Marsz Niepodległości AD 2013 – o co tu naprawdę chodziło?

W swoim przedmarszowym komentarzu pt. „Dwa Marsze Niepodległości – dlaczego i po co?” (10.11.2013 r.) wystąpiłem z przypuszczeniem, iż, mimo ogłoszenia formalnej separacji, nieformalne kontakty wodzów tzw. Ruchu Narodowego z PiS-em są nadal cały czas konsekwentnie podtrzymywane, ma się rozumieć, kanałami nieoficjalnymi. Dziś, dwie doby po Marszu Niepodległości AD 2013, podnoszę to moje przypuszczenie do rangi stanowczej tezy. Na czym opieram swoje stanowisko?

Otóż, przede wszystkim jedna z pierwszych (jeśli nie wprost pierwsza) jednoznacznie pozytywnych, a nawet wprost entuzjastycznych ocen tegorocznego MN pojawiła się na jawnie propisowskim i zarazem (co jest syntezą jak najbardziej zrozumiałą) propiłsudczykowskim medium internetowym niewygodne.info.pl. Już niespełna kilka godzin po zakończeniu (przymusowym) Marszu, gdy praktycznie wszystkie inne portale internetowe, włącznie z narodowcy.net, zachowywały jeszcze całkowite milczenie, wyżej wymienione medium wystosowało triumfalny komunikat mniej więc takiej oto treści: „(…)Wielki Sukces Marszu Niepodległości 2013! Ponad 100 tys. osób godnie i z dumą uczestniczyło w największej manifestacji patriotycznej w Polsce. Szkoda, że media pokażą zupełnie inny obraz tego święta…”. Następnie, w ramach typowej asekuracji, by z góry zasłonić i zbagatelizować ten oczywisty fakt, że nie wszystko w tym świętowaniu było aż takie dumne i godne, poczyniono zastrzeżenie następującej treści: „(…)Niestety, do wielu tysięcy patriotów świętujących odzyskanie niepodległości, próbowali się podczepić zamaskowani zadymiarze szukający okazji do starć z lewackimi bojówkami. Wielka szkoda, bowiem media rządowe skwapliwie to wykorzystają i zrobią z tego narrację dnia…itd.”

Naprawdę zastanawiające – nieprawdaż! Jawnie propisowski portal ineternetowy wprost ekscytuje się, stawia w samym centrum uwagi warszawski marsz firmowany przez „narodowców”, a dopiero gdzieś z boku umieszcza dość suche relacje z krakowskiego zlotu pisowsko-„gazetopolskiego”. Czy tylko z tego względu, że ten ostatni wypadł dosyć mizernie? Nie sądzę. Treść tego komunikatu może sugerować, że piszące go osoby albo były w samym centrum wydarzeń, dysponując możliwościami całościowego ich ogarnięcia, albo też posiadają naprawdę wcale nienajgorszą polityczną intuicję, albo też w końcu … dysponowały jakąś wiedzą tajemną, z góry wiedziały o pewnych rzeczach, o których inni nie mieli prawa wiedzieć. Co więcej, poczynając od następnego dnia, wybito ten komunikat, trzymany dalej w samym centrum portalu, czcionkami co najmniej trzycentymetrowej wielkości, widocznie w tym celu, by nawet osoby mocno szwankujące na wzroku (i nie tylko!) mogły sobie jego treść dokładnie przeczytać i przyswoić. Do tego wątku powrócimy jeszcze w dalszej części tych uwag, teraz zaś zobaczmy, jak skomentowali i ocenili MN 2013 r. sceptycy.

Interesującą, wysoce rzeczową i chłodną analizę przebiegu i skutków całego przedsięwzięcia zawiera choćby również stosunkowo szybko opublikowany tekst pt. „Naród polski na rozdrożu myśli narodowej i czynu, czyli krajobraz po Marszu Niepodległości 2013”, autorstwa osoby kryjącej się pod pseudo: P.E.1984. Czytamy w nim m.in., co następuje: „(…)Do czego ugrupowaniom politycznym służą demonstracje i jak sobie z nimi radzić? Zanim zajmiemy się przebiegiem tegorocznego Marszu Niepodległości, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, po co w ogóle jest on organizowany. Celem dowolnych demonstracji nie jest maszerowanie z flagami i transparentami i pokrzykiwanie („„Precz z komuną””, „„Precz z unijną okupacją”” czy co tam jeszcze). Celem demonstracji jest przebicie się do opinii publicznej ze swoimi przekonaniami politycznymi i ekonomicznymi, ze swoimi postulatami i ideami. Demonstracja, która nie zdołała zrealizować tych celów w epoce, w której świadomość społeczna jest kształtowana przez przekaz telewizyjny, musi zostać uznana za klęskę organizatorów. Można się szczycić liczbą uczestników, osiągnięciami organizacyjnymi, ale to nie zmienia stanu rzeczy, że taka demonstracja okazała się działaniem nieskutecznym. (…)

