Maski opadły, ale czy do końca…

sellinKwestia formalno-prawnej kwalifikacji rzezi wołyńskiej i w ogóle całości straszliwych czystek etnicznych popełnionych przez ukraińskich szowinistów z OUN-B i UPA na polskiej ludności kresowej była od wielu już lat, ba prawie że od zarania istnienia „wolnej” Rzeczypospolitej, regularnie przedmiotem bardziej lub mniej wyrafinowanych i jednakowo cynicznych gier, a raczej gierek politycznych, ale pewne fakty, gesty i oświadczenia w tym przedmiocie, jakie mieliśmy wątpliwą przyjemność niedawno obserwować i słuchać, stanowią już chyba szczytowy przejaw czysto instrumentalnego stosunku do historii, otwartej pogardy dla polskiej pamięci historycznej, a zarazem politycznego kuglarstwa w niezwykle ordynarnej i zarazem prostackiej postaci. I to w wykonaniu  – przynajmniej nominalnie – obozu „patriotyczno- niepodległościowego”, ma się rozumieć.

Oto najbardziej wymowne i jaskrawe przykłady tegoż:

My uważamy, że z punktu widzenia długofalowej polityki i racji stanu ten symboliczny dzień męczeństwa nie powinien być wyznaczany na 11 lipca, bo to był mord ludobójczy, jeden z najbardziej tragicznych epizodów dotyczących męczeństwa Polaków na Wschodzie. Ale by go nie było, gdyby nam państwa nie rozebrali hitlerowscy Niemcy i Sowieci. Uważamy, że główny nacisk jeśli chodzi o to, kto jest winny, jeśli chodzi o męczeństwo Polaków na Wschodzie, powinien być skierowany na Sowietów. A przyczynkiem do tego, co zrobili, jest straszliwy mord nacjonalistyczny, ukraiński, ludobójczy na Wołyniu. Dlatego ten dzień męczeństwa powinien palcem wskazywać głównego winowajcę, jakim było państwo sowieckie…” – tak prawił w trakcie sejmowej debaty 7 lipca br. prominentny polityk PiS, p. Jarosław Sellin, optując i agitując za ustanowieniem tzw. Dnia Męczeństwa Kresowian w dniu 17 września, a więc w rocznicę agresji ZSRR na Polskę (najbardziej wymowne i uderzające sformułowania wytłuszczono – AT). Jeśli nawet jakieś drobne słówko się tu nie zgadza, to w każdym bądź razie ogólny wydźwięk i sens wyjątkowo pokrętnych, w istocie haniebnych wywodów posła Sellina był dokładnie taki sam, jak w wersji przytoczonej powyżej.

Oczywiście tego rodzaju gromkie tyrady, wygłoszone oficjalnie z mównicy sejmowej, zostały podparte całą, utrzymaną w podobnym duchu i tonie, kampanią propagandową, jaka się przetoczyła przez media  katolicko-„narodowe”, „niepodległościowe” itp. wszelkiego typu i autoramentu, zaś przysłowiową kropkę „nad i” postawił sam nieoceniony Antoni Macierewicz, który kilka dni potem, bo 11 lipca, pozwolił sobie niejako definitywnie osądzić w niezawodnej TV Republika (konkretnie w programie „Minęła dwudziesta”), iż: „(…)wrogiem, który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni, była Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia…” (wytł. AT.).

