Nowa, „odkrywcza” doktryna ekonomiczna K. Rybińskiego

Niedawno powstały wysokonakładowy organ stronnictwa „smoleńskiego” „W sieci” nie tylko gorliwie wypełnia – można tak powiedzieć – swoje główne cele statutowe, ale szerzy też przy okazji nową, „twórczą” myśl ekonomiczną. Przejawem tego jest przedrukowany przezeń internetowy tekst autorstwa znanego ekonomisty p. Krzysztofa Rybińskiego (rybinski.salon24.pl) pod szokującym tytułem: „Im mniej Polska dostanie pieniędzy z budżetu Unii Europejskiej, tym dla nas lepiej. Pora wreszcie wziąć się do pracy”.

Na samym wstępie autor zaznacza, że medialna debata na temat nowej perspektywy finansowej (unijnej) przybiera, jego zdaniem, „coraz bardziej patologiczne formy” – wszyscy dowodzą, że im więcej pieniędzy wydusimy z UE, tym dla Polski lepiej. On sam jest akurat zdania dokładnie odwrotnego i nie boi się uzasadniać oraz bronić swojego poglądu publicznie, w sposób całkowicie otwarty i jednoznaczny. Oto uzasadnienie jego poglądu, wyłożone w przytoczonych niżej cytatach:

„ ( … ) 1. Politycy chcą dostać jak najwięcej środków z Unii, bo potem te środki kontrolują, rozdzielają. Wokół nich tworzy się nowa klasa klientów, konsumentów środków unijnych, powstają tysiące dobrze płatnych stanowisk, których celem jest rozdzielanie i konsumowanie tych środków. To potężna grupa interesów, która dominuje dyskurs publiczny, ponieważ media również otrzymują te środki. Powstają tysiące firm, których celem jest „przerobienie” środków unijnych, te firmy znikną, jak środki unijne. To także potężna grupa interesów.

2. Można wskazać wiele pozytywnych przykładów wydatkowania środków unijnych, w końcu powstały odcinki autostrad i dróg ekspresowych, nowe mosty, oczyszczalnie ścieków. Niedługo powstanie nowoczesna infrastruktura światłowodowa, czyli powstanie infrastruktura, która nigdy by nie powstała bez pieniędzy unijnych, ponieważ przez dwie dekady byliśmy źle rządzonym krajem, który nie był w stanie wygospodarować własnych środków na konieczne inwestycje, po prostu wszystko przeżarliśmy…” („W sieci”, nr 1, 26.11.2012-09.12.2012, s. 44).

Dalej p. Rybiński wymienia na uzasadnienie swojej tezy takie fakty, jak m.in. zmarnotrawienie znacznej części funduszy unijnych na rozdymane do granic absurdu szkolnictwo wyższe o coraz to niższym poziomie nauczania i kolosalny (o całe 100 tys. etatów) rozrost administracji publicznej (nie państwowej, bo przecież polskie państwo tak naprawdę już nie istnieje – użyte sformułowanie potwierdza tylko ten fakt), zajmującej się właśnie niczym innym, jak pozyskiwaniem i dystrybucją tych środków itd. Popiera także swoje twierdzenia fiaskiem polityki pomocowej na całym świecie: chociażby w południowych Włoszech, b. NRD, a nawet w Afryce Subsaharyjskiej (co ma piernik do wiatraka!).

Następnie, w punkcie 5 swoich wyliczeń, przechodzi do tzw. trudnych pytań: „ ( … ) Ile firm nie powstało, bo młodzi ludzie poszli pracować przy rozdziale środków unijnych? Ile innowacji nie powstało, bo ci najbardziej przedsiębiorczy woleli się specjalizować w pozyskiwaniu środków unijnych, bo to były łatwe i duże pieniądze? Co zrobić ze 100-tysieczną armią urzędników, która będzie niepotrzebna, jak skończą się środki unijne, a która kosztuje podatników prawie 10 mld złotych rocznie? Po co zbudowano tyle nowych budynków na uczelniach wyższych, skoro liczba studentów w ciągu dekady spadnie o 30-40%? Kto będzie utrzymywał deficytowe stadiony i dziesiątki przynoszących straty aqua-parków, czy inne inwestycje, które nigdy by nie powstały, gdyby były finansowane pieniędzmi „zarobionymi”, a nie darowanymi? Takich pytań są dziesiątki…” (Tamże).