Władza (dysponując, co autor dość szczegółowo opisuje, rozmaitymi możliwościami i narzędziami neutralizacji i pacyfikacji MN – A.T.) zdecydowała się na wariant konfrontacyjny – sprowokowano (bądź przeprowadzono przy użyciu sił specjalnych po cywilnemu) zamieszki i inne incydenty, po to by móc przedstawić Marsz jako demonstrację niebezpiecznej, agresywnej tłuszczy, przed którą trzeba chronić spokojnych obywateli. Takie działanie ma kilka skutków. Po pierwsze – odciąga uwagę publiczną od tego, co organizatorzy mają do powiedzenia (a mają do powiedzenia naprawdę niewiele, szczególnie w sferze konkretów –A.T.) w sprawach politycznych i gospodarczych, kierując ją na atrakcyjne medialne „sprawozdania z pola bitwy”. Po drugie – dzięki temu, jak napisałem powyżej, cele polityczne demonstracji nie mogą zostać zrealizowane. Pojawia się jeszcze kłopotliwe „po trzecie”. Otóż zamiast pozwolić „ujść parze w gwizdek” zdecydowano się „zwiększyć ciśnienie w kotle” . Skutki są wielorakie – kontrakcją wzmocniono zwalczane zachowanie. Marsz dorobił się swojej „martyrologii”, swojego wizerunku „zwalczanej, niepokornej” opozycji. Uwiarygodnił się przed środowiskami wykluczonej w III RP młodzieży…

(…)Uczestnicy marszu zyskali przeświadczenie, że ich działania faktycznie zagrażają władzy, że są zwalczani, ponieważ mogą swoimi działaniami (maszerowaniem) coś zmienić. Będą więc maszerować i w kolejnych latach, tworząc tłum za plecami organizatorów marszu, będą uwiarygodniać ich ugrupowania i linię…(przychylając się generalnie do tej opinii, uważam jednakowoż, że autor w tym miejscu nieco się rozpędził – niewątpliwie taki jest odgórny zamiar, plan, nie traktujmy jednak wszystkich, a nawet większości uczestników MN jako stada durnych baranów; poza tym, nie ma nawet pewności, czy ta władza w ogóle dopuści do kolejnych marszów – równie dobrze może przecież zmienić strategię działania i nie dać zgody już na przyszłoroczny, tegoroczne ekscesy aż nadto wystarczą za oficjalny powód i uzasadnienie takiego zakazu)”. Dalej autor najzupełniej trafnie, przynajmniej moim zdaniem, stawia wniosek, że tzw. Ruch Narodowy jest w rzeczywistości formacją służebną wobec PiS-u, a nawet wręcz taką swoistą wersją PiS-u dla zbuntowanej, a przy tym mocno zdezorientowanej (politycznie) młodzieży:

„(…)W reportażach serwisów informacyjnych „nacjonalistycznym zadymom” przeciwstawiano nie tylko demonstracje środowisk PO, ale i … PiS-u. Po co to zrobiono? Aby pokazać, że opozycyjną, „bezpieczną” alternatywą dla nacjonalistycznych chuliganów jest stanowczy, grzmiący przeciwko „wewnętrznemu zagrożeniu suwerenności Polski” Jarosław Kaczyński. (…)Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że PiS zrealizował swoje cele polityczne zarówno kosztem Marszu Niepodległości…jak i dzięki temu Marszowi. Tego organizatorzy Marszu raczej w swoich rachubach nie przewidzieli… (odnośnie tych rachub byłbym ostrożniejszy – A.T.)…”.

