wyboru  dokonanego ostatecznie przez węgierskiego premiera: „Należy  przyjąć do wiadomości, że polityka unijna opiera się na polityce partyjnej, a Europejska Partia Ludowa (której częścią składową jest Fidesz) wysunęła kandydata i my go poprzemy. Nie ma innego kandydata na tę chwilę. Był Jacek Saryusz-Wolski, ale nie jest (już) on w EPL”. Rzecz w tym, że w tym samym dniu, w którym J. Saryusz-Wolski zgodził się bez zgody władz macierzystej partii kandydować na szefa RE, został z miejsca usunięty z PO, tracąc w konsekwencji automatycznie także i członkostwo w EPL. Skutkiem  tego prostego zabiegu Orban stracił więc wszelkie formalne uzasadnienie do ewentualnego poparcia jego kandydatury, jakkolwiek nie ulega większej wątpliwości, że zacytowana wyżej jego deklaracja stanowi tylko swego rodzaju formalistyczną wymówkę, zaś polityczne motywy milczącej akceptacji kandydatury Tuska leżą w dużo głębszej warstwie. Trzeba wziąć w tym miejscu pod uwagę całkiem poprawne relacje Orbana z Tuskiem już jako przewodniczącym RE, a przede wszystkim – mimo wszelkich sporów i zatargów z Brukselą – pryncypialną prounijność węgierskiego przywódcy. Owa pryncypialność uzewnętrzniła się choćby w jego niedawnym oświadczeniu, że pomimo wszelkich trudności, Unia Europejska jest najlepszym miejscem na świecie”. I nie jest to żadna deklaracja na wyrost, wypowiedziana dla taniego poklasku, czy wzięta tak sobie „z chmurki”. Szereg obiektywnych przesłanek, w tym zwłaszcza obiektywnie dobra sytuacja gospodarcza Węgier, a także choćby sam wzgląd na ułatwioną komunikację i łączność z bardzo liczną węgierską diasporą zamieszkałą w sąsiednich krajach unijnych, głównie na Słowacji i w Rumunii, odstręczają ten kraj od jakiegokolwiek twardszego i głębszego eurosceptyzmu. Owszem, obecne węgierskie elity rządzące bronią twardo i konsekwentnie swej autonomii i względnej swobody ruchów w zakresie spraw sytuujących się w zakresie szeroko pojętej polityki wewnętrznej, jednakże w całej rozgrywce ogólnounijnej starają się wyraźnie płynąć w głównym nurcie, trzymając się możliwie blisko krajów ścisłego rdzenia UE, na czele z Niemcami, od których są najzwyczajniej w świecie uzależnione gospodarczo. To samo dotyczy przynależącej do strefy euro Słowacji i w zasadzie także Czech. Wszystkie te trzy kraje, dokonując wyboru, kierowały się zwyczajnie prostym, chłodnym bilansem możliwych strat i zysków – a ten rysował się nadzwyczaj klarownie, tym bardziej, że z ich punktu widzenia działanie polegające na wysunięciu jednego członka PO w kontrze do drugiego członka PO przez PiS musiało nosić znamiona typowo „wewnątrzpolskich” animozji i przepychanek, od których najlepiej całkiem się zdystansować. Wszelkie – idące ze strony niektórych polityków PiS – próby tłumaczenia, a poniekąd nawet swoistego usprawiedliwiania ich postawy potężnym naciskiem i presją ze strony unijnego hegemona, potwierdzają tylko smutny stan faktyczny, zaś cała zaistniała sytuacja najlepiej obrazuje całą rachityczność, a nawet wręcz fantomowość całej, tak usilnie ostatnio forsowanej, koncepcji tzw. Międzymorza.