Potem z kolei czytamy karkołomne tłumaczenia, jak to się źle dzieje, gdy wielkie pieniądze nagle dostają się w ręce społeczeństw i ludzi, którzy do takiego przypływu bogactwa nie dorośli (a my, Polacy zaliczamy się, oczywiście domyślnie, jak najbardziej do tej grupy); jakie to wielkie nieszczęście i zagrożenie, gdy osoba o najniższych dochodach wygra w toku nie milion, ale od razu 50 milionów złotych. Taka osoba nie jest po prostu (w przeciwieństwie do p. Rybińskiego i tym podobnych menagerów!) przyzwyczajona do obcowania z taką górą pieniędzy i dlatego nie będzie umiała umiejętnie ich zużytkować, zainwestować. W konsekwencji, za poradą tzw. życzliwych przyjaciół, zwyczajnie roztrwoni je na różne głupotki. Nota bene nasuwa się tu mimowolnie casus słynnego agenta Tomka, który przyzwyczajał się do roli nowobogackiego nuworysza, nachylając się, z gołym torsem i pełnym uciechy błyskiem w oczach, na walizką pełną plików z banknotami (co skrzętnie uwieczniły różne brukowce). Ale ten przypadek nie jest przecie reprezentatywny, bo wymieniony to również etatowy, zadeklarowany członek stronnictwa „smoleńskiego”, a nie zwykły, statystyczny Polak.

Wreszcie przychodzi kolej na miażdżącą konkluzję: „ ( … ) Żyjemy w PR-wskiej ułudzie, że w minionych kilku latach osiągnęliśmy bardzo wiele dzięki środkom unijnym, tak jak żyli w tej ułudzie Hiszpanie. W gospodarkę wpompowano miliardy euro, to wygenerowało potężny impuls popytowy, wsparty gierkowskim tempem zadłużania kraju. Ale to się skończyło. Politycy podejmują zgodną próbę przedłużenia tej sytuacji o kolejne kilka lat. A ja bym wołał, żeby zamiast iść do Brukseli na kolanach, jak żebrak z wyciągniętą ręką, żebyśmy rozpoczęli narodową debatę, jak możemy się rozwijać dzięki własnej przedsiębiorczości, a nie jałmużnie innych. Żebrak pozostanie żebrakiem, nawet jak kupi sobie nowe ubranie. Może się zmienić tylko wtedy, jak zarzuci żebranie i weźmie się do prawdziwej pracy. Dlatego dla Polski będzie lepiej, jak dostaniemy z Unii jak najmniej pieniędzy” (Tamże, s.45).

Trzeba powiedzieć od razu wprost – trudno o bardziej perfidne i bezczelne pomieszanie najoczywistszej prawdy z najbardziej podłym fałszem, elementów naprawdę zdroworozsądkowego myślenia z prawie nieskrywanymi wyrazami jawnej, a całkiem niezasłużonej pogardy i lekceważenia pod polskim adresem. Zanim to uzasadnię, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do wcześniejszych cytatów.

Trzeba przyznać, że p. Rybiński zrobił swoim artykułem sporo dobrej roboty, tzn. wpuścił trochę świeżego powietrza do zatęchłej, nafaszerowanej odurzającymi perfumami złotej klatki pod umowną nazwą „dobrodziejstwa unijne”. Napisał otwartym tekstem o rzeczach i patologiach, których można się było, co prawda, łatwo domyśleć, ale które okrywano dotąd solidarnie szczelną zasłoną medialnego milczenia. Weźmy choćby ową gigantyczną „polsko-unijną” biurokrację z jej opasłym, stutysięcznym cielskiem. Było jasne i oczywiste, że nawet szeregowiec w tej uprzywilejowanej kaście wybrańców zarabia powyżej średniej krajowej (liczonej realnie, tylko wśród ludu pracującego miast i wsi), zaś jej góra dostaje wręcz kokosy. Teraz jednak znamy już, dzięki nadzwyczajnej szczerości p. Rybińskiego, konkretną sumę, która naprawdę robi wrażenie. Swoją drogą, jest to chyba nieco paranoiczne opłacać tą wielką armię euro-urzędników wprost z krajowego budżetu. Byłoby chyba logicznej utrzymywać ich wprost z owych unijnych funduszy, którymi się bezpośrednio parają, adekwatnie do rezultatów ich wysiłków!