I dalej pada końcowy wniosek: „(…)Dlatego będą naród dzielić i tumanić przy użyciu wszelkich możliwych środków. Będą starali się zawężać bazę ruchu narodowego – wypaczać ideologię narodową tak, by odpowiadała jak najmniejszej liczbie fanatyków, a jednocześnie odcinała się od żywotnych potrzeb narodu (tu pada m.in. przykład „korwinizacji” (agresywna propaganda libertariańska) organizacji tworzących RN, szczególnie ONR-u)…” (całość dostępna m.in. na: 3obieg.pl-narod-polski-na-rozdrozu-mysli-narodowej-i-czynu-czyli-krajobraz-po-marszu-niepodleglosci) .

Można dyskutować z P.E.1984 w szczegółach, ale trudno nie zgodzić się z nim w generalnych konkluzjach. Przede wszystkim z tą, że strategia kierowników MN i RN z góry niejako wyklucza próbę pozyskania sympatii większości społeczeństwa (albo przynajmniej widzi to jako cel ewidentnie drugorzędny), ale nastawiona jest wyraźnie na budowę pewnego ruchu czy środowiska typowo niszowego, mocno wyizolowanego, a nawet samoizolującego się od całej reszty. Jak kapitalnie to ujął jeden z konserwatywnych publicystów (K. Rękas): „Ruch ma stanowić domek ciasny, ale własny, którego mieszkańców skupia niechęć do innych, a i własne wyobcowanie…”(tekst pt. „Zawisza z Madagaskaru” zamieszczony na: konserwatyzm.pl). Oczywiście, własny w tym sensie, że pozostający do osobistej dyspozycji pp. Zawiszy, Winnickiego, Kowalskiego itd., a nie pospolitego ruszenia zwoływanego na parę godzin do stolicy w jeden, jedyny dzień roku.

Czy jednak ten domek jest naprawdę tak do końca „własny”, w tym miejscu akurat mogą rodzić się pewne wątpliwości, biorąc choćby pod uwagę wypunktowany już wyżej wątek pisowski. Czy w/w dysponują odpowiednimi możliwościami, wystarczającymi środkami, by zbudować go samodzielnie, wyłącznie o własnych siłach; czy mieli swoje pieniądze na budulec i własne dojścia do odpowiednich urzędniczych drzwi, by uzyskać stosowne zezwolenia? Wydaje mi się, że nie będzie tu żadnym nadużyciem przyjęcie podglądu co najmniej wątpiącego.

W świetle tego co się wydarzyło 11 listopada w Warszawie, niezwykle interesująco brzmi zawarta w przywołanym już wyżej artykule mojego osobistego autorstwa deklaracja p. Tomasza Sakiewicza: „(…)Uważam, że nie powinniśmy wpisywać się w scenariusz totalnej prowokacji i należy obchodzić 11 listopada możliwie godnie…”. Czyżby red. nacz. „GP” był obdarzony aż tak świetną polityczną intuicją, czyżby potrafił swoim nadzwyczaj czułym powonieniem wyczuć gromadzący się w powietrzu proch – latającą w nim kostkę brukową, swąd palących się samochodów, a zwłaszcza budki strażniczej przed rosyjską ambasadą. A może to jego przekonanie brało się stąd, że wcześniej odpowiednio mocno popracowano „patriotycznie” i ukierunkowano wybraną grupę stadionowych zadymiarzy. A może chodziło tu wręcz o prowokację zorganizowaną na najwyższą szczeblu, o której obóz pisowski z wyprzedzeniem wiedział. W każdym bądź razie użycie określenia: „totalną” sugerowałoby, że chodzi tu o prowokację na ogromną skalę. Kto byłby mocen zorganizować takową prowokację? Jest mocno wątpliwe, więcej – wprost niemożliwie, by zorganizowali ją we własnym zakresie sami wodzowie RN! Tak czy owak, dopiero post factum pojmujemy całościowo powody wyniesienia się PiS-u do Krakowa. To bardzo niepolityczne dla szerzycieli antyrosyjskiej histerii być w Warszawie akurat w tym czasie, gdy lecą tam kamienie, a chuliganeria dokonuje fizycznej napaści na rosyjską ambasadę. Dalekroć lepiej, bezpieczniej i politycznie dogodniej zlecić tą brudną robotę młodym „narodowcom” i puścić potem taki właśnie przekaz na cały świat.

