„Międzymorze” – czy to naprawdę polska droga?

mapa-europyCała kwestia polityki zagranicznej była w uderzająco małym stopniu obecna w kampanii wyborczej poprzedzającej niedawne wybory parlamentarne – niewiele mieli o niej do powiedzenia reprezentanci praktycznie wszystkich konkurujących ze sobą i liczących się realnie w tej rozrywce formacji politycznych, zapewne przede wszystkim dlatego, że w istocie nie ma pomiędzy nimi w tym obszarze jakichkolwiek poważniejszych różnic, zresztą te sprawy są już od dawna w istocie determinowane i dyktowane Polsce z zewnątrz. Ta ocena dotyczy w całej rozciągłości również i kampanii wyborczej rządzącego obecnie PiS-u – zdominowanej prawie że niepodzielnie – zresztą za pełnym przyzwoleniem, a przynajmniej bez sprzeciwu jej elektoratu – przez postulaty pewnych ograniczonych reform społeczno-gospodarczych, podparte paroma skonkretyzowanymi obietnicami socjalnymi. Jeśli zaś chodzi o politykę zagraniczną, to zastosowano w tym wypadku– z oczekiwanym zresztą skutkiem – po prostu taktykę uników i celowego owijania drażliwych kwestii – zwłaszcza stosunku do Rosji, a jeszcze bardziej do pomajdanowej Ukrainy – w przysłowiową bawełnę. Dominowały w tym przekazie zdecydowanie terminy możliwie najbardziej oderwane i ogólnikowe: wiele mówiono, a jeszcze więcej pisano we wspierających PiS mediach elektronicznych i papierowych, że owa partia zdecydowanie odrzuca postawę bierności i bezwolnego, potulnego podporządkowywania się silniejszym, dokładniej politykę „płynięcia w głównym nurcie” (to w odniesieniu głównie do Niemiec), którą przypisywano, nie bez słuszności, PO, i będzie podejmować wysiłki na rzecz odbudowy międzynarodowego znaczenia naszego kraju, a nawet jego podmiotowości na arenie polityki europejskiej i światowej. Służyć temu miało oczywiście nie co innego, jak tylko powrót do idei „jagiellońskiej”, forsowanej przez pewien czas przez śp. Lecha Kaczyńskiego i potem nagle – przynajmniej na poziomie oficjalnym – przerwanej w 2010 r. Czeka nas zatem znowu – zwłaszcza na odcinku propagandowym – reaktywacja kleconego z niesłychanym mozołem i jak dotąd bez wymiernych rezultatów pewnego, bliżej niesformalizowanego bloku czy też sojuszu regionalnego, określanego najczęściej mianem tzw. Międzymorza.

Co niezmiernie interesujące i paradoksalne, tej usilnie wdrażanej niejako nowej linii w polityce zagranicznej III RP towarzyszy bardzo lekkie, praktycznie bezbolesne przejście od linii polityki dotychczasowej. Wyraziło się to m.in. w wyrażonej publicznie satysfakcji b. prezydenta Bronisława Komorowskiego, iż jego następca idzie w tym obszarze w zasadzie dokładnie jego drogą i po jego śladach, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy wschodnie; następnie we wprost wzorowych relacjach Andrzeja Dudy z PO-wskim wciąż jeszcze ministrem spraw zagranicznych Grzegorzem Schetyną, wreszcie, już po zmianie sejmowych stron i ról, w pisowskim przyzwoleniu na objęcie przez tegoż przewodnictwa sejmowej komisji spraw zagranicznych. Czyż nie jest to najlepsze potwierdzenie i najbardziej dobitny symbol, że przynajmniej w tej płaszczyźnie, i zresztą nie tylko, obie partie tak naprawdę w jednym domku stoją.