Zamykając niejako ten temat, warto jeszcze zauważyć, że także i deklarowane tu i ówdzie stonowane żale i poczucie zawodu postawą V. Orbana zdają się świadczyć, że próbowano forsować kandydaturę Saryusz-Wolskiego całkiem na poważnie i że nie była to żadna gra pozorów, ani też tylko medialne przedstawienie dla gawiedzi. Trudno zresztą zakładać, żeby tak poważna i obyta w światku unijnej polityki osoba dała się bezwolnie i zupełnie naiwnie użyć do tego rodzaju gry, wystawiając na szwank tylko dla tego rodzaju teatralnych gestów swoją dotychczasową polityczną pozycję i reputację. Spróbujmy sobie zresztą wyobrazić, co by się stało, gdyby działania PiS jednak się powiodły i udało się wymienić Tuska na człowieka, który praktycznie jeszcze do wczoraj był jego partyjnym kolegą. Oznaczałoby to jego wielkie upokorzenie na oczach całej Europy – i to upokorzenie dokonane ręką samego Jarosława Kaczyńskiego. Tenże Tusk musiałby w rezultacie wracać do Polski jako polityk w istocie skończony i już bez osłony jakichkolwiek immunitetów stawać przed obliczem różnych komisji i innych ciał rozliczeniowych, względnie wylądowałby gdzieś na poślednich szczeblach unijnej machiny biurokratycznej; sama zaś PO zostałaby rozbita i poróżniona wewnętrznie nieporównanie skuteczniej, niż to ma miejsce obecnie. Zaprawdę, jeśli o to właśnie chodziło, to gra była warta świeczki.

Sprawy wzięły jednak ostatecznie całkiem inny obrót i ta sama Platforma zaczyna nabierać z powrotem wiatru w żagle, zaś sam Tusk zdąży spokojnie wrócić do kraju na wybory parlamentarne 2019 r., a zwłaszcza na wybory prezydenckie 2020 r. Wszystkim tym, którzy powtarzają teraz w kółko, że tak czy owak nie będzie miał po co, gdyż skompromitował się i obnażył ostatecznie jako kandydat „niemiecki”, warto przypomnieć, że PiS ma bardzo duży tzw. elektorat negatywny, który nie tylko będzie roztrząsał jego kwalifikacji moralnych, nie tylko nie będzie ciągał go po patriotycznych konfesjonałach, ale w swym głównym zrębie będzie wręcz miał mu ową proniemieckość, czy też wprost niemieckość za zaletę, jako że dogmatyczny wprost kosmopolityzm, ślepe zapatrzenie się w „Europę” i służalczość względem obcym, a zwłaszcza wobec szeroko pojętego Zachodu, jest dla niego już od dawna chlebem powszednim i utartym wzorcem postępowania, a w najlepszym wypadku bardzo pospolitym  grzechem powszednim. Oczywiście przyszłość polityczna Donalda Tuska w dalszej perfektywnie czasowej będzie w bardzo dużym stopniu pochodną przyszłości i kondycji samej UE – ta zaś jest na tyle niepewna, że trudno tu prognozować cokolwiek z całkowitą pewnością.

Odnosząc się natomiast do realiów czasu obecnego, można dojść szybko do nieodpartego wniosku, że rozpatrywane działania PiS stworzyły – nie wnikając już w to i nie przesądzając, czy był to świadomy zamiar, czy też jest to tylko pewien ich efekt mimowolny, uboczny – nadzwyczaj sprzyjające warunki do szybkiej odbudowy i ponownego ustabilizowania się typowo dwubiegunowego kształtu sceny politycznej przez danie pożywki PO, która jest bezsprzecznie głównym ich beneficjentem. Oczywiście partia ta w ciągu sześciu lat swoich rządów praktycznie udowodniła, że nie ma w gruncie rzeczy nic do zaoferowania Polakom prócz sukcesywnego pogłębiania poziomu „europejskości” i karnego dociągania do kolejnych unijnych standardów. Także i dzisiaj nie ma żadnego pomysłu ani planu dla Polski, bo zwyczajnie nie jest nawet zdolna i w ogóle skłonna myśleć polskimi kategoriami. Dostała jednak właśnie do ręki dogodny oręż propagandowy w postaci wizerunku swego niedawnego lidera, za którym stanęła oto właśnie murem cała „Europa”, przydając mu tym samym i pośrednio także jej samej międzynarodowego splendoru i uznania, a to jest nadzwyczaj silny bodziec działający zwłaszcza, gdy mowa o Polakach, na ludzi trapionych typowym kompleksem niższości względem Zachodu, a tych jest nadal wielka rzesza.