Wielce interesująco wygląda też przerzucanie się piłeczką za ten doprawdy kompromitujący i wysoce szkodliwy dla Polski incydent przez przedstawicieli rządu i koncesjonowanej opozycji, uwypuklone m.in. w zamieszonym w „Naszym Dzienniku” tekście autorstwa p. Macieja Walaszczyka pt. „Rosja chce odszkodowania” (nr 264 .4803, 13.11.2013 r., s.3). „Oto stosowne fragmenty: „(…)Pierwszy raz w historii niepodległej Polski mamy do czynienia z atakiem na placówkę dyplomatyczną obcego państwa, tego nikt wcześniej nie przerabiał – mówił Sienkiewicz, wydając się kompletnie bezsilny wobec zaistniałej sytuacji. Tłumaczył, że policja obstawiała przede wszystkim główne wejście do placówki. Tymczasem od samego początku było wiadomo, że marsz przejdzie z drugiej strony. Co więcej, taka sytuacja miała już miejsce w 2011 r., gdy kilkadziesiąt tysięcy ludzi również mijało rosyjską placówkę dyplomatyczną, której nie chronił praktycznie nikt…”. I tłumaczenia drugiej strony: „(…)Jednocześnie szef MSW próbował obarczyć winą za wszystko Prawo i Sprawiedliwość, którego władze, czując, co będzie się działo na ulicach stolicy, przezornie przeniosły partyjne obchody narodowego święta do Krakowa…”.

„ND” nie byłby jednak sobą, gdyby nie upiększył tych swoich spostrzeżeń odpowiednią porcją antyrosyjskiej retoryki. Już sam tytuł cytowanego artykułu p. Walaszczyka jest ukierunkowany w tą stronę – „Rosja chce odszkodowania”, czyli dysponujące prawie całą tablicą Mendelejewa mocarstwo jest (domyślnie) przede wszystkim chciwe, pazerne, małostkowe itd. Tymczasem, z tego co mi wiadomo, ambasador FR, p. Aleksiejew w Polsce zażądał przede wszystkim zapewniania odpowiedniej ochrony ambasadzie i rosyjskim konsulatom, oficjalnych przeprosin, a także przeprowadzenia śledztwa, kto konkretnie ponosi winę za złamanie konwencji wiedeńskiej i naruszenie eksterytorialności ambasady, a także „podjęcia kroków, które zapobiegną podobnym wydarzeniem w przyszłości”. Jest to stanowisko jak najbardziej uzasadnione i zrozumiałe, podobnie jak i owo żądanie odszkodowań – skoro są straty materialne z winy strony „polskiej”, toteż i na niej ciąży obowiązek ich wyrównania. Identyczne stanowisko zajęłoby każde szanujące się państwo, niezależnie od jego wielkości i znaczenia w świecie. Rosyjski ambasador rosyjski ma tak samo rację, obwiniając głównie policję (czyli pośrednio grupę rządzącą) o niedostateczne zabezpieczenie terenu rosyjskiej ambasady.

Oczywiście, rozmaici rodzimi pseudopatrioci usiłują z miejsca wywodzić, że główną winę ponosi rzekomo … sama Rosja. Już na ostatniej stronie tegoż nr „ND”, p. Filip Frąckowiak, wierny kontynuator ideowo-politycznego testamentu swojego papy, śp. Józefa Szaniawskiego, stara się wywodzić: „Wśród słów krytyki, której 12 listopada został poddany Marsz Niepodległości, szczególnie znacząca była konferencja rosyjskiego ambasadora w Polsce Aleksandra Aleksiejewa. Przedstawiciel Moskwy w naszym kraju zarzucił polskim władzom, że wyraziły zgodę na poprowadzenie trasy marszu w taki sposób, że ambasada była okrążona z trzech stron, demonstrujący próbowali wedrzeć się na teren przedstawicielstwa, a ponadto w Polsce trwa histeryczna nagonka na Rosję. Ktoś, kto nie zna relacji polsko-rosyjskich, mógłby pomyśleć, że rosyjscy dyplomaci są przedstawicielami jakiegoś niewielkiego państwa, które znalazło się w oblężeniu i od lat jego byt jest zagrożony z powodu agresywnej polityki Polaków.