Polityka „jagiellońska” – jak to realnie wygląda         

Owa zaś oficjalna reaktywacja polityki jagiellońskiej nastąpiła jeszcze przed rozstrzygnięciem batalii parlamentarnej za sprawą p. prezydenta Andrzeja Dudy, który uznał za stosowne udać się ze swoją pierwszą oficjalną wizytą zagraniczną do … Estonii (23 sierpnia), by właśnie w Tallinie obchodzić kolejną rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow (co trudno, samo w sobie, mieć mu za złe) oraz podkreślić solidarność z tymże państewkiem, czy raczej kraikiem, który jest, czy raczej ma być, oficjalnie chyba najbardziej po Ukrainie zagrożony przez rosyjski „imperializm” i ekspansjonizm. P. prezydent nie omieszkał również w trakcie tej inauguracyjnej wizyty podkreślić, że: „nie ma pokoju bez poszanowania prawa międzynarodowego” i że: „nie wolno nam zgadzać się, kiedy naruszane są granice”, co było bezpośrednim odniesieniem do rosyjskiej aneksji Krymu i faktycznego oderwania się od Ukrainy części Donbasu (wcześniejsze, precedensowe, a niemniej brutalne oderwanie przez Zachód Kosowa od Serbii nie było widać wykroczeniem ani przeciwko temuż prawu międzynarodowemu, ani też integralności terytorialnej nominalnie suwerennego państwa, skoro temat jest już uznawany za całkowicie zamknięty). Można więc by rzec, że już ta pierwsza wizyta odkryła jak dłoni faktyczne przeznaczenie, misję i charakter tegoż „Międzymorza”.

Miesiąc potem prezydent Andrzej Duda udał się z wizytą do USA, głównie w celu wzięcia udziału w 70. jubileuszowej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku. I rzeczywiście odegrał tam, przynajmniej w sensie prestiżowym, niepoślednią rolę, przemawiając jako trzeci mówca z kolei, po Baracku Obamie, ale przed przywódcami Rosji i Chin. Do tego posadzono go przy najważniejszym stole, tuż obok przywódców wspomnianych mocarstw, no i odbył przy tej okazji szereg raczej tylko ceremonialnych, niemniej godnych odnotowania spotkań z przywódcami wielu innych państw. W wymiarze więc wizerunkowym wizyta ta okazała się sporym sukcesem, trzeba jednak mieć na uwadze, że na ten sukces złożyły się znowuż w dużej mierze zabiegi i wysiłki ministra Schetyny oraz kierowanego przezeń resortu (to jeszcze lepszy dowód na kontynuację, a nie żadną zmianę, może poza pewną zmianą akcentów, polityki zagranicznej III RP), który musiał przecież z odpowiednim wyprzedzeniem przygotować Andrzejowi Dudzie możliwości przeprowadzenia konkretnych rozmów i przedsięwzięć, w tym także i przemawiania w tak korzystnej wizerunkowo kolejności. Inna rzecz, że można ze wszech miar przypuszczać, a nawet wprost zakładać, że te wysiłki pobłogosławili i walnym stopniu wsparli sami Amerykanie – oczywiście we własnym, dobrze pojętym interesie.

Wszelako z punktu widzenia tych rozważań ważniejsze było spotkanie, czy też, używając szumnych terminów, konferencja stworzonej ad hoc Grupy Bałtyk-Adriatyk-Morze Czarne (29 września), z udziałem bardzo szerokiego spektrum uczestników, bo Austrii, Słowenii, Chorwacji, Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii, Litwy, Łotwy, Estonii, no i oczywiście Polski (III RP), a więc w sumie prawie że wszystkich krajów „nowej” UE. Tak więc na papierze spotkało się tam, w Nowym Jorku, praktycznie całe projektowane „Międzymorze”, jako że Grecja to już trochę inna bajka, zaś Serbia, Albania i Macedonia (a przede wszystkim Białoruś) albo do tej układanki na chwilę obecną ewidentnie nie pasują i nie mają do niej wstępu, albo kompletnie nic nie znaczą, a Ukrainy widać wahano się jeszcze zaprosić… Jaki był jednak faktyczny charakter i rezultaty tego spotkania? Na ten temat prawie nic nie wiadomo, z czego można by wnosić, że praktycznie żadne. Wiadomo było tylko z zapowiedzi prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego, że: „to spotkanie będzie miało istotne znaczenie jako nowy rodzaj spotkań środkowoeuropejskich. Inaugurujemy tę grupę”. Nasuwa się zatem nieodparte wrażenie, że w gruncie rzeczy przypomina to raczej przysłowiowe mieszanie łyżeczką w szklance herbaty, by od tego samego zabiegu zrobiła się słodsza.

Następnym krokiem zmierzającym w jakiejś mierze w kierunku reaktywacji idei „jagiellońskiej” było spotkanie szefów państw tzw. flanki wschodniej NATO w Bukareszcie (początek listopada), określane też niekiedy propagandowo „Mini-szczytem NATO”, z udziałem prezydentów Litwy, Estonii, Łotwy, Słowacji, Węgier, Bułgarii, przewodniczącego niższej izby czeskiego parlamentu, zastępcy sekretarza generalnego NATO Aleksandra Vershbowa oraz pełniących formalnie rolę współgospodarzy rumuńskiego prezydenta Klausa Johannisa i Andrzeja Dudy.