Co nie mniej, a może jeszcze wręcz bardziej istotne, całe to zamieszanie z Tuskiem i Saryusz-Wolskim posłużyło – co już widać gołym okiem – do odgórnego ukierunkowania całego oficjalnego dyskursu względem Unii Europejskiej i dalszego członkostwa Polski w tej globalistycznej strukturze. W przeciwieństwie do wielu innych krajów unijnych, zwłaszcza zachodnioeuropejskich, gdzie dyskurs ten jest kształtowany z jednej strony przez euroentuzjastów, chcących dalszego pogłębiania stopnia integracji, a z drugiej przez tzw. eurosceptyków, dążących do wyjścia z UE bądź też stopniowej likwidacji jej agend i struktur, u nas zarysowują się właśnie dwa główne nurty pozycjonujące się w zupełnie inny sposób: nurt wspomnianych euroentuzjastów w jego miejscowej odnodze oraz nurt wyznawców postawy, którą określa się częstokroć mianem tzw. eurorealizmu. Nurt typowo eurosceptyczny przewija się zaś jak dotąd tylko gdzieś na samych obrzeżach i zupełnych poboczach tegoż dyskursu, spychany konsekwentnie w to miejsce przez cały, szeroko pojęty establishment polityczno-medialny. W pierwszym nurcie mieszczą się wszyscy ci, którzy aprobują członkostwo Polski w UE w istocie całkowicie bezwarunkowo, bez jakichkolwiek – nawet wysuwanych tylko formalnie – zastrzeżeń, zaś ewentualny jej rozpad lub też opuszczenie jej struktur postrzegają w kategoriach prawdziwego końca świata. Występują oni zazwyczaj, przynajmniej deklaratywnie, przeciwko koncepcji Europy „dwóch prędkości”, jednak w przypadku gdyby ta stała się sformalizowanym faktem, nie będzie dla nich najmniejszym problemem i zaakceptowanie statusu członka grupy „drugiej prędkości”, gdyż ich priorytetem będzie wtedy nie spaść do ostatniej, całkowicie marginalnej grupy „trzeciej prędkości”.

Drugi nurt kształtuje zaś i uosabia PiS wraz szeroko pojętym tzw. obozem niepodległościowym. Obóz ten, przyparty ostatnio do muru stricte propagandowymi, a przy tym skrajnie nierzetelnymi sugestiami mediów otwarcie sympatyzujących ze wspomnianym  nurtem euroentuzjastycznym, uznał za stosowne uroczyście i solennie odżegnać się od wszelkich ciągotek i pokus eurosceptycznych, w szczególności zmierzających do wyprowadzenia Polski z UE (Polexitu) albo też demontażu jej struktur do spółki z głównymi eurosceptykami zachodnioeuropejskimi. Stanowisko tego obozu sprowadza się do mocno zaakcentowanego sprzeciwu wobec jakichkolwiek prób budowy Europy „dwóch prędkości”, które utożsamia się z rozbijaniem jedności Unii Europejskiej, łączącego się z postulatem jej reformy. Zakres tej postulowanej reformy nie jest póki co dokładnie skonkretyzowany, zaś cała kwestia mieści się – jak wiele na to wskazuje – głównie w wymiarze propagandowym. Wiadomo jak dotąd tylko tyle, że chodzi o zachowanie UE całej, jednolitej, nie rozbitej i formalnie nie posegrowanej na mniejsze grupy czy klasy, z „daleko idącymi zmianami, które umocnią pozycję państw narodowych i jednocześnie wyklarują prawo unijne, które jest chwilę obecną bardzo niejasne” – jak to zdeklarował ostatnio sam Jarosław Kaczyński. Reforma ta nie tylko nie ma iść w kierunku osłabienia czy też wymiernego rozluźnienia struktur unijnych, ale – przeciwnie – przynieść w efekcie wzmocnienie i dalszą konsolidację UE, która powinna zmierzać w kierunku budowy supermocarstwa w „całym tego słowa znaczeniu”. Jak pogodzić budowę  takiego supermocarstwa, wyposażonego we własną armię, a nawet broń jądrową, z „umocnieniem państw narodowych”, pozostaje już głęboką tajemnicą p. prezesa, jakkolwiek trzeba przyznać, że stanowisko to jest całkiem logiczną konsekwencją dotychczasowej postawy i praktyki politycznej PiS w tym zakresie.

