Mitelleuropa w „patriotycznym” opakowaniu

Niedawna (7 lutego 2017 r.) wizyta kanclerz Angeli Merkel w Warszawie stała się przyczyną kolejnego intensywnego prania polskich mózgów, zwłaszcza tych lokujących swe sympatie, nadzieje i upodobania po tzw. prawej części sceny politycznej. Oczywiście w wymiarze polityki czysto praktycznej wizyta ta nie oznaczała bynajmniej żadnego autentycznego przełomu w relacjach na linii Warszawa-Berlin, nie stanowiła też wcale jakiegoś wielkiego wydarzenia politycznego, któremu – jak to starano się wmawiać z różnych stron Polakom – miała rzekomo przyglądać się z zapartym tchem prawie że cała Europa. Przyjazd p. Merkel do Warszawy oraz zgotowana jej nader okazała i huczna gościna przyniosły natomiast ze sobą istotny przełom propagandowy, obnażając jaskrawo to, co było skądinąd już uprzednio oczywiste dla osób nieco głębiej i poważniej interesujących się tematem, a mianowicie, że obecna partia rządząca, podobnie jak i cała reszta polskojęzycznego establishmentu, trzyma się w praktyce nadzwyczaj ściśle granic tzw. głównego europejskiego, tzn. unijnego nurtu, zaś deklarowany przez nią jeszcze od czasu do czasu „eurosceptycyzm” spełnia w rzeczywistości rolę li tylko typowej zasłony dymnej.

Podobnie – przynajmniej dla ludzi trzeźwo myślących – przedstawiała się także i sprawa stosunku PiS względem głównego unijnego hegemona. Dla wszystkich budujących i opierających swe polityczne oceny i pojęcia na krytycznej obserwacji i ocenie określonych faktów, a nie na bezrefleksyjnym wchłanianiu podawanych na tacy rozmaitych propagandowych sloganów, było już od dłuższego czasu najzupełniej oczywiste, że deklarowana przy różnych okazjach rezerwa, niechęć czy w końcu nawet wręcz otwarty sprzeciw PiS-u względem dzisiejszych Niemiec i ich polityki, nie mają aż tak poważnego ciężaru gatunkowego, jak to się zwykło przeważnie uważać, i że wszelkie animozje i tarcia pomiędzy obecnymi rządami w obydwu stolicach noszą raczej charakter sporu w obrębie jednej demoliberalnej rodziny, a nie politycznego konfliktu w wymiarze – można by rzec – pełnoskalowym. Formacja polityczna, która poparła w swoim czasie – potulnie i posłusznie, ba, wprost nawet ochotnie – traktat lizboński, a do tego jeszcze opowiada się od dawna np. za budową wspólnej armii „europejskiej” (siłą rzeczy z Bundeswehrą jako jej głównym rdzeniem) – nie może być bowiem na zdrowy rozum uznana w żadnym razie za istotnie skonfliktowaną z Niemcami, za stojącą faktycznie na przeszkodzie ich zasadniczym celom politycznym, czy choćby nawet tylko żywiącą względem nich jakąś zasadniczą antypatię.

Jak jednak wytłumaczyć to nagłe demonstracyjne ocieplenie stosunków, te wszystkie prawione sobie nawzajem grzeczności i komplementy twardemu pisowskiemu elektoratowi, karmionemu przecież od lat może nieco zawoalowaną, niemniej wystarczająco czytelną narracją, że współczesne Niemcy to w gruncie rzeczy wróg dybiący na Polskę w cichej zmowie ze złowrogim Putinem, straszonemu co i rusz złowrogą osią Berlin-Moskwa, czy raczej Moskwa-Berlin, a w skrajnych wypadkach wręcz rosyjsko-niemieckim „kondominium”, rozpościerającym jakoby skrycie nad umęczoną Polską. Wyzwanie wydawało się więc nadzwyczaj trudne, ale i tym razem usłużni fachowcy od koloryzowania rzeczywistości stanęli na wysokości zadania, starając się przy pomocy wszelkich dostępnych erystycznych chwytów i zgrabnych sofistycznych formułek wytłumaczyć urabianej i obrabianej trzódce wielkość pożytków płynących z nowego „otwarcia” w polsko-niemieckich relacjach. Za reprezentatywny przykład tego rodzaju kreatywnej twórczości może śmiało uchodzić choćby pomieszczony w „Naszym Dzienniku” tekst autorstwa p. Piotra Falkowskiego, opatrzony wielce sugestywnym tytułem „Berlin szuka sojusznika” (nr 33. 5786, 09.02.2017r., s. 6). Ze względu na jego zwięzły format, pozwolę sobie przytoczyć poniżej zawarte w nim „złote” myśli autora w całości. A więc wywodzi on, co następuje:

„W polskiej polityce zagranicznej prawie przez ćwierć wieku dominował pogląd, że powinniśmy szukać za wszelką cenę dojścia do <<centrum decyzyjnego Europy>>. Miała nas tam zaprowadzić protekcja Berlina. Postrzegano zatem Polskę jako część bloku państw ciążących politycznie w stronę Niemiec, wspierających niemiecką wizję Europy i w zamian ewentualnie korzystających z niemieckiego wsparcia we własnych sprawach.