Cytowany już wyżej min. Szczerski oświadczył jeszcze przed wylotem polskiego prezydenta do Bukaresztu, że: „Istotą spotkania ma być otwarcie drogi, nowego etapu prac na konsensusem warszawskim (dotyczy przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie i jego rezultatów oraz uzgodnień). Min. Szczerski od razu sprecyzował, że z „polskiego punktu widzenia” szczególnie ważne jest umieszczenie w wypracowanej wspólnej deklaracji uczestników tegoż „mini-szczytu” zapisu, że ów szczyt „ma być szczytem decyzyjnym, a nie refleksyjnym”. W jakim stopniu te oczekiwania zmaterializowały się, przełożyły się na jakieś konkretne postanowienia?

Z tego, co powszechnie wiadomo, głównym przedmiotem bukaresztańskich rozmów było w pierwszym rzędzie podkreślenie wagi i znaczenia „wschodniej” flanki NATO w ramach całego Sojuszu, zaś głównym deklarowanym celem wzmocnienie bezpieczeństwa jej członków, zagrożonego przez „agresywną” politykę Rosji. W głównej roli wystąpił zaś właśnie prezydent Andrzej Duda, który powtórzył w zasadzie dokładnie to, co już wcześniej deklarował w Tallinie, tzn. opowiedział się za zdecydowanym zwiększeniem militarnej obecności NATO na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej na drodze rozlokowania tu większej ilości uzbrojenia, poszerzenia i pogłębienia rotacyjnej obecności jednostek wojskowych państw zachodnich, a docelowo – „w dalszej perspektywie” – także instalacji stałych baz wojskowych NATO na terenie nie tylko Polski, ale i krajów sąsiednich. „Będziemy do tego przekonywać naszych partnerów” – dodał Duda. Cóż, jak na razie w pełni przekonane do tego rozwiązania wydają się tylko kraje bałtyckie, które dopraszają się o te stały bazy NATO już od dawna. Teraz dołączyła do tego grona ponoć także i Rumunia, w każdym bądź razie p. prezydent oświadczył, że jest zgoda w tym zakresie i że rozmawiał konstruktywnie i owocnie na ten temat z prezydentem Johannisem, zastrzegając wszelako, że: „każdy może mówić za swój kraj, tutaj się z panem prezydentem zgadzamy, ale każdy mówi za swój kraj”. Jak się to konkretnie przełoży na rzeczywistość – pokaże przyszłość.

Z dostępnych póki co informacji wynika, że rumuński prezydent zajął postawę mimo wszystko bardziej powściągliwą i ostrożną, podkreślając, po pierwsze, wolę wzmocnienia „partnerstwa strategicznego” z Polską i zgodnego współdziałania na rzecz wzmacniania roli obydwu krajów w ramach Sojuszu (a szczególnie właśnie jego „wschodniej flanki”) i, po wtóre, deklarując, iż: „spotkanie jest sygnałem, że jego uczestnicy są zdecydowani odgrywać ważną rolę w strukturach Sojuszu” oraz że: „wschodnia flanka jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek”. Niby wszystko się zgadza, ale uderza brak jakichkolwiek konkretnych, wiążących deklaracji – przynajmniej złożonych publicznie – co – być może – ma swój związek m.in. i z tym prozaicznym faktem, że Johannis jest z pochodzenia siedmiogrodzkim Sasem (Niemcem), a więc przypuszczalnie nie jest aż tak skory, a może po prostu w wytworzonej sytuacji nie wypada mu tak otwarcie naruszać oficjalnej linii polityki berlińskiej.

Mimo wszystko polski prezydent podsumował efekty tego spotkania w tonie bardzo podniosłym i zarazem optymistycznym: „Przede wszystkim pokazaliśmy jedność, decyzyjność (….) to jest poważny wkład do kolejnych decyzji, jakie zostaną podjęte na szczycie w Warszawie. Mówię to z niemałą satysfakcją i radością jako współgospodarz tego spotkania, ale także jako gospodarz przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie, który – mam głębokie przekonanie – będzie szczytem decyzyjnym, że pokaże jedność i zdecydowanie…” (z konferencji prasowej po sesji plenarnej). Zakomunikował także, że: (…)Dziewięć państw Europy Środkowo-Wschodniej, członków NATO, spotkało się w gronie przywódców, wypracowało wspólne oświadczenie, zmaterializowaną deklarację dotyczącą celów bezpieczeństwa, stabilności w Europie i na świecie w przyszłości…”.