Ambasador tłumaczył, że władze Rosji chcą wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za dopuszczenie manifestantów do ogrodzenia ambasady. Ponieważ w stosunkach polsko-rosyjskich nic się nie dzieje bez szerszego kontekstu, należy postawić pytanie, skąd biorą się takie spostrzeżenia.(…) Właściwie Rosjanie mogliby sami ponieść odpowiedzialność za niechętny stosunek do Polaków. Gdyby nie wielowiekowe poniewieranie Polską i Polakami, a w ostatnich latach zaniedbania i kłamstwa w sprawie śmierci prezydenta RP na terenie Rosji (…), nie byłoby takich zachowań pod rosyjską ambasadą. Rosja musi mieć szacunek dla polskich nastrojów społecznych, aby nie zaogniać naszych wzajemnych relacji. To oczywiście nie oznacza zgody na lekceważenie przez urzędników państwa polskiego zasad konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych z 1961 r., zapewniającej miedzy innymi bezpieczeństwo przedstawicielom państwa wysyłającego w państwie przyjmującym. Zarówno rząd, jak i władze Warszawy popełniły tu błąd. Natomiast rosyjscy urzędnicy muszą zdawać sobie sprawę, że gdy próbują rozliczać polskie władze z ich obowiązków, znacznie zaostrzają stosunki Warszawa-Moskwa…”(„Żądania ambasadora”, s.16).

Zostawiając czytelnikowi ocenę tej iście talmudycznej argumentacji, ograniczę się w tym miejscu tylko do kilku krótkich uwag. A więc, p. Frąckowiak próbuje przede wszystkim z miejsca przenieść ciężar dyskusji z pola prawa międzynarodowego na płaszczyznę historii. Stopień bezpieczeństwa przedstawicielstw obcych państw w Polsce w tym kontekście może więc, jego zdaniem, w pewnej mierze zależeć nie tylko od ich wielkości i stopnia potęgi (szczególnie trzeba dbać tu o małych, wielcy i potężni niech radzą sobie sami – mają ku temu dość mocy), ale i od tego, jak układała się nasza wzajemna historia, czy „Polacy” je lubią, czy też darzą niechęcią. Gdyby przyjąć taką „logikę” rozumowania, to właściwie pierwsza powinna płonąć ambasada niemiecka, a jej mieszkańcy jeszcze powinni się do tego kajać za winy swoich przodków. Kolejne klasyczne odwracanie „kota ogonem” to: „ (…)Ponieważ w stosunkach polsko-rosyjskich nic nie dzieje się bez szerszego kontekstu …itd.”. Szkoda, że p. Frąckowiak nie sprecyzował dokładnie. w czym wyraża się ów kontekst. Dla myślącego i nieuprzedzonego człowieka kroki podjęte przez rosyjskiego ambasadora są bowiem typową, rutynową reakcją na zaistniałą sytuację, czyli strona rosyjska absolutnie nie była w tym wypadku stroną inicjującą czy inspirującą cały konflikt. Mętne wywody historyczne p. Frąckowiaka nie są w stanie tego przysłonić.

„Rosja musi mieć szacunek do polskich nastrojów społecznych” – a kto to właściwie uprawnił p. Frąckowiaka do występowania w „polskim” imieniu i czy jego głos faktycznie oddaje nastroje całego polskiego społeczeństwa. Moim zdaniem bynajmniej – wpisuje się on w nastroje i postawy wyraźnej mniejszości, w dodatku cały czas propagandowo obrabianej różnymi pseudohistorycznymi „prawdami”. Najbardziej wszakże interesujące, wręcz szokujące, jest stanięcie p. Frąckowiaka w obronie „polskich władz”. Niby cały obóz „patriotyczno-smoleński” śmiertelnie nienawidzi D. Tuska i jego otoczenia, ale gdy chodzi o spór czy napięcie na linii z Moskwą, to z miejsca staje po ich stronie. Jeszcze kilka takich incydentów, a zostaną całkiem zrehabilitowani, oficjalnie uwolnieni od zarzutu „zmowy z Putinem”!