Nowa strategia nie odrzuca porozumień. Ale też nie zakłada, że będzie się do nich dochodzić automatycznie. Są całkiem liczne sprawy, w których polskie i niemieckie dążenia są zbieżne, w innych istnieje pole do kompromisu, w którym <<my>> i <<oni>> zgadzamy się na określone ustępstwa na zasadzie pełnej symetrii strat i zysków. Wreszcie w określonych obszarach porozumieć się po prostu nie da. Tam, gdzie Polska i Niemcy są rywalami, na przykład w kwestiach energetycznych czy gospodarce morskiej, pozostaje dbać o sprawiedliwe zasady konkurencji i starać się być lepszym.

Berlin początkowo nie był w stanie pogodzić się z nową sytuacją. Uznawał ją za tymczasową, spodziewano się szybkiego upadku rządów PiS i powrotu dotychczasowego układu wzajemnych relacji. Z drugiej strony był ostrożny. O ile niemieckie media cały czas prowadzą nagonkę na Polskę, przekonując, że staliśmy się niemal <<drugą Białorusią>>, o tyle ze strony oficjalnych władz nie padło ani jedno słowo krytyki stanu demokracji w Polsce.

W końcu około pół roku temu nastąpiła wyraźna zmiana nastawienia. Latem doszło do rozmowy kanclerz Merkel z Jarosławem Kaczyńskim, która okazała się konstruktywna i zadowalająca dla obu stron. Wkrótce spotkanie Trójkąta Weimarskiego pokazało, że Berlinowi w wielu kwestiach bliżej jest do Warszawy niż do Paryża. Niemiecka dyplomacja przestawiła się na inny tryb współpracy z Polską i po prostu zaczęła pracować. Nic nie potwierdza enuncjacji o izolacji Polski w UE, przeciwnie – w samodzielnej roli jesteśmy partnerem o wiele bardziej pożądanym, a rola lidera regionu Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Grupy Wyszehradzkiej, dodatkowo nas wzmacnia.

Angela Merkel pewnie nie czuje osobistej sympatii do rządzącego w Polsce ugrupowania, ale ma wiele powodów, by z nim poważnie i szczerze rozmawiać. Przede wszystkim Berlinowi tak bardzo zależy na Unii Europejskiej, że będzie się sprzeciwiał ryzykownym ideologicznym eksperymentom, które mogą ją rozbić, a czym innym jest dążenie do integracji za wszelką cenę, aż do federalizacji UE. Polska wraz z naszym regionem, okazuje się, jest na tle reszty Europy targanej skrajnościami i sprzecznościami oazą stabilności i realizmu. Poza tym Merkel musi za wszelką cenę udowodnić swoją skuteczność, bo w rywalizacji z Martinem Schulzem ma coraz mniej atutów.

Niemiecka kanclerz w Warszawie wspomniała o kwestii praworządności w Polsce, ale uczyniła to w bardzo łagodnej formie, całkowicie do zaakceptowania z punktu widzenia polskich rozmówców. Zupełny brak wzmianki na ten temat naraziłby niemiecką polityk na potworną krytykę lewicy i mediów we własnym kraju. Także spotkanie z opozycją, której liderów Merkel przyjęła w niemieckiej ambasadzie, ograniczone zostało do neutralnej formuły konsultacji w ramach Europejskiej Partii Ludowej. Kanclerz musiała przyjąć do wiadomości polski sprzeciw wobec reelekcji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, udało się też wrócić do zarzuconej przez laty sprawy statusu polskiej mniejszości w Niemczech.

To wszystko jest źródłem sukcesu wtorkowej wizyty kanclerz Niemiec w Warszawie, a nawet może ją uczynić historyczną. Na owoce poufnych rozmów o przyszłości Europy będziemy musieli poczekać, ale widać symptomy urealnienia naszych stosunków”.