Jak będzie – powtarzam – pokaże przyszłość, ale na tę chwilę określenia w rodzaju „jedność” czy „decyzyjność” wydają się mieć charakter wysoce uznaniowy. Trudno nie zauważyć, że spotkanie w Bukareszcie chyba zwyczajnie zbojkotował prezydent Czech Milos Zeman, który dał się już powszechnie poznać jako zwolennik znacznie bardziej pojednawczej postawy względem Rosji – i przypuszczalnie właśnie dlatego kraj ten był reprezentowany na niższym poziomie. Nie wolno też zapominać, że wśród jego uczestników praktycznie nie ma krajów posiadających ustrój polityczny z wyraźnie dominującą, przeważającą rolą prezydenta (paradoksalnie chyba najsilniejszy mandat społeczny i największe konstytucyjne prerogatywy ma właśnie wspomniany prezydent Republiki Czeskiej). Rodzi to, także w tym kontekście, poważne konsekwencje natury praktycznej – np. powszechnie wiadomo, że zajmujący ortodoksyjną proaltantycką postawę obecny prezydent Słowacji Andrej Kiska pozostaje, m.in. właśnie na tym tle, w poważnym z rozdźwięku premierem Robertem Fico, a tak się składa, że to właśnie ten drugi ma więcej do powiedzenia w słowackiej polityce.

Jeśli zaś chodzi o wspomnianą „zmaterializowaną deklarację”, to owszem potępia ona „agresywne działania Rosji na Ukrainie, w tym nielegalną i nieuprawnioną aneksję Krymu itd., ale nic publicznie nie wiadomo na ten temat, żeby zapisano w niej jakieś wspólne konkretne uzgodnienia, zobowiązania jej sygnatariuszy, żeby wyrażono w niej wspólnotę interesów i dążeń w kierunku forsowanym tak usilnie właśnie przez prezydenta Dudę.

Co można i należałoby robić      

Nie da się, przynajmniej na gruncie rzeczowych racji i argumentów, zaprzeczyć, że cały, tak usilnie reklamowany projekt „Międzymorza” to w najlepszym razie twór z cieniutkiej, bardzo kruchej porcelany, jeśli nie wprost zwykła utopia, przykryta warstwą nic nie znaczących i nijak mających się do nagiej, brutalnej rzeczywistości frazesów. Tak było w gruncie rzeczy – w sensie ścisłym – zresztą już w okresie międzywojennym, gdy owa koncepcja ujrzała po raz pierwszy światło dzienne, tym bardziej dotyczy to realiów świata obecnego. Trudno pojąć, przy pomocy jakich to cudownych zabiegów da się zbudować zwarty, solidarny, realnie funkcjonujący w europejskiej polityce blok regionalny z szeregu niewielkich państw, a raczej już tylko krajów, uderzająco słabych gospodarczych i militarnie i do tego jeszcze w wielu wypadkach pogrążonych w bardzo poważnych i trudnych do usunięcia wzajemnych animozjach oraz – co najważniejsze – uzależnionych już po uszy od brukselskiej centrali, w dodatku przy z góry zapewnionym przeciwdziałaniu realnych ośrodków siły ze wschodu i jeszcze bardziej z zachodu.

Rozważmy sobie kwestię nieco konkretniej, odnosząc ją do potencjalnych uczestników takiej kombinacji i zaczynając od tych najbardziej egzotycznych. Wszystkie trzy kraje bałtyckie to dziś w rzeczywistości – zwłaszcza w wymiarze polityczno-militarnym – faktyczne protektoraty USA. Niczego nie ujmując tymże Bałtom, nie mają oni ani w jednym wypadku przyrodzonych warunków do nawet choćby tylko względnej politycznej samodzielności (nie oznacza to automatycznie zaprzeczenia prawa i możliwości posiadania przez nich własnych organizmów państwowych, jakkolwiek bądź pojętych). Ich typowo iluzoryczna niepodległość musi być więc cały czas podtrzymywana przez Zachód, notabene z bardzo znaczącym polskim wkładem – nie są oni w stanie wnieść od siebie nic konstruktywnego do takiegoż hipotetycznego bloku, jakkolwiek rodzimi mesjaniści typu giedrojciowego pewnie aż zatrzęsą się w tym miejscu z oburzenia i odparują, że jak to – przecież to oni właśnie zabezpieczają północno-wschodnią flankę UE i NATO, stanowiąc tamę dla ekspansywnej polityki rosyjskiej! Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że trzeba do tej ich „niepodległości” i „niezależności” wydatnie dopłacać i że od dłuższego już czasu zaangażowany jest w to również i polski podatnik. Oraz faktu, że i w obecnych warunkach Rosja ma swobodne wyjście na Morze Bałtyckie, a więc w wymiarze czysto praktycznym może się spokojnie bez nich obejść.