Nie ulega żadnej wątpliwości, że głównym celem prowokacyjnych działań pod rosyjską ambasadą, niezależnie do tego, kto je zaplanował i przeprowadził, było przede wszystkim: 1)zszarganie wizerunku polskiego ruchu narodowego; 2) podrażnienie rosyjskiej opinii publicznej, dotychczas, wbrew pozorom i różnym naciąganym sugestiom, stosunkowo przyjaznej Polsce i Polakom. W taki właśnie przekaz zdaje się wpisywać m.in. tekst p. Zofii Bąbczyńskiej-Jelonek pt. „Polska eskalacja wrogości do Rosji”, zamieszczony przez polskojęzyczną edycję „Głosu Rosji” 12 listopada. Autorka wplotła do całego szeregu bardzo trafnych uwag m.in. takie oto „kwiatki”: 1) „(…)Trwałym elementem wszystkich polskich ugrupowań prawicowych jest programowa nienawiść do Rosji…”; 2) „(…)praktycznie ok. 25% dorosłych Polaków buduje swoją nienawiść do Rosji, upatrując w niej sprawcę katastrofy lotniczej w Smoleńsku…”; 3)Radykalna prawica, tzw. narodowcy, to przede wszystkim młodzież męska, której państwo i społeczeństwo nie daje zbyt wielu szans na rozładowanie adekwatnej do jej wieku energii…” (całość dostępna na: http://polish.ruvr.ru).

Ad.1) Autorka ma chyba elementarne trudności ze zrozumieniem (albo celowo udaje niedouczoną), co to jest właściwie autentyczna prawica, skoro w ten właśnie sposób klasyfikuje m.in. PiS (co jasno wynika z kontekstu), a może nawet i PO! Warto więc sprostować w tym miejscu, że prawica z prawdziwego zdarzenia to obecnie w Polsce towar bardzo deficytowy. Poza tym, czy „lewica”, czy to w rodzaju uładzonej lewicy laickiej (np. środowisko „GW”), czy to np. wprost nihilistyczno-lewackiego Ruchu Palikota, jest tak naprawdę nastawiona do Rosji przyjaźniej; oczywiście tej Rosji autentycznej, chcącej zachować wierność swej tradycji historycznej i chrześcijańskiemu dziedzictwu?

Ad.2) „(…)praktycznie ok. 25 % itd…”. Nie wiem, skąd autorka wzięła te szacunki, bo mnie się wydaje, że z sufitu. Poza tym, nawet gdyby odsetek ten stanowił rzeczywiście owe 25 %, to i tak nie jest to zbyt dużo, przyrównując tą liczbę do stopnia natężenia spiskowo-zamachowej propagandy „smoleńskiej”. Do tego: „buduje swoją nienawiść” – to wyrażenie jest sformułowane niezbyt „po polsku”.

Ad.3)To, że ktoś przypisał sobie miano polskiego narodowca i posługuje się medialnie taką etykietą, przy wyraźnym przyzwoleniu establishmentu III RP, bynajmniej jeszcze nie świadczy, że naprawdę nim jest. Wzięcie grupy ulicznych chuliganów za reprezentatywnych przedstawicieli tego wielkiego, przynajmniej w wymiarze historycznym, polskiego nurtu politycznego, to doprawdy co najmniej gigantyczne nieporozumienie…

Przede wszystkim jednak, należy stanowczo stwierdzić, że sam tytuł rzeczonego artykułu jest ewidentnie przesadzony i nieadekwatny do rzeczywistości. Niezbity fakt, że forsuje się obecnie w Polsce zmasowaną kampanie nienawiści względem Rosji, nie oznacza przecież jeszcze samo przez się, że większość Polaków, a nawet znaczny ich odsetek, faktycznie jej nienawidzi, trzymając się dokładnie treści tego słowa (określenie „eskalacja” może bowiem właśnie skłaniać do takiego cokolwiek pochopnego wniosku). Nie bagatelizując wagi zaistniałego przykrego incydentu, jest to więc po trosze takie robienie „wideł z igieł”. I nie jest to bynajmniej przytyk pod adresem redakcji wspomnianego rosyjskiego medium, które wyraźnie zastrzega: „Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji”. Cierpi jednak ono wyraźnie na brak kompetentnych, do końca obiektywnych i rzeczowych polskich współpracowników. Stanowisko rosyjskich czynników oficjalnych w tej kwestii świadczy wszakże wyraźnie o tym, że nie dały się one ponieść tego rodzaju niezdrowym emocjom – trudno doszukać się w nim jakichkolwiek pretensji pod adresem polskiego ogółu. I to jest chyba istotniejsze – nie emocjonalne alarmy różnych pismaków…

Andrzej Turek