Cóż, gdyby organizowano specjalistyczne zawody w dyscyplinie upiększania i podrasowywania rzeczywistości, to p. Piotr Falkowski miałby w nich wielką szansę na medal – może nawet ten z najszlachetniejszego kruszcu. Choć bowiem z jego wywodów wyziera co rusz ewidentnie mocno życzeniowe patrzenie na opisywane procesy i zjawiska, ocierające się miejscami wprost o otwarte fałsze, to nadzwyczaj zręczna – bez żadnej przesady można to stwierdzić – typowo sofistyczna gra słów łagodzi i niejako stawia pod pewnym znakiem zapytania to pierwsze odruchowe odczucie, narażając w konsekwencji niejednego czytelnika na poważne dylematy myślowe, a przede wszystkim niezmiernie utrudniając jakąkolwiek rzeczową polemikę z tymi kuszącymi obrazami rysującej się jakoby właśnie perspektywy autentycznej polsko-niemieckiej przyjaźni. Niepospolita chytrość i przebiegłość autora ujawnia  się zwłaszcza w – zapewne celowo – rozmytym i bazującym na możliwie najbardziej ogólnych terminach przekazie.

W konsekwencji, jakkolwiek z jednej strony tekst niczego tak naprawdę do końca nie udowadnia, to z drugiej nadzwyczaj trudno złapać jego autora w którymkolwiek punkcie za słowo. Bo jak można się odnieść krytycznie, rzeczowo np. do oceny, iż już poprzednia rozmowa Merkel i Kaczyńskiego „okazała się konstruktywna i zadowalająca dla obydwu stron”, skoro nie padają w tym miejscu żadne konkrety, skoro nie wspomina się nawet słowem, o czym wtedy konkretnie rozmawiano i co ewentualnie ustalono? A co konkretnie mogą oznaczać sformułowania w rodzaju: „Niemiecka dyplomacja przestawiła się na inny tryb współpracy z Polską i po prostu zaczęła pracować”? Że do tego czasu była ona całkiem bierna i nieaktywna i że III RP tak sama z siebie, bez żadnego wysiłku i przyciągania ze strony Berlina, wpadła jego objęcia? A przede wszystkim w których to konkretnie „licznych sprawach” polskie i niemieckie dążenia są zbieżne; w których natomiast z kolei istnieje pole do kompromisu, i to przy zachowaniu „pełnej symetrii zysków i strat”? Utrzymany w mocno górnolotnym, wręcz pompatycznym tonie komentarz p. Falkowskiego ucieka od jakichkolwiek konkretów, ograniczając się tylko do wskazania obszarów nieuchronnej rywalizacji – energetyki i gospodarki morskiej, z czego można by pośrednio wnosić, że we wszystkich pozostałych obszarach możemy się spokojnie – jakkolwiek nie „automatycznie” – dogadać – w wielu  wypadkach na drodze utrzymanego w przyjacielskim tonie partnerskiego dialogu (skoro padają słowa: „my” i „oni”, to można spokojnie mówić i o partnerstwie), a w ostateczności po mniejszych lub większych targach.

Z całą pewnością takim zbieżnym – co tekst wystarczająco jasno i czytelnie uwypukla – dążeniem ma być podtrzymanie i stabilizacja chwiejącego się coraz bardziej w posadach eurokołchozu. Zakwestionowanie przez autora opinii o izolacji Polski w ramach UE oraz  wzmianka o „ryzykownych ideologicznych eksperymentach”, które „mogą ją rozbić” – są dostatecznym tego potwierdzeniem.

Nie ulega większej wątpliwości, że słowa o funkcjonującej przez prawie ćwierć wieku polityce szukania protekcji Berlina jako sposobu „dojścia do centrum decyzyjnego Europy” odnoszą się w pierwszym rzędzie do ośmiu lat rządów PO – dotąd bez dwóch zdań głównej ekspozytury niemieckich interesów w Polsce. Partia ta zajmowała postawę w istocie bezwarunkowo proniemiecką. To jest zupełnie jasne.

W czym jednak wyraża się konkretnie owa „nowa strategia” – nie odrzucająca porozumień, ale też nie zakładająca, że „będzie się do nich dochodzić automatycznie” – którą można i nawet należy utożsamić z polityką obecnej opcji rządzącej? Jest to optyka współpracy i kooperacji z Niemcami, ale już na określonych, korzystnych – przynajmniej w teorii – dla Polski warunkach. Jakie to są warunki? Jakież to konkretnie postulaty i oczekiwania trzeba było postawić i wymóc na stronie niemieckiej, by móc tak szybko dojść do owej „samodzielnej roli” w UE i przy okazji pozycji „lidera” Europy Środkowej, choćby tylko z własnego nadania?