Tenże zaś „wyrok” „dziwnym trafem” jakoś doskonale koresponduje z ostatnimi wyczynami szefa ukraińskiego IPN-u Wołodymyra Wiatrowycza – jawnego, jeśli można użyć takiego określenia, negacjonisty wołyńskiego, który właśnie mniej więcej w tym samym czasie zaprezentował w Kijowie publicznie kilkadziesiąt, a nawet chyba kilkaset, dokumentów z tzw. archiwum Mykoły Łebeda. W świetle zaś tychże żadnego ludobójstwa na Polakach zamieszkujących Wołyń i Galicję (Małopolskę) Wschodnią w ogóle nie było. Miał tam miejsce co najwyżej uporczywie forsowany „konflikt polsko-ukraiński”, w wymiarze „zbrojnej konfrontacji regularnych i partyzanckich sił”, i to sprowokowanej – ma się rozumieć – przez stronę polską (sic!), zaś bestialskie mordy na ludności polskiej były oczywiście jeszcze dodatkowo rzekomo inspirowane przez wszędobylskich „Sowietów”. To, że wspomniany Mykoła Łebed, w swoim czasie członek najwyższej wierchuszki OUN-B (a jeszcze przedtem, we wczesnej młodości, jeden z organizatorów zabójstwa min. Pierackiego w 1934 r.), zalicza się do grona głównych „wybielaczy” zbrodniczej działalności OUN-UPA, i że niezwłocznie po wojnie, bo już w 1946 r., spłodził osławioną monografię pt. „UPA”, stanowiącą niejako punkt wyjścia i zbiór wytycznych odnośnie konkretnych kierunków, metod i sposobów konsekwentnego, całościowego zaprzeczania zbrodniom obciążającym te formacje (a przy okazji również obronę i usprawiedliwienie własnej, delikatnie mówiąc, niechlubnej przeszłości) i forsowania fałszywego, do gruntu zakłamanego przebiegu wydarzeń, zwłaszcza na użytek czynników decyzyjnych państw zachodnich i tamtejszej opinii publicznej – nie ma tu już najmniejszego znaczenia. Nie ma żadnego znaczenia, że autentyczności tychże dokumentów nie potwierdził dotąd żaden poważny historyk; a wprost przeciwnie, znalazło się kilku takich, w tym uznany historyk kanadyjski ukraińskiego pochodzenia John-Paul Himka, którzy otwarcie podważają ich wiarygodność; że archiwalia te zostały – w najlepszym wypadku –  już post factum kompleksowo przerobione, wyczyszczone z wielu obciążających dokumentów i materiałów i tym sposobem podrasowane, o ile – w pewnej części – nie spreparowane wprost od podstaw.

Ma natomiast – w obecnym kontekście geopolitycznym – realne znaczenie, że tenże Mykoła Łebed był, po pierwsze, długoletnim cenionym współpracownikiem CIA, a po wtóre, że jego „szkoła historyczna” została już posłusznie przejęta i twórczo zaadaptowana przez prawie że całą współczesną oficjalną historiografię ukraińską, i że te ordynarne, cyniczne kłamstwa zdążono już skutecznie wpoić do głów licznych roczników ukraińskiej młodzieży, nie pomijając oczywiście i starszych pokoleń. I próbujcie sobie teraz „Laszki” z nami polemizować – czy to w dyskursie dwustronnym, czy nawet na jakimś forum międzynarodowym. Tak – właśnie zacieranie śladów zbrodni i uporczywe zaprzeczanie temu, że miała ona w ogóle miejsce (co stanowi, jak to słusznie ukazują niektórzy polscy publicyści, m.in. choćby pisujący w „Myśli Polskiej” p. Bohdan Piętka) trzecią, „pogecynodalną” fazę dokonanego na Polakach ludobójstwa), leży u samych podstaw agresywnej polityki historycznej pomajdanowej Ukrainy – nie wolno się nam co tego w najmniejszym stopniu łudzić i samooszukiwać. Ale to kwestia na oddzielną rozprawę, powróćmy do przerwanego wątku.

Warto tu mianowicie np. podnieść, że p. minister Macierewicz w tym akurat wypadku wcale nie wytyczał tak całkiem zupełnie nowych ścieżek, ani bynajmniej nie odkrywał całkiem świeżych tropów. Nie – on tylko twórczo rozwinął i ostatecznie skonkretyzował, doprecyzował chociażby pewne prasowe enuncjacje Bronisława Komorowskiego z czasów, gdy tenże był jeszcze marszałkiem Sejmu. B. prezydent już bowiem 8 lat temu wzywał do ustanowienia „Dnia Pamięci o Kresach” właśnie w dniu 17 września, jako że ewentualne obchodzenie jej w lipcu, w rocznicę apogeum rzezi wołyńskiej, widziało mu się już wtenczas próbą „przeniesienia odpowiedzialności z Sowietów na Ukraińców”, w czym oczywiście dopatrywał się bardzo możliwego oddziaływania „długich rąk Rosji”. Kto nie chce wierzyć, nie poczyta sobie jego wywiad udzielony „Rzeczypospolitej” (rozmawia C. Gmyz) z dn. 23.07. 2008 r., opatrzony jednoznacznym i nie pozostawiającym żadnych złudzeń tytułem „Za Wołyń odpowiadają Sowieci”. To właśnie owo rzekome „przenoszenie odpowiedzialności” najbardziej gryzło p. Komorowskiego, sprawę zaś formalnego uznania rzezi za ludobójstwo postrzegał jako zdecydowanie mniej istotną, wręcz poboczną (niepotrzebne rozdrapywanie ran – i tyle). Różnica miedzy obydwoma panami, przynależącymi do oficjalnie mocno przeciwstawnych sobie obozów politycznych, jest tylko taka, że bojowy p. minister nie bawił się już tu w żadne niuanse typu „Sowieci” i „walnął” we właściwym sobie stylu, tak prosto z mostu, żeby nie było najmniejszych wątpliwości: Kto winien? Jak to kto – Rosja! Bo ta przecież ze swej natury kreuje, albo przynajmniej inspiruje praktycznie wszystko zło tego świata, przynajmniej współczesnej doby, a jak nawet nie zdoła czegoś wykreować, zainspirować, sprowokować, uskutecznić czynnie jakiejś podłej intrygi, to i tak jest z urzędu winna, bo przecież – nawet w takich zgoła nielicznych wypadkach – nie waha się cynicznie z cudzych nieszczęść korzystać.