Treść wspomnianego artykułu potwierdza też, że znaczna, jeśli wprost nie główna, część unijnych pieniędzy poszła na inwestycje, które są może obiektami użyteczności publicznej, ale akurat nie tym, czego znękane polskie społeczeństwo potrzebuje dziś najbardziej. To są właśnie owe aqua-parki, stadiony i inne inwestycje z „wyższej półki”. Niepotrzebnie tylko tak znany ekonomista „rznie głupa”, stawiając wspomniane „trudne pytania”. Że sprawy wezmą taki właśnie obrót, to mógł przewidzieć zwykły chłopek-roztropek, a nie profesor ekonomii. Jak może być inaczej, skoro to jakiś brukselski gryzipiórek ma ostatecznie decydować co jest bardziej potrzebne w jakiejś mieścinie na polskim Mazowszu, Podkarpaciu czy Podlasiu – czy gruntowne wyremontowanie chwiejącego się mostu, czy też budowa nowej muszli koncertowej względnie altanki, pod dachem której można wygodnie posłuchać sobie ptasich koncertów? Przecież można odrzucić praktycznie każdy, nawet najbardziej uzasadniony wniosek aplikacyjny pod pretekstem postawienie kropki i przecinka w niewłaściwym miejscu, a zwłaszcza pomylenia się w przedstawianym kosztorysie o parę złotych? To umożliwia brukselskiej centrali niezwykle arbitralny i dowolny rozdział unijnych środków możliwych teoretycznie do wykorzystania. Nie dziwota, że większość z tej puli zostaje nierzadko, po upływie przewidzianego terminu, w unijnej kasie, stając się żerowiskiem centralnej administracji unijnej.

P. Rybiński stawia „odkrywcze” pytania, dlaczego za unijne pieniądze budowano akurat aqua-parki itp.? A co miano niby budować? Może małe, funkcjonalne zakłady przemysłowe, albo inne obiekty dające możliwość produkowania jakichś realnych dóbr? To po to w ramach tzw. dostosowania do UE drastycznie ograniczano polski potencjał przemysłowy i skasowano praktycznie rolnictwo, by teraz Bruksela miała z własnej woli wspierać polską przedsiębiorczość? Przecież krajom zachodnim chodziło tylko o pozbycie się ewentualnego groźnego konkurenta i totalne zawłaszczenie polskiego rynku bez jakichkolwiek ograniczeń. Sugerowanie, że ktokolwiek w Warszawie czy tym bardziej w jakiejś prowincjonalnej dziurze był mocen zużytkować środki unijne tak, by budowały rzeczywiste bogactwo i dostatek Polski, jest bajką dla małych dzieci? Jak owieczka decyduje się na filtr z wilkiem, to z góry powinna mieć świadomość, jakie będą warunki tej gry. Taką świadomość powinien też mieć także i p. Rybiński, i to nie teraz, ale jeszcze przed akcesją do UE. Już wtedy powinien stawiać swoje „trudne pytania”. Swoją drogą, jestem bardzo ciekaw, czy publicznie optował za wchodzeniem do UE, czy też – w co trudno mi uwierzyć – deklarował swój sprzeciw. Jeśli był „za”, to roni teraz tylko najzwyklejsze, przesycone hipokryzją, krokodyle łzy.

Także i pisanie o jakichś unijnych darowiznach dla Polski jest najzwyklejszym kłamstwem. UE nie jest w żadnym razie naszym dobrodziejem. W porównaniu do owych „darowanych” nam pieniędzy wielokrotnie więcej z nas zdarła i zdziera cały czas, najpierw poprzez uprzednie otwarcie na oścież polskiego rynku dla unijnych (zwłaszcza niemieckich) produktów, następnie na drodze administracyjnej likwidacji i skurczenia do minimum konkurencyjnych branż naszej gospodarki, i wreszcie przez bezlitośnie pobierane różne unijne składki-haracze.