Co do Słowenii, Chorwacji i Austrii, wszystko to są kraje umiejscowione dziś głęboko w niemieckiej strefie wpływów (oczywiście w ramach struktur unijnych), więc ich zapraszanie i wciąganie do składu tegoż „Międzymorza” równa się w praktyce wprowadzaniu i jeszcze większym powiększaniu tegoż wpływu w całym regionie. Jak to się ma do pisowskiej optyki prowadzenia bardziej niezależnej polityki względem tychże Niemiec, naprawdę trudno na zdrowy rozum pojąć.

Bułgaria, pomijając już fakt, iż również nie posiada żadnych istotnych atutów i walorów, leży na samym obrzeżu regionu, zatem nie może być elementem wyjściowym jakkolwiek bądź pojętej integracji środkowoeuropejskiej, może tylko przyłączyć do niej na pewnym etapie, do już istniejącego jej zalążka. Z kolei Rumunia, jakkolwiek największa po Polsce, przynajmniej pod względem zajmowanego terytorium i liczby ludności, od dłuższego już czasu prowadzi uderzająco anemiczną i mało aktywną politykę na zewnątrz. Ponadto jest bardzo silnie skonfliktowana z Węgrami na tle daleko posuniętej, trudnej do zakwestionowania dyskryminacji licznej mniejszości węgiersko-szeklerskiej żyjącej na terenie Siedmiogrodu, który to konflikt, pozbawiony widoków przezwyciężenia, a choćby nawet tylko pewnego złagodzenia, jest sam z siebie bardzo istotną przeszkodą dla każdej poważniejszej regionalnej inicjatywy integracyjnej. Dodatkowo Rumunia, jako najbiedniejszy kraj UE, jest dla nas bardzo poważnym konkurentem w zabieganiu o środki tzw. unijne, a więc już z tego prozaicznego powodu trudno będzie uzgodnić z nią jakąkolwiek wspólną postawę, nie mówiąc już o wspólnocie interesów, względem Brukseli i unijnych hegemonów – do tego zagadnienia wrócimy jeszcze poniżej. Wreszcie Czechy wyraźnie wolą chodzić własnymi drogami i polegać na własnych siłach i konceptach, a ich postawę względem Polski w ostatnim czasie, choćby na odcinku gospodarczym, naprawdę trudno nazwać przyjazną.

Zresztą musimy w tym miejscu odnieść się do tego właśnie aspektu bardziej ogólnie i powiedzieć sobie prosto w oczy, że tak naprawdę prawie nikt w bliższym i dalszym sąsiedztwie wcale się do nas nie garnie, nie oczekuje naszego wsparcia, a tym bardziej kierownictwa i prowadzenia za rękę. Decydują o tym nie tylko małe ambicjonalne rywalizacje oraz negatywne historyczne zaszłości, ale przede wszystkim – w ostatecznym rozrachunku – nasze obecne położenie i kondycja – bezpośrednia konsekwencja „wolnościowej” i „niepodległościowej” polityki realizowanej z niezwykłą zawziętością już od ponad 25 lat. W konsekwencji pomysł budowy rozumianego w sensie ścisłym – praktycznie, a nie tylko teoretycznie – bloku umiejscowionego w trójkącie Bałtyk-Adriatyk-Morze Czarne można i trzeba określić co najmniej mianem chimerycznego.

Tymczasem p. prezydent Duda już w pierwszych dniach pod swoim zaprzysiężeniu zadeklarował, iż: „Powinniśmy prowadzić aktywną politykę w Europie Środkowo-Wschodniej. Jestem zwolennikiem zacieśnienia współpracy państw tego regionu – od Morza Bałtyckiego w kierunku Adriatyku i Morza Czarnego. Mają one nie tylko wspólne doświadczenia drugiej połowy XX wieku i często wspólne dziś problemy. Myślę tutaj nie tylko o sprawach bezpieczeństwa, ale także o sytuacji gospodarczej”, i dodał, iż: (…)można mieć nadzieję stworzenia w ramach Unii Europejskiej ośrodka, który byłby swoistym porozumiem państw Europy Środkowo-Wschodniej, realizującym w ramach Unii wspólne interesy. Trzeba te interesy zdefiniować i współpracować w celu ich realizacji” (wywiad dla PAP).