I w zasadzie można by na tej mocno ironicznej puencie zakończyć polemikę z wypunktowanymi wyżej ostentacyjnymi fałszami i absurdami, jednakowoż myślę, że choćby na użytek nieco słabiej obeznanego w polskiej historii (tej niezafałszowanej) czytelnika warto by jeszcze dorzucić kilka dodatkowych spostrzeżeń i uwag.

I tak, odnośnie przywołanych sejmowych wynurzeń p. Sellina, rzuca się w oczy dwukrotnie użyta forma mnoga: „My uważamy”; „Uważamy”. Ewidentnie więc p. poseł nie wypowiada się tu tylko w swoim imieniu, lecz w imieniu całego własnego środowiska politycznego, czyli partii rządzącej, a zapewne i jej szerszego, medialno-społecznego zaplecza. Jego aktualnie naprawdę mocna – jak można się wywiedzieć choćby z różnych przecieków prasowych – pozycja w pisowskiej wierchuszce taki wniosek tylko dodatkowo potwierdza. Rzuca się w oczy także zgrabne operowanie przezeń mocno ogólnikowym pojęciem „męczeństwa Polaków na Wschodzie” – i to również dwukrotnie, raz po raz. To dostatecznie jasny sygnał, że jeśli nawet obecna większość sejmowa, idąc za zaleceniem zmajstrowanej przez PiS ot tak na odczepne uchwały senackiej, licytując się z ustawodawczą inicjatywą klubu Kukiz’15, albo cofając się po prostu kroczek do tyłu pod rosnącym naciskiem społecznym, skleci w niedalekiej przyszłości jakąś kolejną mglistą uchwałę, tym bardziej zaś rodzącą jakieś konkretne konsekwencje formalno-prawne ustawę – to będzie ona bazować przede wszystkim na tego rodzaju terminach możliwie ogólnych i wrzucać wszystkie aspekty tragedii polskich Kresów do jednego wora, ustanawiając też jednego odpowiedzialnego. Jakiego – dokładnie to już wiemy. Ukraińscy szowiniści spod znaku Tryzuba zostaną w niej zakwalifikowani co najwyżej jako nieświadome, bezrefleksyjne narzędzia perfidnych sowieckich (w domyśle: rosyjskich) knowań. Warto by zresztą uważnie przeanalizować i wspomnianą uchwałę senacką właśnie pod tym kątem.