Czy zażądano wycofania z niemieckiej konstytucji zapisu o granicach z 1938 r.? – oczywiście, że nie. Czy wystąpiono względem Berlina z postulatem wydania oficjalnej deklaracji nienaruszalności polskich granic zachodnich? – oczywiście, że nie. To skądinąd w ogóle wprost niewyobrażalne, żeby w taki oto sposób potraktować kluczowego „partnera”, i to jeszcze takiego, który przecież już od dobrego półwiecza szczerze pokutuje za swoje historyczne przewiny i konsekwentnie we własnym zakresie tępi wszelkie reminiscencje o zabarwieniu imperialistycznym i zaborczym. No dobra, zostawmy te dotąd nie zamknięte „historyczne” problemy i idźmy bardziej ku zagadnieniom dnia dzisiejszego. Czy zgłoszono zatem stronie niemieckiej postulat gruntownej reformy UE w kierunku jej rzeczywistej  decentralizacji na drodze m.in. anulowania traktatu lizbońskiego i jej wycofania się z roli quasi-państwa? – oczywiście, że nie. Przecież nie można dodatkowo osłabiać i narażać na szwank tego wielkiego projektu „europejskiego”, w chwili gdy zmaga się on już z tyloma trudnościami, wystarczy najzupełniej wyrażenie – i to w sposób raczej delikatny – swego dystansu względem konceptu „Europy dwóch prędkości”. Czy zwrócono stronie niemieckiej uwagę, że w płaszczyźnie relacji gospodarczych Polskę nie zadawala obecna rola gospodarki peryferyjnej i uzupełniającej oraz pewnego zasobu surowców i taniej siły roboczej dla Niemiec i że fundamentalnym warunkiem jakkolwiek bądź pojętego polsko-niemieckiego partnerstwa jest jej przynajmniej częściowe od tych neokolonialnych stosunków? – oczywiście, że nie. Bo przecież mimo wszystko Niemcy  są i tak naszym największym dobrodziejem.

Na czym zatem konkretnie polegało, w jakich działaniach i krokach się wyrażało owo dojście do wspomnianej „samodzielnej roli”. Ano wygląda na to, że m.in. na wymuszeniu, po wielomiesięcznych przepychankach, milczącej akceptacji Berlina dla akcji wymiany składu Trybunału Konstytucyjnego ze stronników PO na nominatów PiS, bo przecież tenże organ w wyjściowym, nie tykanym składzie mógł – choć nie byłoby to wcale takie proste – blokować i tym samym sabotować efekty „dobrej zmiany”. I ten cel udało się osiągnąć. Podobnie ma się wiążąca się bezpośrednio z powyższym kwestia rzekomego deficytu praworządności i „demokracji”, którą udało się w końcu wytłumić i wygasić do tego stopnia, że p. kanclerz podczas swego pobytu w Warszawie wysiliła się tylko na pewne subtelne wypominki, „całkowicie do zaakceptowania dla polskich rozmówców” – choć można było przecież w ogóle nie ściągać do kraju żadnej tam Komisji Weneckiej, a na stosowne posiedzenie PE posłać urzędnika niższego szczebla z prostym przekazem: prosimy uprzejmie o nie wtrącanie się w nasze sprawy wewnętrzne. Poza tym przeciwstawiono się przecież – jakkolwiek nie wprost – niemieckim żądaniom ws. tzw. relokacji uchodźców.  A teraz doszedł jeszcze – co prawda, póki co jeszcze nie uskuteczniony, niemniej zgłoszony – sprzeciw wobec pożądanego przez Niemcy utrzymania D. Tuska na funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej. Jak zatem można poddawać w wątpliwość ową „samodzielną rolę” naszego kraju, skoro potrafi on zdobyć się nawet na próbę utrącenia „prezydenta” Unii Europejskiej?!

Inna sprawa, że aż wprost trudno pomieścić sobie w głowie, że to samo pismo, które teraz pisze o A. Merkel w tonie co najmniej neutralnym, a nawet wprost życzliwym, które tak skwapliwie – piórem p. Falkowskiego – usprawiedliwia wszelkie jej kontrowersyjne posunięcia, jeszcze nie tak dawno temu nie szczędziło niemieckiej kanclerz ostrej krytyki, a nawet wprost wylewało na jej głowę przysłowiowe kubły pomyj. Wystarczyło jednak, by wyłonił się na horyzoncie arogancki i obmierzły M. Schulz, aby okazała się ona na jego tle postacią zupełnie do zniesienia, a nawet i zaakceptowania. Co jednak będzie, jeśli to jednak tenże zdobędzie większą sympatię niemieckich wyborców w zbliżających się wyborach parlamentarnych i w konsekwencji stanie na czele niemieckiego rządu? Niewykluczone, że i on zostanie koniec końców jakoś zaakceptowany, a przynajmniej potraktowany ze sporą dozą tolerancji i wyrozumiałości, naturalnie o ile będzie tylko umiał choć trochę powściągnąć swój ordynarny język – wszak na horyzoncie będzie widać np. zupełnie już niepoprawnych „populistów” z AfD? Zasada „mniejszego zła” działa przecież niezawodnie – i to od dawna!

Janusz Włodyka