Cóż, sama potrzeba prowadzenia aktywnej polityki w najbliższym regionie jest oczywista i sama ta deklaracja akurat się p. prezydentowi chwali. Podobnie jak zauważenie potrzeby regionalnej współpracy na polu gospodarczym. Szkoda wszelako, że nie widzi on możliwości prowadzenia takich działań konsolidacyjnych także i bez oglądania się na struktury unijne; inna rzecz, że nawet sama myśl o czymś podobnym nie ma wprost prawa bytu w rozumowaniu rodzimego establishmentu, a tym bardziej w oficjalnym dyskursie publicznym – i nie było dziełem żadnego przypadku, że nawet samo powołanie do życia grubo ponad dwadzieścia lat temu tzw. Grupy Wyszehradzkiej miało na celu tylko i wyłącznie sprawniejsze i łatwiejsze wchłonięcie i strawienie państw-sygnatariuszy przez przybierającą właśnie obecny kształt UE. Wejście w orbitę bezpośrednich wpływów polityczno-wojskowych USA, a potem NATO niejako bowiem naturalnie narzucało i wymuszało gospodarczą integrację z UE, to drugie było logicznym dopełnieniem i uzupełnieniem tego pierwszego – i mylą się grubo, względnie próbują ordynarnie fałszować rzeczywistość twierdzący inaczej.

Oczywiście byłoby czymś bardzo pożądanym uzgadnianie i wspólne reprezentowanie, bronienie tych „wspólnych interesów” także i w ramach UE, tylko że brzmi to mocno bajkowo – jest już na to zwyczajnie za późno, gdyż układ sił w tej globalistycznej agendzie jest już zbyt skrystalizowany i utrwalony, by dało się go znacząco naruszyć, a co gorsza – nawet tam, gdzie można byłoby coś w tym zakresie zrobić, gdzie rysują się pewne możliwości podjęcia realnych, konkretnych działań, nowy układ rządzący albo przechodzi wobec tego do porządku dziennego, albo reaguje w sposób niedostateczny i nazbyt powściągliwy. Tym samym daje najlepsze świadectwo, że nie chodzi tu o żadne „Międzymorze”, o żadną integrację regionalną rozumianą jako wartość sama w sobie, lecz po prostu – jakby inaczej – o tworzenie, pod zewnętrzne dyktando, kolejnej antyrosyjskiej zapory czy też bariery, do której to szeregów próbuje się skrzyknąć kogo się tylko da.

Do czego zmierzam? Wszystkie wyłuszczone wyżej obiekcje i zastrzeżenia względem koncepcji „Międzymorza” rozumianej nazbyt poważnie i nazbyt ambitnie względnie bardzo instrumentalnie ani nie negują potrzeby integracji i współpracy państw regionu, ani istnienia pewnych, jakkolwiek mocno ograniczonych, możliwości w tym zakresie. Chodzi jednak o kwestię wyboru takich, a nie innych priorytetów. Muszę się przyznać, że przez dłuższy czas dość krytycznie i niejednoznacznie postrzegałem politykę węgierskiego premiera Victora Orbana, podczas gdy wszyscy wpływowi reprezentanci i eksponenci tzw. obozu niepodległościowego wprost piali nad nią z zachwytu. Dziś muszę, podtrzymując dalej pewne wątpliwości i zastrzeżenia, wszelako przyznać, że nie miałem zasadniczo racji. Ale tak się paradoksalnie składa, że i owi eksponenci zmienili w międzyczasie swój stosunek do tegoż samego Orbana, i to w stopniu nieporównanie bardziej wydatnym, rzucającym się w oczy i wprost zasadniczym – najpierw można było zauważyć i odczuć jakby pewne osłabienie tej niby kordialnej sympatii i przyjaźni, potem narastający dystans. Dziś Orban jest już przez nich trzymany na przepisową odległość, traktowany z uderzającą rezerwą, jak jakiś enfant terrible, mimo że w medialnym przekazie dla najbardziej zdeklarowanych, a politycznie naiwnych zwolenników dalej podtrzymuje się miraż bliskich z nim związków i wprost ideowo-politycznego powinowactwa. Cóż zatem tenże Orban takiego zdrożnego uczynił, czym zgrzeszył, co spowodowało ten szybki spadek jego notowań i autorytetu – oczywiście w oczach wyżej wspomnianych. Powód jest dziecinnie prosty – zdecydował się on i podjął szerszą współpracę gospodarczą z Rosją, nie dlatego, żeby był „agentem”, czy nawet tylko nieświadomym narzędziem Putina, tylko kierując się wyłącznie dobrze pojętym i ściśle skonkretyzowanym węgierskim interesem narodowym , który nakazał mu m.in., poza aspektem czysto gospodarczym, szukać na Wschodzie także i pewnej przeciwwagi dla sekującej go UE i innych struktur zachodnich.