W tym kontekście nie jesteśmy żadnymi żebrakami, żyjącymi na cudzy koszt, przynajmniej w sensie fizycznym, jakkolwiek, można się zgodzić ze stwierdzeniem, że nabieramy niestety powoli coraz to bardziej właśnie takiej żebraczej mentalności, tracimy wiarę we własne siły, możliwości i uzdolnienia; potrafimy bardzo dobrze pracować na cudzym, a nie potrafimy odnaleźć się na swoim. I to jest rezczywiście bardzo niepokojące. Szkopuł jednak w tym, że nie jest to wcale dobrowolny polski wybór, ale że ta niezmiernie szkodliwa opcja organizacji całego życia gospodarczego narzucana nam jest brutalnie z góry, przez unijnych włodarzy z Brukseli i ich miejscowych lokajów. Dlatego to powyższe zalecenia p. Rybińskiego są nie tylko bałamutne, a mówiąc wprost prostackie, ale też obraźliwe dla każdego świadomego Polaka.

Będzie tym lepiej, im dostaniemy mniej unijnych pieniędzy! Zgoda – ale najpierw doprowadźmy do odpowiedniego zmniejszenia ciążących na Polsce unijnych ciężarów, składek-haraczy, likwidacji krępujących naszą gospodarkę sztucznych administracyjnych zakazów i barier. Ale nawet taka opcja zerowa to nie wszystko. Niech UE, zanim przestanie wspomagania nas swoimi „darowiznami”, najpierw wyrówna nam gigantyczne straty wynikające z wieloletniego wysysania Polski, doprowadzonej do stanu dojnej krowy z zasychającym wymieniem.

„Pora wziąć się wreszcie do pracy” – p. Rybiński ma czelność zarzucić nam w tym miejscu najzwyklejsze lenistwo. To już jest skrajna bezczelność. Powszechnie wiadomo, że przeciętny Polak pracuje dziś dużo ciężej i z reguły dłużej niż przeciętny Niemiec, Francuz, Włoch, czy Grek, i to za nieporównanie mniejsze wynagrodzenie. Jeśli oczywiście ma tą pracę! Także i w krajach zachodnich nasi rodacy są z reguły cenionymi pracownikami, przynajmniej w porównaniu z ościennymi narodami. A więc, kto tak naprawdę ma brać się do tej pracy. Czy ten statystyczny Kowalski, który tyra od świtu do nocy na kilku etatach, byle tylko jakoś utrzymać rodzinę? Czy ten Nowak, który do tej pracy wprost się pali, ale nie może nijak nigdzie jej zdobyć? Dobrze, niech nasz przemądrzały ekonomista doprowadzi najpierw do likwidacji owych sztywnych limitów unijnych, zakazujących produkcji „nadmiernej” ilości mleka, fedrowania węgla itd. a dopiero potem głosi swoje dobre rady – zobaczy, że ludzie ruszą do roboty aż miło. W pierwszej kolejności niech jednak zakosztuje tej solidnej pracy, i to najlepiej fizycznej, sam! Póki co, wniosek z tych jego gromkich pouczeń można wysnuć tylko jeden. Unijne dopłaty ani chybi będą się umniejszać, i to w krótkim czasie. Mogą niedługo całkiem wyschnąć – tak wynika z zacytowanych wynurzeń. I trzeba jakoś na tą ponurą okoliczność psychicznie przygotować nieociosany, tępy ekonomicznie lud nadwiślański. Jedyny sposób, to wmówić mu, że cały system się nie sprawdził (bez wskazywania z czyjej winy), zaś unijne „darowizny” przyniosły w ogólnym rozrachunku negatywne skutki i mogą nam na przyszłość jeszcze bardziej zaszkodzić. Po prostu mogą spowodować sparzenie polskich rąk i zwiotczenie polskich mięśni! Dlatego musimy się bez nich obejść, dalej oczywiście karnie tkwiąc w krainie unijnej „szczęśliwości”. To właśnie próbuje czynić p. Rybiński. Ale nie wróżę mu powodzenia…

Jan Ziajka