Tak czy inaczej, wyziera z tego celowy zabieg socjotechniczno-propagandowy, mający utemperować i okiełznać wzbierająca znów powoli patriotyczną energię. Energia ta, zamiast  w kierunku uwolnienia Polski z unijnych okowów, ma – paradoksalnie – posłużyć do ich dalszego podtrzymania pod wzniosłymi hasłami obrony jedności i stabilności UE, co ma jakoby leżeć w najżywotniejszym polskim interesie, stanowiąc najlepszą gwarancję utrzymania i obronienia przez Polskę „godnego” i „równorzędnego” miejsca w jej ramach. Całą groteskowość zaistniałej sytuacji i stopień  powierzchowności tego krzykliwego sporu najlepiej obrazuje zaś sam fakt, że nie kto inny, jak właśnie tenże p. Jacek Saryusz-Wolski był w swoim czasie bodaj głównym orędownikiem i promotorem wyboru D. Tuska na stanowisko przewodniczącego RE.

Doskonałą ilustracją wspomnianej powierzchowności są również słowa p. premier Beaty Szydło, wypowiedziane w trakcie jej niedawnego spotkania z mieszkańcami Pułtuska: „(…)Unia Europejska musi być zjednoczona i Polska zrobi wszystko, żeby tak się stało. Wywalczyliśmy sobie miejsce w Unii Europejskiej ciężką pracą i nie pozwolimy się z niej wypchnąć, nie pozwolimy, by polski interes nie został podporządkowany innym…”. Pozostaje to w doskonałej harmonii z tezami, jakie znalazły się w niedawnym liście p. premier do przywódców poszczególnych krajów unijnych opatrzonym nadzwyczaj wymownym tytułem „Lepsza Unia Europejska jest możliwa”, a służącym próbie ich przekonania do kandydatury Saryusz-Wolskiego, chociażby następującą: „(…)Mój kraj i reprezentowany przeze mnie rząd jest przekonany o doniosłej wartości integracji europejskiej dla naszego kontynentu. To wciąż może być najważniejszy instrument budujący dobrobyt oraz bezpieczeństwo naszych państw i obywateli…”.

Na tym nie koniec, w pewnych przypadkach próbuje się nawet – wprost lub przynajmniej aluzyjnie – przekonywać Polaków, że realizacja tak pojętych wyzwań stanowi dla nich nie tylko najgłębszy interes narodowy i państwowy, ale i swego rodzaju powinność natury moralno-religijnej, swego rodzaju zobowiązanie względem dorobku, zasług i duchowej spuścizny wielkich chrześcijańskich prekursorów, „ojców -założycieli”, lub też „twórców-architektów” integracji europejskiej, z najbardziej znanym R. Schumanem (a także K. Adenauerem i A. de Gasperi) na czele. Wzywając w teorii do rechrystianizacji Europy, utożsamianej znowuż w pierwszym rzędzie z UE, do powrotu do jej rzekomo chrześcijańskich korzeni, poszukuje się tak naprawdę za wszelką cenę swoistej religijno-duchowej legitymacji wskazującej na pierwotną aksjologiczną prawowitość zalążków tego tworu i tym samym pośrednio uzasadniającej celowość i potrzebę dalszego jego istnienia.

Niestety, mamy tu do czynienia tylko ze skrupulatnie pielęgnowaną wielce pociągającą legendą, mająca niewiele wspólnego z rzeczywistymi faktami. Wykazał to już dobitnie śp. prof. Jerzy Chodorowski, chociażby w opublikowanym w nr 7-8 Nowego Przeglądu Wszechpolskiego z 2000 r. tekście pt. „Kto kogo prowadzi?”. Pozwolę sobie przywołać tu dwa krótkie, ale jakże wymowne cytaty z tegoż tekstu: (…)ideologami i <<twórcami-architektami>> zjednoczenia Europy, o którym tu mowa, były dwie osoby: Ryszard Coudenhove-Kalergi (1894-1972) oraz Jan Monnet (1888-1979). Obaj byli masonami. Trudno więc mówić o chrześcijańskich początkach jedności europejskiej. (…)Obaj też pozostawili ślady posługiwania się chrześcijańską demokracją do realizacji ich idei paneuropejskich…”; (…)Wspomniani zatem trzej politycy chadeccy nie byli architektami podstaw jedności europejskiej, jedynie wykonawcami planów powstałych w kręgach bardzo odległych od chrześcijaństwa: masońskich i socjalistycznych…”. Całość tego wielce interesującego artykułu można znaleźć pod linkiem:

http://www.npwmag.pl/archiwum/ARCHIWUM_NPW/2000_07_08/HIW_Chodorowski_Kto_kogo_prowadzi.html     

Andrzej Turek