Dziś, po czasie, co nie oznacza jeszcze bynajmniej rozgrzeszenia go z tego „grzechu”, dorobiono do tego bardzo zmyślne wytłumaczenie, że Węgry, w przeciwieństwie do nas, mogą sobie ostatecznie na to pozwolić, gdyż po prostu leżą w innym miejscu niż Polska (brak wspólnej granicy z FR, a zatem i mniejsze zagrożenie z jej strony), lecz jest to tłumaczenie ewidentnie naciągane i nieszczere.

Tak czy owak Victor Orban pozostaje najwidoczniej dalej persona non grata dla kręgów przywódczych PiS-u. Jeśli pamięć mnie nie myli, to po ponownym dojściu do władzy w 2010 r. pierwszą wizytę zagraniczną złożył on akurat właśnie w Polsce. Donald Tusk i jego cały obóz polityczny z oczywistych względów nie mógł być jednak dlań politycznym sprzymierzeńcem i partnerem. Gdy odwiedził ponownie Warszawę w lutym tegoż roku, spotkały go tu tylko wysoce niestosowne pouczenia, a nawet wręcz połajanki (głównie z ust p. premier Kopacz). Ale, co bardzo znamienne, także i zajmujący miejsce niekwestionowanego lidera opozycji Jarosław Kaczyński nie znalazł chwili czasu, żeby się oficjalnie z nim spotkać i przynajmniej oględnie odciąć się od tychże impertynencji. Co więcej, jeden z najbliższych współpracowników prezesa oznajmił wówczas, że tenże odmówił spotkania z Orbanem, choć był o nie proszony, a to ze względu na postawę węgierskiego premiera „burzącą solidarność europejską” i ogólny brak sensu odbycia takiej rozmowy (co ciekawe, według innych źródeł takiego zaproszenia miało w ogóle nie być). Nie przeszkadzało to oczywiście propisowskiej prasie, np. takiej „Gazecie Polskiej”, urządzać dalej prawdziwych festiwali rzekomej wielkiej przyjaźni polsko-węgierskiej, choć, ma się rozumieć, przyjaźni najlepiej z wyłączeniem, a przynajmniej pomijaniem, gdzie się tylko da, osoby samego V. Orbana.

P. prezydent Duda z kolei przebywał wprawdzie w Budapeszcie aż dwa dni (8-9 października) na spotkaniu prezydentów Grupy Wyszehradzkiej (V4), ale również nie znalazł ani chwili czasu na bezpośredni kontakt z Orbanem, choć nie byłoby to chyba aż tak wielkim naruszeniem dyplomatycznego protokołu. Nie słychać też jakoś na razie o planowanej wizycie p. premier Szydło na Węgrzech, choćby w ramach typowej rewizyty, choć zdążyła się już ona z nim spotkać w początkach grudnia na szczycie tejże V4 w Pradze.