Przechodząc zaś do kwestii samej interpretacji określonych faktów historycznych, jest oczywiste, że nie byłoby tych ludobójczych mordów, „gdyby nam państwa nie rozebrali hitlerowscy Niemcy i Sowieci”. Wydaje się jednak równie mniej więcej oczywiste, że nie doszłoby do nich nawet w sytuacji przegranej wojny obronnej 1939 r. z wszystkimi jej tragicznymi dla Polski konsekwencjami, gdyby nie fakt, że tzw. ukraiński nacjonalizm integralny zdążył rozplenić się – ideowo i organizacyjnie – już wiele lat wcześniej wśród niemałej części ludności ukraińskiej zamieszkującej przedwojenne terytorium II RP, przy zresztą wydatnym wsparciu kilku państw ościennych (zwłaszcza Litwy i Czechosłowacji, a także Niemiec, zarówno w okresie Republiki Weimarskiej, a pod koniec lat 30. także i III Rzeszy), bynajmniej jednak wcale nie ZSRR. Owszem, jeden z ukraińskich historyków lansuje pogląd, iż OUN (wykrystalizowana ostatecznie w 1929 r.) była początkowo finansowana przez ZSRR bezpośrednio lub przynajmniej pośrednio – z wykorzystaniem litewskiego prezydenta-dyktatora Antanasa Smetony – w ramach „stalinowskiej polityki osłabiania głównego wroga – Polski”. Nie znam sprawy, więc siłą rzeczy nie mogę wydawać tu kategorycznego osądu – wymaga ona rzetelnego i starannego zbadania. Zwłaszcza drugi wariant wydaje się być teoretycznie możliwy, zważywszy na wcześniejsze, w istocie jawne współdziałanie władz państwa litewskiego z bolszewikami w walce przeciwko Polsce. Należałoby jednakowoż wpierw sprawdzić, czy autor tego poglądu nie należy przypadkiem do „stajni” Wiatrowycza, co praktycznie z góry ustawia sprawę. Tak czy inaczej, jeśli nawet jakaś pomoc finansowa ze strony ZSRR dla OUN w pewnym odcinku czasowym faktycznie miała miejsce, to w żaden sposób nie mogła ona – na dłuższą metę – zdeterminować charakteru i skali jej aktywności, a tym bardziej jej podłoża ideologicznego. Dodajmy tu jeszcze, że miał on przecież do dyspozycji na przedwojennych polskich Kresach swoją własną agenturę i jaczejkę w postaci tzw. Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (formalnie afiliowana do KPP), stojącą na biegunowo przeciwnych pozycjach polityczno-ideowych niż OUN i jej różnego rodzaju przybudówki, ponadto dążenia i program, choćby terytorialny, tejże miały od początku bardzo silne ostrze nie tylko antypolskie, ale i antysowieckie (i w ogóle antyrosyjskie), co wywołało zdecydowaną kontrakcję Moskwy (by wspomnieć tu chociażby zabójstwo głównego przywódcy OUN Jewhena Konowalca, dokonane przez agenta NKWD w 1938 r. w Rotterdamie).

Jest bezdyskusyjnym faktem, że barbarzyńska, skrajnie szowinistyczna i przy okazji jawnie antychrześcijańska ideologia ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, którą OUN przyjęła za własną, wykrystalizowała się jeszcze na długo przed wybuchem II wojny światowej, jakkolwiek – rzecz oczywista – to właśnie dopiero ona miała stworzyć warunki do jej praktycznego urzeczywistnienia w wymiarze – można by rzec – pełnoskalowym. Już w 1929 r. w broszurze wydanej pod auspicjami OUN we Lwowie napisano bez najmniejszych niedomówień: „Trzeba krwi – dajmy morze krwi! Trzeba terroru – uczyńmy go piekielnym. Trzeba poświęcić dobra materialne – nie zostawmy sobie niczego. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki!… Każda droga, która prowadzi do naszego najwyższego celu, bez względu na to, czy nazywa się ona u innych bohaterstwem czy podłością, jest naszą drogą”.

Jeśli zatem ktokolwiek będzie w stanie znaleźć jakiekolwiek rzeczowe argumenty na rzecz tezy, że przesłanie zawarte w dorobku pisarskim Dmytro Doncowa (zdecydowanego wyznawcy i głosiciela poglądu, iż głównym wrogiem Ukrainy jest Rosja, bez względu na jej formę ustrojową, tak samo carska, jak i sowiecka; w konsekwencji zwolennika zerwania przez Ukraińców wszelkich więzów politycznych i kulturowych z tą ostatnią i gruntownego przeorientowania całej ukraińskiej polityki na Zachód), czy choćby w „Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty” autorstwa Stepana Łenkawskiego z 1929 r. zostało zainspirowane wpływem ZSRR, albo że działalność OUN w okresie przedwojennym i potem w czasie II wojny światowej była realnie kontrolowana np. przez agenturę NKWD, w ten sposób, że ta stymulowała kierunki jej rozwoju, wytyczała cele polityczne itd., to można by wtedy rzecz całą na poważnie przedyskutować.