Z różnych źródeł, choćby z informacji dostępnych w prasie, wiadomo, że w węgierskich sferach popierających i zbliżonych do Orbana bardzo liczono na polską solidarność i nieugiętość w przedmiocie zdecydowanego sprzeciwu względem firmowanego przez Angelę Merkel planu przymusowego przyjmowania uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu przez wszystkie kraje członkowskie UE na zasadzie odgórnie narzuconych im kwot. Zdaje się, że podjęto nawet taką decyzję na spotkaniu członków V4. Co z tego, skoro b. premier Kopacz wyłamała się z tych wspólnych uzgodnień, stosując się do woli Berlina i zgadzając się na przyjęcie liczby bodaj 6 tysięcy uchodźców (Węgry, Słowacja, Czechy, a nawet Rumunia nie poczyniły dotąd praktycznie żadnych ustępstw w tym przedmiocie). Węgierskie sfery rządzące miały jeszcze, zdaje się, cichą nadzieję, że nowy polski rząd wycofa się z tej deklaracji, powołując się na wolę społeczeństwa, odzwierciedloną w wynikach odbytych wyborów, i wykorzystując jak pretekst krwawą masakrę w Paryżu. Jednakże nowy układ rządzący owszem oświadczył, że zasadniczo plan ten odrzuca, niemniej złożone już w imieniu III RP zobowiązania w zasadzie respektuje. To nie to samo.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w istocie głównym powodem mocno oziębionych obecnie stosunków polsko-węgierskich i także polsko-słowackich jest to, że obydwa te kraje starają się zejść z głównej linii nasilającej rywalizacji i konfrontacji struktur Zachodu (USA, NATO, UE) z Rosją, podczas gdy postawa prawie że całego establishmentu III RP jest wprost dokładnie odwrotna. Zostawiając już na boku tę kwestię, może to oznaczać zaprzepaszczenie szansy zbliżenia i rozpoczęcia rzeczywistej regionalnej integracji na razie w gronie właśnie tych trzech uczestników, z perspektywą dołączenia kolejnych, zwłaszcza Czech, i to w sytuacji, gdy rządy i linia polityki słowackiego premiera Roberta Fico wybitnie sprzyjają załagodzeniu bardzo silnego do niedawna antagonizmu węgiersko-słowackiego (wokół kwestii położenia i pozycji licznej mniejszości węgierskiej żyjącej na terytorium Słowacji). Warto się więc naprawdę zastanowić, czy lepszy wróbel w garści, czy też gołąb na dachu.

Andrzej Turek

*Powyższy tekst został pierwotnie opublikowany w nr 2 (7-8-9-10-11-12) Nowego Przeglądu Wszechpolskiego 2015.

PS. Już po napisaniu (w połowie grudnia ub. r.) i publikacji tegoż tekstu doszło jednak w końcu do spotkania Victora Orbana i Jarosława Kaczyńskiego w Nidzicy (6 stycznia br.), które to spotkanie postawiło omawiane zagadnienie w nieco innym świetle i nadało mu trochę inną, jakby nieco bardziej korzystną perspektywę. Z dostępnych powszechnie informacji wiadomo, że obydwaj politycy spotkali się tam w roli liderów partyjnych, zaś samo spotkanie miało charakter „prywatny” i „nieoficjalny”. Trwające ok. 6 godz. rozmowy, ponoć „bardzo pożyteczne dla Polski”, dotyczyły przypuszczalnie głównie problemu uchodźców i wynikającego z niego systemu tzw. kwot, forsowanego przez centralę UE, sytuacji wewnętrznej obydwu krajów, a także wspólnego stanowiska ws. tzw. Brexitu.

Do spotkania w Nidzicy doszło podobno z inicjatywy obydwu stron, wszakże znamienny jest ten zasadniczy fakt, że to jednak Orban (mniejsza już w jakim charakterze) przyjechał do Polski, a nie odwrotnie. Można przypuszczać, że do takiego kroku, czyli do swego rodzaju „przeproszenia się” z Orbanem, skłonił Kaczyńskiego i w ogóle kierownictwo PiS obecny konflikt, a raczej narastające zadrażnienia w relacjach z Brukselą, a także generalne niepowodzenie niedawnych zabiegów min. Waszczykowskiego w Berlinie. Być może chodziło również o bardziej wymowne, konkretne zademonstrowanie opinii publicznej, że koncepcja „Międzymorza” jest naprawdę koncepcją realną, a nie tylko wirtualną. Nie można także do końca wykluczać, że węgierski premier ma w następstwie nie tylko wzmocnić pozycję III RP w wynikłych sporach i przepychankach z Brukselą i Berlinem (z punktu widzenia PiS), ale być może również – jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało – odegrać potencjalnie rolę pośrednika w załagodzeniu animozji obecnych władz III RP z niemieckimi elitami politycznymi, a to w tym kontekście, że już wcześniej zdążył w zasadzie uregulować swoje własne relacje z Berlinem, czego owocem i podsumowaniem była ubiegłoroczna huczna wizyta Angeli Merkel w Budapeszcie (z punktu widzenia Orbana i Fidesz).

Tak czy owak, w następstwie i w związku ze spotkaniem Kaczyński-Orban dojdzie jeszcze w styczniu br. do oficjalnej wizyty p. premier Szydło na Węgrzech. Być może z tego wszystkiego urodzi się coś naprawdę pozytywnego, twórczego, wszelako pod jednym zasadniczym warunkiem – odstąpienia przez Warszawę od jawnie konfrontacyjnej polityki względem Rosji (względnie choćby jej pewnego złagodzenia). Jednakże na dzień dzisiejszy trudno sobie to wyobrazić.