W treści wypowiedzi posła Sellina łatwo się również doszukać – oczywiście w formie aluzyjnej – echa dość szeroko rozpowszechnionego poglądu, że gdyby ZSRR nie wbił nam 17 września przysłowiowego „noża w plecy”, to może byśmy się jakoś obronili, albo, wyrażając się innymi słowy, że Polska została pobita wspólnie przez obydwu sąsiadów. Pogląd ten jest może i słuszny od strony czysto politycznej: pakt Ribbentrop -Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. upewnił bowiem ostatecznie Hitlera o intencjach i zamiarach kierownictwa sowieckiego i tym samym przesądził ostatecznie o terminie niemieckiego ataku na Polskę. Jednakże rola Armii Czerwonej w kampanii wrześniowej była tak naprawdę drugorzędna. Na dzień 17 września Polska była już w zasadzie pobita przez samych Niemców: jej rząd i, co szczególnie istotne, naczelne dowództwo były już w stadium rozsypki, bitwa nad Bzurą przegrana, wszystkie polskie armie i większe związki taktyczne dotkliwie pobite i w dużej mierze unicestwione, zdecydowana większość rdzennie polskich obszarów zajęta przez Wehrmacht. ZSRR w tym stanie rzeczy włączył się do wojny, żeby skwapliwie wziąć i zabezpieczyć sobie z dartego polskiego sukna tyle, ile wytargował w tych tajnych konszachtach, nie chcąc dopuścić, żeby jedynym beneficjantem polskiej klęski zostały Niemcy. Nie zmienia to oczywiście w niczym haniebnego charakteru tego kroku.

Gdyby jednak nie był się włączył, to dalszy bieg wypadków był w zasadzie już i tak przesądzony. Bo jakie atuty zostały nam jeszcze w ręce – bliżej niesprecyzowana, wymyślona na kolanie koncepcja „rumuńskiego przedmościa”, w oparciu o słabe, po większej części improwizowane siły, klecone z części i niedobitków różnych jednostek, którym udało się jakoś wydostać z niemieckich obcęgów, bez jakikolwiek widoków na pomoc sprzętową i materiałową ze strony naszych zachodnich „sojuszników”, którzy spisali nas definitywnie (a faktycznie uczynili to już znacznie wcześniej) na straty już na konferencji w Abbeville z 12 września. Bylibyśmy pewnie w stanie jeszcze dość długo bronić Lwowa, czy np. zaszyć się w poleskich błotach i prowadzić tam walkę partyzancką, ale co robić dalej. Armia Czerwona niewątpliwie bardzo ułatwiła od czysto praktycznej strony Niemcom szybką i doszczętną likwidację polskiego państwa, ale powtórzmy – klęska Polski była już w tym momencie tak czy owak przesądzona.

Dlaczego więc, biorąc pod uwagę powyższe, gdyby już nawet odrzucić datę 11 lipca (co jest kompletnym nonsensem, gdyż obchodzenie jednej rocznicy nie wadzi przecież drugiej) nie skłonić się raczej ku 23 sierpnia, no może ostatecznie 1 września – jako takiej, powiedzmy, zbiorczej rocznicy tragedii przedwojennych polskich Kresów. A dlaczego obciąża się tu jako „głównego winowajcę” wyłącznie „państwo sowieckie”? A co z Niemcami, które – jak by nie patrzeć – pierwsze najechały Polskę, uruchamiając wojenną hekatombę, i – co może jeszcze istotniejsze – w których właśnie władaniu i pieczy znajdowały się obszary objęte ludobójczymi czystkami etnicznymi OUN-UPA w latach 1943-1944 r.?

Dlaczego zatem tak, a nie inaczej, dlaczego…? Te pytania można by mnożyć. Ale po co, skoro odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Kapitalnie ujął to choćby taki tuz polskiej publicystyki, jakim jest bez wątpienia p. Stanisław Michalkiewicz, w tekście pt. „Stalinowi dzięki!”. Pozwolę sobie przytoczyć tu kilka wstępnych zdań, resztę można sobie (i warto) już doczytać pod załączonym niżej linkiem: „Nie da się ukryć, że w ramach nowej polityki historycznej (polityka historyczna, to elegancka nazwa zakłamywania historii), w kołach rządowych formułowane są coraz śmielsze tezy. Oto Jarosław Sellin wymyślił sobie, co zrobić, by i wilk był syty i owca cała. Chodzi o to, że Nasz Najważniejszy Sojusznik, którego muskuły prężymy złowrogiemu Putinowi przed nosem, przykazał surowo, aby Polska poświęciła wszystko dla Ukrainy, która na tym etapie stanowi jego najukochańszą duszeńkę…”:

http://michalkiewicz .pl/tekst.php?tekst=3694

Jedno co w tym wszystkim bodaj najbardziej mnie dziwi, to jednak zawiedzione miny i smętne zawodzenia wielu przedstawicieli szeroko pojętego środowiska kresowego. Czyżby naprawdę liczyli na to, że PiS – w wytworzonej sytuacji politycznej i określonej sytuacji międzynarodowej – faktycznie pochyli się nad ofiarami banderowskim rzezi i nazwie ich sprawców po imieniu, w kraju, w którym niedotrzymywanie obietnic wyborczych stało się w zasadzie normą…

Andrzej Turek